ROSYJSKIE MATKI NIE WPUSZCZONE DO BELGII

Rosyjskie matki chcą się spotkac z Ahmadem Zakayevem. Grupie matek rosyjskich żołnierzy, które próbowały zorganizować w Brukseli spotkanie z separatystycznym liderem czeczeńskim, starającym się o zakończenie trwającej pięć lat wojny w Czeczenii, odmówiono wydania wiz do Belgii. Spotkanie z Akhmedem Zakayev'em, który mieszka na wygnaniu w Londynie i któremu władze belgijskie również odmówiły wydania wizy, wstępnie miało odbyć się w budynku Parlamentu Europejskiego 7 grudnia 2004 r.

"Nie otrzymałyśmy naszych wiz. Kobiety w ambasadzie powiedziały, że nasza sprawa jest polityczna, i że one nie otrzymały jeszcze zezwolenia z Brukseli", powiedziała przez telefon AFP- Valentina Melnikova, przewodnicząca komitetu.

"Myślę, że dotknęłyśmy "żywego"(ważnego) rosyjskiego nerwu, wszystkich tych, którzy są zainteresowani w przedłużaniu tej wojny"

"To jest kolejny dowód na to, że nasi politycy potrzebują tej wojny. Najpierw mówią, że te kobiety nie będą w stanie niczego dokonać, a potem obawiają się, że będą właściwie w stanie coś osiągnąć.

Belgijska ambasada w Moskwie odmówiła komentarza na temat odmowy wydania wiz.
Komitet matek żołnierzy został określony przez wysokiego urzędnika rosyjskiego jako organizacja sponsorowana przez terrorystów, ale jednocześnie jest ona znana Zachodnim grupom walczących o prawa człowieka dzięki raportom z Czeczenii.
Wcześniej w tym miesiącu wydały przyjęcie na cześć ich celu jakim jest zakończenie wojny.

Rosyjski minister spraw zagranicznych powiedział w poniedziałek, że rozmowy nie powiodłyby się nawet, jeżeli zostałyby kiedykolwiek podjęte.
"Mówiąc uczciwie, jako człowiek, potrafię zrozumieć motywy komitetu matek żołnierzy, które mogą mieć interesy w spotkaniu z reprezentantem Maschadowa", powiedział w oświadczeniu rzecznik prasowy ministerstwa Alexander Yakovenko.
"W tym samym czasie, trudno oczekiwać jakichkolwiek rezultatów od takiego spotkania nawet jeżeliby się odbyło. Wątpię, czy ludzie, którzy reprezentują terrorystów i mają rozkazy zabijać rosyjskich żołnierzy, mieliby czas, aby martwić się o dokładnie tych właśnie żołnierzy czy ich matki" powiedział Yakovenko.
Zakayev oskarżył oświadczenie Yakovenki, mówiąc, że sprowadzało się ono do podżegania wojennego: "Takie stwierdzenia zaskakują mnie, biorąc pod uwagę, że ta 10-cio letnia oczywiście bezsensowna wojna pociągnęła za sobą ciężkie straty zarówno wśród ludności rosyjskiej jak i czeczeńskiej.
Po raz pierwszy Rosja wprowadziła swoje wojska do Czeczenii w 1994 roku, wycofując się dwa lata później w poniżającej porażce i gwarantując de facto niepodległość republice.

Komitet matek szacuje, że prawdziwa ilość ofiar śmiertelnych z okresu drugiej wojny czeczeńskiej jest trzy razy wyższa niż deklaruje to sprawozdanie władz szacujące około 5 tysięcy żołnierzy.
Przytaczają dane zestawiane z różnych szpitali w całej Rosji, do których zabierani byli ranni żołnierze. Władze rosyjskie zgłaszają jedynie liczby żołnierzy zabitych podczas akcji w Czeczenii.

Prezydent Rosji Władimir Putin odrzucił możliwość prowadzenia negocjacji z rebeliantami, nazywając ich terrorystami, którzy muszą być raczej wymiecieni (skasowani) niż zaproszeni do stołu negocjacyjnego.
Brukselskie spotkanie groziło także dalszymi komplikacjami stosunków Moskwy z Europą, której rządy zakwestionowały rosyjskie zapisy praw człowieka podczas pięcioletniej wojny w zbuntowanej republice, i które przypadałoby tylko dwa dni przed spotkaniem Putina z reprezentantami Unii Europejskiej w Hadze.
W międzyczasie Zakayev stwierdził w oświadczeniu, że ma nadzieję, że Bruksela jeszcze może zmienić swoje zdanie w sprawie jego wjazdu jak i matek żołnierzy.
"Mam nadzieję, że sytuacja z wizami sama się rozwiąże w najbliższej przyszłości" powiedział w oświadczeniu wydanym w Londynie.
"Miałem nadzieję, że polecę do Brukseli jutro (wtorek) z serią ofert, które, jestem przekonany, mogłyby otworzyć ścieżkę do rzeczywistego pokoju"

AFP
tłum.M.Nieroda
Za Indymedia.pl 13.12.2004 r.

CZECZENIA IGNOROWANA W RADZIE EUROPY

PACE (Zgromadzenie Parlamentów Rady Europejskiej) znów odegrało rolę w haniebnej sztuce pod tytułem "Dyskusja o sytuacji w Czeczenii".
Haniebnej, ponieważ twarde oświadczenia wygłaszane przez tą europejską organizację spełzły na niczym i zakończyły się bezcelowymi dyskusjami o prawach człowieka, które stały się cynicznymi odpowiedziami na apele Czeczenów, poddanych ludobójstwu przez okres 13 lat, i którzy są nadal zabijani.

Emocjonalne chwyty retoryczne przemawiającego Rudolfa Bindiga, który nazwał sytuację w Czeczenii mianem "katastrofalnej", jak i orzeczenia wygłoszone przez niektórych eurodeputowanych o "ukrytym zjawisku terroryzmu w Czeczenii", pomogły tylko w odegraniu ról szlachetnej świty Europejskiego Spotkania na wysokim szczeblu, w niczym więcej.

Niemal każdy przemawiający europarlamentarzysta wypowiadający się na temat "problemu czeczeńskiego" zaczyna swoją przemowę od rytualnego potępienia "nieludzkiego zamachu w Biesłanie" i złożenia kondolencji Rosji. Ale żaden z nich nawet nie wspomniał o zamordowaniu 250 tysięcy czeczeńskich cywili (25% całej populacji!!), wśród których 42 tysiące stanowią dzieci poniżej 11 roku życia, zabite przez Jelcynowskich i Putinowskich zbrodniarzy. Oprócz kondolencji skierowanych do Czeczenów, nic nie zostało powiedziane w ciągu 10 lat ludobójstwa nawet w kontekście rzadkich słów krytyki poczynań Moskwy.

Gdy Moskwa rozpoczęła rzeź z politycznym poparciem Zachodu, ani jeden parlamentarzysta nie wskazał prawdziwej przyczyny rzezi w Czeczenii- choćby dla utrzymania swojego image'u przed tymi, których prawa rzekomo są przez nich bronione- że pragnieniem Rosji jest zniszczenie za wszelką cenę narodowowyzwoleńczej woli wśród Czeczenów i ich prawa do posiadania niezależności i niepodległości terytorialnej.

Jednak zamiast tego, zaczęto wygłaszać zapewnienia o rzekomej integralności imperium Rosyjskiego. Parlamentarzyści europejscy upewniali się nawzajem, że Czeczeni nie potrzebują wolności, i nie robią nic innego jak tylko marzą o tym by Moskwa wzięła się za armię bandytów i pozwoliła Czeczenom skarżyć się na swoich morderców sądom i prawnikom.

Parlamentarzyści europejscy upokorzyli się potępiając usunięcie Czeczeńskiego kolaboranta Kadyrova. Następnie w rezolucji stwierdzili, że gotowi są współpracować z tak zwanymi "Czeczeńskimi władzami", nawet, jeżeli kilka akapitów wyżej podważali legalność tychże władz.

Sprawa praw człowieka stała się zasłoną dymną dla PACE'u i innych międzynarodowych zachodnich organizacji. Oto, w jaki sposób najważniejsze i kluczowe z praw człowieka- bezwarunkowe prawo narodu do życia swoim własnym życiem - jest umiejętnie chowane i bez żenady zacierane, a przecież reszta praw człowieka jest niczym więcej jak profanacją bez tego prawa.

Czy Czeczeni są zawiedzieni kolejnym widowiskiem wystawionym przez PACE? Najprawdopodobniej nie, ponieważ Czeczeni nie byli zbytnio zainteresowani działaniami tej organizacji, jak i innych podobnych organizacji. Doskonale rozumieją, że realna dyskusja o "Czeczeńskim problemie" w PACE rozpocznie się dopiero, gdy Czeczeni ukręcą karku najeźdźcom rosyjskim i pogonią gangi Putina z czeczeńskiej ziemi.

Vakha Hasanov dla Kavkaz-Center
Tłum.: Madziura - czeczeniawalczy.prv.pl
Za Indymedia.pl - 26.12.2004


CZECZENIA: ROZBIJAJĄC DYSKURS NA TEMAT MIĘDZYNARODOWEGO TERRORYZMU

Kiedy w mediach pojawiają się wiadomości na temat Czeczenii, najczęściej, odnoszą się do naruszeń praw człowieka oraz aktów przemocy coraz częściej związanych z Islamem jak również z międzynarodowym terroryzmem. Prawie nikt nie wskazuje na konotacje ekonomiczne i polityczne całego konfliktu. W wyniku tego, prawdziwe czynniki tła konfliktu pozostają nie nazwane, przez co rzeczywisty konflikt przedstawiany jest w zawężonym wymiarze a przecież biorą w nim udział rozmaite grupy i interesy. Ale co tak naprawdę kryje się za wojnami w Czeczenii?

Motywy interwencji rosyjskiej w Czeczenii wysuwane przez rząd Federacji Rosyjskiej, zmieniły się z czasem, w próbę uproszczenia i zamaskowania wielkich interesów i poważnych problemów wewnętrznych. Według Moskwy, pierwsza interwencja (1994-1996) miała na celu ochronę ludności rosyjskiej w Czeczenii, położenie kresu niezadowalającej sytuacji czeczeńskiej niezależności, proklamowanej jednostronnie w 1991 roku oraz zahamowanie władzy sieci mafijnych i chaosu, którego generał Dżochar Dudajew nie był zdolny kontrolować.

Jednak, w drugiej wojnie, rozpoczętej w 1999, obecnie kontynuowanej, argumenty wysuwane przez rząd rosyjski, uległy zmianie, ograniczając się w prosty sposób do jednego słowa: terroryzm. Władimir Putin przedstawił konflikt w Czeczenii jako wewnętrzną sprawę państwa i opisał działania militarne jako antyterrorystyczną operację oczyszczania. Wydarzenia z 11 września posłużyły Putinowi do podparcia jego idei i uczynienia ich bardziej globalnymi; w dyskursie Putina, Czeczenia stała się naczelnym problemem terroryzmu międzynarodowego. Argumenty wysuwane przez Prezydenta Federacji Rosyjskiej opierały się na tym, że bojownicy czeczeńscy byli fundamentalistami wahabickimi, którzy tworzą ekstremistyczny odłam Islamu służący za przykrywkę terroryzmu międzynarodowego. Według rosyjskich źródeł rządowych, pod koniec lat osiemdziesiątych utworzył się tzw. "międzynarodowy wahabizm", kierowany przez multimilionera Osamę bin Ladena, a w Rosji pierwszymi celami wahabizmu zostały republiki północnokaukaskie Czeczenii i Dagestanu z zamiarem utworzenia w nich "Państw Islamskich", czego jawnym przykładem była inwazja Dagestanu w lecie 1999 przez bojowników czeczeńskich pod dowództwem wahabity Szamila Basajewa.

Rosyjska propaganda opiera się głównie na określaniu wszystkich bojowników czeczeńskich mianem międzynarodowych terrorystów, zapominając z pełną premedytacją o złożoności, rozproszeniu i podziale grup walczących w tej wojnie. Dla Kremla, zgodnie z deklaracjami Ministra Spraw Zewnętrznych Igora Iwanowa, "zamachy na wielką skalę ze strony bojowników nie pozostawiają złudzeń, że terroryzm czeczeński jest integralną częścią infrastruktury terroryzmu światowego i mamy na to liczne niepodważalne dowody". Opierając się na tym propagandowym dyskursie, Rosja utwierdza się w przekonaniu, że wojna prowadzona z Czeczenią jest legalna a poza tym powinna być całkowicie wspierana przez resztę wspólnoty międzynarodowej, ponieważ terroryzm jest wspólnym wrogiem wolnych narodów. Wobec tej linii myślenia, można wyobrazić sobie satysfakcję, z jaką Moskwa przyjęła opinie niektórych polityków europejskich, a konkretnie, Silvio Berlusconiego, który otwarcie poparł postawę rosyjską i oskarżył prasę światową o knucie spisku w celu zniekształcenia działań rosyjskich w Czeczenii (na podstawie jego wypowiedzi na szczycie Rosja-Unia Europejska, który odbył się na początku listopada tego roku.)

"Ukryte" motywy interwencji

Jeśli raczej pewne jest to, że wahabizm dostał się w latach dziewięćdziesiątych do Czeczenii, przez Dagestan i że przywódcy wojenni, tacy jak Szamil Basajew mogli mieć kontakty z oddziałami talibów, mogli otrzymywać pieniądze z Arabii Saudyjskiej a nawet mieć kontakty z Al-Kaidą, to jak komentuje to Carlos Taibo, profesor Nauk Politycznych Uniwersytetu Autonomicznego w Madrycie "nie znaczy to, że opór czeczeński jest wahabijski, jednak propaganda rosyjska chce wierzyć w to za wszelką cenę".

Także dla Xulio Ríosa, dyrektora IGADI (Galicyjskiego Instytutu Analizy i Dokumentacji Międzynarodowej), wahabizm jest czynnikiem obecnym w pewnych zbiorowościach, lecz nie czynnikiem determinującym opozycji czeczeńskiej. Brak rozwiązań politycznych konfliktu i rozczłonkowanie społeczeństwa, spowodowane w dużej mierze wojną, przyczyniły się do rozpowszechnienia się wahabizmu, lecz zdaniem Ríosy, "to, że w opozycji działają terroryści nie przyczynia się do jej jednolitej zwartości. Obecnie nie można mówić o zbrojnej opozycji ponieważ istnieje ich wiele i nie zawsze działają one w sposób skoordynowany. Utrzymują zróżnicowane pozycje i, tym samym, jakiekolwiek uproszczenie oddala nas od prawdy".

Jak twierdzą inni eksperci, oczywiste jest to, że za zasłoną dymną międzynarodowego terroryzmu opracowaną przez Putina, ukrywają się inne motywy, których Moskwa nie podaje i które są kluczowe do zrozumienia, dlaczego wzniecono konflikt, który nie jest nowy (mija ponad 200 lat jak Czeczeni walczą przeciwko Rosjanom), a który powraca z nieproporcjonalną brutalnością.

Dla wielu analityków kluczowych motywów interwencji, istnieją dwa podstawowe: interes Rosji zainteresowanej hydrowodorem oraz strach Moskwy przed dezintegracją Federacji. Jednak, inni eksperci uważają, że w tym konflikcie odgrywają rolę bardziej zróżnicowane czynniki, które połączone razem doprowadziły do inwazji i do wojny. Prześledźmy je jeden po drugim:

1 - Korzyści Federacji Rosyjskiej z hydrowodoru (konkretnie z ropy naftowej)
Znaczenie Czeczenii jako producenta jest względne; jednak kluczem jest to, że Czeczenia jest poprzecinana gazociągami i rurociągami o niezaprzeczalnej wartości, które nadają jej znaczenie strategiczne. Kiedy w latach 90 wchodził w grę tzw. "kontrakt wieku", czyli rurociąg naftowy, który wydobywałby się z Morza Kaspijskiego, największego morza wewnętrznego świata bogatego w ropę naftową i naturalny gaz, pretendujący do przemienienia się w jedno z przyszłych centrów naftowych na poziomie światowym. Jedna z nitek rurociągu o największych możliwościach przyciągnięcia ropy naftowej na Zachód przechodziła przez Czeczenię. Z takiej perspektywy Rosja potrzebowała kontroli i stabilności na terenach Północnego Kaukazu, aby przekonać zagranicznych inwestorów, że ich opcja jest najlepszą z możliwych. Możliwość zysków w myśl praw tranzytowych i ogromne znaczenie w polityce międzynarodowej (przez znaczenie, jakie przyznaje kontrolowaniu dostawca) były dobrymi powodami do rozpoczęcia ponownej kontroli republiki secesyjnej, która "wyzwoliła się" po upływie trzech lat. Ostatecznie niechęć Europy i USA do pozostawienia tak ważnego szlaku w rękach Rosji oraz brak kontroli sytuacji spowodowały, że wspomniany kontrakt, podpisany w 1999 roku, uczynił beneficjentem Turcję.

2 - Przykład dla innych republik
Zdaniem niektórych analityków, Moskwa bała się, że separatystyczna akcja Czeczenii będzie początkiem jej rozbicia, ponieważ inne republiki z podobnymi żądaniami także były ogniskiem potencjalnej niestabilności. Po oddzieleniu się Rosji, dwa miesiące przed rozwiązaniem ZSRR, Czeczenia podała w wątpliwość całą strukturę państwa rosyjskiego. Jednak, w związku z tym "ukrytym motywem" niektórzy analitycy uważają, że należy wziąć to pod uwagę lecz bez przesady, opierając się na tym, że Czeczenia przetrwała trzy lata bez interwencji zbrojnej (Borys Jelcyn ogłosił stan wyjątkowy, lecz nakaz ten ostatecznie został unieważniony przez parlament rosyjski.)

3 - Próba odwrócenia uwagi od innych problemów Rosji
Tym samym interwencja była formą szukania zewnętrznych wrogów, którzy spowodowaliby odwrócenie uwagi Rosjan od problemów ekonomicznych i społecznych kraju. Jelcyn potrzebował szybkiego zwycięstwa, które zwiększyłoby jego zmniejszającą się popularność. Ludność była zmęczona życiem w zrujnowanej gospodarce, bezkarnością mafii, korupcją rządzących oligarchów finansowych i medialnych beneficjentów prywatyzacji, skandali finansowych wokół otoczenia prezydenta...Wojna, tym samym, stała się dobrym sposobem na ponowne kierowanie zbiorowym rozczarowaniem i frustracją. A Czeczenia stała się najlepszym wrogiem, gdy w 1999 wybuchły bomby w budynkach mieszkalnych, które zabiły setki cywili.

4 - Odrodzenie dyskursu imperialnego tendencji militarnych i autorytarnych
Wielu analityków postrzegało wojnę w Czeczenii jako próbę przywołania przez Kreml chwalebnej przeszłości dominacji nad innymi terytoriami, próbę powetowania upokorzeń doznanych przez Rosjan w rozmaitych republikach eks-sowieckich, jako zemstę za zniszczenie ZSRR i jako okazję dla żołnierzy rosyjskich zdjęcia z siebie ciężaru porażki doznanej w Czeczenii podczas pierwszej wojny. Kontynuując tę linię rozważań, Carmen Claudía, analityk Fundacji CIDOB, przyznaje, że wraz z działaniami w Czeczenii "Rosja powraca do swojej przeszłości sowieckiej i carskiej, niszcząc tą wojną zaczątki Rosji demokratycznej i wzmagając antyrosyjskie nastroje wśród ludności czeczeńskiej".

5 - Strategia Władimira Putina aby zdobyć władzę
Władimir Putin był szpiegiem KGB kiedy został mianowany przez Jelcyna w 1999 Premierem, postrzegając wojnę w Czeczenii jako sposób na wybicie się do władzy. Z aprobatą Jelcyna opracował strategię reaktywizacji konfliktu czeczeńskiego, której nadał niebezpieczny wydźwięk ekspansyjny i religijny. Ataki z 1999 w budynkach w Moskwie, Wołgodońsku oraz w koszarach w Dagestanie, które pochłonęły setki ofiar (przypisywane bez przedstawienia żadnych dowodów cywilnym bojownikom czeczeńskim, zdaniem wielu analityków za atakami stoją tajemnicze służby rosyjskie), dały Putinowi wsparcie ze strony rosyjskiej opinii publicznej aby interweniować w Czeczenii, zmieniając w ten sposób w świstek papieru rozejm z Chasaw-jurt podpisany w 1996. Ta nowa interwencja utrwaliła wizerunek Putina jako polityka zdecydowanego przywrócić porządek i dyscyplinę na całym terytorium Federacji z nacjonalistycznym orędziem skierowanym na utworzenie Rosji silnej, co przyczyniło się do szybkiego wzrostu jego poparcia w badaniach. Poparcie ludu, połączone ze wsparciem ze strony oligarchów i wojskowych, doprowadziło do wygranych wyborów na prezydenta Federacji Rosyjskiej w 2000.

6 - Strefa bezpieczeństwa: strach przed islamem
Kaukaz jest strefą szczególnych interesów bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej, terytorium, w którym zbiegają się tradycje współzawodniczących ze sobą Turcji i Iranu. Stanowi też południową granicę Rosji z krajami konfliktu i w sposób bardziej ogólny z Islamem, religią, którą wyznaje większość mieszkańców Kaukazu Północnego. Wysłanie i stacjonowanie oddziałów rosyjskich na granicach kaukaskich spowodowało zwiększenie napięcia w strefie. Ogłoszenie przez Maschadowa, w 1999, Islamskiej Republiki Czeczenii, podobnie jak okupacja Dagestanu, w lecie tego samego roku, przez kierującego wojną Basajewa, który ogłosił niezależność republiki pod ustrojem islamskim, spowodowały wzrost strachu przed rozszerzaniem się islamu a konkretnie wahabizmu.

Zamiast wziąć pod uwagę ten natłok motywów, międzynarodowa wspólnota woli zachować milczenie, ograniczając się w każdym przypadku do podkreślenia swojego "zaniepokojenia tym, co się dzieje w Czeczenii". Rozciąga się uznanie tego za wewnętrzny konflikt, o terytorialną integralność Rosji, dając zawoalowane wsparcie Moskwie. Rosja wykorzystuje tę postawę, aby kontynuować swoją szczególną wojnę przeciwko terrorowi i żeby kontynuować swoją politykę represji i spalonej ziemi, odrzucając jakiekolwiek negocjacje z bojownikami czeczeńskimi, przyjmując, że nie ma prawowitych liderów, ponieważ ci stali się terrorystami. (…)

18 listopada 2003

Marisol Rodríguez -
dziennikarka i specjalistka w zakresie Informacji Międzynarodowej i Krajów Południa. Współpracuje z Instytutem Studiów nad Konfliktami i Akcją Humanitarną (IECAH)

Tłum. Katarzyna Wiącek
Żródło: One World Espana, IECAH
Za Indymedia.pl - 11.12.2003


Wahabici to wyznawcy muzułmańskiej doktryny religijno-politycznej powstałej w XVIII w., głoszącej powrót do pierwotnej czystości islamu oraz prostotę i surowość obyczajów, uznającej za jedyne źródło wiary Koran i tradycję. Nazwa pochodzi od przydomka twórcy tej doktryny Muhammada Abd al-Wahhaba. [przyp. tłum.]

CZECZEŃSKA GÓRA LODOWA

Siedzimy w jednym z mieszkań w cieszącej się złą sławą, biedniejszej dzielnicy Lublina. Mój rozmówca i jego żona wyjaśniają czemu nie ufają żurnalistom. Ich zdaniem dziennikarz nie może powiedzieć wszystkiego. Zawsze pozostaje od kogoś zależny i tego kogoś zmuszony jest słuchać. Nie chodzi tylko o brak zaufania do rzetelności mediów. Gadanie po prostu nic nie zmieni. W czasie pierwszej wojny czeczeńskiej całą rodziną chodzili na demonstracje - tam w domu. Po przyjeżdzie do Polski pisali listy do władz, skargi, spotykali się z dziennikarzami lecz powoli zaczęli dostrzegać znikomość tych działań. Protesty nie mogą przebić muru obojętności jakim władze otaczają wojnę.

Teraz są już tym wszystkim zmęczeni, pragną odpocząć. On - głowa rodziny, chce tylko jednego - zapewnić bezpieczeństwo swojej rodzinie. Pragnie opłacić dom, ubrać pięcioro dzieci, żeby mogły chodzić do szkoły i normalnie dorastać w pokoju. To jest jego świat, mówi pokazując na biegające maluchy. Reszta jest poza kontrolą zwykłych ludzi. Patrzy przy tym wnikliwie, prosto w oczy, cierpliwie tłumacząc i robiąc długie przerwy między zdaniami. Żona częstuje nas herbatą i ciastkami. Proponuje obiad, co prawda bez mięsa bo nie wiedzie im się zbyt dostatnio ale ważne jest by przyjąć gościa.

Pozostajemy przy herbacie i wracamy do rozmowy.
Czasami przychodzi taka ochota by zostawić za sobą miasto, cały ten zgiełk, innych ludzi i gdzieś uciec. Znaleźć spokój i zapomnienie od zmartwień, tego co dzieje się na świecie, w zabijanej ojczyźnie.

Pytam czy mają nagrane na video jakieś materiały na temat Czeczenii. Jusman, zaprzyjaźniony z nami uchodźca który jakiś czas temu opuścił Polskę wraz z rodziną, zbierał wszystkie filmy do jakich udało mu się dotrzeć. Dzięki niemu lepiej mogliśmy zrozumieć i poczuć tragedię tej wojny. Mój rozmówca zaskakuje mnie swoją odpowiedzią. Po co?
Nie nagrywają żądnych programów, nie interesują ich relacje z wojennej pożogi, nawet żeby obejrzeć.

Oni to widzieli na własne oczy. Żyli pośród tego co na ekranie. Widzieli na własne oczy jak bomba wybucha - po co jeszcze teraz siedzieć i patrzeć na to w telewizji. Mieli tego dosyć wokół siebie przez całą pierwszą wojnę. Teraz nie chcą do tego wracać, przeżywać po raz drugi tego co ciąży i kładzie się cieniem na całe ich życie.

Nagle używa zaskakującej metafory. Z pokazywaniem wojennego zniszczenia i zbrodni jest jak z Tytanikiem, który wpadł na górę lodową. Czubek widoczny był dla każdego ale była to tylko niewielka część tego co kryło się pod powierzchnią wody. Podobnie jest w przypadku Czeczenii.

Nie ma sensu rozprawiać o tym co każdy widzi, o czubku. To co naprawdę jest ważne, cała prawda o tym z czego on wyrasta, pozostaje ukryta. O tej całej mrocznej prawdzie tkwiącej pod wodą w ciemnościach żurnalista już tak chętnie nie powie. Trudno je rozświetlić a jeżeli ktoś podejmuje się tego wyzwania to tu wymownie przykłada palce do głowy- aż zostaną tylko tacy którzy najwyżej o czubku napiszą albo całkiem zamilkną. Tak rzeczy mają się nie tylko w Rosji.

W TV można nawet pokazywać wojenne okrucieństwo, żołnierzy strzelających do cywili ale to nie jest najważniejsze bo oni są tylko instrumentami, oni tylko wykonują polecenia. Ważne jest żeby zrozumieć kto wydał im rozkaz, kto zapłacił za tę morderczą pracę. Najważniejsza prawda której nie wolno mówić o Tytaniku: Kto na tym korzysta? Jakie układy na górze, czyje interesy i zakulisowe rozgrywki na szczycie nakręcając spirale śmierci.

Kto nie chce by wojna się skończyła.

Mój rozmówca zgadza się co do tego że polityka jest brudna, a żurnalista zaplątany w jej tryby nie będzie chciał powiedzieć prawdy. Oznaczałoby to dla niego podwójne zagrożenie: ryzyko utraty pracy a nawet życia. Dlatego nie warto jest mówić, udzielać już więcej wywiadów. Prawda jest albo cała albo w ogóle jej nie ma. Trzeba by całą górę lodową wyciągnąć na wierzch a na to nikt nie pozwoli.Władza i naródTo dwie zupełnie inne sprawy. Gdyby nie Polacy - zwyczajni ludzie, to by sobie nie poradzili. Dzięki nim jakoś udało się przetrwać, choć teraz to już okres stawania na własne nogi bo udało się znaleść pracę. Polacy są podobni do Czeczenów, nie tylko niekiedy z wyglądu ale i z charakteru, z tego że oni tak samo długo zmagali się z obcą okupacją. Jedna jeszcze rzecz uderza mojego rozmówcę: że Polacy mają o sobie zaniżone mniemanie. Nie są wcale tak żli jak twierdzą. Jeżeli zaś idzie o politykę państwa to inna sprawa. W telewizji propaganda taka sama jak w Rosji - mówi, co budzi u mnie pewien sprzeciw ze względu na to że puszczane są czasem dokumenty obrazujące kaukazki koszmar bez przekłamań na korzyść Rosji.

Rządzący myślą w ten sposób, że jaki będą mieli w tym interes, gdy wejdą w konflikt z Rosją w obronie małej republiki. Dla nich ważne jest aby utrzymać się przy władzy dlatego biednych nie może być za dużo, by nie rodziło to wybuchowych sytuacji. A jak Rosja zakręci kurki z gazem i ropą to ceny w kraju pójdą do góry, kryzys się nasili i ludzie mogą się zbuntować. Dlatego rządzący siedzą cicho bo tak jest wygodniej, żeby stanowisk nie stracić.
Co dalej z Czeczenią? To wielka niewiadoma bo tu nie tylko decydują proporcje sił między walczącymi stronami ale także nagłe zwroty w polityce międzynarodowej. Najwyższy plan znajduje się w umyśle Allaha i to on o wszystkim zadecyduje.

Kwestia zamachów.

Co to znaczy terrorysta? Ja nie rozumiem takiego słowa? - mówi mój rozmówca lekko wzburzony. Gdy Palestyńczyk albo Czeczeniec robi zamach to on jest terrorysta a jak rosyjski albo izraelski generał wysyła 10 tys. żołnierzy, każe czołgom ostrzeliwać wioskę, zrzuca bomby na domy, to on nie jest terrorysta tylko żołnierz, bohater?! I jeszcze otrzymuje odznaczenia wojskowe za służbę ojczyźnie! Czemu jego nikt nie nazwie terrorystą?
Przypominam sobie słowa Jusmana przekonującego że dla większości Czeczenów zamachowcy z Dubrowki to bohaterowie, mówiącego że przy takiej polityce Rosji czeczeńskie ataki będą się nasilać. Oni nie chcieli przecież ani pieniędzy ani władzy, niczego dla siebie, tylko pokoju - argumentował Jusman - żeby nareszcie skończyła się wojna i wycofano wojska okupacyjne.

"To nie są nasze metody" - mówi o Dubrowce mój obecny rozmówca - "My takich metod nie używamy ale jak walczysz z niehonorowym przeciwnikiem, który żadnych zasad nie przestrzega, to jak ty się chcesz obronić to nie masz wyjścia" Musisz też takie zastosować, zrezygnować w pewnym momencie z litości. Czeczencom nie wolno strzelać w plecy ani zabijać jeńcow wojennych tych oddawali nawet na początku matkom które przyjeżdżały w poszukiwaniu synow.

"A oni, rosjanie nie mają honoru, bo im Boga w sercach wytruła propaganda już od 1917". I trudno jest z Rosjanami dyskutować ponieważ są odporni na wszelkie argumenty. Odrzucają je zasłaniając się tylko jednym, mówią : "Jak to? Niemożliwe. Przecież w telewizji powiedzieli co innego."

Ponuro kwituje: "Jak Boga nie ma w sercu to się go zastępuje czym innym i teraz telewizor jest Bogiem, a każde jego słowo święte i prawdziwe". Dodaje zaraz jednak, że spotkali także dobrych Rosjan. Niebezpiecznie jest cały naród uważać za zły albo dobry gdyż wewnątrz niego żyją zawsze i tacy i tacy. I u nich - tych złych Czeczenów Rosja wykorzystywała do swoich celów porywając ich rękoma (80 % przypadków jak twierdzi) dziennikarzy dla okupu, dzięki czemu rosyjskie służby specjalne destabilizowały sytuację w wyczerpanym wojną kraju.

Potem można posądzać cały naród o skłonności kryminalne. Podobnie jak władza zdaje się rozumować także część Rosjan. W czasie zajęć na lubelskim wydziale socjologii dotyczących mniejszości etnicznych, jeden z rosyjskich studentów podczas dyskusji tłumaczy grupie, że Czeczeni są narodem który od wielu lat specjalizuje się wyłącznie w wykonywaniu wojennego rzemiosła. Jego zdaniem ludzie umiejący posługiwać się przede wszystkim bronią stwarzają zagrożenie dla bezpieczeństwa wewnętrznego kraju, ponieważ ich dawna 'profesja" popycha ich na drogę przestępczą. Rosyjscy studenci reagują raczej wrogo na sprzeciw wobec wojny prowadzonej przez ich kraj.

Gdy pytam mojego rozmówcę o ostatnie zamachy dokonane w Moskwie przez młode czeczeńskie szahidki, uśmiechając się z rozgoryczeniem odpowiada słowami:

"...chcieliby, żeby Czeczeni jak te barany potulnie kładli się pod nóż, żeby podstawiali im szyje, gdy ich mordują"
Jego zdaniem to nie okrucieństwo lecz desperacja, brak nadziei popycha ludzi do terroru. Wolą umrzeć na terytorium wroga, niż po cichu, w komfortowych warunkach dla Rosjan dać się zarżnąć we własnym domu, na oczach dzieci.Cicha wojna

Wojna to nie tylko artyleryjski ostrzał, walki partyzanckie czy ludobójstwo. Nawet nie przede wszystkim. Naród niszczy się zabierając mu pamięć. Każąc dzieciom mówić po rosyjsku, nadając im rosyjskie imiona. To, że się ludzi zmusza do ucieczki za granice, gdzie asymilując się przyjmują inną tradycję i kulturę prowadzi także do niszczenia ich narodowej tożsamości, do wymazania z pamięci młodego pokolenia tradycji i pochodzenia. To także jest wojna. Dlatego w domu mojego rozmówcy z dziećmi rozmawia się po czeczeńsku, aby znały ojczysty język i nie zapomniały kim są.Polska - dwulicowy przyjacielDla Jusmana kłopoty w Polsce to początek tułaczki po całej Europie w poszukiwaniu azylu. Pomimo dwukrotnie składanych odwołań, odmówiono mu prawa do pozostania w kraju. Po kilku wzmiankach w lokalnej prasie na temat trudnej sytuacji jego rodziny sprawą obiecał zająć się lubelski wojewoda. Nie odezwał się do nich ani razu.

Przed wyjazdem Jusman pokazuje mi, wyjmując zza pazuchy, strzeżony z czułością swój czeczeński paszport, drukowany poza granicami ojczyzny, na którym, wytłoczony na zielonej okładce głowę zadziera czujnie siedzący wilk. Tego dokumentu nie miał przy sobie gdy nielegalnie przedostawał się do Polski. Strach było zabierać ze sobą własną narodowość. Dla schwytanego przez rosyjski patrol taki dokument mógł oznaczać niechybną śmierć. Dlatego Czeczeni uciekający z okupowanego kraju, całymi rodzinami, na piechotę z resztkami pośpiesznie pakowanego dobytku, którego nie dosięgły jeszcze rosyjskie kule, podają się czasem za Rosjan, próbując zataić swoje pochodzenie.

To jednak nie może pomóc w ocaleniu tak bardzo jak setki, tysiące dolarów, które rosyjscy żołnierze ustawieni na gęsto rozsianych posterunkach, wydzierają uchodźcom jako okup za życie. Życie, kupione tylko do następnego posterunku. Do kolejnego rozstrzygnięcia o dalszym losie. Ludzie tracą w ten sposób oszczędności całego życia zyskując szansę na wydostanie się ze zrujnowanego kraju.  

Jusman początkowo traktował swój pobyt w naszym kraju jako tymczasowy przystanek w drodze na Zachód. W Polsce bał się zostawać. Obawiał się prześladowań i deportacji na życzenie Kremla. Takie wyobrażenie o sytuacji politycznej wyrobił sobie na podstawie telewizyjnych przekazów, gdzie serdeczne uściski i kurtuazyjne wymiany uprzejmości oraz gesty sympatii wymieniane z prezydentem Putinem są na porządku dziennym polityki zagranicznej naszych władz. Nie należy się temu dziwić. Wystarczy przypomnieć wizytę Putina w polskim parlamencie podczas której Donald Tusk komentował wystąpienie prezydenta Federacji Rosyjskiej stwierdzeniem: "Miałem wrażenie, że zachowuje się jak amerykański prezydent" dołączając wyrazy swojego uznania do słów innych posłów, takich jak Jarosław Kaczyński, mówiący: "To jest polityk naprawdę robiący bardzo dobre wrażenie i budzi sympatię" czy posłów Samoobrony, bijących gościowi brawo na sejmowym korytarzu, wyjaśniających potem swoje zachowanie: "A dlaczego mieliśmy nie bić? Przecież to nasz przyjaciel" (Super Express, 17stycznia 2002, Gazeta Wyborcza, 16 stycznia 2002 r.)

Podobne podejrzenia i niepewność, do których dochodzi lęk przed zemstą rosyjskich siepaczy, zagrażającą również ich rodzinom pozostałym w Czeczenii, przejawia wielu uchodzców, którzy podczas manifestacji antywojennych organizowanych w Polsce, obawiają się publicznie występować i zabierać głos w proteście przeciwko eksterminacji ich narodu. Manifestacje antywojenne podczas agresji na Irak przyciągały wiele uciskanych mniejszości. Byli Palestyńczycy, grupa Kurdów, oraz Czeczeni, którzy mimo namów nie chcieli skorzystać z mikrofonu, zwracając uwagę na policyjnych kamerzystów filmujących protest. Nikt nie da im gwarancji, że taśmy z ich twarzami nie trafią w ręce rosyjskich służb specjalnych. Dlatego ze swoimi flagami milcząco tkwili w tłumie demonstrantów, przypominając o swojej obecności jedynie narodowymi kolorami powiewającymi, tu i ówdzie, nad głowami tłumu.

Czy ich obawy są nieuzasadnione? Czy świat zachodni pamięta o nich, dając gwarancje bezpieczeństwa, choćby dla ofiar wojny? Status uchodźcy otrzymują nieliczni. Pozostali są wydalani z kraju. Nie czekając na to, wolą przedostawać się nielegalnie dalej na zachód. Na jednym ze spotkań w Krakowie Isa Adajew, dyrektor biblioteki i muzeum w Groznym podsumował ich doświadczenie, mówiąc, że największym błędem jaki popełnili Czeczeńcy było to, że uwierzyli w zachodnio-europejskie ideały demokracji, wolności i sprawiedliwości, po tym jak USA nieformalnie obiecały im poparcie dla dążeń niepodległościowych podczas I wojny rosyjsko-czeczeńskiej.

Czeczeni znaleźli się w sytuacji podobnej do ofiar tonącego Tytanika, które po zderzeniu z górą lodową przez pewien czas jeszcze żyły, unosząc się na powierzchni wody. Z 20 szalup ratunkowych jedna odważyła się wówczas zawrócić tylko po to, aby stwierdzić: "przybyliśmy za późno".

Rafał, 2003 r.


MILCZENIE, KTÓRE ZABIJA

Teraźniejszy, czeczeński kryzys nie rozpoczął się albo w roku 1991, gdy Czeczeńcy ogłosili swoją niezależność względem Rosji albo w 1994 roku, gdy prezydent Rosji Borys Jelcyn postanowił zniszczyć separatystów. Korzenie tego konfliktu sięgają głęboko.

Jeszcze w XIX wieku Czeczeński sprzeciw wobec imperialnej ekspansji Rosji przeistoczył się w kilka wojen i powstań, które zostały okrutnie stłumione ; według niektórych danych na początku XIX wieku Czeczenię zamieszkiwało 1,5 mln. ludzi, a według sowieckiego spisu powszechnego z 1926 roku liczba ta wyniosła już tylko 400,000.

Ten szereg powstań i ich zgnieceń przeciągnął się również za czasu "drugiego" rosyjskiego imperium - Związku Radzieckiego. Podczas wojny domowej, zaraz po rewolucji Czeczeńcy walczyli przeciwko "białym". Początkowo bolszewicy obiecywali im niezależność na podstawie islamskiego prawa, a nawet popierali rozwój kultury i narodu czeczeńskiego, lecz biurokratyczny i totalitarny charakter sowieckiego państwa nie odpowiadał czeczeńskim wartościom i tradycjom, i powstania miały miejsce również w czasach sowieckich. W 1994 roku, za rządów Stalina Czeczeńców deportowano do środkowo-azjatyckich obozów koncentracyjnych i kraj ten przestał istnieć jako subiekt w składzie Związku Radzieckiego. Około 1 Czeczeńców zmarła podczas "przesiedlenia" czy też zostali zabici. Za rządów Chruszczowa Czeczenia zyskała status "autonomicznej republiki" tzn. "podległą niepodległość" w składzie Federacji Rosyjskiej, i ci którzy przeżyli surowe lata deportacji, postanowili wrócić. Dla Czeczeńców deportacja to nie tylko epizod cierpień nie do zniesienia, ale i poniżenie -uraz, który nie pozwala Czeczeńcom żyć w składzie Rosji jako mniejszość narodowa. Po rozpadzie Związku Radzieckiego w 1991 roku, Czeczenia ogłosiła swoją niezależność od Federacji Rosyjskiej. Jednak w odróżnieniu od sojuszniczych republik, takich jak Gruzja i Mołdawia, status Czeczenii jako autonomicznej republiki zmienił jej położenie w świetle prawa międzynarodowego. Państwa sojusznicze, pomijając ich faktyczny status, zostały prawnie uznane za niepodległe w składzie Związku Radzieckiego. Czeczenia odwrotnie, nie miała statusu suwerennego, a ogłoszenie przez nią swej niepodległości nie zostało przyjęte na arenie międzynarodowej. Oznaczało to, że państwa sojusznicze, które nigdy nie dążyły do wystąpienia z sojuszu, jak np. Białoruś, z konieczności stały się niepodległe, natomiast taki region jak Czeczenia, który carskie, sowieckie a teraz rosyjskie państwo dąży i dążyło do tego by go zetrzeć z oblicza ziemi, był zmuszony pozostać wewnątrz politycznego systemu, który początkowo odrzucał.

Postsowiecka Rosja to już trzecie jej wcielenie, z którym zmagają się Czeczeńcy. Także i to doświadczenie nie okazało lepszym, a raczej gorszym od poprzednich gdyż, ani w XIX ani w XX wieku Czeczenia od jej powstania nie została tak zrujnowana, a jej mieszkańcy nie byli mordowani i poddawani torturom na taką skalę. Podczas gdy świat zachodni świętował Sylwestra 1994 roku rosyjskie siły zbrojne wykorzystywały ciężką artylerię, salwy rakiet, dywany bombardowań po to by zmieść z powierzchni ziemi Grozne, stolicę Czeczeni, oraz inne jej miasta i wsie, które ośmieliły się stawić opór. Podczas tej wojny z rąk żołnierzy rosyjskich zginęło około 100,000 ludzi, przede wszystkim cywilów. Obrońcy prawa niejednokrotnie oskarżali stronę rosyjską o masowe stosowanie tortur, pozasądowych rozpraw i aresztowań. Po zwycięstwie w wyborach prezydenckich w 1996 roku Jelcyn postanowił zakończyć wojnę w Czeczenii. Zgodnie z ustaleniami porozumienia Chasaw-Jurtskiego rosyjskie wojska opuściły terytorium tego kraju. Jednak ostateczna decyzja o jego statucie nie została rozstrzygnięta. Po trzech latach stosunkowej ciszy, pod koniec 1999 roku rozpoczęła się kolejna faza konfliktu, co jest związane z pojawieniem się na scenie politycznej, Włodzimierza Putina, który pełnił obowiązki prezydenta z powodu nagłej dymisji Jelcyna w przeddzień Nowego Roku. W ślad za wkroczeniem czeczeńskich bojowników na terytorium sąsiedniego Dagestanu i serii eksplozji na terenie osiedli mieszkaniowych w Moskwie i innych miastach, w wyniku czego zginęło około 300 osób, a których okoliczności do tej pory nie są jasne, rosyjskie wojska ponownie weszły do Czeczeni we wrześniu 1999 roku pod hasłem operacji antyterrorystycznej. Zamachy dokonane w miastach rosyjskich, o których organizację rosyjskie władze oskarżyły Czeczeńców pozostają nie odkrytą tajemnicą. Tym niemniej istnieją dowody, że przynajmniej jeden z zamachów w Razanii, który na szczęście 23 września został udaremniony, był przygotowywany przez współpracowników FSB.
Obie wojny skończyły się dla Czeczeni katastrofą. Skala zniszczeń stolicy, miasta Grozne porównywalna jest do tych, jakim uległ Staliningrad podczas Wielkiej wojny. Nikt nie wie ile ludzi żyje dziś w Czeczenii, jedno jest oczywiste- większa część powojennej ludności to dziś uchodźcy do Rosji, Azerbejdżanu, Gruzji i Inguszetii - które jest subiektem rosyjskiej federacji i nie zamierza z niej odejść. Oczywiste jest również to, że rosyjskie władze dopuściły się w Czeczenii ludobójstwa. Konwencja o zapobieganiu i karaniu ludobójstwa charakteryzuje ten proceder jako morderstwo, siedlisko zła i wykorzystywanie siły z zamiarem unicestwienia całości lub części, nacjonalnej, etnicznej, rasowej czy też religijnej grupy. Światowa społeczność nie ma prawa przymykać oczu na rosyjskie nastawienie przeciwko czeczeńskiej narodowości. Zginęły setki tysięcy(ponad 100,000 w 1999, i ponad 250,000 w 1994 roku), ponad połowa Czeczeńców była zmuszona opuścić swoje domy. W Czeczenii nie są prowadzone żadne starania by odbudować miasta, wojna prowadziła w ślepy zaułek, ale Rosja dalej przeciąga tę nieczystą wojnę i nie ma najmniejszej ochoty na jakąkolwiek dyskusję i polityczne rozstrzygnięcie konfliktu, ani na polepszenie warunków życia cywilnej ludności.

Najbardziej przykry jest jednak fakt, że świat zasłania oczy na widok wyjątkowo okrutnego, w naszych czasach, przestępstwa w Czeczenii- ludobójstwa. U Czeczeńców poczucie niesprawiedliwości spowodowane jest nie tylko nieludzkim traktowaniem przez kolejne zmieniające się systemy, ale również postawą całego świata wobec wyjątkowo amoralnego i wyjątkowo krwawego konfliktu.

W Kosowie na przykład stłumienie przez Serbów separatyzmu kosowskich Albańców, było o wiele mniej okrutne, niż stłumienie czeczeczenskiego sprzeciwu, które spowodowało wojenny odwet na pełną skalę, i Albańczycy Macedońscy osiągnęli również maksimum tego co mogli osiągnąć w zjednoczonym państwie macedońskim. Także nacisk międzynarodowej społeczności na Rosje w przeciągu całego czeczeńskiego konfliktu pozostał wyjątkowo słaby.

Dlaczego postawa świata wobec tego konfliktu tak bardzo jest różna od tej jaką przyjął podczas wojny w Kosowie? Po pierwsze konflikt w Kosowie odbywał się w Europie i bezpośrednio poruszał czołowe europejskie mocarstwa. Natomiast konflikt czeczeński ma miejsce na peryferiach świata, a najliczniejsze rzesze uciekinierów z Czeczeni podążają nie do Niemiec, ale do Gruzji czy Inguszetti.

Po drugie, Rosja ciągle pozostaje potężnym mocarstwem nuklearnym, które nie uwzględnia tych zmian jakie zaszły po rozpadzie Związku Radzieckiego. Pytania dotyczące naruszenia w Czeczenii praw człowieka przez rosyjskie siły mogą okazać się dziś niebezpieczne. I po trzecie Rosja nader pośpiesznie przedstawia ów zatarg nie jako polityczną walkę o władzę czy celową chęć, z jej strony unicestwienia czeczeńskiego narodu, ale jako walkę przeciwko islamistom i siłom światowego terroryzmu.
Po wydarzeniach 11 września i przystąpieniu Moskwy do światowej koalicji przeciwko międzynarodowemu terroryzmowi z USA na czele, nikt nie ośmielił się tej postawy kwestionować. Wszakże kwestia jest bardziej złożona. Z początku Czeczeńcy byli po postu separatystami; teraz to "terroryści" i "bandyci". Czeczeńcy przede wszystkim są wojownikami za wolność- to naród, który walczy za niepodległość ojczyzny i chce żyć w pokoju i sprawiedliwości. Czeczeńcy to naród, który stracił wiele i ciągle traci z rąk rosyjskiego "demokratycznego" rządu. Reszta to stworzony przez Kreml brudny mit by oczernić i unicestwić Czeczeńców. Kolejnym mitem jest to, że rosyjski system pełnoprawnie uznany jest za demokratyczny. A przecież w demokracji nie ma miejsca na poniżenie, zniewagę, dyskryminację i zabijanie niewinnych ludzi. Demokracja to równość i wzajemny szacunek.

W istocie nieważne jest, dlaczego świat pozostaje obojętny w stosunku do czeczeńskiej tragedii. Bardziej ważne jest to, że świat milczy i to milczenie zabija niewinnych ludzi. Przerażające jest to, że Czeczeńcy "mieszkają" w całkowicie zniszczonym kraju, lecz nic to wobec dopuszczania się tam ludobójstwa. Ich najcenniejsza kultura zanika, a ich nadzwyczajne serca przepełnione są niewyobrażalnym bólem i żałością. Nie słychać ich krzyku, nie widać łez. Czy milczenie może zabijać? Tak, może! Milczenie świata w tym przypadku to wyjątkowo okrutny zabójca, jakiego można sobie tylko wyobrazić. Rosja dokonuje na terenie Czeczenii wyjątkowo strasznych przestępstw, a resztę świata ogarnia grobowa cisza.

Dlatego apeluję do świata by ten nie odwracał się do Czeczenii plecami, nie odwracał oczu od tragedii czeczeńskiego narodu. Świat musi usłyszeć ich krzyki i zobaczyć ich łzy. Ludzie powinni wyobrazić sobie te cierpienia, które muszą znosić Czeczeńcy. Winni oni zrozumieć, że Czeczeńcy to też ludzie jak my, którzy krwawo i bezlitośnie są unicestwiani przez federalne siły Rosji, i którym szybko potrzebna jest nasza pomoc. Tylko w ten sposób możemy powiedzieć, że każdy z nas ma swój wkład w światową cywilizację i rozwój człowieczeństwa!

Krystyna Sarkisjan, (USA)
Tłumaczenie z pisma "Chechen Times": Iwona Czurak, 2000 r.

KONWÓJ DO CZECZENII - 1995 ROK
Rozmowa z Markiem Kurzyńcem, organizatorem konwoju, uczestnikiem Federacji Anarchistycznej

-Na ostatnim zjeździe FA, w trakcie uchwalania oświadczenia w sprawie Czeczenii, padło pytanie: Dlaczego "wolna czeczenia"? Przecież jest to pomoc państwu, jak anarchiści mogą pomagać państwu? Co byś odpowiedział takim ludziom? Dlaczego anarchisci pomagają Czeczeńscom?

-Po pierwsze musimy pamietać, że cała wojna czeczeńska, jest częścią procesu rozpadu imperium, które zbudowane zostało na krwi małych narodów. Teraz ten proces jest odwracany - w związku z upadkiem komunizmu, w związku z rozstrojem władzy centralnej, jesteśmy świadkami fali narodowo-wyzwoleńczej przetaczającej się przez były ZSRR. Wiadomo, że dla świata i dla ludzkości lepiej będzie, jeśli Rosja nie będzie straszyć na kontynencie euroazjatyckim. Dodatkowo, co ważne jest dla środowisk wolnosciowych, system i zasady współżycia ludzi na Kaukazie bardziej zbliżone są do wizji społeczeństwa anarchistycznego, wolnościowego, samorządnego z czytanek anarchistycznych, niż jakiekolwiek wypociny ideologów XX-wiecznych, czy innych kompilatorów. Druga rzecz, o której warto by tutaj wspomnieć, to sprawa solidarnosci, jeżeli widzimy, że ktoś większy bije mniejszego, to trzeba mu pomagać. I trzecia sprawa, że jeżeli chcemy funkcjonować w jakimś obiegu międzynarodowym, a z tego co wiem ruch anarchistyczny w jakiś sposób jest zainteresowany działalnością na zewnątrz, wspieraniem walczących o wolność, czy o tego typu sprawy, to musimy wiedzieć, że działanie tylko tutaj bez jakiejkolwiek styczności z tamtą rzeczywistością ma charakter tylko i wyłącznie symboliczny i jest jakąś formą terapii, jaką sobie sami narzucamy. Natomiast tu jest możliwość spotkania się z żywa tkanką, bycia z tymi ludźmi, którzy walczą i przez to propagowanie pewnych idei, wiadomo, że jeżeli anarchiści w Polsce są solidarni z Czeczeńcami, przynajmniej wzbudzi to jakiekolwiek zainteresowanie dla ideologii, dla idei, dla tego, co mamy do zaproponowania.

-Opowiedz o konwoju, robiliście go w dużym stopniu sami...

Jeśli chodzi o konwój, to, że udało nam się zrobić go samodzielnie, wynika z braku kompleksów i z tego, że mieliśmy okazję zetknąć się z działalnością firm, które zajmują się tym zawodowo, które po prostu marnują na to wiele czasu, energii, pieniędzy, a efekt tego jest taki, że na przykład w przypadku Czeczenii nic z tych darów tam na miejsce nie dociera. Jest to rzecz stosunkowo prosta, nie robiliśmy tego jako firma, wielka organizacja, była to zupełnie oddolna inicjatywa trzech osób, powiązana z działalnością, którą prowadziliśmy już prawie od roku i traktowaliśmy to jako jej dopełnienie. Natomiast sama sprawa konwoju była dość prosta, pomogła Rada Miasta, która w jakiś sposób została przez nas wmieszana do spraw czeczeńskich, czyli dała tylko i wyłącznie patronat, który był dla nas miernikiem wiarygodności, a reszta to już jest tylko zbieranie pieniędzy, zbieranie ludzi, montowanie wolontariuszy, zbieranie darów, bo ofiarność w tej kwestii wśród ludności Krakowa i innych miast była dość spora. Koordynowanie kilku drobnych rzeczy: są jakieś dary, jakieś pieniądze zebrane w Rzeszowie, w Bielsku Białej, w Częstochowie i chodzi o to, by to zebrać razem do kupy. Natomiast kwestie administracyjne - takiego problemu nie mieliśmy w związku z tym, że nie mieliśmy administracji, wiec te problemy się nie pojawiały. Uczyliśmy się wiele, tak, że organizowanie tego konwoju trwało dość długo, około trzech miesięcy, z czego miesiąc intensywnej pracy, i udało się to wszystko domknąć.

Jeśli chodzi o sama trasę, to zorganizowaliśmy ją w taki sposób, aby dary dotarły do rąk osób znajdujących się na terenie działań wojennych i na szczęście to się udało. Wyruszyliśmy z Krakowa przez Ukrainę, przez Charków, później Nowoszachtijsk, w Rosji Armawir, Kropotkin, Mineralnyje Wody do Władykaukazu. Z Władykaukazu najpierw wykonaliśmy rekonesans w kierunku na Grozny, skontaktowaliśmy się - pokonując różne posty (posterunki) rosyjskie, zresztą to tez ciekawa historia - z administracją, samorządem wsi Samaszki.

Jest to wieś, o której warto wspomnieć, była ona w marcu '95 spacyfikowana, bojewiki, czyli uzbrojona ludność tej wsi, odparli trzy szturmy, później po wycofaniu się mężczyzn zdolnych do noszenia broni w góry, wieś została zajęta przez Rosjan i dokonano tam masakry ludności cywilnej. W tej chwili jest to wieś pod administracją czeczeńską, specjalnie nie używam tu określenia "dudajewowską", bo powiem szczerze, że takie okreslenie jak "administracja dudajewowska", "ludzie Dudajewa" są dość nieadekwatne do tamtej rzeczywistości. Są to ludzie, którzy siedzą w swojej wsi, są uzbrojeni, bronią swojej wolności, Dudajew jest tam prezydentem, akceptują go, bo w jakiś sposób on też działa na ich rzecz, wzajemnie się wspierają.

Tam, po skontaktowaniu się z administracją, zorganizowano nam kontakty i możliwości rozwożenia naszej pomocy do baz wojskowych, w góry. I tak udało się nam dojechać do Bamutu, to też słynna wieś, dawna rosyjska baza rakietowa, zajęta przez bojowników czeczeńskich, do dziś nie zdobyta, siedem szturmów od początku wojny. Dojazdu tam żadnego nie ma oprócz tak zwanych ścieżek górskich, które udało nam się pokonać. Później była to Aczchoj Martan, czyli też jedna z wsi w dolinie Samaszek, która nie jest przez Rosjan zajęta. Tak jak wspominałem, ważne było, i im też bardzo na tym zależało, żeby ta pomoc była przewożona przez nas, te same osoby, które organizowały im pomoc w Polsce, które organizowały demonstracje. Żeby ci ludzie, którzy są w górach, całkowicie, całkowicie odcięci od jakiejkolwiek pomocy z zewnątrz, zrozumieli, że jest ktoś, kto chce im pomóc, ktoś, kto z nimi porozmawia, podyskutuje i w ten sposób udzieli moralnego wsparcia. Do tych górskich wiosek nie udało się zawieźć zbyt wiele, były to drobne rzeczy, głównie medykamenty, bo tylko to zmieściło się w terenowym samochodzie, żadna ciężarówka tam by się nie przedostała.

-Wspomniałeś parę razy o tym, że kwestią najważniejszą jest docieranie pomocy na miejsce. Z tego co słyszałem już wcześniej, często jest tak, że Rosjanie nie dopuszczają pomocy, czy też rozkradają ją, a i ONZ nie najlepiej się zachowuje. Czy możesz coś o tym powiedzieć?

ONZ została wybrana jako ta instytucja, która będzie się zajmować podziałem darów. Powiem szczerze, że to nie chodzi nawet o to, że te dary są rozkradane. Duze, upolitycznione w większości firmy humanitarne zajmują się upychaniem tam nadwyżek żywnościowych, jest to towar niezróżnicowany, czyli faktycznie nikomu niepotrzebny w tak wielkich ilościach. I nikogo nie interesuje czy to gdzieś dotrze, czy nie. Więc cały problem tkwi w okłamywaniu opinii publicznej, ludzi, którzy przekazują dary. Jeżeli ludzie, w Polsce czy gdziekolwiek na świecie, decydują się na udzielenie pomocy, to zazwyczaj decydują się na pomoc konkretnym ofiarom konfliktu, czyli w tym przypadku, Czeczeńcom. Natomiast są wprowadzani w błąd przez to, że większość tych dużych firm humanitarnych, np. Caritas z Polski, czy inne działające tutaj organizacje, wyłączywszy Ochojską (ona starała się dotrzeć na miejsce i rzeczywiście był też jedyny konwój przed tym naszym, który na miejsce dotarł), nie interesuje się tym, gdzie trafia dary. To zupełnie jest poza dyskusją.

Jeżeli chodzi o ONZ, to wynikało to z dokumentów celnych i z dyspozycji czy sugestii Ministerstwa Spraw Zagranicznych Rosji, oni mają tam monopol na podział pomocy. Faktycznie na miejscu okazało się, że oprócz tego monopolu nie mają mandatu na dowożenie pomocy do Czeczenii, czyli faktycznie wszystko to, co idzie przez ręce ONZ, trafia najwyżej, w najlepszym wypadku do obozów uchodźców w Inguszetii, Dagestanie czy Płn. Osetii. Ostatni na przykład konwój Caritasu dojechał do Mineralnych Wód, a pomoc została przekazana rosyjskiemu Caritasowi, który jej większość wysłał do Abchazji. A ludzie chyba raczej nie zbierali dla Abchazów, tylko na ofiary konfliktu w Czeczenii. Natomiast zupełnie oddzielną działką jest po prostu skurwysyństwo tych facetów, którzy tam pracują, którzy siedzą na miejscu i głównie są zainteresowani tylko odbieraniem pensji i brylowaniem wśród tubylców. Myśmy znaleźli się tam, w misji ONZ wraz z przedstawicielami komitetu Samaszek i żądaliśmy zgodnie z wolą ofiarodawców, żeby pomoc trafiła do nich.

I tutaj pojawiły się problemy: odcinanie telefonu, sabotowanie załatwiania formalności w urzędzie celnym; straciliśmy na to cały tydzień. W końcu wszystkim nerwy puściły, mało nie doszło do bijatyki z tymi łobuzami.

Bo oni nie chcieli nawet dać faceta, który by zaświadczył w urzędzie celnym, że ONZ nic nie ma do tego transportu. Udało się nam wywlec wreszcie jakiegoś młodego człowieka, i jakoś sprawy te został załatwione.

Natomiast faceci z ONZ, tj. przedstawiciele, Wysoki Komisariat do spraw Pomocy Uchodźcom, bardziej tym uchodźcom przeszkadzają i działają na ich niekorzyść niż na przykład, co nam się wydało dziwne, Ministerstwo Nadzwyczajnych Sytuacji Płn. Osetii. Jest to taka dziwna postKGBowska formacja, która akurat, nie wiedzieć czemu, oddała nam do dyspozycji faceta, łącznika, który załatwiał, przyciskał celników i zapewnił nawet dokumenty przewozowe, które oczywiście nie miały żadnego znaczenia, oprócz tego, że można było pokazać jeszcze jeden kwitek z pieczątką do Republiki Czeczenii wsi Samaszki - bytu administracyjno - państwowego, który nie istnieje i przez nikogo nie jest uznawany.

- Jak Czeczeńcy odbierali waszą pomoc, czy wiedzą, że były organizowane akcje w Polsce na rzecz Czeczenii?

Dla nich, jak oni to zresztą sami napisali w takim liście dziękczynnym, był to pierwszy transport, który dotarł od początku wojny. Więc kazda forma materialnej pomocy jest tam niezbędna. Na przykład mieliśmy wątpliwości czy zabierać łóżka, tak że tego nie braliśmy, ubrania wydawały nam się rzeczami, które są drugorzędne, natomiast okazało się, że to są rzeczy pierwszej potrzeby, bo większość domów wypalonych po tych szturmach jest odbudowywana ze zgliszczy, poza tym zbliża się zima, a zbiorów się nie dało zebrać, bo była wojna. Również zaopatrywanie w cokolwiek, w żywność, lekarstwa czy ubrania, jakieś sprzęty domowego użytku jest mocno ograniczone. Wspólnie tę pomoc dzieliliśmy, przede wszystkim dla sierot, kobiet, które straciły mężów, dla kalek, czyli dla osób najbardziej potrzebujących. Inną sprawą była wymowa symboliczna naszego konwoju. Był on świadectwem, że cały czas tutaj jednak się pracuje żeby im pomóc. Jeżeli chodzi o demonstracje to braliśmy udział w wiecach, przy okazji których był tłumaczony biuletyn "Marszo" z kalendarium akcji. Spotkało się to z entuzjazmem, ciężko o tym mówić, bo trochę niezręcznie, były to scenki wzruszające, nie chcę żeby ta wypowiedź była kiczowata... Ale coś takiego było... Generalnie zaprzyjaźniliśmy się z tymi ludźmi i oprócz wrażenia, że jakby razem toczymy tę wojnę to myślę, że to jest dobre doświadczenie na przyszłość, bo wiemy już co jest potrzebne, wiemy co możemy zrobić, możemy myśleć o innych formach pomocy. Wszystkie demonstracje są równie ważne, dla nich jest to tak, jakby tam wysłać batalion wojska.

- Jak wygląda organizacja życia społecznego w Czeczenii? Mówiłeś o tym, że są struktury bardzo podobne do idealnych wizji anarchistycznych.

Do czasu wyjazdu, każdy wyrabiał sobie jakieś tam pojęcie o Czeczenii. Wiadomo, że to mały kraj, muzułmański, silne więzi rodzinne, silna więź wspólnotowa, brak tradycji państwowych, co akurat działa tutaj świetnie na korzyść, aczkolwiek żeby to od razu rozdzielić, nie brak tam tradycji samoorganizacji, jest tradycja działalności samorządowej i ta działalność obejmuje wszelkie sfery życia: od prowadzenia szpitala czy podziału pomocy humanitarnej po prowadzenie wojny, dowodzenie nawet na najwyższym szczeblu. Co było dziwne, czego się nie spodziewałem, co mnie zaskoczyło, to to że we wsiach np. Samaszki czyli wsiach frontowych nie ma jednostek państwowych, dudajewowskich. Gdzieniegdzie w przekazie telewizyjnym czy radiowym, w korespondencjach pojawiają się "siły dudajewowskie" i przez to rozumiemy jakąś tam formację zbrojną, która jest podporządkowana prezydentowi i ona toczy wojnę. Nie ma tam żadnych takich jednostek, tam nie jednostki dudajewowskie toczą wojnę tylko ludność. Czyli to jest facet, któremu zniszczono dom, który go odbudowuje, w momencie gdy rozpoczyna się ostrzał, rozpoczyna się wojna, wyciąga swój pistolet maszynowy i idzie się bić. Wiadomą rzeczą jest, że część pracuje, natomiast część szczególnie młodszych ludzi pełni służbę wartowniczą i poświęcają więcej czasu na wojaczkę. Natomiast reszta pracuje, stara się żyć normalnie. I to był taki pierwszy sygnał, że czegoś takiego jak państwowa administracja w stylu zachodnim tam nie ma. Natomiast jest duża samoorganizacja i samodyscyplina i oczywiście kwestie obyczajowe, które są związane z wyznaniem, które zresztą też jest raczej traktowane jako pewne nakazy obyczajowe, tradycja, niż jako wyznanie wiary. I tak od tego najnizeszego szczebla czyli od wszystkich komitetów, których działa tam sporo, np. komitet obrony praw człowieka, komitet podziału pomocy humanitarnej, ekipa, która zajmuje się produkowaniem energii elektrycznej (mają własne agregaty i ktoś musi prowadzić dystrybucję, jakoś nad tym czuwać), po wybory komendanta - wszystko to są funkcje obieralne, czyli nie ma tam kogoś, kto z racji urodzenia czy stanowiska jakie pełnił kiedyś w administracji takiej czy innej, teraz pełni tam jakąś określoną funkcję. To jest taka demokracja wiecowa, codziennie mniej więcej od godz. 15.00 do wieczora trwa taki nieustający wiec mieszkańców, na którym oprócz tego, że sami zagrzewają się do walki, dodają sobie otuchy, rozwiązywane są sprawy praktyczne. Uczestniczyliśmy w wiecu, który prowadził nasz przyjaciel Abdul Wachid, szef komitetu ds. podziału pomocy humanitarnej. Omawiano na nim kwestie przygotowań do nadchodzącej zimy. Druga rzecz, że nie ma tam egoizmu. Mieliśmy okazję tam dość długo przebywać i zauważyliśmy tendencję do pomocy wzajemnej. To co u dziadka Kropotkina czyta się w książkach, tam sobie można było obejrzeć. Rzeczywiście wszyscy starają się tym, którzy są w gorszej sytuacji pomóc i wyrównywać poziomy. To też być może w jakiś sposób ich integruje, daję większą motywację do walki. W tym być może tkwi, oprócz oczywiście tradycyjnej wojowniczości górali, tajemnica sukcesu militarnego i problemów, jakie Rosja ma z Czeczenią.

- Słyszałem, że w ogóle od islamu o wiele silniejsza jest własna tradycja góralska, lokalna tradycja wojowników, chociażby to, że oddawali rosyjskim matkom jeńców, rosyjskich żołnierzy.

Nie jest to wojna religijna toczona z wyznawcami innej religii. Jest to gazawat czyli wojna rodzinna. Ktoś przychodzi do mojego domu, zabija mi rodzine, niszczy, nie pozwala mi żyć, to ja idę w góry. A z drugiej strony traktuję przeciwnika rycersko, to znaczy przeciwnik, który nie ma broni w ręku już nie jest przeciwnikiem, jest gościem, którego muszę przechować. Stąd przekazywanie jeńców matkom, nie jest tylko i wyłącznie akcją propagandową, często zdarza się że przyjmowanie we własne szeregi dezerterów rosyjskich, których spora grupa nie była zbyt zachwycona perspektywą powrotu do swoich okręgów poborowych, więc zostawała w górach i walczyła w górach u ich boku. Stąd to, o czym się tam wspomniało, że wzięcie jeńca zobowiązuje Cię do utrzymania go. Mając nawet ograniczone środki najpierw musi zjeść jeniec, czyli ten który jest pozbawiony możliwości równorzędnej walki, później dopiero ty. Czyli poczucie honoru i zażartość, która jednak nie jest nienawiścią. Oni w Czeczenii żyli obok siebie spokojnie, a teraz pojawiła się armia rosyjska, która tę równowagę narodowościową zachwiała. Ci Rosjanie którzy znaleźli się w rejonie konfliktu, w większości uciekali albo na tereny rosyjskie albo do sąsiednich republik W Rosji traktuje się ich jak Murzynów, czarnych, czarnuchów, górali, to jest taki swoisty rosyjski rasizm, imperialny rasizm. Oni nie są już akceptowani jako Rosjanie, współobywatele, to już jest jakiś obcy element. Oni chcieliby wrócić, żyją w nędzy, chcieliby wrócić tam gdzie żyli normalnie. Tylko tak jak mówią sami Czeczeńcy : żyliśmy przedtem obok siebie, nie było problemu z tego,że ktoś jest prawosławny, ktoś jest ateistą, ktoś muzułmaninem, ktoś ma jeszcze inne pomysły na rzeczywistość, chodziło o to, czy jesteś dobrym sąsiadem, nie zatruwasz mi studni, nie wybijasz szyb w oknach, pomożesz mi to i ja Tobie pomogę. Teraz oni wrócą, ale przelano między tymi dwiema grupami, które kiedyś tam mieszkały, rzekę krwi. Ciężko będzie matce zapomnieć zarżniętą córkę i spalone zwłoki, które zidentyfikowała tylko po kolczyku i teraz mieszkać obok przedstawiciela narodu, który wysyła zabójców w mundurach, morderców i bandziorów. To jest w jakiś sposób zrozumiałe. Natomiast jest ciekawe, że oni sobie takie pytania zadają, jak to będzie, jak wrócimy później do jakiejś normalności?

- Jaka jest różnica między partyzantką a armią zawodową?

Jest ciekawa rzecz bo Federacja A zajmując się sprawami militaryzmu, antymilitaryzmu, dyskutowała nieraz na temat armii zawodowej, zniesienia przymusu poboru. Jest to też kamyczek do ogródka naszych pacyfistów, którzy opowiadają się za likwidacją przymusowego poboru. Prawda jest taka, że armia zawodowa jest jeszcze bardziej skurwysyńska niż pobór. Pobór dotyka wszystkich, ale nie demoralizuje ich totalnie. Żołnierz, który jest zawodowy tak jak spotkaliśmy się z omonowcami, faktycznie są to żołnierze kontraktowi, oni tam pracują 45 dni,a później wyjeżdżają na urlop i wracją z powrotem, zarabiają na tym duże pieniądze. To są goście tego typu, którzy w kontaktach bezpośrednich są kochani, kochają kwiaty, dzieci, nigdy nie strzelali. Ktoś jednak Czeczeńców morduje i to są właśnie oni. To jest Specnaz, Omon czyli wszystkie jednostki zawodowe. Z drugiej strony armia zawodowa w konfrontacji z tą ruchliwą partyzantką, która wcale nie jest wyśmienicie uzbrojona (to też kolejny mit, że broń leży tam w kopcach i tylko sięgają po nią W większości broń zdobywa się na polu walki, bo armia zawodowa oprócz tego, że bierze pieniądze, morduje cywilów ma również to do siebie,że nie lubi narażać swojego cennego życia, czyli po prostu rzuca broń i daje nogę, albo bierze w łapę i sprzedaje broń) nie daje sobie rady. Czyli słabo uzbrojeni tylko w lekki sprzęt partyzanci są w stanie opierać się wielokrotnie przeważającym siłom zorganizowanej armii, uzbrojonej w sprzęt, dysponującej wsparciem lotniczym, logistycznym, itd. Przykładowo Bamut szturmują trzy dywizje wojsk omonowskich, broni go 120 ludzi. Przez cały rok ten Bamut nie został zdobyty, natomiast można oglądać tam pryzmy sprzętu, który pozostał po tych szturmach rosyjskich. Były dwie fazy konfliktu czeczeńskiego. Najpierw wysłano armię złożoną z poborowych. W Groznym wyglądało to tak, że młody poborowy, który dostał się w kanion ulic ostrzeliwany był z dachów, ze wszystkich stron. Oni bali się wyjść na zewnątrz nawet wtedy, kiedy ich transportery paliły się. Tam była po prostu jatka gostków z przymusowego poboru, nieprzygotowanych do walki, którzy nie wiedzieli właściwie po co tam jadą, nie wiedzieli w większości że właśnie akurat tam jadą, znajdowali się nagle w rejonie ostrego konfliktu, był pijany Graczow i dowództwo chciało odnieść jakiś spektakularny sukces. To w konfrontacji z partyzantką czeczeńską się nie sprawdziło.

Później nastąpił drugi etap, czyli użycie armii zawodowej - tej niby wyspecjalizowanej. I właśnie mamy tutaj zawodowych morderców za pieniądze, którzy są zdolni do wszystkiego, ale którzy paradoksalnie, jeżeli chodzi o ich wydajność militarną w żaden sposób nie są skuteczni. I to jest właśnie pytanie, czy armia zawodowa czy zniesienie poboru. To o czym zawsze tutaj wspominaliśmy : najbardziej skuteczną i demokratyczną formą, która jest z resztą fundamentem samoobrony społecznej przeciwko zakusom administracji centralnej, która się być może wyłoni, być może nie, jest właśnie to, że społeczeństwo jest uzbrojone powszechnie, że jest zorganizowane w swoje własne milicje, które są w stanie mimo takiej dysproporcji sił opierać się przez rok potężnej armii i, jak sądzę, będą się opierać dalej.

- Skoro Dudajew nie jest jedynem przywódcą, jest wiele frakcji, w jaki sposób mogliście się tam bezpiecznie poruszać?

Frakcji jest sporo, ale procentowo to wygląda zupełnie inaczej. Wiadomo, że Grozny, Gojty to są tak zwane ekipy kolaborujące, czyli jest to Awturchanow, Chadżzijew, Łabazanow, którzy współpracują z Rosjanami i wysługują się robiąc przy tym kryminalne interesy, to jest właśnie mafia czeczeńska, którą straszyli Rosjanie, a to właśnie ta mafia jest na garnuszku administracji rosyjskiej. Ale faktycznie tak jak się określa mniej więcej kompetencje i zakres władzy burmistrza Groznego - Gantemirowa, to ma tyle władzy ile mierzy jego gabinet, po prostu każde wyjście z tego gabinetu wiąże się z organizowaniem poważnej osłony. Także nie ma co tutaj mówić o różnych frakcjach. Oczywiście różnice jakieś na pewno są, natomiast nie spotkaliśmy się tam na miejscu z frakcjonistami, tylko z ludźmi którzy tam mieszkają, którzy walczą. Jaką oni są frakcją? Nie wiem. Jak można zobaczyć portrety na komendanturze, to jest tam Imam Szamil sprzed stu lat, przywódca powstania czeczeńskiego, jest Dudajew, Maschadow, Imajew, pojawił się właśnie Basajew. Także, że raczej ocenia się ludzi nie przez możliwości polityczne, tylko przez to co zrobili, jaki zdobyli sobie autorytet, tu i teraz walcząc z nimi wspólnie.

Natomiast jeśli chodzi o gościnność, to jest to gościnność przysłowiowa, o której można tylko powspominać, można powspominać różne czeczeńskie potrawy i te miłe wieczory spędzane razem z nimi na rozmowach. Nasz przyjaciel Baudi, który się nami zajął, był naszym przewodnikiem, to taki doradca, konsultant administracji w Samaszkach, samorządu samaszańskiego, jeździł z nami wszędzie, on był za nas odpowiedzialny, widać było, że w takich momentach bardziej kryzysowych zawsze starał się nas jakoś tak prowadzić, żebyśmy narażali się jak najmniej. Natomiast wszelkie postoje na terenie wojennym wiązały się z pewnym ryzykiem. Tak jak wspomniałem ryzykiem, które nawet nie wynika z tego że toczy się tam akurat wojna tylko z tym, że dużo ludzi ma broń, wiadomo, są różne sytuacje, a to jest pogranicze. Mieliśmy tę pewność, że ze strony czeczeńskiej, ze strony ludzi,którzy gdzieś tam funkcjonują na zewnątrz nic nam nie grozi ponieważ byliśmy pod opieką Samaszek, byliśmy pod opieką komendantury w Siernowodsku, pod opieką komendanta Rusłana i to się wiązało z tym zasadami, że w momencie gdyby ktoś zrobił nam jakąś przykrość, czy nam by się coś stało wtedy ci, pod których opieką jesteśmy są zobowiązani, że tak powiem, wziąć odwet. I to nie jest kwestia taka, że być może to się stanie, być może nie - jest to kwestia honoru, czyli osoba decydująca się na jakiś zły czyn musi kalkulować, czy opłaca się jej do piątego czy szóstego pokolenia póki nie odpokutuje żyć ze świadomością, że się w każdej chwili może coś stać. Także ochrona z ich strony była całkowita, aczkolwiek też była sprawa jakichśwysłanników fundacji Sorosza, których Czeczeńcy rozstrzelali oskarżając o szpiegostwo, jest to bardzo prawdopodobne, bo tacy ludzi również się tam szwendają. Oczywiście mając przewodnika, mając kontakt poruszaliśmy się tam bezpiecznie, wiedzieliśmy, że od razu będzie wiadomo kim my jesteśmy, z kim jedziemy, że mogą mieć do nas zaufanie. Wiadomo, że poruszanie się tam bez żadnych kontaktów może się skończyć nieciekawie.

- Jak dalej będzie się rozwijać sytuacja? Podobno wszystko wskazuje na to, iż sytuacja się zaostrza i ponownie dojdzie do wojny, sami przeżyliście w Bamucie bombardowanie.

Wojna tam wybuchnie. Pierwszą reakcją ludzi, którzy rozmawiali z nami było stwierdzenie, że na zimę będzie wojna. To wszystko co Rosjanie i światowe media tutaj pompują, że jest zawieszenie broni,że Rosjanie się wycofują, że ostrzeliwani przez różnego rodzaju bandy (tutaj różnego rodzaju inwektywy padają pod adresem partyzantów), jest to zupełna bzdura, bo na miejscu można oglądać, Bamut jest bombardowany codziennie, mniej więcej w nocy od godziny dziesiątej do pierwszej, włączana jest artyleria i po prostu grzmocą po górach ile wlezie. W dzień odbywa się regularne bombardowanie. To jest Bamut, możemy powiedzieć, że jest to wysunięta placówka, można określić to twierdzą, garnizon bojowy niepokonany.

Ale równocześnie byliśmy świadkami wjazdu kolumny pancernej, która ostrzeliwała później Samaszki, akurat po naszym wyjeździe. To były ostrzały tylko i wyłącznie terrorystyczne. One nie miały żadnego sensu militarnego, bo nie rozpoczynała się ofensywa. Takie bombardowania spadały również na inne wioski, na Szali, przez które przejeżdżaliśmy, trzy dni przed naszym przyjazdem był nalot i zabito 11 osób. Czyli wszelkie te opowieści propagandystów rosyjskich o tzw.odprężeniu są kłamstwem. Tam wojna trwa cały czas, jest tylko różnica w jej natężeniu, średnio ginie kilka osób dziennie. Jest również odwet, byliśmy świadkami w momencie przejazdu w okolicach Siernowodska, jak wykonano wyrok na trzech oficerach rosyjskich, było to dzień po tym, jak na ulicach Groznego pijani czołgiści rozjechali samochód osobowy z całą rodziną. Tak, że takie akcje się odbywają, odbywają się ostrzeliwania kolumn rosyjskich, czy postów, ale jest to związane z tym, że np. post świeży zajmuje się głównie pakowaniem ludzi do obozów filtracyjnych (trafić tam można za nic "na wszelki wypadek"). Więc po to,żeby chłopcy nie byli tacy nadaktywni otrzymują ostrzał. Po bombardowaniu, w którym giną cywilni ludzie jest akcja odwetowa czyli ostrzeliwanie, nie ludności cywilnej tylko garnizonów rosyjskich. Czyli jest to jakaś forma wojny, której Rosja nigdy nie przestała tam prowadzić. Rosjanie będą się jeszcze starali dokończyć to, co im się w pierwszej fazie kampanii nie udało, czyli wypchnąć wszystkich w góry i doprowadzić do jakiegoś quasi - porozumienia, które podpierane przez rosyjską machinę wojenną będzie w stanie zapewnić bezpieczeństwo w dolinie Groznego. To jest związane z operacją " Rurociąg", który ma znad Morza Kaspijskiego prowadzić właśnie ropę do krajów Europy Zachodniej. Stąd być może taka powściągliwość Europy i cynizm rządów zachodnich, które w stosunku do Rosji, dokonującej ludobójstwa na tamtym terenie, są dość chłodne. Chociażby porównując to przy innych rzeczach, przy Serbii czy Bośni, Afganistanie itd. Ofensywa istnieje również na polu polityki.Obserwuje się zlot różnych dziwnych ludzi do Groznego. Np. Chasbułatow. Czeczeńcy, z którymi rozmawiałem w Krakowie, traktowali go oni jako osobę, która nigdy nie będzie występowała w roli jaką odegrał Szewardnadze w konflikcie gruzińskim, roli starego aparatczyka, który się pojawia teraz w miejscu konfliktu jako opozycjonista i, jako świeża osoba z zewnątrz, usiłuje montować jakiś para - rząd porozumienia narodowego oparty na rosyjskich bagnetach. Wydawało się, że takiej możliwości nie ma, potwierdzał to fakt, że Chasbułatow jest zamieszany w pucz (obrońca Białego Domu, etc.). Jednak tydzień temu dowiedzieliśmy się, że pan Chasbułatow odbył kongres założycielski swojej parii " Porozumienie" w Groznym. Czyli będą próby montowania tych wszystkich kolaboracjonistów w jedną ekipę, bo oni oczywiście między sobą też się żrą bardzo namiętnie., po to żeby zepchnąwszy partyzantów w góry spróbować załagodzić konflikt przy pomocy policji i formacji kolaboracyjnych. Zresztą ostatnie doniesienia o strzelaniu do tłumu w czasie demonstracji, są dowodem, że tam takie formacje quislingowskie się tworzą. Czy to się uda? Raczej wątpię, bo tam wola walki i świadomość, o co ta walka idzie, jest bardzo duża i choćby nawet wygrano kampanię, zdobyto, spacyfikowano wioskę, to wojna będzie nasilać się i nigdy nie będzie tam spokoju. Rurociąg jest długi, wiadomo - stawać co 10 metrów nikt nie będzie,więc cały czas ten region będzie gorący. Jedynym rozwiązaniem dla Rosjan, skutecznym, które mogliby wykonać to jest to co udawało się im robić wcześniej, w czasie pierwszej wojny kaukaskiej - eksterminacja, czyli trucie studni, mordowanie wszystkich, którzy wyrośli i mogliby nosić broń, kobiet, dzieciaków, wszystkich, kogo się da. To, co wykonał Stalin w 1944 - przewiezienie całego narodu, miliona czy miliona 200 tys. osób na Syberię i do Kazachstanu. Wydaje się że ten wariant raczej teraz jest niemożliwy, ale właśnie myślę, że tutaj jest nasza robota żeby taka możliwość nigdy nie była brana pod uwagę. To jest kwestia mobilizowania opinii itd. Czyli żeby wszystkie warianty typu spalonej ziemi, które już zostały tam wykonane w pewnych rejonach nie mogły się powtarzać, żeby nie można było po prostu wszystkich wyrżnąć czy użyć taktycznego ładunku nuklearnego, bo nie wiadomo co komu do łba strzeli. Od Groznego w kierunku na Dagestan, kraj jest zniszczony w 80 %, są tam wsie nie odbudowane, są wsie zrównane z ziemią, zakład przemysłowe jakie tylko tam istniały są po prostu rozbite. Cała ta działalność nie miała żadnego sensu strategicznego, zniszczono nawet akwedukty, zerwano mosty. Pośród tego księżycowego krajobrazu istnieją te wsie, które się obroniły, które się trzymają. To duże łajdactwo, skurwysyństwo.

- W grudniu organizujecie kolejny konwój. W jaki sposób można wam pomóc i w jaki sposób w ogóle możemy pomagać Czeczeńcom, chociażby w nagłaśnianiu sytuacji?

Tu oczywiście jest pełna gama możliwości czyli od petycji, listów, demonstracji, pikiet, wszystko można brać pod uwagę, chociaż nie chcę nawoływać do aktów terroru, ale każda forma przekazywania tego na zewnątrz, każda forma mobilizowania opinii, informowania o tym, nawet prasy lokalnej, przebijania się na zewnątrz są niezwykle ważne. Bardzo ważne byłoby zmobilizowanie anarchistów rosyjskich. Wydawałoby się jest to temat dla anarchisty bardzo ważny, bo jeżeli wojna będzie się przedłużać, wzrastać będą represyjne uprawnienia państwa, armia będzie odgrywała decydującą rolę, nie mówiąc już o tajnej policji. Czyli jakiekolwiek rozmowy o demokracji i wolności, samostanowieniu jednostki itd., będą już tylko groteskowymi wspominkami przy wódce. Jest szansa, bo jest duży opór przeciwko tej wojnie, szczególnie wśród poborowych co się może nie wiąże z ideologią ale raczej z zagrożeniem życia. Te sprawy można też w jakiś sposób tam nakręcać, jest Kowaliow, chociaż, jak na razie, osób, które się tym zajmują i które przeciwko temu jakoś aktywnie protestują jest niewiele. Myślę, że tę wojnę można wygrać też w Rosji, jeżeli umiejętnie się do tego podejdzie. Jest jeszcze trzecia rzecz - konwój. Tutaj pomocą jest zbieranie środków, zbieranie kasy, to wszystko jest do zrobienia, tylko to jest kwestia dogadania się, pojawią się odpowiednie osoby, kwestia pełnomocnictw, bo też to musi wyglądać jakoś solidnie.Jeśli ktoś ma jakiś znajomych w bogatej firmie, którzy się wzruszają losem górali Kaukazu i ktoś by coś takiego zadeklarował, tak samo dysponujemy kontem fundacji, i bardzo chętnie przyjmiemy każdą pomoc.

- Jakiej pomocy potrzebują mieszkańcy Czeczenii?

Potrzebują wszystkiego. Z drugiej strony nie są to ludzie bezradni, oprócz ich indywidualizmu, ambitności, samoorganizacji, nie ma tam żadnej rezygnacji, czyli każdy z nich stara się w jakiś tam sposób, choćby przenikając przez kordony rosyjskie, zaopatrywać. Natomiast faktycznie tam nie ma sklepów, nie ma możliwości nabywania jakichkolwiek towarów. Wszystko sprowadza się z republik ościennych. Podwaja to koszty, zawsze jest sytuacja niedoboru. Wieś Samaszki była zniszczona w dwóch trzecich i to też świadczy o samozaparciu, że na dzień dzisiejszy, gdy minęło raptem parę miesięcy od tych wydarzeń marcowych, jest wielkim placem budowy, czyli domy które pozostały zniszczone, to są domy, w których wyrżnięto wszystkich. Natomiast jeśli w jakiejś sadybie pozostał ktokolwiek żywy, to automatycznie jest to pęd do odbudowy, także wieś stoi już prawie nowa i czekają co będzie dalej z bronią u nogi. Ale potrzeby są wszelakie, od łóżek lekarstw, czegokolwiek, nie mówię już o broni, bo jedynym marzeniem, takim największym, byłoby 1000 stingerów i to dla nich rozwiązałoby wiele problemów dość istotnych. Marzą o każdej broni, broni krótkiej, pistoletach automatycznych, karabinach maszynowych i tych słynnych RGPPanzach i wyrzutniach "mucha", które są straszliwie zabójcze głownie z tego względu, że determinacja, zwinność, samoświadomość tych, którzy ich używają pozwala podchodzić właśnie do czołgu na wyciągniecie dłoni, także nie ma szans, żeby się coś przeciwko temu ostało. Jednym słowem w Czeczenii brakuje wszystkiego.

Przedruk za Mać Pariadka nr.11(41) 1995 rok

 

tgtgtttttttttttttttzzttt| główna | zapowiedzi | linki | historia | relacje | kontakt | poradnik - pobór stop |