PROGNOZA ATAKU USA NA IRAN

Profesor Michael T. Klare wykłada w Hampshire College przedmioty dotyczące pokoju światowego i jest on stalym komentatorem w sprawach obronności USA na łamach miesięcznika "The Nation." Ostatnia książka opublikowana przez Klare'go nosi tytuł: "Krew i Nafta: Niebezpieczeństwo Spowodowane Stale Rosnącą Zależnością Ameryki od Importu Ropy Naftowej" (Owl Books).

Według profesora Klare'go, lada chwila prezydent Bush poda do wiadomości, że wyczerpano wszystkie środki dyplomatyczne i zrobił on nieuniknioną decyzję, żeby wyeliminować śmiertelne zagrożenie świata przez Iran, za pomocą ataku zmasowanych sił zbrojnych USA. Bush poprostu użyje słów podobnych, do jego oświadczenia z 19 marca, 2003 i oznajmi światu że masowy atak przeciwko Iranowi jest w toku od kilku godzin.

Atak ten będzie miał miejsce po toczących się od wielu miesięcy, bezowocnych rokowaniach dyplomatów na terenie Narodów Zjednoczonych, gdzie USA stara się o zastosowanie sankcji karnych przeciwko Iranowi, na które to sankcje Iran, nie reaguje. Bush, według Klare'go, przygotowuje swoje wojenne przemówienie na arenie światowej.

Już dziś Bush mówi o długich i intensywnych wysiłkach ze strony dyplomacji amerykańskiej, żeby zdobyć skuteczną rezolucję od Rady Bezpieczeństwa przeciwko Iranowi. Bush będzie mówił, jak przeżywa on ciężkie rozczarowanie, ponieważ postanowienia pożądane przez niego nie zostało i nie zostaną zaaprobowane przez Radę Bezpieczeństwa.

Bush powie, że mimo bohaterskich wysiłków dyplomatów amerykańskich w ONZcie jak równie bohaterskich wysiłków dowódców amerykańskich, przy pacyfikacji Iraku i całego regionu Bliskiego Wschodu, Iran nadal stanowi śmiertelne i niepohamowane zagrożenie dla tego regionu i grozi całemu światu swoim programem nuklearnym.

Klare przewiduje, że neokonserwatywny rząd Buhs'a obecnie będzie się starać o rezolucję Rady Bezpieczeństwa w ramach paragrafu 42, który to paragraf pozwala na użycie sił wojskowych w interwencjach mających za cel odzyskanie pokoju i ustabilizowanie świata.

Niestety trudno sobie wyobrazić, żeby Rosja i Chiny zgodziły się głosować na tego rodzaju upoważnienia, użycia wojska przez USA, przeciwko Iranowi. Tego rodzaju zgoda ze strony Rosji i Chin, oznaczałaby uznanie przez te mocarstwa amerykańskiej hegemonii nad światem, na co te dwa państwa nie chcą się zgodzić.

Bush twierdzi że jednostki "Qud" irańskiej Gwardii Rewolucyjnej dostarczają ruchowi oporu szyitów w Iraku miny przydrożne i że wysoko postawieni dygnitarze w rządzie Iranu, popierają te dostawy. Twierdzenia te były krytykowane tak przez urzędników USA, jak i przez członków kongresu w Waszyngtonie, którzy uważali, że Bush znowu opiera się na niepewnych źródłach oraz na sfałszowanym i manipulowanym wywiadzie.

Przemówienia przygotowywane obecnie dla Busha, są naszpikowane atakami na Iran i koszmarnymi obrazami, w których irańscy szyici destabilizują Bliski Wschód, używając Hezbollah w Libanie i zagrażają Izraelowi "najważniejszemu sprzymierzeńcowi USA na świecie." Iran, według tej propagandy, zagraża katastrofalnymi konsekwencjami dla bezpieczeństwa dostaw paliwa dla USA z Bliskiego Wschodu.

Profesor Klare jest pewien że Bush będzie się zaklinał, że żaden prezydent USA, nie pozwoliłby na tego rodzaju "zagrożenie świata," jakie według Bush'a obecnie stanowi Iran. Zwłaszcza jeżeli wojska amerykańskie wycofają się z Iraku, bez całkowitego spacyfikowania Bagdadu, to wtedy rząd Iraku "na pewno" przejdzie w ręce ekstremistów.

Według propagandy neokonserwatystów w rządzie Bush'a, ma odbyć się walna bitwa między szyitami-ekstremistami wspieranymi przez Iran z jednej strony i ekstremistami sunnitami popieranymi przez Al kaidę z drugiej strony, co według tej propagandy doprowadzi do walk na całym Bliskim Wschodzie, z fatalnymi skutkami dla dostaw paliwa do USA z tego regiony świata.

Profesor Klare opisał dokładnie swoją prognozę ataku USA na Iran na łamach pisma Asia Times i na stronie internetowej Antiwar.com z 26-go lutego 2007, w artykule pod tytułem "Argument na Wywołanie Przyszłej Wojny" ("Talking Points for the Next War"). Poza ekstremistami rządzącymi w Izraelu, trudno jest sobie wyobrazić którykolwiek rząd na świecie, który byłby zadowolony z prognozy ataku USA na Iran, przedstawionej przez profesora Klare.

I.C.P.
Za Indymedia.pl 27.02.2007

TARCZA USA SZKODLIWA DLA POLSKI

Z Romanem Kuźniarem, byłym dyrektorem Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych rozmawia Marcin Szymaniak. Wywiad przeprowadzono przed odwołaniem Kuźniara ze stanowiska, a według doniesienień medialnych był on bezpośrednim powodem zmiany w PISM.

W ramach programu tarczy antyrakietowej Amerykanie chcą rozmieścić w Polsce silosy z 10 rakietami przechwytującymi. Wybrali nasz kraj ze względów czysto militarnych, czy po prostu dlatego, że Polska jest tradycyjnie uległa wobec USA?

Liczy się jedno i drugie: zarówno użyteczność strategiczna tej bazy, jak i jej bezpieczeństwo, w sensie stabilności i obliczalności naszego kraju. Wchodzą też w grę względy finansowe. Amerykanie uzyskaliby ten sam efekt, umieszczając elementy tarczy na swoim Wschodnim Wybrzeżu, tylko że byłoby to dla nich znacznie droższe. Wrogie pociski miałyby być przechwytywane w ostatniej fazie, w związku z czym trzeba byłoby mieć więcej urządzeń przechwytujących, co znacznie podwyższyłoby koszty. USA wolą więc umieścić te urządzenia u nas, co mogłoby jednak naruszać nasze bezpieczeństwo. Jako Polakowi, oczywiście nie może mi się to podobać. Tarcza antyrakietowa na naszym terytorium to nie jest dobry pomysł, a przy tym zupełnie zbędny. Czy możemy zaakceptować to, że państwo najpotężniejsze i najbezpieczniejsze na świecie próbuje zwiększyć własne bezpieczeństwo naszym kosztem?

USA to jednak nasz główny sojusznik i, jak się często mówi, opiekun całego "wolnego świata". Czy to Pana nie przekonuje?

Niezupełnie. Jeżeli chodzi o względy geostrategiczne, to rzecz jest bardzo wątpliwa. Na terenie Bliskiego Wschodu nie ma państw, które dysponują odpowiednią technologią i intencją zaatakowania USA. Z kolei Rosja ma technologię, ale również nie ma intencji takiego ataku. Po co zatem tarcza? W Polsce różni eksperci powtarzają błędną opinię, że jest to system defensywny. Nic bardziej błędnego: w obecnych warunkach jest to system jednoznacznie ofensywny. Wyjaśnię to panu na historycznym przykładzie. Właściwie nikt u nas nie pamięta, że to Rosjanie rozpoczęli prace nad systemem obrony przeciwrakietowej. W drugiej połowie lat 60. wykonali pierwsze instalacje. Kiedy Amerykanie się w tym zorientowali, podjęli rozmowy z Moskwą. W 1967 r. prezydent Johnson spotkał się z Kosyginem i Amerykanie powiedzieli: "Panowie, wiemy, że zaczynacie budować duży system antyrakietowy, obejmujący Moskwę i inne obszary ZSRR. Wiecie, co o tym myślimy? Że to jest zły pomysł". "Niby dlaczego zły? Przecież chodzi o obronę" - mówią Rosjanie. Amerykanie na to: "Bo my pójdziemy waszym śladem, przecież mamy do tego odpowiednie możliwości. I my i wy wydamy masę pieniędzy; co nam z tego przyjdzie? Dlatego proponujemy co innego: Zostawmy znaczne części naszych terytoriów odsłonięte, nie chronione przez rakiety". "Ale dlaczego?!" - pytają zdumieni Sowieci. "Ano po to, mówią Amerykanie żebyśmy byli wrażliwi na uderzenia drugiej strony. Bo jak ktoś jest wrażliwy, to jest także powściągliwy. Państwo szczelnie chronione będzie odczuwać pokusę dokonania pierwszego uderzenia, czuć się bezkarne. Rozumiecie?" Rosjanie zgodzili się z amerykańską argumentacją i wkrótce potem doszło do podpisania układu ABM, który ograniczał rozmiary systemów antyrakietowych obu mocarstw..

Jak wyobraża Pan sobie działania ofensywne USA, które ułatwi tarcza?

Do lat 2025-30 ten system ma się stać takim globalnym, takim swoistym ruchomym parasolem. Parasol będzie rozpinany na potrzeby operacji amerykańskich w dowolnej części świata. Chodzi o to, żeby okręty, bazy, oddziały USA w obojętnie którym miejscu - na Bliskim Wschodzie, Dalekim Wschodzie, południowej Azji - były niewrażliwe na rakiety i pociski państw, przeciw którym Amerykanie mogliby chcieć prowadzić operacje zbrojne. Baza w Polsce ma więc być elementem zdobycia przez USA hegemonii strategicznej na świecie.

Amerykanie mówią o tym nieco inaczej. Twierdzą, że sami mogą być zagrożeni atakiem ze strony tzw. Rogue states, czyli państw zbójeckich, jak Iran czy Korea Północna...

Ja nie używam słowa "zbójecki", tylko "hultajski", tak wyraz "rogue" tłumaczył Czesław Miłosz. Opowieści o atakach ze strony państw hultajskich można włożyć między bajki. Bo państwa nie są samobójcami. Każde państwo, czy to będzie Rosja, Iran czy Korea Północna, wie dzisiaj doskonale, że atak na USA byłby samobójstwem. Dlatego stwierdzenie, że Ameryce zagraża atak ze strony państw hultajskich, jest tyle samo warte, co słowa pana prezydenta Busha, że Irak może w każdej chwili napaść na Stany Zjednoczone, wygłaszane przed interwencją w tym kraju. Pamiętam, jak przed sporym audytorium prezydent Bush mówił, że w każdej chwili Irakijczycy mogą nadejść i zaraz zaczynał się rozglądać na boki, jakby już się zbliżali. Cała sala wodziła za jego wzrokiem, przerażona. Było to oczywiście potrzebne, żeby wywołać strach u obywateli USA i przyzwolenie dla całkowicie nieuzasadnionej operacji w Iraku. Każdy choć trochę zorientowany w realiach wiedział tymczasem, że możliwość irackiego ataku Iraku na to absurd. Bo wojny są wywoływane przez państwa hegemoniczne, silniejsze, a nie przez państwa słabe.

Dobrze, przyjmijmy zatem, że chodzi tylko o hegemonię USA. Czy nie dobrze jest mieć takiego hegemona jak Stany: państwo demokratyczne, respektujące prawa człowieka?

Dążenie do absolutnej hegemonii jest niebezpieczne, bez względu na to, z jakim państwem mamy do czynienia. Po pierwsze, mocarstwo, które czuje się bezpiecznym hegemonem, ma skłonność do wywoływania operacji ofensywnych. Po drugie, inne państwa tego nie zaakceptują. Polska należy na świecie do małej grupki najwyżej kilkunastu państw, które mogą sobie pozwolić na akceptację hegemonii USA. Pozostałe państwa uważają, że sytuacja, w której USA zajmują taką pozycję, nie jest zdrowa. Bo absolutne bezpieczeństwo dla jednego państwa oznacza niestety brak bezpieczeństwa dla innych. Hegemon może każdemu zrobić kuku, pozostając bezkarnym. Żadne poważne, duże czy średnie państwo, nie może sobie na to pozwolić. Jaki będzie tego efekt? Wyścig zbrojeń, budowanie systemów, które uniemożliwią utrzymanie hegemonii Amerykanom, rozwój środków walki asymetrycznej. Ostatnie oświadczenia polityków rosyjskich już to zapowiadają. Poza tym Rosja oczywiście nie może odegrać się na Ameryce, ale dawać kuksańce Polsce, jak najbardziej. I zrobi to. Jeżeli będzie postrzegać nas jako adiutanta interesów USA, to wykorzysta każdą okazję, by nam dokuczyć.

A to przykręci kurek z gazem, a to znajdzie robaki w naszym mięsie?

Właśnie, takich rzeczy jest wiele. Zgadzając się na tarczę, gwarantujemy utrwalenie złych stosunków z Rosją. Czasem taką cenę warto zapłacić, jak to było w przypadku naszych starań o wejście do NATO. Czasem, jak w przypadku tarczy, to nie ma sensu. I nie ma co udawać, że takiej ceny nie będzie. Nie możemy się zachowywać jak ci słynni Polinezyjczycy, odkryci przez Bronisława Malinowskiego, którzy nie widzieli związku między stosunkiem płciowym, a narodzeniem dziecka.

Czy nie warto nam jednak zapłacić ceny pogorszenia stosunków z Moskwą w zamian za umocnienie sojuszu ze światowym supermocarstwem?

Nie w tym przypadku, ponieważ wchodzi tu jeszcze w grę rzecz najważniejsza: nasze bezpieczeństwo narodowe. Pytanie: czy tarcza zwiększa to bezpieczeństwo? Nie, ona to bezpieczeństwo zmniejsza. Przecież ona służyć bezpieczeństwu terytorium USA i baz USA na świecie, a nie Polski. Nasz kraj wystawia tylko na ewentualne ataki ze strony przeciwników Ameryki. Obecnie Polska jest członkiem NATO i Unii Europejskiej, a żaden kraj nie deklaruje wobec Polski wrogich intencji. Nie ma więc potrzeby wznosić się ponad te gwarancje, które już posiadamy, będąc członkiem Sojuszu Północnoatlantyckiego. Co gorsze, jeżeli pójdziemy w stronę tarczy, to może się to okazać to ciosem w integralność NATO. Dojdzie bowiem do wytworzenia się różnych standardów bezpieczeństwa. Będą gorsi i będą lepsi. Przecież sam fakt, że angażujemy się w tarczę, świadczy, iż nie mamy zaufania do NATO! Co na to mają powiedzieć inne kraje Sojuszu? Skoro Polacy nie ufają NATO, to może my powinniśmy zbudować europejską obronę, a oni niech bronią terytorium USA. Tarcza na polskim terytorium byłaby, niestety, w pewnej mierze votum nieufności wobec Sojuszu, co byłoby dla mnie bardzo przykre ponieważ jestem wielkim zwolennikiem NATO.

Ale przecież polski rząd chce, żeby w zamian za lokalizację systemu w Polsce uzyskać od Amerykanów objęcie ochroną naszego terytorium.

Amerykanie tego nie przewidują, gdyż w ten sposób pokazaliby, że system jest przeciwko Rosji. Przecież oni mówią, że nie wchodzą w grę nawet rakiety Patriot, które miałyby bronić tylko samej tarczy i jej okolicy. Załóżmy teraz, że za 15 lat Iran lub inne państwo hultajskie ma już pociski o odpowiednim zasięgu. Dochodzi do kryzysu międzynarodowego, Amerykanie interweniują w jakiejś części świata. Przeciwnik chce osłabić ich system antyrakietowy i być może zechce np. "odstrzelić" polski element tarczy, aby uczynić ją mniej szczelną, ale nie trafi w bazę, tylko w np. Koszalin albo Słupsk? Tego w tak zwanym najgorszym scenariuszu nie można wykluczyć. Umieszczenie takiej bazy na naszym terytorium osłabia więc nasze bezpieczeństwo. A najlepiej świadczy o tym fakt, że domagamy się rekompensaty w postaci osłony rakietowej i osłony wywiadowczej. A Amerykanie się do tego nie palą. Co będzie, jeśli zaangażujemy się w rozmowy o tarczy, a nawet nie dostaniemy Patriotów?

To realna perspektywa?

Do tej pory jakoś niespecjalnie byliśmy asertywni w rozmowach z naszym wielkim sojusznikiem. Obawiam się, że i tym razem nie będziemy w stanie wytrzymać presji dyplomatyczno-medialno-politycznej ze strony Ameryki i nie będziemy potrafili odmówić, jeśli warunki przez nich oferowane nie będą zadowalające. Że będziemy jak te kobiety Simona Mola, które bały się odmówić stosunku, choć nie chciał założyć prezerwatywy, i w efekcie zaraziły się HIV. Jest to o tyle prawdopodobne, że firmy lobbyingowe, pracujące dla amerykańskich koncernów zbrojeniowych, harcują w Polsce zupełnie swobodnie. W efekcie zaprzyjaźnione z nimi media wypisują niekiedy zupełne brednie o tym, jakie to dobrodziejstwa będziemy mieli dzięki tarczy. Niestety, ma to miejsce w całkiem poważnych gazetach. W jednej z nich czytałem niedawno, jak to jak to Putin pomógł Polsce w akceptacji amerykańskiej prośby. Co ma piernik do wiatraka, można zapytać. Byłoby interesujące dowiedzieć się, w jakim stopniu różne opnie czy raporty są inspirowane przez te firmy. Trzeba wreszcie wziąć pod uwagę opinię samych zainteresowanych, których ta tarcza, czy amerykańska rekompensata, miałaby jakoś chronić, a więc polskie społeczeństwo. Wiemy, że wszystkie badania, włącznie z przeprowadzonym ostatnio na zlecenie "ŻW", jasno pokazują, iż większość Polaków jest przeciw.

Załóżmy jednak, że Patrioty dostaniemy. Wtedy projekt miałby sens?

Ależ skąd. Zastanówmy się: Najpierw zmniejszamy sobie nasze bezpieczeństwo, przyjmując tarczę, a zaraz potem równoważymy to, instalując Patrioty. Może i wszystko się zbilansuje, ale pytam się: po co to w takim razie robić, tracąc środki i nasycając nasze terytorium zbędnymi urządzeniami militarnymi? Nie zapominajmy przy tym, że nie da się w ten sposób zbilansować pogorszenia stosunków z naszym otoczeniem oraz uszczerbku dla naszej suwerenności. Baza będzie przecież eksterytorialna, a decyzja o użyciu pocisków będzie podejmowana przez dowództwo w Stanach Zjednoczonych. Teoretycznie, polski prezydent może dowiedzieć się pewnego dnia z CNN, że właśnie z naszego terytorium zostały wystrzelone pociski. Jaki mamy wtedy efekt? Jesteśmy w stanie wojny z jakimś krajem poza naszą wiedzą i bez naszej woli.

Czy sądzi Pan, że w tej sytuacji niezbędne jest ogólnonarodowe referendum w tej kwestii?

Nie wiem, czy ono jest potrzebne, choć nasza konstytucja dopuszcza je w takich sytuacjach. Wystarczyłoby, żeby negocjacje były transparentne, a opinia publiczna uczciwie informowana, jakiego rodzaju obciążenia i ryzyko na siebie bierzemy. Może ekspertom uda się przekonać polityków, że ten projekt jest zbędny i szkodliwy dla polskiego bezpieczeństwa? Bo wydaje mi się czasem, że przychylność wielu polityków wobec niego bierze się z niewiedzy, czym tak naprawdę jest ten system.

Wywiad ukazał się w dzienniku "Życie Warszawy".

STATYSTYCZNY POLAK POPIERA POSTULATY RUCHU ANTYWOJENNEGO

Przeciwko poborowi, za służbą zastępczą

Według sondażu Centrum Badania Opinii Społecznej, 51 proc. badanych Polaków chce rezygnacji z powszechnego poboru do wojska, a jedynie 11 proc. jego zachowania.

Z sondażu wynika, że coraz większym społecznym uznaniem cieszy się możliwość zastąpienia - z powodów etycznych i religijnych - zasadniczej służby wojskowej służbą zastępczą. Niemal trzy czwarte badanych (74 proc.) uznaje takie rozwiązanie za słuszne. Ideę tę uważa za niesłuszną co ósmy Polak (13 proc.). 13 proc. nie ma na ten temat zdania.

Prawie połowa Polaków (46 proc.) opowiada się za skróceniem czasu trwania służby zastępczej, zaś 7 proc. domaga się jego wydłużenia.

Ponad dwie trzecie badanych (69 proc.) jest zdania, że poborowi, którzy z uwagi na kontynuację nauki nie zostali skierowani do odbycia służby wojskowej, powinni być z niej zwolnieni. Większość z nich (38 proc.) proponuje jednak wprowadzenie obowiązkowego przeszkolenia, któremu osoby uczące się miałyby podlegać w trakcie lub po ukończeniu edukacji. 31 proc. chce całkowitego zwolnienia poborowych kontynuujących naukę.

Przeciwko okupacji Iraku i Afganistanu

Przeciw udziałowi polskich żołnierzy w operacji irackiej jest 77 proc. ankietowanych, popiera ją 20 proc

Przeciwników jest najwięcej, a zwolenników najmniej w historii. Podobny sprzeciw budzi misja w Afganistanie - przeciw wysłaniu tam żołnierzy jest 75 proc. badanych, za - 20 proc.

Badanie przeprowadzono w dniach 12-15 stycznia na reprezentatywnej próbie 922 Polaków.

na podstawie gazeta.pl

SZUBIENICA ZAMIAST PRAWDY

Koniec ubiegłego roku przyniósł wiadomości o śmierci dwóch krwawych dyktatorów. Najpierw przyszedł koniec na Augusto Pinocheta, potem na Saddama Husajna. Los obu tyranów wskazuje na pewne podobieństwa, ale jeszcze bardziej znaczące są różnice. Szczególnie dotyczy to sposobu w jaki zeszli ze sceny historycznej. Porównanie ich mówi nie tylko o naturze współczesnej dyktatury, ale przede wszystkim o tych, którzy uzurpują sobie miano społeczności międzynarodowej, świata demokratycznego albo po prostu cywilizacji zachodniej.

Przypomnijmy, że Pinochet umierał w otoczeniu rodziny i swoich popleczników ciesząc się do końca praktyczną bezkarnością i pełnią praw. Kiedy hiszpański sędzia Baltasar Garzon doprowadził do aresztowania dyktatora w Anglii, w roli strażników jego skóry wystąpiło aż trzech premierów - Tony Blair z Wielkiej Brytanii, Jose Maria Aznar z Hiszpanii i Eduardo Frei z Chile. Inni szacowni reprezentanci cywilizacji zachodniej nie protestowali gdy dyktator wymykał się wymiarowi sprawiedliwości. Także i dziś entuzjaści rzeźnika z Santiago nie muszą się z niczego tłumaczyć. Nikt na przykład nie odmawia podawania ręki Markowi Jurkowi oraz Markowi Kamińskiemu, którzy swego czasu pielgrzymowali do londyńskiego szpitala, w którym leczył się Pinochet aby wręczyć mu ryngraf z wizerunkiem Matki Boskiej. Przeciwnie obaj panowie uchodzą za tzw. poważnych polityków i mają czelność występować w imieniu wyższych wartości moralnych. Zapewne w swoim mniemaniu mają do tego pełne prawo. W końcu jeden jest Marszałkiem Sejmu Rzeczypospolitej, drugi jej europosłem.

O ile publiczne obnoszenie się z poparciem dla Pinocheta może otwierać drogę do politycznej kariery w IV RP, o tyle z Saddamem sprawa wygląda zupełnie inaczej. Iracki dyktator nie zaznał emerytury pod parasolem ochronnym liderów społeczności międzynarodowej. Został pokonany w wojnie, upokorzony podczas aresztowania i stracony na oczach całego świata. Jeden ze współczesnych mistrzów tortur i masowych represji został osądzony, a drugi sprawiedliwości uniknął. A przecież obaj przez długie, zimnowojenne lata byli pupilami przywódców tzw. wolnego świata. Cieszyli się czymś więcej niż tylko sympatią i uznaniem lokatorów Białego Domu. Jeden czerpał z tego korzyści do końca życia, drugi w pewnym momencie popadł w niełaskę. Oto ponury paradoks i kolejny przykład do niekończącej się listy podwójnych standardów, które stosuje amerykańska polityka zagraniczna.

Doprawdy trudno oprzeć się wrażeniu, że sposób w jaki osądzono, skazano i stracono irackiego tyrana nie był przypadkowy. Trybunał, przed którym odbywał się proces nie gwarantował bezstronności. Największa Amerykańska organizacja obrony praw człowieka Human Rights Watch potępiła sąd jako całkowicie niewiarygodny. Waszyngton wywierał naciski na dobór składu sędziowskiego i wpływał na jego zmiany. Rację miał jeden z najwybitniejszych brytyjskich znawców problematyki bliskowschodniej Tariq Ali gdy nazwał tę egzekucję kpiną ze sprawiedliwości, barbarzyńskim linczem w kolonialnym stylu. W tym szaleństwie była jednak metoda. Narastająca codzienna przemoc okupacji, tajemnicza śmierć dwóch obrońców, tempo w jakim sąd apelacyjny odrzucił pozew i wykonanie wyroku zaledwie cztery dni potem stwarzają nieodparte wrażenie, że komuś bardzo zależało na tym aby Saddam nie odpowiedział za inne, znacznie poważniejsze zbrodnie. Bo przecież ominął go proces o najbardziej osławioną z nich - dokonanie masakry w kurdyjskim mieście Halabdża gdzie zagazowano tysiące cywilów. Być może chodziło zatem o to aby oskarżony nie powiedział zbyt wiele. O czym? Może o swoich protektorach, przyjaciołach, czyli mówiąc bez ogródek o wspólnikach.

Saddam Husajn przez całe dekady cieszył się tolerancją Waszyngtonu. Było tak już gdy jego partia Baas dokonywała zamachu stanu skierowanego przeciw republikańskim rządom w Bagdadzie (1963). Później, po przejęciu władzy, w 1979 r., gdy niszczył społeczne dziedzictwo rewolucji irackiej roku 1958, Saddam nie musiał się przejmować amerykańskim umiłowaniem praw człowieka. Waszyngtonowi nie przeszkadzało gdy reżim basistowski masakrował najpotężniejszy na Bliskim Wschodzie ruch komunistyczny, niszczył związki zawodowe i dławił prawa pracownicze. Na otwartą przyjaźń USA dyktator zasłużył w roku 1980, gdy jego wojska najechały na pogrążony w rewolucyjnej gorączce Iran (który podczas rządów zainstalowanego przez siebie Szacha, Amerykanie wspierali... przeciw Irakowi). Przez następne 8 lat Saddam otrzymywał wielomiliardowe kredyty, nowoczesny sprzęt wojskowy i cały wachlarz usług wywiadowczych.

W roku 1982 mszcząc się za nieudany zamach na życie Saddama jego siepacze zmasakrowali 148 szyitów we wsi Dżubail. Właśnie za tę zbrodnię dyktator zawisł na stryczku. Kilkanaście miesięcy po masakrze specjalny wysłannik prezydenta Ronalna Reagana, pełniący do niedawna funkcję Sekretarza Obrony i architekt obecnych wojen w Afganistanie i Iraku, Donald Rumsfeld ściskał się z dyktatorem i jego ministrem spraw zagranicznych Tarikiem Azizem w Bagdadzie. Nie skończyło się na przyjaznych gestach. W 1984 roku administracja Reagana dostarczyła reżimowym naukowcom irackim ponad dwa tuziny próbek wirusowych i biologicznych wąglika, dżumy i jadu kiełbasianego. W roku 1986 słynny dziennikarz Bob Woodword (ten od afery Watergate) ujawnił, że CIA pomagała Irakijczykom namierzać irańskie cele do ataków z zastosowaniem iperytu.

W marcu 1988 w Halabdży wyprodukowane w USA i dostarczone Saddamowi w ramach "kontraktów na sprzęt rolniczy" śmigłowce użyły broni chemicznej przeciw bezbronnej ludności cywilnej. Cztery miesiące później amerykański gigant budowlany, powiązany z republikanami Bechtel, został wybrany przez władze w Bagdadzie do budowy wielkiej fabryki chemicznej. Z kolei w październiku 1989 roku prezydent Bush senior podpisał dyrektywę ws. bezpieczeństwa narodowego określającą dobre stosunki z Bagdadem jako służące amerykańskim interesom i stabilizacji w regionie.

W pewnym momencie jednak wszystko się popsuło. Saddam nie wyczuł intencji Waszyngtonu i najechał na Kuwejt. To, co było dobre w 1980 okazało się niedopuszczalnym pogwałceniem prawa międzynarodowego w 1990. Błąd kosztował życie 150 tys. ludzi podczas wojny w Zatoce i prawie miliona w wyniku barbarzyńskich sankcji nałożonych na Irak przez ONZ pod naciskiem USA. Iraccy cywile płacą w dalszym ciągu.

Chęć ucieczki od ujawnienia nowych okoliczności powiązań reżimu Saddama z Waszyngtonem i państwami Europy (w tym Rosją), to tylko jedna z prawdopodobnych przyczyn takiego a nie innego końca byłego irackiego dyktatora. Haniebny lincz jakiego się na nim dopuszczono miał także bardziej aktualny kontekst. Katowski spektakl ku uciesze gawiedzi miał odciągnąć uwagę od amerykańskich klęsk w Iraku, miał też praktycznie wpłynąć na rozniecenie sekciarskich konfliktów i pogłębić proces rozpadu tego kraju. Trzeba być bardzo naiwnym żeby nie dostrzec, że termin egzekucji wybrano wyłącznie po to by poniżyć Irakijczyków wyznania sunnickiego. Odbyła się ona w dniu religijnego święta, które powinno być wolne od publicznego zadawania śmierci. Fakt, że szyici obchodzą to samo święto zaledwie dzień później podkreśla jeszcze prowokacyjnie antysunnicki charakter daty wykonania wyroku na dyktatorze. W tym wypadku dwa dni zwłoki oznaczałyby dużą różnicę.

W grudniu 2006 roku w Iraku zginęło 109 amerykańskich żołnierzy co jest jednym z najgorszych wskaźników od początku okupacji. Spośród prawie 4 tys. ataków zbrojnych jakie co miesiąc notuje się w Iraku ponad 60% wymierzonych jest przeciw wojskom okupacyjnym. Nic dziwnego, że liczba Amerykanów, którzy zginęli w Irackim bagnie przekroczyła już magiczne trzy tysiące a liczba rannych idzie w dziesiątki tysięcy. To, co stało się udziałem zwykłych obywateli Iraku trudno nazwać mianem innym niż piekło. Nawet wedle zaniżanych oficjalnych raportów władz w Bagdadzie, w drugiej połowie minionego roku ginęło miesięcznie po ok. 2000 cywilów. Wedle źródeł niezależnych od rządu codziennie ginie 500 osób.

Według danych Wysokiego Komisariatu ONZ ds. Uchodźców (UNHCR) ponad półtora miliona Irakijczyków opuściło kraj od marca roku 2003. Stanowi to 7% populacji kraju. Co miesiąc z kraju ucieka 100 tysięcy ludzi. Obecnie milion uchodźców z Iraku wegetuje w obozach na terenie Syrii, 750 tys. przebywa w Jordanii, 150 tys. w Kairze. Jak zauważył Tariq Ali uchodźcy ci nie budzą sympatii Zachodu, a ich cierpienie nie obchodzi Zachodnich mediów. Uchodźcy z Iraku nie zasługują na uwagę organizacji w rodzaju Polskiej Akcji Humanitarnej, mimo, że państwo polskie przyczyniło się do ich tragicznego losu. Znacznie łatwiej użalać się nad losem cierpiących Kosowarów czy Czeczeńców bo przy okazji wypatrywania drzazg w cudzych oczach można ukryć belkę tkwiącą we własnym.

W listopadzie ubiegłego roku niezależny ośrodek analityczny Iraq Centre for Research and Strategic Studies (ICRSC), przeprowadził trzytygodniowe badanie opinii publicznej, z którego wynika, że tylko 5% Irakijczyków uważa, że sytuacja w ich kraju jest dziś lepsza niż przed rozpoczęciem wojny w roku 2003. Przeciwnego zdania jest 89%. Aż 79% Irakijczyków uważa, że ich sytuacja ekonomiczna pogorszyła się, a 95% odczuwa zasadnicze pogorszenie w kwestii bezpieczeństwa. Co ciekawe tylko 50% Irakijczyków określa się mianem muzułmanów (spośród nich 34% jako szyitów i 14% jako sunnitów). W ten sposób potwierdzają się podejrzenia, że to Amerykanie są siłą rozniecającą waśnie etno-religijne. Demokracja, którą wielkodusznie ofiarowali obywatelom Iraku nie opiera się na pluralizmie politycznym. Wręcz przeciwnie - uprzywilejowuje tożsamości etniczne i religijne. Wedle prawa wyborczego wymyślonego przez nowojorską kancelarię adwokacką Friedmana Irakijczycy nie głosują na partie i programy polityczne, ale na kurie religijno-etniczne. Niezależnie od wyniku głosowania określona ilość miejsc w bagdadzkim parlamencie ma przypaść szyitom, sunnitom i Kurdom. Tak oto okupanci upolitycznili religię i przynależność etniczną Irakijczyków. Doprawdy nietrudno zauważyć, że beneficjantem wywołanego w ten sposób podziału dzielnicowego są nie tyle przywódcy fundamentalistycznych ugrupowań i milicji, które dokonują dziś czystek etnicznych ile amerykańskie koncerny. Znacznie łatwiej będzie dobrać się do irackich zasobów gdy za partnera do interesów będą miały nie silne państwo, ale mozaikę skłóconych bantustanów etniczno-religijnych.

Wielu obserwatorów wskazuje, że obecna sytuacja w Iraku to triumf Saddama zza grobu. Nie mają racji. W szczególności wtedy gdy tak jak pewien ekspert cytowany na portalu Gazety Wyborczej twierdzą, że okupanci zarazili się od Irakijczyków terrorystycznymi metodami, za pomocą których obecnie "stabilizują kraj", oraz że to korupcyjna kultura stworzona w czasach reżimu Saddama nauczyła przybyszów zza oceanu ekonomicznych przekrętów przy tzw. odbudowie. W gruncie rzeczy tego rodzaju efektowne sformułowania powtarzają zgrane, rasistowskie stereotypy. Nie odbierając "zasług" reżimowi Baas należy przypomnieć, że przynajmniej od roku 1991 poważną konkurencją w dostarczaniu Irakijczykom wzorców okrucieństwa i niegodziwości stali się Amerykanie. Dość powiedzieć, że dziś kurdyjskie więzienia wzorowane są na Guantanamo. To samo dotyczy grabieży irackich zasobów, którą amerykańskie korporacje przeprowadzają pod orwellowska nazwą odbudowy. Naftowa korporacja Halliburton, którą w latach 1995-2000 kierował obecny wiceprezydent USA Dick Cheney już w chwilę po opanowaniu Iraku otrzymała kontrakt na 600 milionów dolarów. Halliburton nie wywiązał się z umowy... a w nagrodę dostał następny kontrakt, tym razem na 4 miliardy. Czyż trzeba dodawać, że Cheney otrzymuje ze swej dawnej firmy "alimenty" w wysokości miliona dolarów rocznie, aby zrozumieć jak wygląda wolny rynek w wykonaniu neokonserwatystów Busha juniora? Od samego początku okupacji, od czasów rady zarządzającej Paula Bremera, który za pomocą 100 dekretów zmienił ustrój gospodarczy Iraku (łamiąc przy tym Konwencje Genewskie), tworzono warunki do masowej grabieży kraju posiadającego drugie co wielkości złoża ropy naftowej na świecie. Wszyscy, którzy mieli w tej kwestii jakiekolwiek wątpliwości powinni je porzucić w momencie gdy brytyjski dziennik "The Independent" z 7 stycznia br. doniósł o tym, że iracki parlament pracuje pod kierunkiem amerykańskich ekspertów nad ustawą mającą wprowadzić nowe reguły eksploatacji tamtejszych pól naftowych. Dzięki nim koncerny naftowe ze Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii (Shell, BP, Exxon) uzyskają swobodny dostęp do bogactw Iraku. Ustawa ma umożliwić zagranicznym korporacjom eksploatowanie irackich złóż przez trzydzieści lat. W ten sposób, po raz pierwszy od roku 1972, gdy Irak znacjonalizował przemysł, zachodnie koncerny będą mogły eksploatować ropę na tak wielką skalę. Co więcej ustawa pozwoli im na zatrzymywanie, w początkowym okresie, ponad 75% zysków z wydobycia ropy. Zważywszy, że gospodarka Iraku w 70% zależy od ropy oznaczałoby to faktyczną likwidację wszelkiej suwerenności kraju.

Dziś w okupowanym i pogrążonym w kolejnej wojnie Iraku nie ma już Saddama, jest natomiast jego dawny faworyt, koncern Bechtel. Budowlana korporacja, podobnie jak jej naftowe siostry w rodzaju Schell czy BP, znowu inkasuje zyski z publicznej kasy zdruzgotanego wojnami kraju. I ten fakt najlepiej tłumaczy stawkę, o którą toczy się gra. Z Saddamem czy bez niego.

Przemysław Wielgosz
Tekst pochodzi z dziennika "Trybuna".

ZROZUMCIE DLACZEGO IRAK STAŁ SIĘ KATASTROFĄ

Kilkunastu demokratów i nawet niektórzy republikanie przyznali, że sposób, w jaki obecnie wojna w Iraku jest prowadzona prowadzi do klęski. Pojawiły się głosy nawołujące do pozbawienia Rumsfelda funkcji sekretarza stanu. Oczywiście Pentagon prowadząc wojnę popełnił poważne błędy. Od samego początku, kiedy rozpoczęła się grabież armia nie miała żadnych planów w kwestii zaprowadzenia porządku w kraju. Jest faktem, że ani Rumsfeld ani nikt z Departamentu Obrony nie miał przygotowanych żadnych planów dotyczących dalszych działań po podboju kraju. Uważa się, że rozwiązanie armii irackiej jeszcze bardziej przyczyniło się do wybuchu chaosu i przemocy. Wielu obserwatorów łącznie z tymi, którzy silnie popierali przygotowania do inwazji i samą inwazję uważa, że brak wystarczającej ilości żołnierzy jest główną przyczyną niepowodzeń w dławieniu powstania. Rumsfeld, który opowiedział się raczej za zwiększeniem zależności od techniki zamiast za zwiększeniem ilości żołnierzy przeciwstawiał się nawoływaniom o przysłanie więcej żołnierzy. Bez wątpienia braki w planowaniu i błędne oceny przyczyniły się do rozwoju powstania.

Wielu ekspertów uważa, że do wzrostu liczby i siły ataków przyczyniła się wprowadzona zła taktyka operacji anty-powstańczych. Przekonują oni, że mało czasu poświęcono działaniom mającym na celu pozyskanie serc i umysłów lokalnych mieszkańców. Strzelanie i zadawanie pytań może być dobrą taktyką na wstępnym etapie, jednak budzi ona gniew i nienawiść zwłaszcza, gdy są ranione lub zabijane kobiety i dzieci. To czy możliwe jest pozyskanie mieszkańców pozostaje kwestią sporną. Koalicja nie okupowała zamieszkałej przez Kurdów północy a pomimo to Kurdowie w dalszym ciągu w ogromnym stopniu wspierają Amerykanów. Niektórzy z szyitów, którzy cierpieli za rządów Saddama początkowo z radością powitali jego obalenie przez władze koalicyjne. Do tej pory część z nich nadal popiera siły koalicyjne. Żołnierze brytyjskiego kontyngentu, który znajdował się głównie na południu szyickim przechwalali się, że są w stanie chodzić patrole bez hełmów i utrzymują dobre stosunki z mieszkańcami. Jednak ta sielanka zakończyła się i od dłuższego czasu południe nie jest spokojne. Jednak nadal poziom ataków na tych obszarach jest mniejszy niż na obszarach zamieszkałych przez sunnitów. Kwestią otwartą, co do odpowiedzi pozostaje czy sukces okupacji na południu można przypisać lepszym działaniom mającym na celu pozyskanie ludności, czy też temu, że ludność ta więcej zyskała niż straciła po obaleniu rządów Saddama Husajna. Prawdopodobnie obie te odpowiedzi są prawdziwe: ale jak to widzimy zwiększa się liczba ataków na obszarach zamieszkałych przez sunnitów, a czołowe osobistości z obu odłamów nawołują do walki przeciwko okupantom.

W części kraju zamieszkałej przez sunnitów ataki nigdy nie ustały. Sunnici od początku przeciwstawili się z cała siła okupantom, którzy obalili ich przywódcę Saddama Husajna. Niezależnie od tego jak bardzo armia by się starała nie ma zbyt wielkich szans na pozyskanie ser i umysłów mieszkańców.

Kolejna szkoła myślenia twierdzi, że Irakijczycy nie są przygotowani do życia w warunkach demokracji. Nigdzie w ich historii nie ma informacji by zgadzali się oni na kompromis i pozwolili innym na sprawowanie ograniczonej władzy, co jest charakterystyczne dla demokracji. Większość krajów, w których istnieją liczne grupy etniczne, plemienne, religijne mają kłopoty z życiem w warunkach demokracji. Jest rzeczą zwyczajną, jeżeli jedna z tych grup przejmie władzę i będzie ją sprawowała nad innymi. Jednym z nielicznych krajów, gdzie możliwe było istnienie społeczeństwa wielonarodowego jest Szwajcaria. Osiągnięto to dzięki przekazaniu większości kompetencji kantonom, podczas gdy rząd centralny sprawuje nadzór na polityka zagraniczną i obrony. Irak jest zamieszkały przez różne grupy etniczne, największą z nich są szyici, którzy w przeszłości byli zdominowani przez sunnitów. Z powodu napięć i ciągłych konfliktów funkcjonowanie demokracji jest nieprawdopodobne. Tylko rząd federalny z słabą władzą będzie wiarygodny.

Obwinianie za chaos w Iraku błędy w planowaniu, zastosowanie nie właściwej strategii ma podobny efekt jak twierdzenie niektórych marksistów, że upadek komunizmu Związku Radzieckim był spowodowany błędnymi posunięciami. W ten sposób nigdy nie dotrzemy do źródła problemu: tej wojny nie można było wygrać, bo była kolosalnym błędem.

Podczas gdy wszystkie wymienione powyżej czynniki tylko powiększyły trudności okupacji ignoruje się podstawowy czynnik; to, że Irak jest okupowany przez obce potęgi. One nie tylko różnią się pod względem narodowości, ale także religii. Siły okupujące Irak w przeważającej większości składają się z chrześcijan, podczas, gdy prawie większość mieszkańców Iraku stanowią muzułmanie. W oczach wielu muzułmanów, jeżeli nie większości obecna wojna stanowi nowoczesną wersję krucjaty. Chociaż dla wielu mieszkańców zachodu a zwłaszcza Amerykanów krucjaty są tylko wydarzeniami starożytnej historii, które nie mają związku z obecnymi czasami muzułmanie twierdzą, że jest inaczej. Uznali oni stworzenie państwa izraelskiego za kolejną próbę zachodu zajęcia Ziemi Świętej tym razem przy wykorzystaniu Żydów jako narzędzia. Muzułmanie byli świadkami ekspansji państwa Izraelskiego, które posunęło się poza granicę jego pierwotnego obszaru zajmując ziemie palestyńskie. Ostatnia inwazja na Irak potwierdza ich przekonanie, że są świadkami inwazji chrześcijan i wyznawców judaizmu na Bliski Wschód.

Niektórzy ewangeliccy chrześcijanie popierają pogląd, że powstanie żydowskiej wielkiej Palestyny przyniesie koniec świata i że ci spośród chrześcijan, żydów oraz muzułmanie, którzy się temu opierają pójdą do piekła. Z tego powodu ci fundamentaliści popierają rozwój izraelskiego osadnictwa na Zachodnim Brzegu. Dla muzułmanów działania tego rodzaju grup są dowodem na to, że Amerykanie najechali Irak po to by podporządkować sobie muzułmanów, którzy opierają się państwu żydowskiemu i jego działaniom mającym na celu okupację ziemi świętej.

Większość Amerykanów i świeckich mieszkańców zachodu trudno zrozumieć uczucia żywione przez muzułmanów w stosunku do okupacji. Historia brytyjskiej okupacji Iraku pokazuje, że utrzymanie tego kraju jest krwawym i kosztownym przedsięwzięciem. Kiedy Brytyjczycy pod koniec pierwszej wojny światowej zaczęli tworzyć Irak mieli do czynienia z silnym powstaniem i ostatecznie wycofali się. Amerykanie idą w ich ślady z tym samym rezultatem - przemoc skierowana przeciwko okupantowi. Wcześniej czy później pójdziemy za przykładem Brytyjczyków i się wycofamy. Im później tak się stanie tym będzie więcej ofiar i więcej ataków. Im szybciej wyjdziemy z tej katastrofy tym lepiej.

Thomas Gale Moore

tłum. Piotr, www.antiwar.com (12 września 2006 r.)
Za indymedia.pl 25-10-2006

ATAKI NA BILLBOARDY MON

W całej Polsce za pieniądze podatników trwa kampania reklamowo-propagandowa Ministerstwa Obrony Narodowej. Billboardy z hasłem "Tradycja zobowiązuje" stały się dobrym celem dla obywateli, którzy nie zgadzają się z militarystyczną wizją świata, podawaną nam przez rządzących.

Poniżej przykłady z ulic kilku miast.

Katowice

Olsztyn

Opole

Rzeszów

Warszawa

PONAD 650 TYS. ZABITYCH I ZMARŁYCH PODCZAS WOJNY

Wskutek wojny od 2003 r. zginęło lub zmarło 655 tys. Irakijczyków - podsumowuje raport opublikowany w medycznym piśmie amerykańskim "Lancet". Liczba ta kilkakrotnie przekracza dotychczasowe szacunki oparte na informacjach w mediach. Dlatego wywołała krytykę oraz oskarżenia, że ma spełniać funkcje polityczne przed listopadowymi wyborami. Autor raportu, dr Gilbert Burnham z wyższej szkoły lekarskiej Johns Hopkins Bloomberg, odrzuca te zarzuty, wyjaśniając metodykę badań. Tak więc porównano średnią śmiertelność w Iraku przed 2003 r. ze zgonami w ostatnich ponad dwóch latach - okazało się, że są one trzy razy większe. Po wtóre, od maja do początku lipca br. ankieterzy odwiedzili 1849 domów z 12 810 mieszkańcami, którzy informowali o śmierci najbliższych. Dane raportu ukazują nie tylko ofiary walk zbrojnych, ale również zejścia będące następstwem pogorszenia warunków życia i opieki medycznej. Nawiasem mówiąc, analiza ta stwierdza, że 31 proc. zabitych wskutek przemocy zbrojnej to ofiary operacji przeprowadzanych przez siły koalicyjne.

Liczba podana przez raport dr. Burnbhama może szokować, ale pośrednio uwiarygodniają ją codzienne doniesienia. Od kilku tygodni oficjalnie rejestruje się ok. 100 śmierci w zamachach i strzelaninach, np. we wtorek to dokładnie 96 (60 ofiar wzajemnych rzezi sunnicko-szyickich, 13 zabitych w zamachu na piekarnię na bagdadzkim bazarze i 23 osoby, które zginęły w innych częściach kraju). A już w środę okazało się, że kilku przypadków nie włączono do tego bilansu.

Gwałtowny wzrost śmiertelności nie jest jedynym skutkiem wojny. Jak podał minister ds. imigracji Abdul-Samad Sultan, ponad 300 tys. Irakijczyków zostało zmuszonych do porzucenia domów i ucieczki. Chodzi o ludzi, którzy bali się pozostawać w miejscowościach ogarniętych walkami zbrojnymi, w tym amerykańskimi pacyfikacjami (np. Ramadi) lub zastraszonych szyicko-sunnickimi krwawymi rozprawami. Wystarcza bowiem tylko należeć do jednej z tych wspólnot, by życie stanęło pod znakiem zapytania. Szczególnie groźne są bojówki szyickie. Dlatego chcąc uniknąć śmierci, sunnici coraz częściej zmieniają nazwiska i imiona, aby upodobnić się do szyitów. Jak pisze korespondent AP, sunniccy taksówkarze oblepiają auta szyickimi emblematami i puszczają głośną muzykę szyicką.

Doskwiera nie tylko emigracja wewnątrz kraju. Jak powiedział min. Sultan, od 2003 r. z ok. 30-milionowego Iraku wyjechało do Iranu, Jordanii i Syrii niemal 900 tys. ludzi. Powodem jest lęk o życie i gwałtowne pogorszenie warunków bytowych.

Można się spierać o dokładne liczby ofiar wojny irackiej. Nie zmienia to jednak faktu, że przyniosła ona katastrofę humanitarną

Za www.islam-in-poland.org
12.10.06 r.

I KTO TU JEST TERRORYSTĄ?

Artur Domosławski: Uważa Pan, że Stany Zjednoczone są "czołowym państwem terrorystycznym". Dla Polaków brzmi to dość niedorzecznie. Mógłby Pan to jakoś uzasadnić?

- Stany Zjednoczone są jedynym krajem, które odrzuca decyzje Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości. Kiedyś robiły to w towarzystwie Envera Hodży i Muammara Kaddafiego, jednak teraz Albania i Libia uznają już decyzje Trybunału, a USA wciąż trwają w wielkopańskiej izolacji.

USA prowadziły w latach 80. wojnę terrorystyczną przeciwko Nikaragui, którą Trybunał potępił i oskarżył USA o "bezprawne użycie siły" - czyli właśnie międzynarodowy terroryzm. Trybunał nakazał USA powstrzymanie się od popełniania zbrodni i zapłacenie ogromnych reparacji. Decyzja została podjęta w dwóch rezolucjach Rady Bezpieczeństwa ONZ - obie USA zawetowały. Za tym poszła eskalacja wojny i terroru, tj. ataki na tzw. miękkie cele, czyli pozbawione zaplecza obronnego cywilne ośrodki: spółdzielnie rolnicze, przychodnie zdrowia. Ten skrajny przejaw międzynarodowego terroryzmu cieszył się notabene poparciem obu partii - Republikanów i Demokratów.

Weźmy skrajniejszy przykład: terrorystyczna wojna USA przeciwko Kubie. Rozpoczęła się krótko po zdobyciu władzy przez Castro, za rządów prezydenta Eisenhowera, a za Kennedy'ego była prowadzona z jeszcze większym nasileniem. Kennedy zorganizował operację "Mangusta", będącą w jednoznaczny sposób operacją terrorystyczną. Kierował nią brat prezydenta Robert, prokurator generalny USA. W ramach "Mangusty" agenci CIA wysadzali zakłady petrochemiczne, zatapiali statki rybackie, podkładali bomby w hotelach - w zamachach zginęły setki ludzi. Jak twierdzi Arthur Schlesinger - historyk, doradca prezydenta Kennedy'ego i biograf jego brata Roberta - jednym z głównych priorytetów było zesłanie na Kubę - cytuję - "wszystkich horrorów świata".

Tej wojnie towarzyszyła wojna ekonomiczna zaprojektowana w taki sposób, że uderzała w ludność, bo to przecież Kubańczycy ponosili odpowiedzialność za to, że mieli taki, a nie inny rząd. To również jest terroryzm. Rozpoczęta wtedy wojna ekonomiczna trwa do dziś.

Zakrawa na ironię, że USA - by posłużyć się językiem doktryny Busha - "udzielają schronienia" terrorystom. Przypomnę, że wedle tej doktryny państwa udzielające schronienia terrorystom to państwa terrorystyczne.

Jakim terrorystom USA udzielają schronienia?

- Ludziom, których FBI i Departament Sprawiedliwości uznały za "czołowych międzynarodowych terrorystów". Jednym z nich jest Orlando Bosch, którego FBI oskarżało o 30 zamachów terrorystycznych - również na terytorium USA - a Departament Sprawiedliwości nazwał go człowiekiem zagrażającym bezpieczeństwu USA, i domagał się jego deportacji. [Bosch przeprowadził m.in. zamach na samolot pasażerski kubańskich linii lotniczych w 1976 r., w którym zginęły 73 osoby]. Prezydent Bush senior ułaskawił go i Bosh żyje teraz szczęśliwie na Florydzie, współpracując z komórkami terrorystycznymi, które atakują Kubę z terytorium USA.

Innym terrorystą chronionym przez USA jest Luis Posada Carriles, wspólnik Boscha w zamachu na samolot pasażerski. Odsiadywał wyrok w Wenezueli - to nad jej terytorium wysadzili kubański samolot - jednak w cudowny sposób zbiegł z więzienia. Znalazł schronienie w Salwadorze w bazie wojskowej, skąd razem z płk. Oliverem Northem [postacią nr 1 afery Iran-contras z lat 80.], dostarczał broń dla terrorystycznych operacji contras w Nikaragui. Przypomnę, że za udział w tej operacji USA zostały potępione przez Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości i członków Rady Bezpieczeństwa. Potem Posada Carriles uczestniczył w innych akcjach terrorystycznych, wreszcie przyjechał do USA. Wenezuela domaga się jego ekstradycji - USA mają z tym krajem traktat o ekstradycji - ale do tej pory bez skutku. Sprawa jest w stanie zawieszenia, jednak nie zdziwię się, jeśli Posada Carriles wyląduje, tak samo jak jego kumpel Bosch, na Florydzie.

Weźmy jeszcze inny przypadek: Haiti, gdzie na początku lat 90. szalał potworny terror. Głównym jego siewcą był Emmanuel Constant, dowódca grup paramilitarnych kooperujących z CIA, odpowiedzialnych za zamordowanie około czterech tysięcy ludzi. Gdy do władzy powrócił Jean-Bertrand Aristide [wcześniej obalony w zamachu stanu], Constant zbiegł do USA i żyje spokojnie w Queens w Nowym Jorku. Haiti wielokrotnie prosiło o jego ekstradycję, ale USA wszelkie prośby po prostu ignorowało.

Wedle doktryny Busha za udzielanie schronienia terrorystom USA powinny zostać zbombardowane i najechane.

Ale na Kubie i w Nikaragui panowały rządy komunistyczne. Wielu Polaków mających za sobą doświadczenie komunizmu potraktowałoby to jako konieczne metody w walce z komunizmem.

- Ależ USA nie rozpoczęły walki z Kubą dlatego, że tam była dyktatura! Dziś już znamy dokumenty z tamtych lat i wiemy, że USA zaczęły walkę z powodu - jak to definiowały administracje Kennedy'ego i Johnsona - "skutecznego niepodporządkowania się" Castro polityce prowadzonej przez USA w regionie od 150 lat, tj. od czasów doktryny Monroe'a [na mocy której USA przyznały sobie prawo zbrojnych interwencji w regionie]. Obawiano się - co jest napisane czarno na białym dokumentach - że pomyślny rozwój Kuby mógłby mieć wpływ na cały region. Dla amerykańskich polityków problemem była idea Castro brania spraw we własne ręce przez społeczeństwa cierpiące represje ze strony bestialskich reżimów. Na to nie było zgody Ameryki, dlatego Kubańczycy mieli ucierpieć.

W Nikaragui nie było komunizmu, a najważniejszym obiektem ataku USA i tam, i w całej Ameryce Środkowej był Kościół katolicki. Doszło do masowych mordów, popierane przez USA szwadrony śmierci zastrzeliły np. arcybiskupa San Salwadoru Oscara Romero. W Polsce w epoce poststalinowskiej działy się okropne rzeczy, ale nieporównywalne z tym, co było w Ameryce Środkowej w latach 80.

W Polsce zamordowano znanego księdza, który występował przeciwko władzy...

- I jego zabójcy zostali natychmiast schwytani i skazani. W Salwadorze, gdzie arcybiskupa zabiły siły powiązane z USA, nie było nawet śledztwa. Tak wyglądała cała dekada lat 80., zakończona zamordowaniem sześciu salwadorskich jezuitów przez elitarny batalion wyszkolony i uzbrojony przez Amerykanów. Batalion ów zamordował wcześniej dziesiątki tysięcy ludzi. Czy coś podobnego zdarzyło się w Polsce?

Przed 1956 rokiem popełniano porównywalne zbrodnie.

- Oczywiście czasy Stalina były horrorem, ale porównajmy Europę Wschodnią w epoce po Stalinie i kraje Ameryki Łacińskiej znajdujące się w sferze wpływów USA w tym samym czasie. Koszmary, jakie działy się w Ameryce Łacińskiej, są nieporównywalne z tym, czego wyście doświadczali.

Jeśli ktoś akceptuje powszechną ideę praw człowieka, to wszystko, co wyrządzano ludziom i społeczeństwom Ameryki Łacińskiej, ma zasadnicze znaczenie dla oceny polityki USA, i w ogóle dla standardów etycznych, jakimi się posługujemy w polityce. Rosjanie też mieli swoje wymówki, mówili, że bronią się przed Amerykanami. Więc jeśli jacyś Polacy usprawiedliwiają zbrodnie USA tym, że Amerykanie bronili się przed Rosjanami, to jakby mówili: "Jesteśmy stalinowcami, prawa człowieka nie mają znaczenia".

Pana definicja terroryzmu jest dość szeroka.

- Nie mam żadnej własnej definicji terroryzmu, posługuję się definicją oficjalnie uznawaną przez rządy USA i Wielkiej Brytanii. Według tej definicji terroryzm to "rozmyślne zastosowanie siły lub groźby użycia siły w celu osiągnięcia celów politycznych, religijnych lub ideologicznych poprzez zastraszanie lub przymus". Z kolei rząd brytyjski nazywa terroryzmem "działanie lub groźbę działania, agresywnego i szkodliwego, które ma na celu wywarcie wpływu na rząd, zastraszenie społeczeństwa oraz wsparcie jakiegoś politycznego, religijnego lub ideologicznego projektu". Stany Zjednoczone i Wielka Brytania są więc czołowymi państwami terrorystycznymi w świetle definicji uznawanych przez władze obu krajów. Doktryna Busha mówiąca o państwach udzielających schronienia terrorystom rozszerza jeszcze tę definicję.

Mówi się, że terroryzm jest bronią słabych, ale to ideologiczne zakłamanie. Terroryzm jest przede wszystkim bronią silnych. A własny terroryzm USA nazywają walką z terroryzmem.

Nazywa Pan terroryzmem również takie działania jak odcięcie pomocy żywnościowej Pakistanu dla Afganistanu, do czego doszło na prośbę USA po zamachach 11 września. Skutkiem tego był głód i śmierć wielu ludzi. Czy uważa Pan, że sankcje ekonomiczne nie są nigdy uprawnione? Pamiętam, że gdy w latach 80. Ronald Reagan ogłosił sankcje przeciwko rządowi komunistycznemu w Polsce, to wielu z nas popierało je w nadziei, że to przyspieszy upadek komunizmu. Choć oczywiście widzę różnicę - nie cierpieliśmy głodu.

- Sankcje mogą czasem spełniać kryteria działania terrorystycznego. Jednym z głównych kryteriów jest to, czy ludność kraju, przeciwko któremu ogłaszane są sankcje, akceptuje je; jeśli tak - a wiemy, że czasem wręcz ludność prosi o nie - sankcje są jak najbardziej uprawnione. Dobrym przykładem jest RPA w czasach apartheidu. Czarna ludność - około 80 proc. populacji - cierpiała z powodu sankcji, ale o nie prosiła.

Kongres USA wzywał wówczas administrację Reagana do przestrzegania sankcji przeciwko rządowi RPA, ale Reagan nie zastosował się do wezwań. W latach 80. wymiana handlowa między USA i RPA zwiększyła się, co było pogwałceniem sankcji nałożonych na RPA przez Kongres. Jeszcze w 1988 r. - a więc zaledwie na kilka lat przed upadkiem apartheidu - Pentagon z Colinem Powellem jako szefem połączonych sztabów potępił Kongres Narodowy Nelsona Mandeli jako jedną z notorycznych grup terrorystycznych na świecie. USA popierały też rząd RPA, gdy popełniał on zbrodnie na masową skalę w sąsiednich krajach - szacuje się, że w Angoli i Mozambiku zabito około 1,5 mln ludzi.

A dlaczego krytykował Pan sankcje przeciwko Irakowi w latach 90.?

- Bo to była zbrodnia. Nazywają to sankcjami ONZ, ale to kłamstwo: to były amerykańsko-brytyjskie sankcje pod przykrywką ONZ skierowane przeciw ludności Iraku. Sankcje zabiły setki tysięcy ludzi i - moim zdaniem - uniemożliwiły obalenie Saddama. Irakijczycy zapewne pogoniliby go tak samo jak pogonieni zostali Suharto w Indonezji, Marcos na Filipinach i inni porównywalni z nim, których USA popierały do końca.

Powtarzam: istnieją sankcje uprawnione i nieuprawnione. Najdłużej trwają sankcje przeciwko Kubie - wbrew woli Kubańczyków, wobec sprzeciwowi wszelkich organizacji międzynarodowych. Głosowania w ONZ pokazują, że przytłaczająca większość jest przeciwna tym sankcjom, również Polska. Wynik ostatniego głosowania sprzed kilku miesięcy: 178 głosy przeciw, 4 za. Oprócz USA poparł je Izrael, którego głosowania w ONZ wskazują na kolonialny charakter tego państwa, oraz Haiti i Palau.

Czy z legitymacją humanitarnej interwencji zbrojnej jest podobnie jak z sankcjami ekonomicznymi?

- Jest takie słynne zdanie przypisywane Gandhiemu - zapytany, co sądzi o cywilizacji zachodniej, miał odrzec: "To by była piękna idea". Odpowiem tak samo: humanitarna interwencja - to by była piękna idea. Spójrzmy na historię XX wieku. Przed II wojną światową były trzy przypadki "humanitarnej interwencji": inwazja Mussoliniego na Etiopię, przejęcie Sudetów przez Hitlera oraz najazd Japonii na Mandżurię. Ironizuję - oczywiście to nie były interwencje humanitarne, choć tak zostały przedstawione. Hitler obiecywał, że zakończy etniczny konflikt w Czechosłowacji, a biednym Czechom i Słowakom miał zapewnić dostęp do niemieckich zdobyczy cywilizacji. Każda interwencja wojskowa jest przedstawiana przez jej autorów jako humanitarna, nawet te dokonywane przez najgorsze monstra. Nie inaczej było ze zbrodniczą interwencją ZSRR na Węgrzech w 1956 r., którą radzieccy prawnicy usprawiedliwiali prośbą rządu węgierskiego i obroną przed "uzbrojonymi bandami" chcącymi obalić "demokratycznie wybrany rząd". Tak samo było z amerykańską interwencją w Wietnamie, którą usprawiedliwiano "zbiorową samoobroną" i "wewnętrzną agresją".

Nigdy nie było interwencji, które ratowały życie wielu ludzi?

- Po II wojnie światowej znam tylko dwa przypadki takich interwencji. Pierwszy to inwazja Indii we wschodnim Pakistanie w 1971 r., która ocaliła prawdopodobnie miliony istnień. Drugim była interwencja Wietnamu w Kambodży w 1978 r., która powstrzymała mordy Pol Pota i usunęła go. Te przypadki nie pojawiają się jednak w dyskusjach o humanitarnej interwencji.

Dlaczego?

- Ponieważ dokonali ich "niewłaściwi" ludzie i ponieważ USA zawzięcie przeciwstawiały się obu interwencjom.

W 1971 r. Pakistan, który dokonywał rzezi na zbuntowanej ludności [dzisiejsze tereny Bangladeszu] był sojusznikiem USA, i Waszyngton zagroził Indiom wojną. Interwencja Indii psuła też politykę Henry'ego Kissingera [ówczesnego doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego USA] zbliżenia z Chinami. [Pakistan był w tamtym czasie regionalnym sojusznikiem Chin].

W przypadku interwencji w Kambodży USA i Wielka Brytania natychmiast pospieszyły z poparciem dla Pol Pota, w ONZ nalegały, żeby obaleni w wyniku wietnamskiej interwencji Czerwoni Khmerzy mieli swoje przedstawicielstwo [ponieważ byli antyradzieccy]. USA poparły napaść Chin na Wietnam, przeciwko Wietnamowi ogłoszono jeszcze surowsze sankcje...

A interwencja w Kosowie nie spełniała kryteriów interwencji humanitarnej?

- Do największych zbrodni w Kosowie doszło w następstwie bombardowań NATO! I więcej - one zostały przewidziane przez dowództwo Paktu i administrację Clintona - wystarczy zajrzeć do dokumentacji Departamentu Stanu. Proszę zauważyć, że zarzuty przeciwko Miloszeviciowi ograniczały się początkowo do zbrodni w Kosowie, które nastąpiły po interwencji NATO. Jednak trąciły ambiwalencją i dołączono do nich zbrodnię w Srebrenicy. To ma być humanitarna interwencja? Jeśli ufać ustaleniom brytyjskiego parlamentu, najwięcej zbrodni popełniła w tamtym czasie partyzancka Armia Wyzwolenia Kosowa atakująca Serbię z terytorium Albanii, co z kolei wywołało brutalną reakcję Serbii; a w konsekwencji interwencję NATO, a w jeszcze kolejnej odsłonie - odwet Serbów i zbrodnie popełnione na mieszkańcach Kosowa.

Jeśli chce się zrozumieć, jakie było myślenie administracji Clintona w sprawie Kosowa, warto zajrzeć do książki Johna Norrisa ze wstępem Stroba Talbotta, głównego doradcy prezydenta w sprawach bałkańskich. Otóż Norris pisze, że przy podejmowaniu decyzji o bombardowaniach Serbii w 1999 r. sprawy humanitarne nie odgrywały żadnej roli. Talbott napisał o tym wprost - chodziło o to, że Serbia nie przeprowadza właściwych reform społecznych i politycznych. Z kolei deklaracje Clintona i Blaira niedwuznacznie wskazywały, że stawką w grze była wiarygodność NATO. Cóż to znaczyło? "Wiarygodność" w relacjach międzynarodowych znaczy dokładnie to samo, co w relacjach mafijnych. Ktoś, kto dopuszcza się "skutecznego niepodporządkowania się", musi ponieść karę. Ochrona mieszkańców Kosowa była pretekstem. Tak, jak przewidziano, doszło do potwornych zbrodni, za które postawiono potem Miloszevicia przed Trybunałem. Skoro jednak zdawano sobie sprawę, że po interwencji dojdzie do zbrodni, niech nikt nie opowiada o humanitarnej interwencji. To cynizm.

Sądzi więc Pan, że amerykańscy przywódcy odwołujący się do humanitarnej interwencji to po prostu cynicy i hipokryci, a idealistyczna retoryka, "misyjność" Ameryki to kamuflaż dla ekonomicznych interesów? Może jednak niektórymi kieruje idealizm, autentyczna wiara w szerzenie demokracji?

- Jeśli chcemy zachowywać się jak ludzie wolni, to traktujmy deklaracje przywódców krytycznie.

Wszyscy wielcy przywódcy w historii deklarowali misyjne cele. Mussolini mówił, że jego celem jest ucywilizowanie barbarzyńskich Etiopczyków, że chce ich włączyć w krąg zachodniej cywilizacji. Departament Stanu USA udzielił mu wtedy mocnego poparcia. Japończycy najeżdżający Mandżurię w północnych Chinach mieli usta pełne szlachetnej retoryki. Stalin też mówił, że ochrania mniejszości narodowe i walczy z faszyzmem. Francuzi mieli "cywilizacyjną misję" w Algierii...

Ameryka nie jest inna, niech pan zapomni o amerykańskiej wyjątkowości. Każda potęga zawsze była "wyjątkowa" dokładnie w ten sam sposób. Żaden człowiek przy zdrowych zmysłach nie bierze poważnie deklaracji politycznych przywódców. Być może Hitler wierzył, że niesie Czechosłowacji pokój. Ale jakie znaczenie ma to, w co on wierzył?

Porównuje Pan Busha do Hitlera i Stalina?

- Nie, ja tylko świadomie przywołuję ich nazwiska, bo to największe potwory historii, i chcę pokazać, że deklaracje intencji tak samo nie mają znaczenia w przypadku Hitlera, Stalina, jak i każdego innego przywódcy mocarstwa. Trzeba zobaczyć, co idzie za deklaracjami. Znane są panu jakieś dowody na to, że Ameryce chodzi o misję szerzenia demokracji na Bliskim Wschodzie?

A Panu?

- Niedawno wyszła książka Thomasa Carothersa, historyka, który za rządów Reagana pracował w Departamencie Stanu, a teraz zajmuje się tematyką promowania demokracji w Carnagie Endowment for International Peace [wpływowy think tank w Waszyngtonie]. Carothers pisze o szczerym oddaniu Ameryki sprawie szerzenia demokracji itd., a zarazem zwraca uwagę na to, że każdy rząd USA znajduje się w schizofrenicznej sytuacji: Ameryka popiera demokrację wtedy - i tylko wtedy - jeśli to sprzyja jej strategicznym i ekonomicznym interesom.

Dlaczego więc tak wielu intelektualistów, dlaczego prawie 100 procent amerykańskich dziennikarzy wierzy w deklaracje Naszego Najdroższego Przywódcy? Dlaczego zachowują się jak północni Koreańczycy? Koreańczyków z Północy można usprawiedliwić, bo żyją w dyktaturze. Ale gdy zachodni intelektualiści zachowują się jak północni Koreańczycy, nie ma usprawiedliwień. To jest dobrowolne podporządkowanie się władzy.

Wielu byłych więźniów politycznych z Europy Wschodniej, którzy poparli wojnę iracką, mówiło: patrzymy na świat z perspektywy więźniów sumienia - wojna, która obali Saddama, jest sprawiedliwa, gdyż uwolni bestialsko torturowanych więźniów politycznych.

- A kto popierał Saddama Husajna, gdy ci więźniowie byli torturowani? USA i Wielka Brytania. Także Francja, Rosja, Niemcy i inni.

Może te kraje chciały naprawić swój błąd?

- Naprawdę chciały naprawić błąd? Spójrzmy: Saddam jest sądzony za zbrodnie popełnione m.in. w 1982 r., czyli dokładnie wtedy, kiedy Ronald Reagan doprowadził do skreślania Iraku z listy krajów popierających terroryzm. Dzięki temu USA mogły słać Saddamowi ogromną pomoc, w tym środki umożliwiające rozwijanie broni masowego rażenia. Do Bagdadu został wysłany Donald Rumsfeld, żeby dobić politycznego interesu. To był czas, w którym Saddam popełniał zbrodnie i okrucieństwa, gazował Kurdów, a jego polityka nie zmieniła się także po zakończeniu wojny z Iranem... Ten stan stosunków Ameryki z Irakiem trwa do inwazji na Kuwejt. Dochodzi do interwencji, USA stają się panem sytuacji. W 1991 r. wybucha powstanie szyitów w południowym Iraku, które prawdopodobnie obaliłoby Saddama. USA oferują tyranowi pomoc w zdławieniu rebelii, giną dziesiątki tysięcy powstańców. I Waszyngton wyjaśnia dokładnie, dlaczego poparł tyrana - nie udawajmy, że tego nie wiadomo, nie jesteśmy w Korei Północnej.

Bo bał się politycznego ruchu szyickiego?

Wystarczy wziąć "New York Timesa", którego korespondent pisał: reżim Saddama ocalono, ponieważ doszło do konsensusu między USA i sojusznikami - Wielką Brytanią i Arabią Saudyjską. Uznano, że Saddam daje większą nadzieję na stabilizację w regionie niż ludzie, którzy próbowali go obalić. Thomas Friedman, ówczesny korespondent dyplomatyczny - w mojej opinii głos Departamentu Stanu w "NYT" - pisał, że najlepszym wyjściem byłyby rządy żelaznej pięści kogoś takiego jak Saddam, choć nie jego, bo on wprawia Amerykę w zakłopotanie. Ale skoro nikogo innego nie było, rządzić dalej miał on. Następnie przyszły sankcje ekonomiczne, które zdewastowały społeczeństwo irackie, zabiły setki tysięcy ludzi i umocniły Saddama.

Jeśli ktoś mówi, że chce bronić i ratować prześladowanych działaczy politycznych, nie ma nic łatwiejszego, jak pojechać do protegowanych Ameryki: Kolumbii, Salwadoru, Gwatemali. W Kolumbii zabija się więcej działaczy związkowych niż we wszystkich innych krajach razem wziętych, a kraj ten jest dziś największym odbiorcą pomocy wojskowej z USA. Weźmy Turcję, gdzie w latach 90. w drodze czystek etnicznych wygnano setki tysięcy ludzi z domostw, zniszczono tysiące wiosek, zabito tysiące ludzi. Kto to popierał? Clinton dostarczał Turcji broń stanowiącą około 80 proc. uzbrojenia tego kraju. Turcja stała się wówczas - obok Izraela i Egiptu - najważniejszym odbiorcą amerykańskiej pomocy wojskowej. Czy kogoś to obchodzi? Czy polityczni więźniowie nie są tam torturowani? Oczywiście, że są.

Byłem w Turcji jako obrońca posiłkowy w procesie wydawcy, któremu groziło więzienie za ujawnienie prawdy o zbrodniach i okrucieństwach, jakie rząd turecki popełnił na Kurdach. Czy USA interweniowały w obronie praw człowieka? Clinton wysłał wtedy rządowi tureckiemu jeszcze więcej broni.

Co Pan odpowiada tym, którzy uważają, że Pana poglądy są "antyamerykańskie"?

- "Antyamerykanizm", "nienawiść do Ameryki " - to różne wersje tego samego oczerniania krytyków polityki USA, którzy mogą przecież podziwiać kraj, ludzi, kulturę. Oskarżenie to płynie z utożsamienia społeczeństwa z władzą. To sposób myślenia wywodzący się wprost z totalitaryzmu. Gdyby w jakimś europejskim kraju ktoś oskarżył krytyków rządu o np. "antywłoskość", czy "antyhiszpańskość", zostałby wyśmiany, no może nie za czasów Mussoliniego i Franco.

Chciałbym zapytać jeszcze o spuściznę zamachów 11 września - szczególnie o strach. W jakim stopniu kształtuje on dzisiejsze postawy Amerykanów i politykę USA?

- Strach jest w amerykańskim dyskursie politycznym i kulturze obecny nieprzerwanie od czasów kolonialnych. Ma na pewno coś wspólnego z charakterem naszej historii, z podbojem kontynentu. Jeśli eksterminuje się miejscową ludność, jak to uczyniono z rdzennymi Amerykanami, jeśli eksploatuje się pracę niewolniczą, jest się czego bać, bo nie wiadomo, kiedy ci "niebezpieczni ludzie" zwrócą się przeciwko nam.

Znany teoretyk literatury Bruce Franklin prześledził wątek strachu w amerykańskiej literaturze popularnej. Okazuje się, że od zawsze czujemy się zagrożeni przez potężnych wrogów, którzy chcą nas unicestwić. I zawsze w ostatniej chwili pojawia się superbohater wybawca albo jakaś nadzwyczajna broń, która w cudowny sposób ratuje nas przed zagładą. Duża część popularnej literatury i niemal całe kino hollywoodzkie opowiada o tym - zmieniają się tylko wrogowie. Franklin ironizuje, że ci, którzy mają nas rzekomo unicestwić, zawsze są pod naszym butem. Tak było z Indianami, czarnymi, Chińczykami. Postępowy pisarz Jack London napisał kiedyś książkę, w której wzywał - dosłownie - do eksterminacji całej ludności Chin bronią bakteriologiczną, bo inaczej przenikną do nas i nas zniszczą. Chińscy robotnicy budujący amerykańską kolej i piorący nasze brudne ubrania mieli być rzekomo częścią planu unicestwienia nas.

Prezydent demokrata Lyndon Johnson mówił w czasie wojny wietnamskiej, że bez najdoskonalszych sił powietrznych Ameryka jest jak "gigant ze związanymi rękami, bezsilny, narażony na atak byle żółtego karła z nożem kieszonkowym". W przemówieniu do żołnierzy w Wietnamie mówił, że na świecie żyją 3 mld ludzi, a nas jest tylko 200 mln, więc stanowimy tylko jedną piętnastą ludności. Mogą więc nas napaść, zabrać wszystko, co mamy - a mamy wszystko, czego chcą oni. To powracający refren imperializmu, psychologicznie zrozumiały: jeśli najeżdżasz kraj, musisz mieć racjonalny powód, bo nie możesz przyznać, że jesteś mordercą i potworem.

Ale 11 września był czymś realnym. Był to prawdopodobnie najokrutniejszy zamach terrorystyczny w historii. Terytorium USA zostało zaatakowane po raz pierwszy od 1814 r., kiedy spalono Waszyngton - nie liczę Pearl Harbor, bo to była kolonia. Mamy więc wszelkie powody do obaw i strachu. Po 11 września sądziłem, że nastąpi seria ataków. Ameryka atakowała inne kraje, terroryzowała ich ludność, a tu nagle koło historii obróciło się przeciwko nam. To wywołało szok i przerażenie. Amerykański wywiad doszedł do wniosku, że atak "brudną bombą" atomową jest prawdopodobnie nieunikniony w ciągu najbliższej dekady. Podzielam ten strach i obawy.

Niestety, administracja Busha działa w sposób, którzy zwiększa to zagrożenie. Czy naprawdę nie rozumieli tego, że najeżdżając Irak, zwiększają zagrożenie?

Ale jest jeszcze jeden, zupełnie niezwykły skutek zamachów 11 września: otwarcie ludzkich umysłów, które czyni społeczeństwo bardziej otwartym. Wcześniej większość Amerykanów nie miała pojęcia o świecie zewnętrznym. Po 11 września wielu zaczęło ich obchodzić, co dzieje się na świecie. Wydawcy zaczęli masowo wznawiać niskonakładowe krytyczne książki, które wychodziły od początku lat 80., i teraz mają doskonałą sprzedaż - sam to odczuwam. Nigdy nie było tylu zaproszeń, konferencji, odczytów, tysięcy ludzi przychodzących na spotkania w całej Ameryce... To napawa optymizmem i budzi nadzieję na odbudowanie demokracji.

Z Noamem Chomsky rozmawiał Artur Domosławski
Za gazeta.pl

MOŻESZ WYPOWIADAĆ SIĘ NA TEMAT WOJNY - NO CHYBA, ŻE JESTEŚ JEJ PRZECIWNY!

Kolejna uczestniczka demonstracji antywojennej stanie przed poznańskim sądem. Katarzyna Jankowska oskarżona została o przewodzenie nielegalnemu zgromadzeniu (art.52 par 1 pkt.2 KW), podczas pikiety, jaka miała miejsce w trzecią rocznicę agresji na Irak.

Rozprawa odbędzie się 17.10 (wtorek) godz. 9.45 w sali 120, Sąd Rejonowy ul. Młyńska 1a, prosimy wszystkich o przybycie w charakterze publiczności.

Oskarżenie działaczki antywojennej jest kolejną z cyklu represji i szykan wobec ruchu antywojennego w Poznaniu. W ciągu ostatnich kilku lat, kilkudziesięciu działaczy antywojennych stawało na ławie oskarżonych. Poniżej kilka przykładów, dotyczą one jedynie protestów antywojennych, choć oczywiście podobne represje dotykają również działaczy innych niepartyjnych, społecznych ruchów politycznych:

2001 - 2004 - kilkudziesięciu działaczy pokojowych protestujących przeciwko wojnie w Czeczenii zostaje poddanych represjom policyjnym i sądowym w związku z 11 zakazami demonstracji wydanych przez prezydenta Poznania. Mimo, że we wrześniu 2004 roku Naczelny Sąd Administracyjny uznał zakazy za nielegalne, to wyroki, jakie zapadły w procesach nie zostały anulowane;

Listopad 2001 r. - Policja rozbija pokojową pikietę przeciwko wojnie w Afganistanie, 11 osób staje przed sądem;

Styczeń 2002 r. - Policja brutalnie pacyfikuje pikietę przeciwko wojnie w Czeczenii, 40 osób zostaje zatrzymanych, trzy osoby stają przed sądem;

Marzec 2004 r. - policja uzbrojona w broń gładkolufową legitymuje uczestników pikiety przeciwko wojnie w Iraku, jedna osoba staje przed sądem;

Sierpień 2004 r. - 20 osób staje przed sądem oskarżonych o zakłócanie spokoju podczas demonstracji przeciwko przylotowi do Poznania prorosyjskich władz Czeczenii;

RELACJA Z PIKIETY 19.03.2006 r.

ZDJĘCIA Z PIKIETY NA WWW.FOTO.ROZBRAT.ORG

<<< STARSZE ARTYKUŁY

 

tgtgtttttttttttttttzzttt| główna | zapowiedzi | linki | historia | relacje | kontakt | poradnik - pobór stop |