ROZMOWA Z JIMMYM MASSEYEM

Większość ssaków wzbrania się przed zabijaniem swoich współbraci. W tej dziedzinie ludzie stanowią wyjątek. W 1944 roku zaledwie 15 procent amerykańskich żołnierzy wysłanych na europejski front pociągnęło za spust. Uznano to za swoistą klęskę i niedługo potem opracowano techniki psychologiczne mające na celu odczłowieczenie wroga i pozbawienie wojskowych wrażliwości na jego los. Szkolenia odniosły sukces: 90 procent żołnierzy wysłanych do Wietnamu automatycznie sięgało po broń. Jimmy Massey, były sierżant amerykańskiej piechoty morskiej, wie dobrze, jak wyglądają takie szkolenia i jakie przynoszą rezultaty. Napisał książkę, której jednak nie udało mu się opublikować w USA, a jemu samemu grożono za to śmiercią.

La Vanguardia: Podaje się pan za wytrawnego mordercę-psychopatę.
Jimmy Massey: Szkolenie, jakiemu poddaje się marines, opiera się na dehumanizacji. Dzięki niemu przemoc staje się jedynym sposobem komunikowania się z innymi. To swoisty rytuał, w pełni akceptowany, podobnie jak alkohol, narkotyki i perwersyjny seks.

Czego was uczą?
Powiem tylko, że tortury, jakim poddano więźniów z Abu Ghraib, a które wzbudziły takie protesty na świecie, były elementem naszego szkolenia.

Czy was również poddawano takim torturom?
Owszem. Najpierw wykańczają człowieka fizycznie, a potem gnębią go psychicznie: obrażają, opluwają, popychają, oddają na niego mocz. Chcą, żebyś wyrzekł się swojej tożsamości i poddał się nowemu "zaprogramowaniu".

Jak brzmią rozkazy?
Cywile to stado owiec, osobnicy upośledzeni umysłowo. My natomiast jesteśmy wojownikami, możemy zginąć w każdej chwili, dlatego wszystkie chwyty są dozwolone. Wolno odstrzelić komuś głowę z 500 metrów i inni uznają to za świetny dowcip. Sam robiłem to wiele razy. Pierwszą śmierć zawsze się celebruje, to coś na kształt aktu liturgicznego, prawdziwy chrzest bojowy. Począwszy od tego momentu zabijanie zaczyna sprawiać przyjemność prawie tak silną jak seks. Osiągasz stan nirwany, czujesz się wszechwładny.

Jakiego rodzaju ludzie tworzą amerykańskie oddziały elitarne?
Sam byłem w komisji rekrutacyjnej. Rocznie przyjmowaliśmy 210 tysięcy kandydatów. Poszukiwaliśmy głównie młodych ludzi z niższych warstw społecznych, dzieci imigrantów. 80 procent z nich było wcześniej karanych albo miało problemy zdrowotne - psychiczne lub fizyczne. Moim zadaniem było pokazać im sztuczki, dzięki którym poradzą sobie na egzaminach. Potrafiłem sprawić, że ich kryminalna przeszłość znikała z ewidencji. To powszechnie stosowane metody. Wojna jest częścią amerykańskiej mentalności, a także i przede wszystkim wielkim biznesem.

W Iraku służył pan w stopniu sierżanta.
Tak, miałem pod sobą 45 żołnierzy. Wysłano nas do Iraku w ramach misji humanitarnej. Wylądowaliśmy w Kuwejcie i dowiedzieliśmy się, że przydzielono nas do innego zadania. Skierowano nas do Basry, do ochrony pól naftowych. Tą misję nazywano "klejnotem w koronie".

Kiedy zaczęliście zabijać?
Gdy zbliżaliśmy się do Bagdadu zaczęły napływać do nas informacje od wywiadu demonizujące naród iracki. Ostrzegano nas, że każdy napotkany człowiek może być uzbrojonym terrorystą. Tak więc gdy tylko dotarliśmy do miasta zaczęliśmy gnębić cywilów.

W jaki sposób?
W ciągu zaledwie trzech miesięcy byłem świadkiem śmierci 30 bezbronnych ludzi. Otrzymaliśmy rozkaz strzelania do samochodów, które nie zatrzymywały się na nasz znak. Ani razu podczas kontroli ostrzeliwanych samochodów nie znaleźliśmy broni.

Więc dlaczego kierowcy nie chcieli stanąć?
Zatrzymywaliśmy ich przez podniesienie pięści, co Irakijczycy odczytują jako gest solidarności. Innym znakiem było oddanie strzału w powietrze - w ten sposób w Iraku często się świętuje, więc oni myśleli, że pozdrawiamy ich jako przyjaciele.

Co sprawiło, że stosunki z cywilami zaczęły się pogarszać?
Na początku Irakijczycy traktowali nas bardzo dobrze, przynosili nam herbatę i ciastka, ponieważ sądzili, że przybyliśmy z misją pokojową. My jednak byliśmy wobec nich brutalni. Pierwszy raz zobaczyłem to w bazie wojskowej Rasheed. Wcześniej zginął amerykański snajper i w odwecie rozstrzelano Irakijczyka, który stał z rękami podniesionymi do góry.

Kiedy zaczął mieć pan problemy?
Proszę sobie wyobrazić, że żyjecie w miejscu, gdzie w każdej chwili mogą was zabić. Ta nieustanna presja sprawia, że na miejscowych ludzi patrzysz jak na gorszy gatunek, jak na podludzi. Zabijanie ich nie wywołuje już w tobie wyrzutów sumienia, nawet jeśli są to kobiety i dzieci. Poza tym możesz to robić zupełnie bezkarnie. Widziałem sierżanta kradnącego złoto, pieniądze i dokumenty 47 Irakijczyków, którzy leżeli we wspólnym grobie. Sprzedawał potem te dokumenty innym marines jako trofea wojenne. Zdjęcia-pamiątki przedstawiały zmasakrowane ciała z połamanymi nogami, zalane krwią - taki był efekt przejazdu naszych jeepów. Trupom wkładano w usta papierosy.

Co sprawiło, że po 12 latach służby wystąpił pan z wojska?
Jako członek komisji rekrutacyjnej skazałem wielu młodych ludzi na straszne życie. Kiedy przybyłem do Iraku zabiłem licznych cywilów i widziałem wokół siebie straszne zniszczenie. Zacząłem się nad tym zastanawiać i zdałem sobie sprawę, że byłem tylko instrumentem w rękach systemu kolonialnego.

Wielu marines, którzy wrócili z Iraku ma teraz problemy adaptacyjne. Stali się agresywni.
Przeżyłem już samobójstwa wielu moich kolegów. Ale jeszcze trudniej jest obserwować, jak byli żołnierze wyniszczają się alkoholem i narkotykami. Życie z syndromem pourazowym jest bardzo trudne: człowieka gnębią koszmary, ma wrażenie, że otaczają go sami wrogowie, ciągle wracają mu myśli co by było, gdyby postąpił inaczej... Jedna taka historia nie daje mi spokoju do dziś. Pewien samochód zbliżył się kiedyś do naszego punktu kontroli i moi żołnierze zaczęli do niego strzelać. Jakimś cudem iracki kierowca zdołał wysiąść z niego o własnych siłach i perfekcyjną angielszczyzną powiedział do mnie: "Nie jesteśmy terrorystami. Dlaczego zabiłeś moich trzech braci?". W tym momencie zdałem sobie sprawę z tego, co naprawdę robimy. Ci chłopcy byli ubrani jak Amerykanie, mieli na sobie koszulki z nazwami naszych uniwersytetów. Wielu zabitych przez nas młodych Irakijczyków sądziło, że przywozimy do ich kraju amerykańską pomoc po trzynastu latach embarga.

Ima Sanchis/11.09.2006
Za pl.indymedia.org (marduk)

POLSKA JAKO OKUPANT

16 sierpnia polscy żołnierze w Afganistanie ostrzelali jedną z wiosek. Zginęło ośmiu cywilów, w tym kobiety i dzieci. Polacy przedstawili pierwotnie wersję wydarzeń, jakoby zostali zaatakowani przez partyzantów. "Tabilowie nie noszą mundurów, wtapiają się w cywilów. Wciągnęli naszych żołnierzy do wioski właśnie po to, by padli zabici. Teraz mogą mówić 'Przyjechali najeźdźcy i zabijają' "(1) Tak pod koniec sierpnia relacjonowali prasie przyczyny ostrzału wioski polscy generałowie, kiedy z kilkudniowym opóźnieniem sprawa wypłynęła na wierzch. Okazało się, że okoliczności wydarzeń wyglądały zupełnie inaczej. Cywile zostali zabici celowo, a polskich żołnierzy oskarżono o popełnienie zbrodni wojennych. Proces toczy się przed sądem wojskowym w Poznaniu.

Oczywiście to nie pierwszy raz kiedy w Afganistanie z rąk okupantów giną cywile. Jeden z najtragiczniejszych, ujawnionych przypadków, miał miejsce w 2003 roku. Żołnierze USA za oddział talibów wzięli strzelających w powietrze na wiwat weselników. W wyniku nalotu zginęło wówczas kilkadziesiąt osób. W marcu 2007 roku zaatakowani amerykańscy komandosi "wpadli w panikę i podczas ucieczki przed rzekomą zasadzką - jak relacjonowała prasa - przez kilka kilometrów taranowali cywilne samochody strzelając na oślep. Zginęło kilkunastu cywilów, a kilkudziesięciu zostało rannych."(2) Cywilnych ofiar w Afganistanie przybywa. Rocznie szacuje się ich na około 1,5 do 2 tysięcy. Nieporównywalnie więcej jest ich w Iraku.(3)

Liberalna prasa, która wcześniej podżegała do wojny, za każdym razem stara się usprawiedliwić, na różne sposoby, działania wojsk okupacyjnych w Afganistanie czy Iraku. Media przede wszystkim obarczają winą działających partyzantów, przedstawianych ich bez wyjątków jako terrorystycznych bojówkarzy, ewentualnie za przyczynę podają nieszczęśliwy zbieg okoliczności. "Przerażenie i wstyd" - widzieli na twarzach polskich żołnierzy, którzy dokonali masakry, korespondenci "Gazety Wyborczej". "Nie potrafimy uwierzyć", - pisali dalej, że osoby te mogły dokonać zbrodni. "Dlaczego moździerz zamiast w uzbrojonych talibów trafił w osadę? Spanikowali? Trzęsące się ręce źle ustawiły celowniki? Wadliwa amunicja?" - analizują dziennikarze.(4) W sukurs prasie idą wojskowi. Major Tomasz Biedziak, były zastępca dowódcy Polaków w Afganistanie, również nie może uwierzyć w winę żołnierzy i wyznaje: "To były normalne chłopaki, nie żadni wojenni zbrodniarze,"(5) tak jakby biblioteki nie były pełne opracowań, pokazujących jak "zwykli żołnierze", a nawet porządni obywatele, stają się mordercami zdolnymi do wszystkiego. Oto weźmy do rąk choćby taką Biblię, albo książkę Daniela Jonaha Goldhagena "Hitler's Willing Executioners" ("Gorliwi kaci Hitlera").(6) Inni wojskowi jak komandor Artur Bilski (uważany za eksperta w sprawach operacji NATO) stwierdza wprost: "uniknięcie ofiar wśród cywilów jest praktycznie niemożliwe".(7) A zatem nie ma o czym mówić.

Z biegiem czasu dochodzenie przed sądem przynosiło coraz więcej nowych dowodów na to, że armia działała z premedytacją. Na przykład po ostrzale polscy żołnierze mieli pojechać do wioski i nagrywać masakrę na wideo. Zapis miał być pamiątką. Okazało się też, że rozkaz ostrzału przyszedł z góry. Wówczas pojawiło się najbardziej niewiarygodne usprawiedliwienie zbrodni, że w czasie wojny w Afganistanie Polskę nie obowiązują międzynarodowe konwencje, bo one dotyczą działań konwencjonalnych, a nie "wojny z terroryzmem". Niektórzy wojskowi i politycy krytykowali także Rzecznika Praw Obywatelskich, który wezwał rząd do osądzenia tego wydarzenia nie tylko w sensie prawnym, ale także politycznym i militarnym. Oznacza to, że Polska (najwierniejszy sojusznik USA, które notorycznie odmawiają podporządkowania się różnym międzynarodowym uregulowaniom prawnym, m.in. dotyczącym norm prawa wojennego), zaczęła stawiać siebie ponad zasadami, które wcześniej uznawano za absolutnie niezłomne. Sprawa nie ogranicza się bowiem do wypowiedzi grupki polityków czy wojskowych, ale przybiera wymiar strukturalny. "Niestety - mówił dla jednego z dzienników Marek Gąska, specjalista prawa wojennego i humanitarnego - nasze władze wojskowe nie mają świadomości znaczenie prawa wojennego. Przykład? W 2003 roku za radą Amerykanów ustanowiliśmy w Iraku obóz wojskowy na terenie wykopalisk w Babilonie. Niezgodnie z konwencją o ochronie dóbr kultury z 1954 roku, którą podpisaliśmy. Amerykanie jej nie podpisali".(8) Ale ten kazus jest niczym w porównaniu ze zbrodniczą rolą jaką odegrała Polska w trakcie trwającej nadal okupacji Iraku, a odnoszącą się do zarządzania sprawami ekonomicznymi.

Konwencje Haskie i Genewskie mówią o odpowiedzialności okupanta - nie tylko żołnierzy, ale także urzędników administracji, doradców, menedżerów itd. Stwierdzają one, że okupowanie kraju powinno być rozumiane wyłącznie jako administrowanie i użytkowanie publicznych budynków, nieruchomości, lasów i gruntów ornych. Okupacyjna administracja musi dbać, aby stan rzeczy nie uległ zmianie, czyli nie można np. dokonywać zmian strukturalnych w zasobach publicznych okupowanych państw. Tymczasem władze okupacyjne w Iraku, w tym Polacy, dokonali daleko idących przekształceń w strukturze gospodarczej kraju. Jednym z odpowiedzialnych za to był były premier Marek Belka, który sprawował kluczowe stanowisko w zdominowanym przez Amerykanów i Brytyjczyków aparacie okupacyjnych władz w Iraku. "Marek Belka jest zatem bezpośrednio odpowiedzialny za nadzorowanie, opartych na 'nielegalnych' zaleceniach, struktur i mechanizmów związanych z prywatyzacją irackiej gospodarki - pisała śledząca sprawę dziennikarka i działaczka społeczna Ewa Jasiewicz. - Podjął się on przewodniczenia nielegalnemu procesowi, który pogwałcił jedno z podstawowych praw ludności Iraku - prawa do decydowania o gospodarce własnego kraju". W istocie jest to zbrodnia w rozumieniu prawa międzynarodowego. "W związku z tym Marek Belka i Paul Bremer, który ponosi odpowiedzialność za zatwierdzanie rozporządzeń CPA [Tymczasowe Władze Koalicyjne], powinni być sądzeni za zbrodnie wojenne przeciwko ludności Iraku".(9) W sprawie tej wypowiadała się też między innym Noami Klein, publikując artykuł w grudniu 2003 roku w brytyjskim Guardianie. W Polsce panuje wymowne milczenie.

Jest rzeczą oczywistą, że na ławie oskarżonych obok winnych zbrodni w Afganistanie żołnierzy i ich dowódców, powinni zasiąść także politycy. Oni ponoszą tak naprawdę bezpośrednią odpowiedzialność za łamanie międzynarodowego prawa, za wciągnięcie kraju w wojnę, której większość Polaków nie akceptuje. Ponad trzy czwarte mieszkańców (77 proc.) jest przeciwnych udziałowi polskich żołnierzy w operacji w Afganistanie - jak wynika z sondażu Centrum Badania Opinii Społecznej przeprowadzonego w lipcu 2007. Jedynie 18 proc. akceptuje militarne zaangażowanie Polski w tym kraju. Podobnie a propos Iraku.

Od początku też było wiadomo, że pretekst do podjęcia działań wojennych w tym regionie był kłamliwy. Głównym celem było uzyskanie ekonomicznej kontroli nad złożami ropy naftowej. Nie udało się natomiast osiągnąć żadnego ważnego z punktu widzenia społecznego celu. W wyniku interwencji zbrojnej cały region pogrążył się w chaosie. Nie chodzi już tylko o działania zbrojne w Iraku czy Afganistanie. W Pakistanie doszło do antydemokratycznego zamachu stanu. Na granicy z Kurdystanem stoją gotowe do inwazji wojska tureckie. Ciągle zachodzi obawa o rozszerzenie wojny na Iran. A Polska w tym wszystkim bierze aktywny udział.

Pomimo politycznych zapewnień niewiele zmieniło się w okupowanych krajach. W ciągu pięciu lat okupacji Afganistanu, od jesieni 2001 roku do jesieni 2006 roku, wg oficjalnych źródeł afgańskich, "mimo ogromnej pomocy militarnej i wsparcia finansowego, kraj stoi na skraju bankructwa." Tak pisała ponad rok temu Janina Ochojska-Okońska, szefowa Polskiej Akcji Humanitarnej, której celem jest raczej uzasadnienie międzynarodowej interwencji w tym regionie świata, niż jej krytyka. Ale nawet Ochojska musi przyznać, iż "sytuacja bezpieczeństwa pogarsza się i rośnie produkcja opium. Ludność biednieje m.in. z powodu suszy". "Ponad połowa z 30 mln. Afgańczyków - czytamy dalej - żyje w skrajnym ubóstwie. Bezrobocie przekroczyło 40 proc.". 6,5 mln. osób jest niedożywiona, średnia życia wynosi 43 lata, 20 dzieci na 100 umiera przed 5 rokiem życia.(10) Czy gdyby nie interwencja sprzed laty byłoby lepiej? Może nie, ale teraz odpowiedzialność spada na okupanta, w tym także Polskę.

Z tego wszystkiego wyłania się ponury obraz. Polska armia (bez przyzwolenia większości z nas) bierze udział w akcji zbrojnej, która ostatecznie zdestabilizowała cały region. Wojna ta pochłania każdego roku tysiące, dziesiątki tysięcy ofiar, przede wszystkim cywilów. Na okupowanych i objętych działaniami wojennymi terenach szerzy się przemoc, panuje głód, bieda i astronomiczne bezrobocie. Do tego wszystkiego wojska okupacyjne, w tym polskie, dopuszczają się zbrodni wojennych. Korzyści odnoszą jedynie międzynarodowe korporacje, które czerpią zyski z rabunkowej eksploatacji okupowanych obszarów. Kiedy w przeszłości mieszkańcy Iraku i Afganistanu, oraz innych ościennych krajów, będą mieli sposobność wyrażenia swojej własnej oceny roli Polski w tym wszystkim, to będzie ona miażdżąca - zostaniemy osądzeni jak barbarzyńscy okupanci.

Jarosław Urbański

Przypisy:
1) Marcin Górka, "W akcji Polaków giną cywile", Gazeta Wyborcza 23 sierpnia 2007.
2) Wojciech Jagielski, "Afgańska wojna coraz bardziej krwawa dla cywilów", Gazeta Wyborcza 23 sierpnia 2007.
3) Nie ma dokładnych danych o stratach cywilnej ludności Iraku. Według szacunków pisma "Lancet" z lipca 2006 r, "w następstwie wojny" zginęło do 655 tys. Irakijczyków. Pozarządowa organizacja lraq Body Count, która rejestruje dane podawane przez media, podaje liczbę 55 tys., w tym 2.900 policjantów. IBC zastrzega jednak, że o wielu wypadkach śmierci nie informowano. Natomiast irackie ministerstwa zdrowia i spraw wewnętrznych liczbę zabitych cywilów szacują na ponad 100 tys. Misja Pomocowa ONZ w Iraku podała zaś, że tylko w 2006 r. zginęło prawie 34.500 Irakijczyków. Za: Trybuna nr 65 (5182) 17-18 marca .2007
4) Marek Wąs, Marek Sterlingow, "Byliśmy wtedy z żołnierzami", Gazeta Wyborcza, 14 listopad 2007 r.
5) Marcin Kącik, Marcin Górka, "Zbrodnia wojenna", Gazeta Wyborcza, 15 listopada 2007 r.
6) Ciekawe opracowanie tej książki znaleźć można w obszernym dwuczęściowym artykule Wojciecha Pięciaka opublikowanym w Gazecie Wyborczej: z dnia 24-25 maja 1997 oraz 31 maja - 1 czerwca 1997.
7) "Kiedy żołnierz strzela na oślep", Gazeta Wyborcza 14 listopada 2007.
8) "Gdy pada rozkaz: Strzelać!", wywiad z dr. Markiem Gąską, Gazeta Wyborcza 23 listopada 2007 r.
9) Ewa Jasiewicz, "To on zagraża Polsce", Nowy Robotnik, nr 7/2005
10) Janina Ochojska-Okońska, "Co dalej z Afganistanem?", Gazeta Wyborcza, 6 listopada 2006 r.

FIASKO RABUNKU ROPY NAFTOWEJ W IRAKU

W latach 80. prezydent Jimmy Carter ogłosił, że zasoby paliwa nad Zatoką Perską są konieczne dla USA i stworzył w celu interwencji zbrojnej w tym regionie o nazwie: "Rapid Deployment Joint Task Force" (dziś US Central Command - Centcom). W roku 1999 Dick Chenney powiedział w Institute of Petroleum Engineers, że wobec wielkiego wzrostu zapotrzebowania na paliwo, Bliski Wschód, w którym są dwie trzecie światowych rezerw paliwa i najniższe koszty produkcji, musi być źródłem paliwa dla USA.

Chenney stworzył w 2001 roku tajną grupę (Energy Task Force) w celu otwarcia na Bliskim Wschodzie zasobów energii dla zachodnich inwestycji, za pomocą prywatyzacji i odebrania kontroli tych zasobów miejscowym rządom. Żeby dokonać tak podstawowej zmiany kontroli zasobów paliwa, neokonserwatywny rząd Bush'a, stworzył koncept niby demokratyzacji państw pod rządami np Saddama Husseina za pomocą inwazji przez wojska USA, w celu zdobycia kontroli zasobów energetycznych Iraku.

Decyzja o inwazji na Irak była również ważna w budowie wielkiego Izraela jak i dla kontroli zasobów energetycznych w Iraku, według projektu Chenney'a zatytułowanego "Przyszłość Iraku," ("Future of Iraq"), w ramach, którego sporządzono projekt ustaw, obecnie narzucanych parlamentowi w Bagdadzie, dzięki którym obce korporacje będą mogły mieć najlepsze warunki eksploatacji na świecie, nie tylko zasobów energetycznych Iraku, ale również całej gospodarki tego kraju.

Według US Energy Information Administration, Irak ma 115 miliardów udowodnionych rezerw standardowych baryłek ropy naftowej, największych po Arabii Saudyjskiej i Iranie, zgodnie z badaniami, które jak dotąd pokryły tylko 10% powierzchni Iraku. Na pozostałych 90% podejrzewa się, że może być dodatkowych 214 miliardów baryłek, czyli w sumie około 400 miliardów standardowych baryłek wysokiej jakości w całym Iraku, co uczyniłoby z tego kraju, największe źródło ropy naftowej na świecie - ropy w dodatku bardzo taniej do wydobywania.

Według Oil and Gas Journal, produkcja ropy naftowej w Iraku kosztowałaby niewiele powyżej dolara za baryłkę, która dziś kosztuje na rynku około 65 dolarów. Przez ostatnie dwadzieścia lat Irak produkował średnio 2,5 miliona baryłek dziennie, tak że przed napadem na Irak, Paul Wlofowitz twierdził, że koszty okupacji mogą być opłacane ze sprzedaży zrabowanej ropy naftowej. Nie udało się to i faktycznie pacyfikacja Iraku jest powodem strat setek miliardów dolarów ze skarbu USA.

Kiedy na początku okupacji pozwolono na rabunek cennych zbiorów Mezopotamii i załamanie się służby zdrowia, żołnierze USA skrupulatnie pilnowali dokumentów dotyczących pól ropy naftowej i Bush stwierdził wtedy, że wojna została wygrana. Paul Bremer szef władz okupacyjnych zwlekał z wyborami, żeby mieć czas przygotować projekty ustaw i nowych przepisów dla najgruntowniejszej eksploatacji na świecie zasobów całej gospodarki Iraku, przez korporacje międzynarodowe, które miały przejąć zarząd ekonomiczny mimo oporu Irakijczyków.

Stworzono schemat dzielenia się produkcją (Production Sharing Agreements - PSA) dający międzynarodowym korporacjom kontrolę nad zasobami Iraku przy pomocy machinacji Międzynarodowego Funduszu Walutowego (IMF), który kontrolował długi Saddama w wysokości 120 miliardów dolarów, największe na głowę mieszkańca kraju na świecie. Dług ten zredukowano, ale nadal 80 miliardów dolarów pozostaje niespłacone podczas gdy bezrobocie w Iraku sięga 70% i średnie zarobki są poniżej stu dolarów miesięcznie, przy rosnącej inflacji.

Manipulacje długami Iraku przez Bank Światowy, przez obecnego dyrektora Paula Wlofowitza, będą trwały długo po zakończeniu okupacji. Irak jest jednym z przykładów jak uprzemysłowiony zachód, używa zadłużenia, jako środek do zmuszania rozwijających się krajów, do oddania obcym swoich praw suwerennych i kontroli ich gospodarki. Obecnie 76% Irakijczyków jest przekonanych, że inwazja Iraku przez USA, miała na celu zdobycie kontroli nad zasobami paliwa w Iraku.

Miejscowy opór przeciwko grabieży zasobów Iraku spowodował, że nowe ustawy według wskazówek IMF były przygotowywane potajemnie, do końca 2006 roku, ale do tajemnicy były dopuszczone główne korporacje energetyczne takie jak ExxonMobil.

Ruch oporu zorganizował akcje sabotażu, tak że rurociągi były uszkadzane i nie nadawały się do użytku, zwłaszcza na północy Iraku. Tymczasem korporacje USA, Halliburton i Bechtel niby naprawiały uszkodzone i przestarzałe instalacje w Iraku, na zasadzie zwrotu kosztu od skarbu USA, plus dodatkowy z góry ustalony procent zysku i nie zgodziły się same inwestować własnych kapitałów w ryzykownej i prawnie niepewnej sytuacji, przy jednoczesnym spadku produkcji do poziomu poniżej czasów sankcji przeciwko rządowi Saddama Husseina.

Projekt ustawy "Draft Hydrocarbon Law" został przedstawiony parlamentowi w Bagdadzie 18 lutego 2007 i natychmiast wywołał sprzeciw wszystkich partii politycznych Iraku, zwłaszcza jeśli chodzi o 15 do 25 letni okres obcej kontroli nad zasobami energetycznymi Iraku. Poprawiona ustawa nie usunęła wyzysku w formie PSA i nadal traktuje produkcje w Iraku jako bardzo ryzykowną i trudną.

Tymczasem układ typu PSA nie jest stosowany w żadnym z krajów nad Zatoką Perską. Korporacje uzasadniają stosowanie układu PSA jakoby z powodu wstępnych kosztów inwestycji w Iraku obecnie ocenianych przez te korporacje na 20 miliardów dolarów. Faktycznie nikt nie chce teraz inwestować w Iraku z powodu sytuacji politycznej. Zasoby Iraku w normalnych warunkach przedstawiają ponad 10 miliardów dolarów i nie trzeba by nikogo zachęcać do inwestycji układami typu PSA z chwilą faktycznej stabilizacji.

Układy PSA dają korporacjom prawo do 70% zysków do chwili spłacenia inwestycji w produkcję, a następnie gwarantują uzyskiwanie 20% całości zysków, to jest dwukrotnie więcej niż przeciętna zysku na świecie.

Poza tym PSA zabiera Irakowi możność regulowania produkcji i żądania inwestycji zysków z produkcji na terenie Iraku. Irak musiałby się zgodzić na obcy arbitraż wszystkich spraw spornych przeciwko obcym korporacjom. Żadne kontrakty nie miałyby być opublikowane i obce korporacje miałyby prawo nie zatrudniać Irakijczyków i sprowadzać robotników z południowej Azji, jak to się dzieje w kilku krajach Afryki. Układ PSA gwarantowałby, że Irak pozostałby na zawsze krajem neo-liberalnej biedoty nawet po osiągnięciu jakiejś stabilizacji politycznej.

Opozycja w Iraku doprowadziła do osłabienia sił okupacyjnych i być może nawet parlament w Bagdadzie będzie opierać się narzuceniu układu PSA i już teraz nie chce uznać długów wobec IMF, których nie płaci, tak że rząd premiera Nuri al-Malaki może zostać wymieniony na rząd "Saddama bez wąsów" Iyada Allawi, mimo opozycji Irakijczyków, zwłaszcza zatrudnionych w przemyśle energetycznym.

Członkowie związku zawodowego (26 tys. członków) już odrzucili kontrakty w 2003 i 2004 roku oraz bronią się przed prywatyzacją zasobów energetycznych Iraku, jako rabunku bogactwa narodowego, zwłaszcza w formie układów PSA. Według nich układy te niszczą niepodległość Iraku i obrażają godność Irakijczyków oraz "topią ich w oceanie niesprawiedliwości." Układ typu PSA jest uważny za narzędzie zniewalania Iraku.

Nawet Iyad Allawi boi się publicznie popierać PSA. Zbrojny ruch oporu potępia układy PSA i nowe prawa energetyczne oraz domaga się innych ofert z zagranicy w sprawie produkcji paliwa w Iraku. Tak więc układy PSA powodują coraz większy opór mimo dodatkowych sił okupacyjnych, przysyłanych przez rząd Bush'a. Grabież paliwa Iraku i walka o kontrolę całej gospodarki Iraku, może skończyć się fiaskiem. Pisze na ten temat profesor Michael Schwartz z Stony Brook University, autor książek o ruchach oporu takich jak "Radical Protest and Social Structure nad Social Policy."

(Marduk) za pl.indymedia.org

GORZKA LEKCJA - CZTERY LATA WOJNY IRACKIEJ

Niepotrzebna, bezsensowna, nieuzasadniona i nie do wygrania to tylko część określeń, jakimi posługuje się większość komentatorów pisząc o wojnie w Iraku przed czwartą rocznicą jej rozpoczęcia. Można się spodziewać, że wkrótce któryś z decydentów administracji prezydenta Busha przyzna oficjalnie, że wyprawa ta była fatalnym błędem, podobnie jak po latach ocenił wojnę wietnamską jej "ojciec" - b. sekretarz obrony Robert McNamara.

Już teraz rzecznicy inwazji, rozpoczętej 19 marca 2003 atakami z powietrza i ofensywą lądową z Kuwejtu dzień później, odczuwają bolesny katzenjammer i myślą tylko o jednym - jak z zachowaniem twarzy wycofać się z tej awantury, aby nie zwiększać wielowymiarowej klęski. Jej rozmiary ukazuje przede wszystkim katastrofa humanitarna, jaka spotkała Irakijczyków, kompromitując państwa koalicji pod wodzą USA. Inwazja i potem okupacja miały bowiem wyzwolić Irak od dyktatury Saddama Husajna i uczynić ten kraj bezpiecznym i szczęśliwym, a ludziom zapewnić wolność i demokrację. Tymczasem nad Eufratem i Tygrysem toczy się -ze szczególnym nasileniem od prawie roku - podwójna wojna: przeciw wojskom koalicji i domowa (między szyitami i sunnitami). Ludzie giną codziennie i nikt nie jest pewny życia. Jedyny ratunek to ucieczka za granicę, gdzie każdego dnia ciągną długie konwoje. Mimo upływu czterech lat gospodarka nie została odbudowana. Wydobycie i eksport ropy, będącej głównym źródłem dochodów państwa, drepczą w miejscu pozostając w tyle za produkcją i sprzedażą w 2002 r. Utrzymują się wysokie bezrobocie i bieda. Gdyby coś takiego zdarzyło się w Europie, poruszone byłyby niebo i ziemia, by przerwać hekatombę i ukarać winnych. Za o wiele mniejsze winy stawiani są przed haskim trybunałem ds. zbrodni wojennych w b. Jugosławii politycy i wojskowi odpowiedziami za zbrodnie w Chorwacji, Bośni i Kosowie.

Kolejna klęska to bezsilność wojsk okupacyjnych. Okazało się, że najsilniejsza, dysponująca najbardziej nowoczesnym uzbrojeniem armia świata nie jest w stanie poskromić drobnych grup rebelianckich posługujących się na pół prymitywną bronią, nawet robioną domowym sposobem.

Powstaje naturalne pytanie: dlaczego doszło do tego wszystkiego i dlaczego po czterech latach od rozpoczęcia inwazji nikt nie potrafi powiedzieć, kiedy się to skończy. Ostatni raport 15 amerykańskich agencji wywiadowczych rokuje pogorszenie sytuacji i ocenia, że będzie trwać jeszcze przez 12 -18 miesięcy. Jest to zresztą kolejny taki termin. Odpowiedź na pytanie o powód tego impasu nie jest prosta. Częściowo dają ją słowa przerażenia jednego z polskich arabistów na początku wojny, gdy wojska amerykańskie jeszcze znajdowały się w zwycięskim pochodzie z Kuwejtu do Bagdadu. Mówił on "TRYBUNIE": - Cóż to za szaleństwo! Czy amerykańscy arabiści są tak głupi, czy też decydenci w Waszyngtonie w ogóle nie prosili ich o rady?

Oczywiście, najpewniej było to drugie. To znaczy, że Biały Dom, Pentagon i Departament Stanu zdecydowali się na zbrojną i polityczną interwencję na obszarze, który rządzi się zupełnie innymi prawami i gdzie panuje odrębna tradycja polityczna i społeczna, której ważkim czynnikiem są więzy religijne, plemienne i rodowe. System ten jest daleki od doskonałości, w najnowszej historii stanowił glebę dla okresowych konfrontacji, przewrotów i dyktatorskich rządów przynoszących części ludności wiele cierpień. W Europie system ten słusznie byłby potępiany i dawno uległby radykalnym przemianom. W świecie arabskim stał się jednak niemal czymś naturalnym, co nie znaczy, że zamrożonym. Powoli kiełkuje ruch reformatorski. Z tym, że - poza radykalnymi grupami - szuka własnych rozwiązań i nie jest skłonny do mechanicznego powielania zewnętrznych wzorców i niechętnie, wręcz z wrogością traktuje próby narzucania zagranicznych wzorców. Tymczasem taka była istota inwazji w marcu 2003 r. Co gorsza, naruszyła ona historycznie ukształtowane relacje między-etniczne i między-religijne oraz nieformalne instytucje plemienne i rodowe. Przyniosło to dwa skutki. Pobudzone zostały zastarzałe sprzeczności, szczególnie między sunnitami a szyitami, a jednocześnie zjednoczyły przygniatającą większość ludności przeciw obcym okupantom. Paradoksalnie zbrojne ugrupowania sunnitów i szyitów, które wzajemnie utopiłyby siebie w morzu krwi, pragną jak najszybszego wyjścia obcych wojsk. Takie pragnienie demonstrują najwięksi przegrani - ci, którzy stanowili opokę reżimu Saddama Husajna, jak i teoretycznie wygrani - ci, którzy czuli się dyskryminowani przez ten reżim. Dla amerykańskich inicjatorów wojny jest to wręcz niezrozumiałe i trudne do uznania jako realny fakt. Dlatego od początku usiłowali działać zgodnie z własnym przekonaniem, że najlepiej wiedzą, czego potrzeba Irakijczykom i kto nimi powinien rządzić. Gdy zaś odczuli na sobie sprzeciw, butnie zawyrokowali, że wrogowie to wyłącznie terroryści, których należy zlikwidować z użyciem siły zbrojnej. Kiedy powoli zaczęli dochodzić do wniosku, że bombami i rakietami nic się nie rozwiąże, że trzeba rozmawiać, było już za późno, bo mleko się rozlało.

Na domiar złego opanowany chaosem Irak stał się rajem dla islamskich ekstremistów w rodzaju Al Kaidy. Pozbawieni bezpiecznej bazy w Afganistanie przenieśli się nad Tygrys i Eufrat, gdzie zaczęli ściągać awanturnicy opętani wykoślawiającymi islam zbrodniczymi hasłami wymierzonymi nie tylko w Zachód, ale przede wszystkim we własne społeczności. To szczególnie wstydliwa sprawa dla organizatorów wojny irackiej. Rozpętali ją pod sztandarem wojny przeciw terroryzmowi, ale doprowadzili do tego, że Irak stał się jego największą ofiarą.

Trzecia klęska, czy może na razie tylko porażka to osłabienie mechanizmów globalnej polityki USA i jej wiarygodności. Proces ten rozpoczął się wraz z ujawnieniem fałszu argumentów uzasadniających rozpoczęcie tej wojny. Irak Saddama Husajna nie posiadał broni masowego zniszczenia i nie miał żadnych związków z Al Kaidą, jak głosił prezydent Bush. Podkopało to zaufanie do decyzji podejmowanych w Waszyngtonie. Tym bardziej że okazało się, iż rację mieli przeciwnicy wojny, szczególnie z kręgu najbliższych sojuszników Stanów Zjednoczonych. Osłabiło to pozycje USA na innych frontach, m.in. w Ameryce Łacińskiej. Nie chwycił ambitny program budowy pokoju i demokracji na tzw. Szerokim Bliskim Wschodzie - hałaśliwie nagłośniony taki cel praktycznie spadł z porządku dziennego. W bezpośrednim, arabskim sąsiedztwie Iraku zrodził się lęk, że chaos wywołany przez USA nad Tygrysem i Eufratem może się rozlać na region Zatoki, Syrię, Jordanię, a także Turcję. Inaczej mówiąc Irak, który według zapowiedzi prezydenta Busha miał się stać ożywczo promieniującym modelem dla krajów Bliskiego i Środkowego Wschodu, wywołał w tym regionie ból głowy i strach. I raczej zahamował kiełkujące dążenia do oczekiwanych na Zachodzie reform i modernizacji.

Amerykańskie niepowodzenia dodały bodźca państwom, które z różnych, czasem sprzecznych powodów nie pogodziły się z jednobiegunowym światem powstałym po zakończeniu zimnej wojny i upadku ZSRR. Rosja i Chiny dojrzały możliwość budowy wielobiegunowego świata, a więc do sytuacji, w której losy naszego globu nie będą zależeć wyłącznie od Stanów Zjednoczonych. Ograniczeniu uległa skuteczność polityki USA zmierzającej do dyktowania innym państwom, jak się mają rządzić i do izolowania tych reżimów, które Waszyngton uznaje jako swych wrogów. W następstwie, mimo przyciskania do muru Korei Północnej i Iranu, Phenian faktycznie wychodzi z tej konfrontacji niemal zwycięsko, a wiele świadczy, że do kompromisowego porozumienia może dojść również z Teheranem. W obu wypadkach administracja Busha nie znalazła poparcia dla swych pogróżek użycia siły. I jak na razie trzyma się drogi dialogu, czego domagają się inni międzynarodowi gracze. Nie wiadomo, jak by to było, gdyby wydarzenia irackie potoczyły się inaczej. Jest to, jak dotąd, właściwie jedyny jasny punkt w irackiej tragedii.

Lekcja iracka pokazała jednak coś znacznie więcej - konieczność liczenia się z różnorakimi realiami w poszczególnych krajach i regionach naszego globu. Panujące tam sytuacje mogą się nie podobać w Ameryce czy Europie. Nie oznacza to jednak prawa do narzucania rozwiązań politycznych, społecznych i ekonomicznych, które mają rację bytu na tych dwóch obszarach kulturowo-cywilizacyjnych.

Zygmunt Słomkowski

Jak giną ludzie
Nie ma dokładnych danych o stratach cywilnej ludności Iraku. Według szacunków pisma "Lancet" z lipca 2006 r, "w następstwie wojny" zginęło do 655 tys. Irakijczyków. Pozarządowa organizacja lraq Body Count, która rejestruje dane podawane przez media, podaje liczbę 55 tys., w tym 2.900 policjantów. IBC zastrzega jednak, że o wielu wypadkach śmierci nie informowano. Natomiast irackie ministerstwa zdrowia i spraw wewnętrznych liczbę zabitych cywilów szacują na ponad 100 tys. Misja Pomocowa ONZ w Iraku podała zaś, że tylko w 2006 r. zginęło prawie 34.500 Irakijczyków. Przed marcem 2003 za granicą żyto ok. 500 tys. emigrantów. Obecnie jest ich ponad 2 min. Ponadto niewiele mniej jest uchodźcami we własnym kraju chroniąc się poza swoimi domami. Do połowy marca 2007 r. straty wojsk koalicyjnych byty następujące: USA - 3.190 (plus ponad 23.700 rannych), W. Brytania -132, Włochy - 33, Polska -19, Ukraina -18, Bułgaria -13, Hiszpania -11, Dania - 6, Salwador - 5, Słowacja -4, Łotwa - 3, Australia - 2, Estonia - 2,Holandia - 2,Rumunia - 2, Tajlandia - 2, Węgry - 1, Kazachstan -1.

Jak żyją
Dotychczas USA zapłaciły za wojnę w Iraku ponad 350 mld dolarów, a są już wystawiane nowe rachunki. Przygniatającą większość wydatków pochłonęło utrzymanie armii ekspedycyjnej, tylko drobną część przeznaczono na odbudowę. Władze irackie mają bardzo małe dochody, ponieważ gospodarka nie funkcjonuje. Jej stan ilustrują liczby dotyczące produkcji na początku tego roku i w ostatnim roku przed wojną (w nawiasach): ropa naftowa -1,21 min baryłek dziennie (2,58 min), elektryczność - w skali całego kraju 3570 MW, dzienne zaopatrzenie przez 7,5 godziny. W Bagdadzie - 2200 MW, dzienne dostawy przez 4,5 godziny (2500 MW, dzienne dostawy 16-24 godziny), telefony stacjonarne - ponad 1 min linii (833 tys.), komórki - ponad 8 min (80 tys.), woda pitna - zaopatrzenie dla 10,7 min ludzi (12,9 min), kanalizacja - dostępna dla 10,7 min ludzi (6,2 min). Wg raportu Biura ONZ ds. Pomocy w Iraku z października ub. roku, prawie 5,6 min Irakijczyków żyje poniżej progu ubóstwa i jest to o 35 proc. więcej niż przed 2003 r. Przedstawiciele władz i organizacje pozarządowe szacują, że bezrobocie w skali całego kraju przekracza 60 proc. Większość ludności utrzymuje się dzięki przydzielanym racjom żywnościowym finansowanym przez rząd, międzynarodowe organizacje charytatywne i niektóre kraje. ONZ-owska organizacja Światowy Program Żywnościowy ostrzegła, że jeśli pomoc ta zostanie zmniejszona lub przerwana, 47 proc. mieszkańców Iraku, których jest 28 min, znajdzie się bez jedzenia.

Za Trybuna nr 65 (5182) 17-18.III.2007

SKOK NA IRACKĄ ROPĘ

Wojna w Iraku ma też wymiar ekonomiczny. Już na początku okupacji 100 dekretów szefa tymczasowych władz koalicyjnych Paula Bremera i jego dyrektora ds. odbudowy Marka Belki zmieniło ustrój gospodarczy kraju, otwierając drogę do liberalizacji stosunków pracy, masowej prywatyzacji i penetracji zagranicznego kapitału. Dziś narzucone wówczas zmiany zaczynają przynosić efekty. Plany prywatyzacji irackiej ropy wchodzą w życie. Na początku tego roku rząd w Bagdadzie przyjął projekt nowego Prawa Naftowego. Waszyngton i Londyn naciskały na to od dawna, a sekundował im Międzynarodowy Fundusz Walutowy, który już w grudniu 2005 r. zawarł z irackim rządem porozumienie uzależniające anulowanie części zadłużenia Iraku od zmiany reguł eksploatacji złóż naftowych.

Nowe Prawo Naftowe opracowano pod kierunkiem ekspertów z amerykańskich korporacji. Dokument, który lobbyści i rządy okupacyjne znają od dawna został przedstawiony w irackim parlamencie dopiero w lutym. Ma on uchwalić prawo już w marcu. Rzecz jasna przyjęcie nowych przepisów nic w praktyce nie zmieni. Wojna uniemożliwia wydobycie i eksport ropy (Irak produkuje mniej niż pod sankcjami ONZ). Otwiera to jednak drogę do przyszłych konfliktów. Sprzyjać im będzie kurczenie się zasobów tego surowca oraz powrót do gry przedsiębiorstw państwowych. Kontrola ze strony nowych lewicowych rządów skutecznie zablokowała ekspansję prywatnych korporacji w Ameryce Południowej (szczególnie w Wenezueli, Boliwii oraz w Ekwadorze). Na niczym spełzły nadzieje na opanowanie przynajmniej części zasobów rosyjskich. W tej sytuacji trudno się dziwić determinacji rad nadzorczych trzech sióstr (Shell, Exxon, BP) w dążeniu do opanowania olbrzymich zasobów Iraku. Jeśli już dostaną swoją działkę od Bagdadu, choćby była ona tylko na papierze, trudno je będzie z niej wyprzeć. Tym bardziej, że sekciarski klucz, wedle którego rekrutuje się w Iraku urzędników rządowych sprzyja korupcji i kompradoryzacji tamtejszych elit polityczno-religijno-plemiennych.

Nowe prawo otwiera drogę do zawierania z zagranicznymi korporacjami naftowymi umów zwanych Porozumieniami o Udziale w Produkcji (Production Sharing Agreements - PSA). Co prawda w dokumentach, nad którymi radzi parlament noszą one miano Umowy o Eksploatacji i Ryzyku (Exploration and Risk Contracts), ale de facto stanowią zradykalizowaną wersję PSA. Konkretne zapisy sformułowano tak, żeby maksymalnie "ułatwić życie" prywatnemu kapitałowi.

I tak np. Artykuł 41 legalizuje obchodzenie procedury negocjacyjnej przy zawieraniu porozumień między irackimi władzami a zagranicznymi korporacjami. Artykuł 11 odbiera parlamentowi możliwość weryfikacji zawieranych umów. Artykuł 35 pozwala wyłączać państwo irackie z udziału w zyskach z wydobycia ropy (nie określono minimalnego poziomu udziału państwa w zyskach). Artykuł 9 podkopuje pozycję przedsiębiorstw irackich względem inwestorów zagranicznych (które jedynie zachęca do współpracy nie gwarantując np. transferu technologii). Artykuł 4 ogranicza możliwość regulacji ze strony państwa np. w kwestiach ekologicznych.

Shell, Exxon i BP uzyskają możliwość eksploatacji irackich złóż na 35 lat. Po raz pierwszy od 1972 r., gdy Irak znacjonalizował ropę zagraniczne koncerny będą mogły działać w tym kraju na tak wielką skalę. Co więcej, ustawa zezwala aby w początkowym okresie zatrzymywały do 70% zysków z wydobycia.

Irak jest trzecią potęgą naftową na świecie. Ponad 10% zarejestrowanych na świecie złóż tego surowca znajduje się na terytorium tego kraju. Ropa naftowa w irackiej gospodarce gra rolę decydującą. W sektorze naftowym wytwarza się obecnie 70% PKB, a zyski z ropy stanowią aż 95% dochodów irackiego budżetu. Oddanie sektora naftowego na kilka dziesięcioleci w ręce prywatnych korporacji z USA i Wielkiej Brytanii oznacza koniec ekonomicznej, a w konsekwencji także politycznej niezależności Iraku.

Mimo okropności wojny i okupacji świadomość tych niebezpieczeństw jest coraz powszechniejsza wśród Irakijczyków, przede wszystkim zaś wśród irackich nafciarzy. Związkowcy działający w sektorze już zapowiedzieli walkę przeciw nowemu prawu. Awangardą tej walki jest Iracka Federacja Związków Naftowych. Hasan Dżjuma, przewodniczący organizacji skupiającej 23 tys. spośród 36 tys. zatrudnionych w sektorze naftowym na południu kraju powiedział 8 lutego podczas spotkania 200 delegatów związku w Basrze, że nowelizacja jest "działaniem przeciwko przyszłości Irakijczyków". Nafciarzy wspierają inne federacje związkowe. W grudniu ub. roku liderzy pięciu federacji zrzeszających setki tysięcy irackich pracowników wydali w Ammanie wspólne oświadczenie potępiające Prawo Naftowe jako zagrożenie dla suwerenności kraju. Tego samego zdania są międzynarodowe organizacje zajmujące się analizami polityki naftowej. Ewa Jasiewicz z londyńskiego oddziału niezależnego ośrodka analitycznego Platform twierdzi, że "niesprawiedliwe, nieprzejrzyste, niedemokratyczne zapisy Prawa Naftowego odbijają wpływy i interesy zewnętrznych aktorów - rządów USA i Wielkiej Brytanii oraz protegowanych przez nie prywatnych firm. Są one ukoronowaniem procesu, który doprowadził do wojny i stanowi jej stawkę. To faktyczna wyprzedaż i wydanie irackiej ropy na łup zagranicznych koncernów".

Negatywne konsekwencje zawierania umów PSA są dobrze znane w regionie. Tym większe jest znaczenie walk prowadzonych przez irackich robotników. Ich klęska oznaczałaby wzmocnienie neoliberalnej logiki prywatyzacji, którą USA i Międzynarodowy Fundusz Walutowy narzucają dziś w całym regionie. Ich zwycięstwo będzie równoznaczne z odparciem neoliberalnej globalizacji na najważniejszym froncie, tam gdzie przybiera ona niczym nieosłonięte oblicze barbarzyństwa.

Przemysław Wielgosz
Za Le Monde diplomatique

NIERÓWNOŚĆ PACHNĄCA PROCHEM - WYBIĆ WSZYSTKICH BIEDAKÓW

Dwa procent dorosłych mieszkańców naszego globu posiada tyle, co ponad połowa wszystkich gospodarstw domowych. Tak podział na bogatych i biednych przedstawia raport instytutu badawczego ONZ.

Bogactwo jest skoncentrowane w krajach Ameryki Północnej i Europy oraz w Japonii i Australii. Tam znajduje się 90 proc. tego, co posiada cała ludność świata. Te drastyczne nierówności znane są od dawna. Jednak ta przepaść pogłębia się z roku na rok i obszary biedy dominują. Na dnie znajduje się 18 krajów w Afryce i dwa w Azji - Wschodni Timor i Afganistan. W tych krajach PKB na głowę wynosi 500 - 900 dolarów. Natomiast 20 najbogatszych państw to 16 europejskich, dwa północnoamerykańskie oraz Australia i Japonia (26.800 - 55.100 dolarów PKB na jednego mieszkańca).

16 lutego 2007 roku James Morris szef Światowego Programu Żywnościowego Organizacji Narodów Zjednoczonych, poinformował że codziennie z głodu lub niedożywienia umiera około osiemnastu tysięcy dzieci, a 850 milionów ludzi idzie spać z pustym żołądkiem.

Według raportu Konferencji Biskupów Katolickich USA, 3 mld ludzi żyje za mniej niż 2 dolary dziennie, w tym 1,3 mld za mniej niż jeden dolar i do 2050 r. liczba tych biedaków podwoi się.

Enklawy bogactwa, przepychu i luksusu utrwalają się na tych samych obszarach. Prawda, wiele instytucji międzynarodowych dostrzega to, proponując różne środki zaradcze. Ale praktycznie nic one nie zmieniają, bowiem często owe recepty prowadzą do jeszcze większej biedy, przynosząc dodatkowe zyski bogatym. Ponadto ogromne środki idą na zbrojenia, które podsycają wojny przynoszące biedakom nowe nieszczęścia.

Nędza, poczucie niesprawiedliwości i walka o największą część dostępnego tortu stają się siłą napędową wielu afrykańskich i azjatyckich konfliktów zbrojnych. O tym światowi decydenci również dobrze wiedzą. Kiedy nasilił się terror międzynarodowy, uznano, że dla zwalczania go należy wyrwać korzenie niesprawiedliwości społecznej. Skończyło się jednak na słowach i wszelkie działania ograniczyły się do... uruchomienia armii kilkudziesięciu państw. Zaskakujący to pomysł na likwidację biedy i społecznego niezadowolenia. Chyba że chodzi o wybicie wszystkich biedaków, bo jak na razie taki efekt przynoszą kolejne operacje zbrojne.

Czy wyścig zbrojeń nadal trwa?
"Wyścig zbrojeń" - termin przez cały okres zimnej wojny stale i złowrogo obecny w teorii i praktyce stosunków międzynarodowych, z początkiem lat 90. minionego wieku wyszedł z codziennego użycia; stosuje się go jedynie do opisu tego, co minęło. Wraz z końcem zimnej wojny skończył się wyścig. Czy definitywnie?

Wyrokowanie o ostatecznym zakończeniu wyścigu zbrojeń wydaje się być nieco ryzykowne; doświadczenie - także to najświeższe - uczy, że zjawiska społeczne miewają swoją kontynuację, nie kończą się nagle i ostatecznie. Wszak modne zaledwie kilka lat temu "endyzmy" z głośnym "końcem historii" F. Fukuyamy szybko poszły w zapomnienie. O wyścigu zbrojeń jako zjawisku obecnym i istotnym w dzisiejszym środowisku międzynarodowym ostatnio znowu nieśmiało mówi się i pisze. Pewne jego symptomy są rzeczywiście zauważalne. Czy jednak można mówić o renesansie wyścigu znanego nam z drugiej połowy XX wieku?
Za postać symboliczną, prekursora nowoczesnego wyścigu zbrojeń można uważać admirała A. Tirpitza. W myśl jego koncepcji niemiecką flotę należało rozbudować tak, aby "...Anglia musiała uznać wojnę za przedsięwzięcie zbyt ryzykowne". Tirpitzowskie "Risikogedanke" to nic innego jak rdzeń strategii odstraszania/zastraszania. Zbrojeniom dodana została nowa funkcja, nabrały nowego znaczenia. W 1898 r. parlament Rzeszy przyjął sześcioletni plan rozbudowy floty. Na odpowiedź niedającej się zastraszyć Wielkiej Brytanii nie trzeba było długo czekać. Ten spektakularny niemiecko-brytyjski wyścig zbrojeń na morzu dziś można uznać za klasyczny, nadający się do akademickich analiz. Był to wyścig o przewagę rzeczową i psychologiczną: w wymiarze jakościowym doskonały przykład wyścigu "tarczy i miecza" - pancerza i pocisku; wyścig wyporności, szybkości, zwrotności, żywotności okrętów.

W refleksji nad problemem nie sposób pominąć okresy poprzedzające wojny światowe. Były to czasy dążenia do uzyskania ostatecznej przewagi militarnej - posiadania najnowocześniejszych, niszczycielskich typów broni; masowych, wielusettysięcznych armii; potężnych flot; gromadzenia ogromnych ilości broni i amunicji.

Nowych znaczeń i treści nabrał wyścig zbrojeń w czasach zimnej wojny. Pojęcie to jest w pewnym sensie metaforyczne. W wojnie tej substytutem starć na polach bitew była wyniszczająca spirala zbrojeń. Napędzała ją z jednej strony dążność do osiągnięcia przewagi nad przeciwnikiem, z drugiej - obawa przed skutkami przewagi osiągniętej przez rywala. Zbrojenia same w sobie stały się swoistym, autonomicznym środowiskiem walki. Wyścig zbrojeń stanowił zasadniczy element strategii stron, strategii odstraszania/zastraszania, wyrażanych w postaci kolejnych koncepcji (np. powstrzymywania). Strony utrzymywały niespotykanie dotąd liczne w czasie pokoju siły zbrojne, ilości uzbrojenia, amunicji czy sprzętu bojowego. Wyścig miał swoją wewnętrzną dynamikę. Jego apogeum przypadło na czas, w którym strony - jak pisze R. Aron - osiągnęły zdolność "gwarantowanego wzajemnego wielokrotnego zniszczenia". W trwającej od wieków, od "ogni greckich" Archimedesa, dążności do znalezienia broni ostatecznej osiągnięto moment krytyczny. Pożądana maksymalna śmiercionośność nowych broni przekroczyła racjonalnie ważone potrzeby, a zasięg tychże broni nie podlegał ograniczeniom. Rywal Ameryki - Związek Radziecki, jego gospodarka, nie był w stanie wytrzymać tego tempa. Przegrał wyścig. Zimna wojna się zakończyła.

Lata 90. to czas "pokojowej dywidendy". Korzystali z niej wszyscy, choć stosunkowo mało Amerykanie. Do dzisiaj korzystać z niej chcą głównie społeczeństwa Europy Zachodniej i Środkowej. Radykalnie zmniejszyła się liczebność sił zbrojnych - w skali globalnej z prawie 28 mln żołnierzy służby czynnej do ponad 20 mln. Należy przy tym zauważyć, że redukcja nie objęła armii państw Azji Centralnej i Południowej oraz Afryki Subsaharyjskiej, gdzie liczba żołnierzy w tym czasie się zwiększyła.

Ogólna tendencja zmniejszania wydatków wojskowych utrzymała się do roku 1996, w dwóch kolejnych latach nastąpiła ich stabilizacja. Od 1999 r. daje się zauważyć wyraźny zwrot. W każdym kolejnym roku odnotowuje się ich wzrost w skali od 4 do nawet 10 proc. To dynamika porównywalna, a nawet przewyższająca tę z czasów zimnej wojny.

W opinii niektórych ekspertów - m.in. J. Płaczka - ten zdecydowany coroczny przyrost wywołany przez istotne przemiany polityczne, gospodarcze i technologiczne oznacza eskalację zbrojeń.

Lwia część obserwowanego wzrostu nakładów to efekt polityki zbrojeń Stanów Zjednoczonych.

W roku 2000 ich wydatki przekroczyły 300 mld dol., dwa lata później wyniosły 336 mld, by w roku budżetowym osiągnąć pułap 400 mld. W roku 2006 przekroczyły sumę 440 mld dol. Udział Stanów Zjednoczonych w światowych wydatkach zbliża się do 50 proc. (42-47 proc.) i jest równy wydatkom kolejnych jedenastu potęg militarnych. Przewyższa kolejną na liście SIPRI Japonię co najmniej siedmiokrotnie.

Stany Zjednoczone płacą za swoje operacje wojskowe oraz utrzymanie baz i wojsk na całym globie horrendalną sumę 117 mld. dolarów (dobrą informacją dla państw na celowniku ekipy Busha, jest prognoza, iż w 2009 roku będzie to już 139 mld. dolarów).

Do liczących się udziałowców we wzroście zbrojeń należy zaliczyć Chiny oraz (w mniejszym stopniu) Rosję. Pekin w klasyfikacji SIPRI (wg cen stałych) zajmuje piątą pozycję wśród światowej czołówki. Jednak w szacunkach opartych na parytecie siły nabywczej wydatki okazują się 4,5-krotnie wyższe, co sytuuje go na drugim miejscu w świecie. Na uwagę zasługuje także to, że wydatki wojskowe Chin w porównaniu z rokiem 1985 wzrosły prawie 2,5-krotnie, podczas gdy w skali globalnej pozostają wciąż niższe aniżeli 20 lat temu.

Wydatki Japonii w ostatnich latach nie wzrastają, jednak ich wysokość powoduje, że jest ona uczestnikiem procesu eskalacji zbrojeń. Należy też zauważyć, że od 1985 r. wydatki wojskowe Japonii wzrosły dwukrotnie.

Istotnym kontekstem problemu są dokonujące się w sferze wojskowości ważne zmiany jakościowe, o charakterze rewolucyjnym. Dokonuje się tzw. Rewolucja w Sprawach Wojskowości (RMA), definiowana jako... "wielka zmiana w naturze działań wojskowych będąca następstwem innowacyjnych aplikacji nowych technologii, które w kombinacji z radykalnymi zmianami doktryny i organizacji fundamentalnie zmieniają charakter operacji militarnych". RMA oznacza gwałtowne zmiany obejmujące wszystkie sfery wojskowości. Ta rewolucja stanowi o charakterze, o istocie współczesnych zbrojeń. Wyścig zbrojeń nabrał przez nią całkowicie nowych cech. Należy zauważyć, że RMA w praktyce pozostaje wciąż fenomenem amerykańskim adaptowanym w różnym stopniu przez inne państwa. W samej dziedzinie technologii między Ameryką a jej partnerami oraz konkurentami istnieje niezmniejszająca się w istocie luka, przekładająca się na znaną z natowskich dyskusji "lukę w zdolnościach bojowych".

Z wyraźnym wzrostem wydatków wojskowych nie idzie w parze zwiększanie liczebności armii. Te się kurczą, spada liczba żołnierzy służby czynnej. Nie pęcznieją też arsenały, nie zwiększają się zapasy amunicji i wojennego sprzętu. To widomy skutek generalnej zmiany cywilizacyjnej, kształtowania się społeczeństw informacyjnych, skokowego postępu w dziedzinie technologii i produkcji (według badań, każda nowa generacja broni jest średnio o 2-2,5 % droższa niż poprzednia).

W każdym wyścigu uczestnikami są partnerzy mający ogólnie porównywalne szanse na wygraną. Dziś w dziedzinie zbrojeń ewentualny wyścig może odbywać się jedynie w cieniu absolutnego dominanta. Ameryka nie ma zagrażających jej na tym polu rywali.

Opracowanie na podstawie różnych źródeł

 

tgtgtttttttttttttttzzttt| główna | zapowiedzi | linki | historia | relacje | kontakt | poradnik - pobór stop |