|
W
ZWIĄZKU Z ZAANGAŻOWANIEM POLSKI W OKUPACJĘ IRAKU
Rzekomo także
w naszym imieniu, za plecami ogółu obywateli, nocą 17 marca 2003 r. ówczesny
premier Leszek Miller zdecydował, by wciągnąć kraj w awanturę w roli wasala
mocarstw imperialistycznych. W awanturze tej chodziło i chodzi o prawie
wszystko - w tym złoża ropy, a bardziej niż o cokolwiek innego o globalną
ekonomiczną, polityczną i kulturową władzę białego macho. Nie chodziło
i nie chodzi jedynie o - bagatela! - dwie rzeczy, o których mówiły neoliberalne
media.
Po pierwsze,
nie chodziło i nie chodzi o wolność dla Iraku - choć nawet, gdyby możnym
tego świata istotnie o nią chodziło, nieco dziwną wydaje się być wolność,
którą zaprowadza się depcząc po dowolnej liczbie trupów. Irakowi bliżej
dziś do wojny domowej niż do ustabilizowanej demokracji. Po drugie, nie
chodziło i nie chodzi o wojnę z terroryzmem - a nawet, gdyby o nią chodziło,
pamiętamy, że w ciągu dnia umiera z głodu więcej ludzi, niż w wyniku tego,
co oficjalna propaganda określa mianem terroryzmu, zginęło w ciągu ostatnich
kilku lat. Widzimy, że wojna w Iraku przyczyniła się do niebywałego rozkwitu
przemocy w regionie.
Szef rządu
z ramienia rzekomo lewicowej partii wykazał dobitnie, jak bardzo lekceważy
jakiekolwiek, chociażby najbardziej niedoskonałe, mechanizmy demokratyczne.
Zadziałał w sposób tchórzliwy i haniebny, w tajemnicy przed opinią publiczną,
w większości przeciwną tej wojnie, a także przed naczelnymi organami władzy
ustawodawczej.
Pogwałcił
przy tym prawo międzynarodowe, prawo konstytucyjne, wreszcie prawo karne,
w tym:
* Art. 2
cyf. 4 Karty Narodów Zjednoczonych, stanowiący: "Wszyscy członkowie
powstrzymają się w swych stosunkach międzynarodowych od stosowania groźby
lub użycia siły przeciwko całości terytorialnej lub niepodległości któregokolwiek
państwa";
* Art. 26
pkt 2 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej, stanowiący: "Siły Zbrojne
zachowują neutralność w sprawach politycznych oraz podlegają cywilnej
i demokratycznej kontroli";
* Art. 116
pkt 1 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej, stanowiący: "Sejm decyduje
w imieniu Rzeczypospolitej Polskiej o stanie wojny i o zawarciu pokoju";
* Art. 117
pkt 1 kodeksu karnego, stanowiący: "Kto wszczyna lub prowadzi wojnę
napastniczą, podlega karze pozbawienia wolności na czas nie krótszy od
lat 12, karze 25 lat pozbawienia wolności albo karze dożywotniego pozbawienia
wolności";
* Art. 129
kodeksu karnego, stanowiący: "Kto, będąc upoważniony do występowania
w imieniu Rzeczypospolitej Polskiej w stosunkach z rządem obcego państwa
lub zagraniczną organizacją, działa na szkodę Rzeczypospolitej Polskiej,
podlega karze pozbawienia wolności od roku do lat 10".
Trwając na
stanowisku radykalnego i absolutnego sprzeciwu wobec procederu niszczenia
całego kraju, masakr ludności i polityki pogłębiania ekonomicznej zależności
Iraku i całego Bliskiego Wschodu od krajów zachodnich, inaugurujemy dział
"Polacy przeciw okupacji Iraku".
Tym, którzy
krzyczą: "To moja wojna!", odpowiadamy: "Nie w naszym imieniu!".
Zapraszamy
do współpracy wszystkich, którym ogólnohumanistyczne wartości nakazują
sprzeciw wobec współudziału własnego kraju w gnębieniu innych narodów.
W szczególności wyciągamy swą dłoń do tych, którzy uczestniczyli w owej
"misji", a dziś się tego wstydzą - o których wiemy, że są, choć
pozostają zastraszeni. Wasz głos ma szczególnie doniosłe znaczenie dla
odkłamania i odczarowania koszmarnej rzeczywistości dnia dzisiejszego.
Odezwijcie się do nas!
Podpisali
członkowie kolektywu Viva Palestyna: Paweł Michał Bartolik, Dawid
Dobrowolski, Jakub Klimczak, Zbigniew Marcin Kowalewski, Joanna Lis, Anna
Wajda, Michał Woronin.
KAT
Z KOMÓRKĄ
Kreml przez
lata zaprzeczał okrucieństwom popełnianym w Czeczenii. Teraz niezbitych
dowodów dostarczają sami oprawcy - nagrywają swoje wyczyny, używając telefonów
komórkowych.
Upokorzenie,
jakie spotkało podejrzaną o cudzołóstwo Malikę Sołtajewą, ciężarną 23-letnią
Czeczenkę, spadło na nią błyskawicznie i z wielkim okrucieństwem. Kobieta
znikła z domu na miesiąc i rodzina oficjalnie zgłosiła jej zaginięcie.
Gdy wróciła, mąż oskarżył ją o niewierność i nie wpuścił do mieszkania.
Władze lokalne odnalazły ją u ciotki. Funkcjonariusze powiedzieli, że
zabierają dziewczynę, bo chcą zadać jej kilka pytań.
To co nastąpiło,
nie było wcale przesłuchaniem. W budynku sił bezpieczeństwa w Argunie
mężczyźni służący w oddziałach pełniących funkcję milicji ogolili jej
włosy i brwi, a następnie pomalowali skórę głowy na zielono - barwę związaną
z islamem. Na czole wymalowali jej krzyż.
Oskarżyli
ją, że ona, muzułmanka, spała z rosyjskim, a więc prawosławnym żołnierzem.
Jako piętno nierządnicy będzie nosić nie szkarłatną literę, lecz zielony
krzyż. Zmusili ją, żeby przyznała się do winy, kazali się rozebrać i bili
kijami po pośladkach, ramionach, nogach, brzuchu i plecach - Odwróć się
i bądź potępiona przez Allaha - rozkazał jeden z oprawców.
Nagranie
tego zdarzenia trafiło do redakcji "New York Timesa". To kolejny
brutalny przypadek represji na tle religijnym w Czeczenii.
Antysłowiański
rasizm
Począwszy od 2004 r., szala zwycięstwa w tamtejszej wojnie zaczęła się
przechylać na korzyść Kremla. Otwarte starcia z separatystami stały się
coraz rzadsze i słabsze. Republiką zarządza Moskwa zwalczając niedobitki
powstańców, głównie rękami sił paramilitarnych pod dowództwem energicznego
premiera Ramzana Kadyrowa.
Na zewnątrz
jest to polityk zdecydowanie prorosyjski. Wielbi prezydenta Putina, poprzysiągł
odbudować Czeczenię i dołączyć z powrotem do kremlowskiej trzódki. - Moja
miłość do Rosji jest tak wielka, że aż nie umiem wam tego opisać - stwierdził
w pewnym wywiadzie. Ale za publicznie głoszoną lojalnością czeczeńskich
sił bezpieczeństwa skrywają się te same przekonania i zwyczaje, które
Rosja zamierzała wytrzebić podczas ostatniej inwazji w 1999 r.: antysłowiański
rasizm, zinstytucjonalizowany gwałt, kultura bezkarności, całkowicie nietolerancyjna
interpretacja prawa islamu.
Organizacje
obrony praw człowieka oraz czeczeńscy cywile twierdzą, że nigdy nie można
być pewnym celów i lojalności sił bezpieczeństwa, gdyż te działają poza
wszelką kontrolą. Kurs, jaki obrała republika, jest niebezpieczny zarówno
dla Rosjan jak i Czeczenów.
Sytuacja
w Czeczenii zaczyna przypominać schyłkową fazę krótkiego okresu czeczeńskiej
autonomii pod koniec lat 90. Separatyści oraz zagraniczni islamscy najemnicy
prowadzili wówczas w górach obozy szkoleniowe, a islamskie trybunały skazywały
przestępców na śmierć przed plutonem egzekucyjnym. Wykonanie wyroku było
nagłaśniane w dziennikach telewizyjnych.
Taniec we
krwi
Podległe Kadyrowowi siły milicyjne (tzw. kadyrowcy) to głównie słabo wykształceni
młodzi ludzie. Wielu z nich zajmuje się wojaczką od lat. Są wśród nich
byli rebelianci, którzy przeszli na drugą stronę.
Świeże nagrania
ich poczynań nadesłali do redakcji "New York Timesa" wstrząśnięci
Czeczeni. Kaseta z miasta Szali przedstawia mężczyznę i kobietę (niebędących
małżeństwem) podejrzanych o uprawianie seksu w samochodzie. Milicjanci
otaczają parę, wrzeszczą i każą mężczyźnie kopać kobietę. Także oni ją
kopią, ciągną za włosy i chustę. Choć z nagrania można łatwo rozpoznać
wiele twarzy funkcjonariuszy, nikt nie wszczął w ich sprawie śledztwa.
Inny przykład
bestialstwa miał miejsce w lipcu w miejscowości Kurczałoj. Oddział kadyrowców
zastrzelił powstańca Ahmada Duszajewa i odciął mu głowę, którą następnie
zatknięto na palu w centrum osady. Na nagraniu widzimy, jak kadyrowcy
(niektórzy w mundurach milicji) zabawiają się następnie tą głową.
To, przez
co przeszła Sołtajewa, było koszmarem pełnym strachu i bólu. Zatrzymano
ją 19 marca i poddano sesji tortur, którym towarzyszyły niewybredne żarty.
Po niemal dwóch godzinach milicjanci kazali jej się ubrać, zawieźli do
gospodarstwa męża, gdzie musiała tańczyć przed sąsiadami. - Patrz, jaka
jesteś teraz szpetna - powiedział jeden z oprawców. Kiedy zaczęła się
słaniać, kopali ją. Dwa dni później poroniła i od tego czasu niemal nie
pokazuje się publicznie.
Nikt nie
wszczął śledztwa w sprawie tego zdarzenia, choć nagrania krążą powszechnie
między telefonami komórkowymi w Argunie i innych czeczeńskich miastach.
Około połowę naszych rozmówców znała dokładne szczegóły tego gwałtu.
- To jawne
bezprawie - mówi Sołtajewa, z którą rozmawialiśmy w Groznym.
Jak to często
bywa w czasie kryzysu małżeńskiego, szczegóły jej życia rodzinnego i zachowania
są przedmiotem sporu. Rodzina jej byłego męża twierdzi, że miała romans
z rosyjskim żołnierzem poznanym w sklepie, gdzie pracowała jako kasjerka.
Ona zaprzecza i zapewnia o swojej wierności, mimo że mąż ją bił.
Spór dotyczy
też tego, gdzie przebywała w czasie poprzedzającym pobicie. Wedle samej
Sołtajewej znikła z domu, bo została porwana przez zamaskowanych ludzi,
którzy następnie ją uwolnili. Takie historie zdarzają się na tyle często
w Czeczenii, że jej rodzina w to wierzy. Tymczasem rodzina męża i milicja
twierdzą, iż wyjechała z Czeczenii, by zacząć życie z rosyjskim kochankiem,
a następnie wróciła, gdy przestało się między nimi układać.
Natalia Jestemirowa
z biura organizacji Memoriał w Groźnym opowiada, że próbowała zainteresować
tym przypadkiem czeczeńskie władze, ale zagroziły one, że oskarżą Sołtajewa
o fałszywe doniesienie o porwaniu. - Powtarzamy im.- "Zróbcie śledztwo,
ona jest ofiarą poważnego przestępstwa" - mówi Jestemirowa.
Nagrania
tortur
Doniesienia o okrucieństwach w majestacie prawa i oskarżenia, że rosyjscy
i czeczeńscy dowódcy tolerują bezkarność podwładnych, towarzyszyły wszystkim
kolejnym wojnom w republice. Działacze praw człowieka udokumentowali masowe
groby, pozasądowe egzekucje, powszechne stosowanie tortur, nielegalne
zatrzymania, gwałty, rabunki i porwania.
Ostatnio
pojawił się nowy sposób dokumentowania, bowiem wielu kadyrowców ma komórki
z kamerami, którymi nagrywają - nieraz z widoczną satysfakcją - własne
zbrodnie. Nagrania potwierdzają istnienie faktów, które w przeszłości
były podawane w wątpliwość.
Niedawno
dziennikarze "NYT" przekazali kancelarii Kadyrowa cztery nagrania
tortur Sołtajewej. Rzecznik premiera Tatiana Gieorgijewa oświadczyła,
że jej szef po obejrzeniu taśm nakazał ministerstwu spraw wewnętrznych
wszczęcie dochodzenia.
- Odpowiedzialni
za te czyny zostaną pociągnięci do odpowiedzialności karnej - powiedziała.
Jak zauważa
Jestemirowa, jednostka, która zatrzymała Sołtajewa w Argunie, została
formalnie rozwiązana na wiosnę. Ale jej członkowie przeszli po prostu
do nowych batalionów zawodowej armii, co utrudni ich aresztowanie.
C.J
Chivers,
Herald Tribiune, 30.08.06, Za Tygodnik Forum

POLITYKA
IZRAELA ZAGRAŻA NADZIEJOM NA DEMOKRACJĘ NA BLISKIM WSCHODZIE
Wizerunek
wojny rozpętanej przeciw Libanowi dobrze ilustruje medialny paradoks -
im więcej się o niej mówi tym mniej o niej wiemy. Podobnie jak w przypadku
wojny w Iraku nie chodzi tylko o to, że specyfika relacji telewizyjnych
narzuca fragmentaryczny obraz wydarzeń. Po raz kolejny nasi dziennikarze
przekraczają granicę nieprzyzwoitości.
Zdążyliśmy
się już wszyscy przyzwyczaić do uporczywego powtarzania kłamstw o postępach
stabilizacji w Iraku. I nawet jeśli dzięki usilnym staraniom naszych mediów
mało kto w Polsce wie, że obecnie co dzień ginie tam więcej ludzi niż
kiedykolwiek, a od początku tego roku śmierć poniosło ok. 15 tys. cywilów,
to większość Polaków jest przeciwna tej wojnie i naszemu w niej udziałowi.
Sposób relacjonowania obecnego konfliktu przesunął granicę nieprzyzwoitości
jeszcze dalej. Nieskrywany brak obiektywizmu, ignorowanie szerszego kontekstu
i powtarzanie argumentów jednej tylko strony w zestawieniu z suchymi faktami,
którym nie sposób zaprzeczyć tworzą mieszankę rozmywającą różnicę między
agresorem a jego ofiarą.
A jednak
obrazy telewizyjne nie kłamią. Zburzony, płonący i cierpiący Bejrut nie
przestaje być Bejrutem nawet gdy obrazy ze stolicy Libanu stanowią wizualne
tło relacji z nieporównanie mniej niszczycielskiego ostrzału Hajfy. Tego
rodzaju orwellowskie manipulacje stały się chlebem powszednim polskich
serwisów informacyjnych, a ich dopełnieniem są skrajnie nieobiektywne
relacje wysłannika publicznej telewizji Piotra Kraśki, który posunął się
do wygłoszenia pochwały zasady odpowiedzialności zbiorowej stosowanej
przez armię izraelską na Terytoriach Okupowanych (w relacji dla Panoramy
z 20 lipca). Oczywiście można odwracać kota ogonem i zaczynając relacje
od wyliczania rakiet odpalonych w kierunku Izraela przez Hezbollah sugerować,
że to zaatakowany jest agresorem. Można powtarzać do znudzenia, że ofiary
cywilne to wynik pomyłek. Można kreować obraz "cywilizowanej"
armii walczącej z terrorystycznymi hordami agresywnych zwolenników szariatu.
Wystarczy jednak porównać statystyki strat i potencjały po obydwu stronach.
Mimo, że "terrorystyczny" Hezbollah atakuje Hajfę i inne miasta
pociskami niekierowanymi, wśród kilkudziesięciu izraelskich ofiar konfliktu
znaczącą większość stanowią żołnierze. Z drugiej strony "chirurgiczne
uderzenia" przy pomocy najnowocześniejszej broni jaką mają do dyspozycji
Siły Obrony Izraela (Cahal) spowodowały setki ofiar prawie wyłącznie wśród
cywilów. Jak ocenić rzekomo humanitarne gesty Izraela, który najpierw
wzywa ludność południowego Libanu do opuszczenia bombardowanych stref
a następnie atakuje z powietrza kolumny uchodźców na drogach prowadzących
do Bejrutu? Jakież to cele Hezbollahu mieszczą się w niszczonych systematycznie
dworcach, meczetach, szpitalach, szkołach, elektrowniach, portach, lotniskach,
stacjach przekaźnikowych dla telefonów komórkowych, mleczarniach, obiektach
należących do ONZ? W kogo uderza zniszczenie dróg i mostów wokół Bejrutu?
Jak nazwać zabójstwa, porwania i więzienie działaczy politycznych z sąsiednich
krajów, bombardowanie osiedli mieszkaniowych, obozów uchodźców, wysadzanie
w powietrze całych bloków mieszkalnych tylko dlatego, że mieszkają tam
krewni osób uznanych za terrorystów? Jeżeli te działania nie są państwowym
terroryzmem, to co w takim razie nim jest?
Polskie media
wiernie i całkowicie bezkrytycznie naśladują dyskurs izraelskiej propagandy.
Ciągle słyszymy o prawie tego kraju do obrony integralności swych granic
oraz o rezolucjach Rady Bezpieczeństwa ONZ wzywających do rozbrojenia
Hezbollahu. Autorzy tych słów zapominają, że nikt inny tylko właśnie Izrael
jest światowym rekordzistą w ignorowaniu rezolucji Rady Bezpieczeństwa
ONZ. Co więcej, jest on jednym państwem w regionie, które z premedytacją
nie wytyczyło swych granic. W ten sposób rząd w Tel-Awiwie od lat otwiera
sobie furtkę do ciągłej ekspansji terytorialnej kosztem sąsiadów. Przestępcza
z punktu widzenia prawa międzynarodowego kolonizacja na Zachodnim Brzegu
i na syryjskich wzgórzach Golan, aneksje podczas budowy tzw. muru bezpieczeństwa
i dążenie do zajęcia tzw. strefy bezpieczeństwa w południowym Libanie
to nic innego jak akty naruszania integralności terytorialnej innych krajów.
Izrael otwarcie mówi, że dąży do zamordowania przywódcy Hezbollahu, tak
jak swego czasu wymordował przywódców Hamasu. Wyobraźmy sobie jak media
zareagowałyby gdyby to Libańczycy ogłosili, że zamierzają wystrzelać niewygodnych
liderów Izraela?
Ignorując
te fakty polskie media stosują podwójne standardy. Zarzucają Hezbollahowi
powiązania z Iranem i Syrią, ale nie czynią wyrzutów Izraelowi z powodu
jego związków z USA. Przyznając prawo do obrony Izraelowi i odmawiając
go Palestyńczykom oraz Libanowi i Syrii przekształcają je w przywilej
silniejszego. Stosowanie podwójnej miary, które każe eksponować prawa
Izraela i przemilczać takie same prawa narodów arabskich ma jednak długą
historię. W gruncie rzeczy mamy tu do czynienia z ożywianiem starego rasistowskiego
stereotypu, zgodnie z którym ludy orientu nie są zdolne do rozumnych rządów,
ulegają zbiorowym i religijnym namiętnościom, i jako takie wymagają kurateli
ze strony mocarstw zachodnich. Dziś takim mocarstwem z zachodnią proweniencją,
amerykańskim błogosławieństwem i wsparciem jest Izrael. Jego klasa polityczna
od lat chełpi się, że kraj ten jest jedyną demokracją na Bliskim Wschodzie.
Przekonanie to ma jednak wątłe podstawy. Pomijając już rasistowskie praktyki
wobec części obywateli pochodzenia arabskiego, które sprawiają, że izraelska
demokracja skażona jest rasowym i religijnym ekskluzywizmem, obecna sytuacja
wydaje się dowodzić czegoś wręcz przeciwnego. Próba zbiorowego ukarania
Palestyńczyków za wybór dokonany w demokratycznej elekcji uderza nie tyle
w Hamas ile w samą demokrację, która jest wielką zdobyczą palestyńskiego
ruchu narodowego. Analogicznie przedstawia się sprawa z Libanem. Plany
zniszczenia Hezbollahu mogą mieć podobny skutek. Zagrażają one libańskiej
demokracji, a właściwie pozytywnej ewolucji, którą przechodzi ona od zakończenia
izraelskiej okupacji południa kraju w roku 2000.
Hezbollah
nie jest terrorystyczną bojówką, ale ruchem polityczno-wojskowym wyrosłym
z walki narodowowyzwoleńczej w latach 80. i 90. Jego legitymacja nie ogranicza
się jednak tylko do historycznych zasług w starciach z okupantem. Już
od lat 90. Hezbollah, który początkowo chciał narzucić w Libanie republikę
islamską na wzór Iranu, akceptuje reguły demokracji. Jest uznaną partią
polityczną dysponującą demokratyczną legitymacją, frakcją w bejruckim
parlamencie (zyskał 20% poparcia w ostatnich wyborach) i trzema ministrami
w rządzie zgody narodowej. Hezbollah to też organizacja wojskowa dążąca
do całkowitego uwolnienia terytorium Libanu od okupacyjnych sił izraelskich,
które mimo odwrotu w roku 2000 w dalszym ciągu zajmują rejon farm Szebaa.
Wobec słabości armii libańskiej Hezbollah jest jedyną siłą zdolną do obrony
suwerenności tego kraju co uznają władze w Bejrucie z antysyryjskim premierem
Fuadem Siniorą (uznaje on organizację za "uprawnioną grupę oporu")
i co potwierdzają obecne wydarzenia.
Wojna może
sparaliżować trudny proces demokratyzacji Libanu, czyli próby przezwyciężenia
systemu konfesyjnego odziedziczonego po kolonizatorach francuskich. Tworząc
go Francuzi chcieli zapewnić polityczną hegemonię w kraju swoim klientom
- maronickim chrześcijanom (stanowiącym większość libańskich klas wyższych).
Konfesyjna republika funkcjonuje na podstawie z góry przesądzonego podziału
stref wpływów, który gwarantuje mniejszości maronickiej decydujący głos
w rządzie. System ten nigdy nie odzwierciedlał prawdziwego układu sił
w kraju, był przyczyną słabości Libanu oraz ciągłych konfliktów, które
przekształciły się w połowie lat 70. w otwartą wojnę domową cynicznie
podsycaną przez Izrael i Syrię. Dziś, wobec poważnych zmian demograficznych,
postkolonialna wersja konfesjonalizmu jest nie do utrzymania. Dlatego
wejście na scenę polityczną Hezbollahu reprezentującego interesy szyitów,
którzy stanowią najbiedniejszą społeczność w kraju oznaczało ogromny krok
w dziele przywracania jedności i odbudowy reprezentatywności systemu politycznego.
Dzięki politycznej waloryzacji szyickich klas ludowych Liban mógł mieć
nadzieję na postępy demokratyzacji. Wojna może tę nadzieję zniweczyć.
Zmierzając do zniszczenia Hezbollahu Izrael popycha Liban ku nowej wojnie
domowej i nowemu rozbiorowi pomiędzy frakcje religijne. Być może o to
właśnie chodzi i nie ma w tym nic dziwnego albowiem taka sytuacja już
od lat 70. najbardziej odpowiadała rządzącym w Tel-Awiwie.
Najnowsza
historia Bliskiego Wschodu przypomina cykl nieustających deja vu. Kiedy
w roku 1982 armia izraelska najechała Liban zabijając blisko 40 tys. jego
mieszańców, dowódca sił inwazyjnych generał Ariel Szaron otwarcie mówił,
że celem operacji jest "ostateczne rozwiązanie kwestii palestyńskiej".
W dwadzieścia cztery lata później sytuacja, pod wieloma względami, zdaje
się powtarzać. Premier Ehud Olmert i dowódcy Izraelskich Sił Obronnych
nie kryją swych intencji. Po kilkunastu dniach zmasowanych bombardowań
i ostrzału z powietrza, lądu i morza mało kto wspomina o wydarzeniu, które
stało się pretekstem do agresji na Liban. Los żołnierzy uprowadzonych
przez partyzantów Hezbollahu ustąpił miejsca twardej geopolityce. Nie
ma się zresztą czemu dziwić, bo rachunek porwanych i nielegalnie uwięzionych
wypada zdecydowanie na niekorzyść Izraela. W izraelskich więzieniach przebywa
obecnie prawie 9000 Palestyńczyków i innych Arabów, wśród nich jest 388
dzieci oraz kilkunastu Libańczyków uprowadzonych wiele lat temu. W rzeczywistości
to Palestyńczykom i Libańczykom zależy na uwolnieniu więźniów. Porwani
żołnierze mieli być atutem, który skłoni Tel-Awiw do wymiany.
Tymczasem
deklarowanym jawnie celem władz izraelskich jest ostateczna rozprawa z
Hezbollahem, narzucenie Libanowi roli protektoratu, osłabienie pozycji
Syrii i być może wstęp do ataku na ten kraj. Czyż w tym kontekście mogą
dziwić słowa prof. Tanyi Reinhart z uniwersytetu w Tel-Awiwie, która dowodzi,
że plany dzisiejszej agresji zostały zatwierdzone już 12 czerwca, a więc
na długo przed porwaniem żołnierzy? Jak to z rozbrajającą szczerością
ujęła Condollezza Rice, izraelska inwazja na Liban to część bólów porodowych
Nowego Bliskiego Wschodu wymyślonego przez waszyngtońskich neokonserwatystów
i przywódców Likudu. Po "sukcesach" w Iraku przyszedł czas na
Liban i Autonomię. Prawda jest jednak o wiele bardziej przerażająca. Otóż
w ciągu minionych kilku tygodni na Bliskim Wschodzie nie stało się nic
nowego. W rzeczywistości mamy do czynienia z kolejnym etapem tego, co
wybitny brytyjski znawca regionu, Tariq Ali nazwał przewlekłą wojną kolonialną
Izraela. Nie ma ona nic wspólnego z osławioną wojną z terroryzmem prezydenta
Busha juniora, choć najwierniejszy sojusznik USA na Bliskim Wschodzie
notorycznie stosuje w niej metody państwowego terroru. Wbrew pozorom nie
jest ona też "niewspółmierną odpowiedzią" na akty terroru ze
strony Hezbollahu. Obecna jej sekwencja nie zaczęła się wcale wraz z porwaniem
dwóch żołnierzy. Nie zaczęła się po wzięciu do niewoli innego żołnierza
izraelskiego w Strefie Gazy. Jej początkiem była gwałtowna i wroga reakcja
Tel-Awiwu na wynik demokratycznych wyborów w Autonomii Palestyńskiej,
które oddały władzę w ręce Hamasu w styczniu tego roku oraz wznowienie
ostrzału rakietowego północnych regionów Izraela i bombardowań Libanu
w konsekwencji serii zabójstw działaczy palestyńskich i libańskich inspirowanych
przez izraelski wywiad.
Wobec zachęt
ze strony Waszyngtonu i przyzwolenia ze strony Unii Europejskiej władze
izraelskie rozpoczęły zbrojną rozprawę z Autonomią. Od marca Strefa Gazy
znajduje się praktycznie w stanie oblężenia. Tylko do czerwca na ten bodaj
najgęściej zaludniony obszar świata Izraelczycy wystrzelili ponad 8000
pocisków artyleryjskich i rakiet zabijając dziesiątki cywilów, niszcząc
elektrownie, wodociągi i inne elementy cywilnej infrastruktury. W odpowiedzi
na terytorium Izraela spadło zaledwie 400 palestyńskich rakiet domowej
roboty, które z trudem można odróżnić od rac wystrzeliwanych na wiwat.
Od 26 czerwca, kiedy oddział Hamasu wziął do niewoli jednego żołnierza
i zabił dwóch innych armia izraelska zintensyfikowała ostrzał i ataki
z powietrza. W ich wyniku zginęło już przeszło 120 osób w tym 26 dzieci.
Ta nowa masakra jest faktycznie bezkarna, bo odpowiedź oblężonych nie
spowodowała praktycznie żadnych strat po stronie oblegających, a "społeczność
międzynarodowa" czyli przywódcy G-8 obradujący w Sankt Petersburgu
nie uznali dramatycznej sytuacji w niszczonym mieście za godną swej uwagi.
Militarne
reakcje na wynik uruchomienia demokratycznych procedur w Autonomii oraz
Libanie dowodzą, że to Izrael jest dziś największym zagrożeniem dla bliskowschodniej
demokracji. Zaślepiona imperialnymi marzeniami, bezwarunkowym poparciem
Waszyngtonu i własną pogardą dla świata arabskiego izraelska klasa polityczna
nie może znieść suwerennych decyzji Palestyńczyków i Libańczyków. Przyzwyczajona
do sprawowania dyktatu w regionie reaguje szaleńczą eskalacją przemocy.
Przemoc ta jednak nie przyniesie Izraelowi sukcesu. Świadczy ona raczej
o jego słabości, o wewnętrznym kryzysie, o zapętleniu, które jest dziedzictwem
osobliwego splotu krwawych rządów Ariela Szarona, "wojny z terroryzmem"
prezydenta Busha oraz neoliberalnej restrukturyzacji gospodarki zainicjowanej
po porozumieniach w Oslo. Ta wojna ujawnia głęboki kryzys społeczeństwa
izraelskiego. Jak zauważył Michel Warschawski propagowana przez skrajną
prawicę wiara w rozwiązania militarne i poczucie bezkarności od lat 90.
coraz bardziej zatruwają życie publiczne w tym kraju, a upadek demokracji
wyraża się instrumentalnym traktowaniem prawa oraz rosnącymi wpływami
sił zbrojnych. Po zabójstwie Icchaka Rabina Siły Obrony Izraela wyrosły
na podmiot polityczny. "Od roku 1996 wyżsi oficerowie wygłaszają
oświadczenia polityczne, grożą rządowi, gdy uznają go za w niewystarczający
sposób zdeterminowany, by prowadzić kampanią pacyfikacji aż do końca (...)
jest to prawdziwy zamach wojskowy, przypominający zamach de Gaullea w
1958 (...)".
Rok temu
wystarczyło kilka dni potężnych demonstracji libańskiej klasy średniej
wspartych przez dyplomatyczną presję USA i Francji aby autorytarny reżim
syryjski wycofał swe wojska z doliny Bekaa. Aby zmusić do wycofania siły
formalnie demokratycznego Izraela trzeba było ponad 20 lat krwawej wojny
partyzanckiej i dziesiątków tysięcy ofiar. Historia drugiej Intifady palestyńskiej
także pokazuje, że Izrael jest nieczuły na masowe pokojowe protesty i
nie waha się użyć do ich stłumienia samolotów F-15 i czołgów Merkava.
To pokazuje jakościową różnicę... i pozwala zrozumieć militarną opcję
Hezbollahu. A jednak wydaje się, że dziś, podobnie jak rok temu (i podobnie
jak w latach 80.) masowa mobilizacja antywojenna i presja międzynarodowa
mogłyby być skuteczne. Tym razem jednak miejscem takiej mobilizacji nie
może być Bejrut. Jest ona możliwa w Tel-Awiwie. Komentator izraelskiego
dziennika Haaretz Gideon Levy zauważył, że wojny prowadzone przez Izrael
zwykle zaczynają się z aprobatą społeczeństwa, a kończą ogólnym kryzysem
i nowymi podziałami. Libański opór, masowe protesty i naciski dyplomatyczne
mogą powstrzymać izraelską machinę zniszczenia. To daje pewną nadzieję.
Pamiętać trzeba jednak, że przerwanie agresji na Liban i brutalnej pacyfikacji
Strefy Gazy w żaden sposób nie usuwa przyczyn ciągłego konfliktu na Bliskim
Wschodzie. Aby tego dokonać trzeba skończyć z amerykańską okupacją Iraku
i izraelską okupacją Palestyny. Musimy zrozumieć, że odpowiedzialność
za ciągły rozlew krwi nie rozkłada się po równo na obie strony. Przywilejem
okupanta jest przerwać okupację i wycofać wojska. To może zrobić tylko
jedna strona konfliktu. Po prostu dlatego, że druga strona nie ma się
skąd i dokąd wycofać.
Przemysław
Wielgosz
Za cia.bzzz.net

NAJWAŻNIEJSZE MOMENTY W HISTORII
AMERYKAŃSKIEGO IMPERIALIZMU
Loren Jenkins
korespondent amerykańskiego Narodowego Radia Publicznego, który pracuje
obecnie w Bagdadzie, przeprowadził na początku czerwca rozmowę z jednym
z wyższych duchownych szyickich, określanym jako "osoba o poglądach
umiarkowanych", dążąca do pokoju i pojednania narodowego. Za rządów
Saddama Husajna był on więziony, a następnie został zmuszony do opuszczenia
Iraku. Jenkins zapytał go: "Co byś powiedział, gdyby znowu nastały
rządy Saddama Husajna?" Duchowny odparł, że chciałby raczej żyć w
kraju rządzonym przez Husajna niż w dzisiejszym Iraku".[1]
Czy taki
pogląd powinien dziwić, nawet u takiego człowieka, gdy weźmie się pod
uwagę tragedię będącą doświadczeniem narodu irackiego, która jest wynikiem
amerykańskich bombardowań, inwazji, zmiany reżimu i trwającej od 2003
roku okupacji?
Relacja ta
skłoniła mnie do podsumowania tych wszystkich "wspaniałości",
które spadły na głowy mieszkańców Iraku po tym, jak Amerykanie oswobodzili
ich ojczyznę i ich samych. Jest to lektura bardzo przygnębiająca, i wielu
z was może nie chcieć tego wszystkiego czytać, ale uważam, że warto było
taką listę sporządzić.
Zniszczenie
funkcjonującego wcześniej systemu edukacji. Według badań przeprowadzonych
w 2005 roku przez ONZ, szkolnictwo wyższe zostało zniszczone w 84 procentach,
wiele budynków zostało uszkodzonych, majątek uczelni zrabowano.
Potencjał
intelektualny kraju został dodatkowo uszczuplony po tym jak tysiące wykładowców,
nauczycieli i innych wykształconych ludzi uciekło z Iraku, albo padło
ofiarą tajemniczych porwań i mordów. Setki tysięcy, może nawet milion,
przedstawicieli irackiej klasy średniej znalazło schronienie w Jordanii,
Syrii czy Egipcie, gdyż grożono im śmiercią. "Jestem sam jak palec",
mówi wykształcony sunnita, wciąż mieszkający w Iraku. "Nie mam rządu,
nie mam ochrony ze strony rządu. Każdy może tutaj przyjść, wywlec mnie
z domu, zabić i wyrzucić na śmietnik".[2]
Likwidacja
działającego systemu opieki zdrowotnej i pogorszenie stanu zdrowia społeczeństwa.
Śmiertelne choroby zakaźne, takie jak tyfus i tuberkuloza, rozprzestrzeniają
się po całym kraju. Iracka sieć szpitali i ośrodków zdrowia, która kiedyś
była powodem zazdrości całego Bliskiego Wschodu, w wyniku wojny i grabieży
przestała praktycznie istnieć.
Według danych
ONZ, 400 tysięcy irackich dzieci jest niedożywionych, nie mają one zapewnionych
wystarczających ilości białka. Śmierć dzieci wskutek niedożywienia i uleczalnych
chorób, która była już przecież poważnym problemem w czasie trwających
12 lat sankcji amerykańskich, jest zjawiskiem coraz częstszym, w miarę
ubożenia społeczeństwa i narastających trudności w dostępie do leków.
Tysiące Irakijczyków
zostało w wyniku wojny okaleczonych, stracili oni swoje kończyny często
w wyniku wybuchów amerykańskich bomb kasetonowych, broni potępionej przez
wszystkie organizacje praw człowieka, gdyż jej ofiarą pada najczęściej
ludność cywilna.
Zubożony
uran, używany przez armię amerykańską, znajduje się wciąż w irackim powietrzu,
jest bez przerwy wchłaniany przez ludzi, zakaża wodę, glebę, krew, geny,
jest przyczyną wad genetycznych nowonarodzonych dzieci. W czasie kilku
pierwszych tygodni inwazji, amerykańskie samoloty zrzuciły około 300 tysięcy
pocisków ze zubożonym uranem.
Użyto również
napalmu i białego fosforu.
Siły zbrojne
Stanów Zjednoczonych naciskały na szpitale, by te nie podawały rzeczywistych
statystyk zgonów, które znacznie odbiegały od danych przedstawianych przez
Amerykanów.
Żołnierze
amerykańscy wyważając drzwi domów uprowadzali przebywających w środku
mężczyzn, poniżali kobiety i wywoływali przerażenie u dzieci. W licznych
przypadkach, według zeznań świadków, Amerykanie dopuszczali się kradzieży.
Irak został poddany dogłębnej kontroli osobistej.
Doszło do
kompletnego zniszczenia i grabieży zabytków kultury i sztuki, w kraju
będącym jednym z największych archiwów historii ludzkości. Armia USA nie
mogła temu przeciwdziałać, była zajęta ochroną infrastruktury pól naftowych.
Społeczeństwo
Iraku wyróżniało się niskim wskaźnikiem przestępczości, i poza sferą polityki,
prawo tego kraju było jednym z najbardziej postępowych wśród krajów Bliskiego
Wschodu. Teraz jest to bagno bezprawia. Liczy się jedynie prawo religijne.
Prawa i przywileje,
którymi cieszyły się kiedyś kobiety w Iraku są dzisiaj w zasadzie nieobecne.
Coraz bardziej dominującą rolę odgrywa restrykcyjne prawo religijne. Sprawujący
dzisiaj władzę w Iraku szyiccy duchowni tolerują fizyczną agresję wobec
kobiet odsłaniających ramiona lub takich, które rozmawiają z nieznajomym
mężczyzną. Mężczyznom noszącym krótkie spodenki zwraca się często uwagę,
że obraża to uczucia religijne.
Prostytucja,
której wcześniej praktycznie nie było, stała się po inwazji bardzo poważnym
problemem społecznym.
Żydzi, chrześcijanie
i inne poza muzułmanami grupy wyznaniowe nie cieszą się swobodą wyznania
w stopniu w jakim funkcjonowała ona za czasów Saddama, który promował
państwo świeckie. Wielu wyznawców innych religii musiało udać się na emigrację.
W więzieniach
zarządzanych przez Stany Zjednoczone i nowy rząd Iraku dochodzi i dochodziło
do licznych przypadków nadużyć i tortur: znęcanie fizyczne, psychiczne,
emocjonalne. Zadawanie bólu, poniżanie prowadzące do załamań nerwowych,
śmierci i samobójstw. Jest to obszar totalnej katastrofy i braku poszanowania
dla podstawowych praw człowieka.
Do amerykańskich
więzień w Iraku trafiło ponad 50 tysięcy Irakijczyków, bardzo nielicznym
z nich postawiono zarzut popełnienia jakiegokolwiek przestępstwa.
Amerykańskie
władze okupacyjne rekrutowały byłych oficerów budzącej przerażenie służby
bezpieczeństwa działającej za czasów Saddama Husajna, po to by lepiej
infiltrować szeregi ruchu oporu. Bezrobocie sięga pięćdziesięciu procent.
Początkiem tego były masowe zwolnienia urzędników i żołnierzy, do których
doszło w pierwszych tygodniach amerykańskiej okupacji. Z braku alternatyw,
wiele z tych osób zaczęło później pracować na stanowiskach naznaczonych
piętnem współpracy z okupantem, co oznaczało życie w ciągłym zagrożeniu
zdrowia i życia.
Koszty utrzymania
osiągają coraz wyższy poziom. Z kolei dochody społeczeństwa lecą na łeb
na szyję.
Kurdowie,
mieszkający w północnej części kraju, wypędzili stamtąd ludność arabską.
Arabowie z kolei wypędzili Kurdów z terenów, na których stanowią większość.
Wielu ludzi
związanych wcześniej z partią Baas zostało wypędzonych ze swoich domów.
W działaniach tych uczestniczyli także żołnierze amerykańskiej armii.
Często, w odwecie za śmierć swoich kolegów, niszczyli i burzyli oni domy
Irakijczyków.
Gdy żołnierze
amerykańscy nie znaleźli tego, kogo szukali, uprowadzali oni z domów żony
zmuszając mężów do stawienia się w komendzie. Stosowali zatem praktykę
prezentowaną często w hollywoodzkich produkcjach filmowych opisujących
działania nazistów. Stosowanie wobec ludności cywilnej odpowiedzialności
zbiorowej jest praktyką zakazaną przez Konwencję Genewską.
Nieprzerwane
bombardowania dzielnic mieszkaniowych w irackich miastach pozostawiły
po sobie niezliczoną liczbę zniszczonych domów, miejsc pracy, meczetów,
mostów, dróg i wszystkiego tego, co jest wyznacznikiem cywilizacji.
Hafitha,
Faludża, Samarra, Ramadi ... nazwy miast, które na długie lata pozostaną
w pamięci i kojarzyć się będą z bezwględnym niszczeniem, morderstwem,
okrucieństwem wobec ludzi i łamaniem praw człowieka przez armię Stanów
Zjednoczonych.
Systemy wodociągowy
i kanalizacyjny zostały z premedytacją zniszczone w czasie pierwszej wojny
w Zatoce Perskiej w 1991 roku. Do roku 2003 Irakijczykom udało się odbudować
główne elementy tej infrastruktury. Potem nadeszły jednak nowe fale amerykańskich
nalotów bombowych.
Wojna domowa,
szwadrony śmierci, samochody-pułapki, porwania, gwałty, to rzeczywistość
każdego dnia. Irak stał się najbardziej niebezpiecznym miejscem na ziemi.
Żołnierze armii amerykańskiej i funkcjonariusze prywatnych firm ochrony
zabijają ludzi w biały dzień pozostawiając ich zwłoki na ulicy; jeszcze
więcej ofiar ginie z rąk wyszkolonych przez Amerykanów żołnierzy armii
i policji irackiej, śmierć sieją również ataki ruchu oporu. Całe nowe
pokolenie dojrzewa w atmosferze przemocy i silnych więzów etnicznych,
będzie to zatruwało naród iracki jeszcze przez wiele długich lat.
Wywiad amerykański
oraz żandarmeria wojskowa często wypuszczają na wolność groźnych przestępców
w zamian za obietnicę współpracy i szpiegowania przeciwko ruchowi oporu.
Uczestnicy
rozmaitych protestów i demonstracji wielokrotnie ginęli od kul amerykańskich
żołnierzy.
Kilkukrotnie
Stany Zjednoczone pozbawiły życia, zraniły lub uwięziły dziennikarzy stacji
telewizyjnej Al Dżazira, doprowadzono do zamknięcia irackiej siedziby
tej stacji i zakazano jej dziennikarzom dostępu do niektórych rejonów
Iraku. Wszystko to dlatego, że władzom okupacyjnym nie podobał się obraz
wojny i okupacji przekazywany przez tę stację. Zamykano również gazety,
które drukowały informacje niezgodne z linią Pentagonu. W tym samym czasie
Amerykanie płacili za pisane na zamówienie artykuły, które były później
dla celów propagandowych umieszczane w prasie irackiej.
Wolność jednak
kwitnie w Iraku - wolność dla wielkich ponadnarodowych korporacji, które
mogą czerpać do woli z zasobów naturalnych Iraku nie oglądając się na
prawa pracownicze, ochronę środowiska czy interes publiczny. Podstawową
zasadą robienia w Iraku interesów jest prywatyzacja, deregulacja i pomoc
firmom takim jak Halliburton i inne zachodnie korporacje w czerpaniu ogromnych
zysków. Firmy irackie zostały odsunięte od podziału łupów, chociaż posiadają
one pewne możliwości, co pokazała odbudowa infrastruktury kraju po amerykańskich
bombardowaniach prowadzonych w 1991 roku.
Pomimo tego,
że trudno jest wskazać jakąkolwiek dziedzinę życia w Iraku, która w wyniku
inwazji i okupacji uległa poprawie, wielokrotnie, gdy toczy się dyskusja
dotycząca dzisiejszego Iraku, adwersarz, któremu nie pozostaje już żaden
argument na obronę amerykańskich działań w tym kraju, pyta: "Powiedz
mi jedno, czy nie jesteś zadowolony z tego, że obalono Saddama Husajna?"
Moja odpowiedź: "Nie". Rozmówca pyta z niedowierzaniem: "Nie?"
Odpowiadam: "Nie. Załóżmy, że masz problem z kolanem. Idziesz więc
do chirurga a on, przez przypadek, amputuje Tobie całą nogę. Jaka była
by Twoja odpowiedź na pytanie: 'Czy cieszysz się, że nie boli już Ciebie
kolano?' Mieszkańcy Iraku nie mają już problemu z Saddamem".
Przypisy
[1] NPR, "Day to Day", 6 czerwca 2006
[2] New York Times, 19 maja 2006
William
Blum - Raport antyimperialny
tłumaczenie: Sebastian Maćkowski
za lewica.pl

POWSTRZYMAĆ
AMERYKAŃSKI IMPERIALIZM
Z danych
empirycznych wynika, że w XX w., traktowanym jako całość, najbardziej
wojowniczym, interwencjonistycznym i imperialistycznym rządem był rząd
USA. To stwierdzenie będzie zapewne szokiem dla Amerykanów, którzy przez
dziesiątki lat poddawani byli oficjalnej propagandzie i utrzymywani w
przekonaniu, że w polityce zagranicznej rząd Stanów Zjednoczonych kieruje
się wyłącznie szlachetnością, pokojowymi intencjami i umiłowaniem sprawiedliwości.
Tendencje
ekspansjonistyczne w polityce USA zaczęły się nasilać pod koniec XIX w.,
kiedy stały się wyraźnie widoczne w wielu miejscach na świecie. Wtedy
to Ameryka wydała wojnę Hiszpanii, przejęła władzę na Kubie, zajęła Porto
Rico i Filipiny, a następnie brutalnie stłumiła powstanie Filipińczyków.
Imperialistyczna ekspansja Stanów Zjednoczonych rozwinęła się w pełni
podczas I wojny światowej. Włączając się do konfliktu, prezydent Woodrow
Wilson przedłużył działania wojenne i masakry, a także przyczynił się
do powstania przerażających zniszczeń, które doprowadziły bezpośrednio
do triumfu bolszewików w Rosji i zwycięstwa nazistów w Niemczech. Wilson
był geniuszem w dziedzinie ubierania amerykańskiej polityki światowej
interwencji i dominacji w pozory pobożności i moralności. W rzeczywistości
polityka ta polegała na naginaniu wszystkich państw do modelu amerykańskiego,
na poskramianiu z jednej strony skrajnych i marksistowskich reżimów, a
z drugiej - tradycyjnych rządów monarchistycznych.
To nie kto
inny, lecz Woodrow Wilson zdecydował o charakterze amerykańskiej polityki
zagranicznej na resztę tego stulecia. Niemal każdy następny prezydent
uważał się za zwolennika Wilsona i kontynuował jego politykę. Nieprzypadkiem
zarówno Herbert Hoover, jak i Franklin D. Roosevelt - przez długi czas
uważani za krańcowo odmiennych polityków - odegrali istotną rolę w prekursorskiej
amerykańskiej krucjacie globalnej, jaką była I wojna światowa. Nie przypadkiem
również odwoływali się oni stale do swoich doświadczeń związanych z tą
interwencją i traktowali je jako drogowskazy w polityce zagranicznej i
wewnętrznej. Jedną z pierwszych decyzji Richarda Nixona było umieszczenie
na swoim biurku portretu Woodrowa Wilsona.
W imię zapewnienia
"samostanowienia narodów" i "zbiorowego bezpieczeństwa"
rząd amerykański systematycznie realizował na całym świecie politykę światowej
dominacji i tłumienia siłą każdego sprzeciwu wobec status quo. W imię
walki z "agresją" - występując w roli światowego "żandarma"
- sam stawał się wielkim, ustawicznym agresorem.
Jeśli ktoś
nie może się pogodzić z takim opisem polityki amerykańskiej, to niech
zwróci uwagę, w jaki sposób Stany Zjednoczone reagują zazwyczaj na jakikolwiek
kryzys wewnętrzny lub międzynarodowy w dowolnym zakątku świata, nawet
wówczas, gdy ma on miejsce w tak odległym rejonie, że trudno sobie wyobrazić,
by stanowił bezpośrednie lub nawet pośrednie zagrożenie dla życia i bezpieczeństwa
Amerykanów. Wojskowy dyktator Bleblestanu znalazł się w niebezpieczeństwie
- być może jego poddanym znudziło się być przedmiotem wyzysku ze strony
dyktatury. Stany Zjednoczone traktują sprawę z całą powagą. Dziennikarze
przychylni Departamentowi Stanu i Pentagonowi piszą alarmujące artykuły
o tym, jakie konsekwencje dla "stabilizacji" w Bleblestanie
i w całym regionie może mieć obalenie dyktatora. Tak się składa, że dyktator
jest "proamerykański" albo "prozachodni", to znaczy,
że jest jednym z "naszych", a nie jednym z "nich".
Miliony, a nawet miliardy dolarów amerykańskich idą na pomoc wojskową
i gospodarczą w celu wsparcia bleblestańskiego marszałka. Gdy "naszego"
dyktatora uda się wyratować, następuje głębokie westchnienie ulgi i wszyscy
gratulują sobie, że uchroniliśmy "nasze" państwo od niebezpieczeństwa.
Oczywiście stały lub zwiększony jeszcze ucisk amerykańskiego podatnika
i obywateli Bleblestanu nie jest w tym równaniu brany pod uwagę. Jeśli
dyktator Bleblestanu upadnie, w prasie i w kręgach urzędniczych może się
rozpętać chwilowa histeria. Ale po pewnym czasie okaże się, że Amerykanie
mogą jednak żyć po "utracie" Bleblestanu mniej więcej tak samo,
jak przedtem, a może nawet lepiej, jeśli się okaże, że oszczędzą kilka
miliardów dolarów wyciskanych z nich do tej pory na pomoc dla Bleblestanu.
Gdy zrozumiemy
i przyjmiemy do wiadomości fakt, że Stany Zjednoczone będą usiłowały narzucić
swoją wolę w każdym kryzysie, w każdym zakątku świata, to staje się oczywiste,
że Ameryka jest wielkim mocarstwem interwencjonistycznym. Jedynym regionem,
w którym Stany Zjednoczone nie próbują obecnie przeprowadzać żadnych akcji,
jest Związek Radziecki i państwa komunistyczne [tekst powstał przed upadkiem
ZSRR i większości państw komunistycznych - przyp. red.]. Ale oczywiście
próbowały to czynić w przeszłości. Woodrow Wilson, razem z Wielką Brytanią
i Francją oraz siłami sojuszniczymi, próbowali przez kilka lat zniszczyć
bolszewizm w zarodku, posyłając do Rosji wojsko, które miało wesprzeć
siły caratu ("białych") przeciwko czerwonym. Po II wojnie światowej
USA robiły, co mogły, żeby wyrzucić Sowietów z Europy Wschodniej. Udało
im się przepędzić ich z Azerbejdżanu. Pomogły też Brytyjczykom rozprawić
się z reżimem komunistycznym w Grecji. Stany Zjednoczone starały się też
za wszelką cenę utrzymać dyktatorskie rządy Chiang Kai-sheka w Chinach,
przerzucając wojska Chianga na północ w celu okupacji Mandżurii, z której
wycofali się po II wojnie światowej Rosjanie. W dalszym ciągu USA nie
pozwalają Chińczykom na zajęcie przybrzeżnych wysp Quemoy i Matsu. Po
zainstalowaniu na Kubie dyktatora Bokassy, Stany Zjednoczone próbowały
następnie pozbyć się komunistycznego reżimu Castro, przeprowadzając różne
akcje, poczynając od zmontowanej przez CIA inwazji w Zatoce Świń, a kończąc
na próbie zamachu na Castro, przeprowadzonej przez CIA we współpracy z
mafią.
Spośród wszystkich
wojen prowadzonych w ostatnich czasach przez USA, najbardziej bolesnym
dla Amerykanów doświadczeniem była wojna w Wietnamie. Stanowiła ona również
przełom w ich postawie wobec polityki zagranicznej. W imperialistycznej
wojnie wietnamskiej w miniaturowej wersji widać wszystkie błędy amerykańskiej
polityki zagranicznej tego stulecia. Amerykańska interwencja w Wietnamie
nie rozpoczęła się, jak sądzi większość ludzi, za Kennedy'ego albo Eisenhowera,
ani nawet za Trumana. Rozpoczęła się najpóźniej wtedy, gdy 26 listopada
1941 r. rząd amerykański za prezydentury Franklina Roosevelta wystosował
ostre i obraźliwe ultimatum wobec Japonii. Żądał w nim wycofania japońskich
sił zbrojnych z Chin i Indochin (czyli późniejszego Wietnamu). Ultimatum
to prowadziło nieuchronnie do Pearl Harbor. Stany Zjednoczone, które zaangażowały
się w wojnę na Oceanie Spokojnym, żeby wyrzucić Japończyków z kontynentu
azjatyckiego, posłużyły się OSS (poprzedniczka CIA) i wsparły antyjapoński
komunistyczny ruch oporu Ho Chi Minha. Po zakończeniu II wojny światowej
komunistyczny Viet Minh kontrolował całą północ Wietnamu. Wtedy Francja,
która sprawowała do tej pory imperialną władzę w Wietnamie, złamała umowę
z Ho i zmasakrowała siły Viet Minhu. Wielka Brytania i Stany Zjednoczone
pomogły Francji w realizacji tego podstępu.
Gdy Francuzi
przegrali z siłami odbudowanej partyzantki Viet Minhu dowodzonymi przez
Ho, Stany Zjednoczone podpisały umowę genewską z roku 1954, w myśl której
Wietnam miał być w krótkim czasie zjednoczony. Istniała bowiem powszechna
zgoda co do tego, że powojenny podział na północną i południową strefę
okupacyjną był całkowicie arbitralny i służył jedynie wygodzie wojskowych.
Kiedy jednak Stanom Zjednoczonym udało się podstępnie przegnać Viet Minh
z południowej części Wietnamu, złamały umowę genewską i Francuzów z ich
marionetkowym cesarzem Bao Dai zastąpili własną klientelą. W południowym
Wietnamie zainstalowały dyktatorski rząd Ngo Dinh Diema i jego rodziny.
Kiedy Diem stał się niewygodny, CIA zorganizowała na niego zamach i wprowadziła
nowy dyktatorski reżim. Dla zdławienia Viet Congu, narodowego ruchu niepodległościowego
pod wodzą komunistów, Stany Zjednoczone doszczętnie spustoszyły zarówno
Wietnam Północny, jak i Południowy. Przeprowadziły bombardowania, wymordowały
milion Wietnamczyków i zawlokły pół miliona amerykańskich żołnierzy na
trzęsawiska i w dżungle Wietnamu.
W trakcie
tragicznego konfliktu wietnamskiego Stany Zjednoczone utrzymywały kłamliwą
wersję zdarzeń, według której przyczyną wojny była "agresja"
komunistycznego Wietnamu Północnego przeciwko pokojowemu i "prozachodniemu
(cokolwiek by to miało znaczyć) państwu Wietnam Południowy, które zwróciło
się do nas o pomoc. W rzeczywistości wojna była skazaną na niepowodzenie,
ale długotrwałą próbą zdławienia przez USA dążeń przeważającej części
Wietnamczyków. Miała zapewnić utrzymanie się przy władzy niepopularnych
satelickich dyktatorów w południowej części kraju nawet za cenę ludobójstwa,
gdy uznano to za konieczne.
Amerykanie
nie przywykli do tego, by działania rządu Stanów Zjednoczonych nazywać
"imperializmem", ale jest to termin niezwykle trafny. W szerszym
znaczeniu imperializm można zdefiniować jako agresję państwa A przeciwko
mieszkańcom kraju B oraz następującą po niej okupację. /.../ Ale imperializm
nie musi występować w formie bezpośredniej władzy nad inną społecznością.
W XX wieku forma pośrednia, "neoimperializm", w coraz większym
stopniu zastępuje staroświecką formę bezpośrednią. Posługując się nią,
państwo imperialistyczne sprawuje władzę poprzez skuteczną kontrolę nad
miejscowymi satelickimi kacykami. /.../
Na szczególną
ironię zakrawa fakt, że wojna zawsze umożliwia państwu mobilizację energii
obywateli pod hasłem spieszenia krajowi na ratunek i obrony przed bestialskimi
siłami zewnętrznymi. Podstawowym mitem, którym posługuje się państwo dla
wybielenia wojny, jest plotka, jakoby wojna była prowadzona przez państwo
w obronie jego obywateli. Tymczasem jest dokładnie odwrotnie. Chociaż
wojna daje państwu siły, to jest dla niego również śmiertelnym zagrożeniem.
Państwo może "polec" tylko w wyniku kapitulacji lub rewolucji.
W przypadku wojny państwo mobilizuje więc histerycznie swoich obywateli
do walki przeciwko innemu państwu w swojej obronie, stwarzając pozory,
że to ono walczy w ich obronie.
W historii
Stanów Zjednoczonych wojna stanowiła w zasadzie główną sposobność do wzmocnienia
panowania państwa nad społeczeństwem, a wiele regulacji wprowadzonych
w czasie jej trwania obowiązywało już na stałe. /.../ W czasie wojny 1812
r. przeciwko Wielkiej Brytanii po raz pierwszy na dużą skalę wprowadzono
inflacyjny system cząstkowej rezerwy bankowej. Również wtedy pojawiły
się cła ochronne, krajowy podatek federalny, stała armia i marynarka wojenna.
Bezpośrednim skutkiem inflacji czasu wojny było ponowne założenie banku
centralnego, Drugiego Banku Stanów Zjednoczonych. Właściwie wszystkie
te etatystyczne przepisy i instytucje zadomowiły się już na trwałe i istniały
nadal także po zakończeniu wojny. W wyniku wojny secesyjnej i związanego
z nią praktycznie jednopartyjnego systemu utrwaliła się neomerkantylistyczna
polityka wielkiego rządu i zasada subsydiowania dużych przedsiębiorstw
poprzez cła ochronne na różne produkty, poprzez wielkie nadania ziemi
i inne dotacje dla kolei oraz wprowadzenie federalnego podatku akcyzowego
i kontrolowanego przez rząd federalny systemu bankowego. Po raz pierwszy
przeprowadzono pobór wojskowy i nałożono podatek dochodowy, stwarzając
groźny precedens.
Pierwsza
wojna światowa przyniosła zmiany o decydującym znaczeniu i fatalnych skutkach.
Nastąpił odwrót od gospodarki względnie wolnej, leseferystycznej, ku obecnie
panującemu systemowi korporacyjnych monopoli państwowych w polityce wewnętrznej
i ciągłej interwencji w polityce zagranicznej. Kolektywistyczna wojenna
mobilizacja gospodarki, której przewodził prezes Rady Przemysłu Wojennego
Bernard Baruch, spełniła najnowsze marzenia dużych przemysłowców i postępowych
intelektualistów o skartelizowanej i zmonopolizowanej gospodarce zarządzanej
przez władze federalne w ścisłej współpracy z wielkim biznesem. Tymczasowy
kolektywizm stał się drogowskazem i modelem dla wielkich przedsiębiorców
i polityków korporacyjnych, którzy widzieli w nim wzór dla gospodarki
Stanów Zjednoczonych w czasie pokoju. Król zaopatrzenia w żywność, sekretarz
handlu i późniejszy prezydent Herbert C. Hoover pomógł wprowadzić w życie
zasady trwale zmonopolizowanej gospodarki etatystycznej, a realizacji
wizji dopełnił Franklin D. Roosevelt, wznawiając w czasie Nowego Ładu
działanie wszystkich powołanych na czas wojny agencji rządowych, a nawet
przywracając do pracy ich kadry. Pierwsza wojna światowa zaowocowała także
stałym interwencjonizmem, wzmocnieniem wprowadzonego właśnie Systemu Rezerwy
Federalnej i podatku dochodowego, podwyższeniem budżetu federalnego, ustanowieniem
powszechnego poboru i powstaniem ścisłych zależności między boomem gospodarczym,
kontraktami wojennymi i pożyczkami dla państw zachodnich.
Druga wojna
światowa stanowiła kulminację i spełnienie tych wszystkich dążeń. Franklin
D. Roosevelt założył wreszcie Amerykanom dyby, spełniając obietnice zawarte
w programie polityki wewnętrznej i zagranicznej Wilsona: trwałego przymierza
między wielkim rządem, wielkim biznesem i wielkimi związkami zawodowymi;
trwałego i stale rozwijanego przemysłu zbrojeniowego; poboru; stałej i
wzrastającej inflacji. Spełnił też obietnicę, że Ameryka będzie po wieczne
czasy pełnić rolę światowego "żandarma" kontrrewolucji. Świat
Roosevelta, Trumana, Eisenhowera, Johnsona, Nixona, Forda, Cartera (a
między ich administracjami nie ma zasadniczych różnic) to "liberalizm
korporacyjny", realizacja ideału państwa korporacyjnego. /.../
Murray
N. Rothbard
tłum.
Witold Falkowski
Powyższy
tekst stanowi fragment rozdziału "Wojna i polityka zagraniczna"
książki autora pt. "For a New Liberty" (O nową wolność. Manifest
libertariański).
Za pismem
"Obywatel". Tytuł opublikowanego fragmentu pochodzi od redakcji
"Obywatela".

WSZYSCY
WSPIERAMY NASZYCH ŻOŁNIERZY PRAWDA?
Tak długo
dopóki będę waszym naczelnym wodzem.
Podczas gdy
walki w Iraku nie słabną, przynajmniej 2450 żołnierzy zostało zabitych,
dziesięciokrotnie wzrosła też liczba żołnierzy poważnie rannych od początku
inwazji na Irak w 2003 roku. Jeżeli te liczby utrzymają się maj stanie
się najbardziej śmiertelnym miesiącem dla amerykańskich żołnierzy, z których
średnio trzech będzie ginęło każdego dnia. 54 Koalicyjnych żołnierzy zostało
zabitych w początku maja.
To prawdopodobnie
wyjaśnia, dlaczego według badań opinii publicznej 72% żołnierzy stacjonujących
w Iraku uważa, że w przyszłym roku USA powinny się wycofać z Iraku, a
ponad 25% uważa, że USA, powinny się wycofać natychmiast. Według tych
samych badań opinii publicznej zaledwie jeden na pięciu żołnierzy jest
gotowy posłuchać wezwania wojennego zbrodniarza Busha, by "zostać
tak długo jak tam jesteśmy potrzebni"
Okupacja
trwa już czwarty rok i już do tej pory wyprodukowała 550 tysięcy weteranów.
Morale żołnierzy jest niższe niż kiedykolwiek przedtem i spada równie
szybko jak aprobata dla Busha. Dodatkowo sytuację pogarsza bezmyślne obstawanie
przy w najwyższym stopniu absurdalnych przyrzeczeniach naczelnego wodza.
"Do
wszystkich ludzi noszących mundury, składam wam tą przysięgę: Ameryka
nie ucieknie w obliczu zamachów i morderców tak długo jak będę waszym
naczelnym wodzem. Większość Amerykanów chce dwóch rzeczy w Iraku: oni
chcą zwycięstwa naszych żołnierzy i chcą, żeby oni w możliwie jak najszybszym
terminie wrócili do domu" on powiedział i nieprzytomnie "takie
są także moje cele również. Dążę niczego innego jak do całkowitego zwycięstwa"
Podobnie jak przedtem dążył on do nic innego jak całkowitego zwolnienia
z służby wojskowej w Wietnamie, o czym jego żołnierze dobrze wiedzą.
W tym samym
czasie wbrew retoryce ich szefa pozującego na jastrzębia znajdują się
w mniej wygodnej sytuacji. W wyniku cięć podatkowych jest, co raz mniej
opieki medycznej potrzebnej dla wsparcia żołnierzy.
Kiedy żołnierze
wracają do domu z Iraku praktycznie rzecz biorąc nie stać ich na pomoc
medyczną w celu wyleczenia się psychicznie i fizycznie z przeżyć w Iraku.
W związku z cięciami w ich żołdzie i przysługujących im przywilejami,
rzadki dostęp do opieki medycznej w tej chwili, w przyszłości będzie jeszcze
trudniejszy.
Dowodem na
to może być starszy szeregowy piechoty morskiej James Crosby. Opuścił
on Irak przypięty do noszy po tym jak w wyniku ostrzału dostał szrapnelami.
Jego nogi zostały sparaliżowane a odłamki znalazły się w wnętrznościach.
Kiedy opuścił strefę bojową w drodze do domu zorientował się, że wojsko
obcięło mu żołd o 50%.
"Zanim
odchodzisz z strefy bojowej oni biorą twój dowód osobisty przesyłają informacje
przez komputer i dopiero wtedy udajesz się do bazy, gdzie ci płacą"
- powiedział
Oczywiście
on wspiera naszych żołnierzy.
Weterani
są inną sprawą, jednak coraz większa ich liczba zdaje sobie coraz bardziej
sprawę z różnicy pomiędzy tym, co ich "naczelny wódz" mówi a
tym, co robi. Podczas gdy Bush jest zajęty mówieniem dziennikarzom, że
wspiera oddziały w Iraku, nawet strony wojskowe zamieszczają historie
podobne do tej z 28 lutego tego roku zatytułowanej "Weterani mogą
być pozbawieni opieki medycznej", według niej przynajmniej dziesięciu
tysiącom weteranów, których stan zdrowia nie jest krytyczny zostanie odmówiona
opieka medyczna, lub też otrzymają ją z opóźnieniem, by umożliwić prezydentowi
Bushowi spełnienie jego obietnicy, że w następnych latach deficyt zostanie
zmniejszony o połowę, jeżeli Biały Dom myśli poważnie o proponowanym budżecie.
Przez następne lata budżet, Busha zmieni obecne liczby. Nawet, jeżeli
w przyszłym roku koszty opieki nad weteranami będą rosły to w następnych
latach administracja Busha zamierza je ciąć.
W tej samej
historii reprezentant Chet Edwards członek partii demokratycznej w Teksasie
stwierdził, że "Administracja Busha proponując ciecia w opiece medycznej
dla weteranów w kolejnych latach nie podchodzi poważnie do własnego budżetu"
Niepokojące
sygnały wskazujące, że tak właśnie wygląda plan "wsparcia oddziałów
w Iraku" Busha można znaleźć w raporcie komisji budżetowej.
Budżet prezydencki
na pomoc dla weteranów w roku 2007, przewiduje przeznaczenie na programy
dla weteranów ponad 36,1 miliardów dolarów, i jest mniejszy o 2,9 miliardów
od tego przeznaczonego w budżecie w 2006 roku.
W kolejnych
latach prawie, co roku będą ciecia w budżecie na pomoc weteranom. Wysokość
ich w ciągu pięciu lat zmniejszy się o 10 miliardów.
Cóż "ich
naczelny wódz" w ciągu kolejnych pięciu lat obetnie budżet na opiekę
medyczną dla weteranów o 10 miliardów dolarów.
Wspieranie
żołnierzy w stylu Pentagonu.
Chcąc ocalić
żołnierzy przed brakiem opieki medycznej Pentagon znalazł pomysłowe rozwiązanie:
jego istotą jest pozwalanie im dalej walczyć. W ostatnim tygodniu wyszło
na jaw, że wojsko łamie własne zasady dotyczące żołnierzy chorych psychicznie
poprzez posyłanie ich do walki. Ostatnie wiadomości związane z raportem
Hartford Courant stwierdzają:
"Żołnierze
armii amerykańskiej z objawami chorób psychicznych są posyłani do Iraku
a nawet pozwala im się tam pozostać pomimo tego, że ich przełożeni są
świadomi, że mają oni symptomy choroby psychicznej."
Cytując dane
uzyskane na mocy Freedom of Information Act i wywiady z członkami rodzin
wojskowych gazeta podaje "Są coraz liczniejsze przypadki, gdy wojsko
nie przestrzega własnych regulacji w wykrywaniu, leczeniu i ewakuacji
żołnierzy z problemami psychicznymi w Iraku" Gazeta podaje, że 225
żołnierzy popełniło samobójstwa w Iraku w ostatnim roku, co jest największą
liczbą od rozpoczęcia wojny.
Ten artykuł
opisuje przypadki żołnierzy, którzy popełnili samobójstwo pomiędzy rokiem
2004 a 2005 a którym przepisano po konsultacji lekarskiej lub jej braku
środki przeciwdepresyjne.
Vera Sharav
przewodnicząca Alliance for Human Research Protection nie ukrywa potępienia
"nie mogę wyobrazić sobie coś bardziej nieodpowiedzialnego niż podawanie
żołnierzom cierpiącym z powodu stresu bojowego środków przeciwdepresyjnych,
gdy wiadomo, że ludzie biorący te środki są skłonni do samobójstw i zabójczych
skłonności. Sami tworzymy chemiczne bomby zegarowe, które w każdej chwili
mogą wybuchnąć"
Artykuł cytuje
także doktora Artura Blanka juniora specjalistę od stresu pobitewnego,
który został uznany za chorobę po wojnie w Wietnamie. "Jestem zaniepokojony,
że ludzie z tymi symptomami są odsyłani z powrotem. To się nie zdarzało
przedtem w tym kraju"
Przekształcanie
żołnierzy w bomby zegarowe.
Lekarze są
jednogłośni w kwestii, że po powrocie do domu żołnierze powinni otrzymać
natychmiast odpowiednią pomoc medyczną: "Jeżeli nie udzielimy im
pomocy w ciągu pięciu lat po powrocie oni będą mieli problemy przez całe
życie" mówi profesor psychologii John Wilson z Uniwersytetu w Cleveland.
W artykule dla Associated Press dodał "W Iraku przez cały czas są
oni we wrogim środowisku, które na nich oddziałuje. Jedną, z rzeczy, którą
nauczyliśmy się z Wietnamu jest to, że jeżeli nie zostanie im udzielona
natychmiastowa pomoc będą stanowić problem"
Tragiczna
śmierć 19 letniego żołnierza piechoty morskiej Andresa Raya znakomicie
potwierdza ten stan. Młody człowiek zdecydował się popełnić samobójstwo
wszczynając strzelaninę z policją w celu uniknięcia zbliżającego się powrotu
do Iraku.
Andres Ray,
który uczestniczył w kwietniu 2004 roku w szturmie na Falludżę otrzymał
urlop i powrócił do USA 8 stycznia 2005 roku. Jego matka opisując później
jego stan w gazecie Modesto Bee powiedziała, że "on wrócił inny".
Mówił swojej
rodzinie kilkanaście razy, że on nie zamierza wrócić do Iraku. Według
lokalnej policji Raya udał się do sklepu z alkoholem w Ceres ubrany w
poncho "i mówiąc o tym jak bardzo on nienawidzi świata" poprosił
właściciela sklepu by wezwał policję. Oficer Sam Ryno odpowiedział. Kiedy
przyjechał Raya wyciągnął karabin szturmowy i zaczął strzelać raniąc poważnie
policjanta. Kiedy inny oficer pojawił się przed sklepem z alkoholem Raya
zabił go strzelając dwa razy w plecy a następnie zniknął. Trzy oddziały
lokalnej policji i SWAT zostały wysłane by znaleźć oszalałego weterana.
Kiedy go znaleźli rozgorzała strzelanina, w której Raya zginął ugodzony
przez 60 kul.
Według artykułu
z gazety w końcowej bitwie Raya "wykorzystał technikę, którą wykorzystują
nasze oddziały w Iraku i którą można zobaczyć w wiadomościach" Szef
policji z Ceres stwierdził "to była z premedytacją zaplanowana zasadzka,
to było zabójcze dla policjantów"
PTSD
Weterani,
którzy powrócili z Iraku borykają się z odnowieniem swojego życia walcząc
z Syndromem Stresu Pobitewnego, którego symptomy można rozpoznać po gniewie,
szale, bezsenności, izolacji, lękach i antyspołecznym zachowaniu. W kolejnej
historii Associated Press z 28 kwietnia tego roku opisano przypadek Roberta
Hornbecka lat 23 znalezionego w hotelu w Savannah w Georgi po tym jak
dwanaście dni wcześniej zgłoszono jego zaginięcie.
"Ciało
żołnierza z Fortu Benning wraz z wyposażeniem zostało znalezione w hotelu,
po tym jak goście zaczęli się skarżyć na nieprzyjemny zapach na korytarzu"
można przeczytać w artykule. Hornbeck spędził rok z trzecią dywizją w
Iraku i miał się ożenić z narzeczoną w lipcu. Z powodu braku terapii Stresu
Pobitewnego "Pracownik hotelu De Soto znalazł jego ciało w systemie
wentylacyjnym hotelu strażacy ubrani w wyposażenie przy pożarze wyciągnęli
jego ciało kilkanaście godzin później" Jego ojciec uważa, że w chwili
śmierci był pijany.
Także inni
żołnierze powracający z Iraku cierpią na traumę z powodu swoich doświadczeń
z Iraku. Joshua Omving żołnierz z Iowy powrócił do domu i zastrzelił się
na oczach swojej matki Radząc sobie z bólem po stracie syna jego rodzice
stworzyli stronę internetową z wspomnieniami po swoimi synu, na której
publikują listy od żołnierzy "jest ich setki każdego dnia - tak wiele
łamiących serce opowieści. To jest jak ta sama opowieść tylko z innymi
imionami i z różnych miast. Jest w nich tak wiele bólu"
W 2004 roku
ukazał się w New England Journal of Medicine artykuł na podstawie badań
przeprowadzonych wśród żołnierzy kilkunastu jednostek armii piechoty morskiej,
którzy powrócili z Iraku i Afganistanu. Według niego zaledwie od 23 do
40% starało się o leczenie w związku z PTSD, gdyż jego objawy następują
długo po zakończeniu traumy.
Zeznania
instytucji rządowych i innych.
W ostatnim
tygodniu Government Accountability Office ogłosiło, że "według rządowego
raportu mniej niż 1/4 weteranów z Iraku i Afganistanu, którzy wykazywali
objawy stresu pobitewnego otrzymała opiekę medyczną".
Niezależnie
od tego VA potwierdziła, że zaledwie 35% weteranów, którzy służyli w Iraku
starało się o uzyskanie leczenia medycznego w związku z problemami emocjonalnymi
w wyniku wojny. Te dane statystyczne zostały potwierdzone przez raport
wojskowy.
Artykuł napisany
przez Judith Coburn i zamieszczony w TomDispatch opublikowany w kwietniu
tego roku ujawnia wiele niepokojących informacji.
Prawie 1/3
weteranów korzystających z opieki VA lub z klinik przebywała tam z powodu
choroby psychicznej. Te liczby są zgodne z danymi ze studium armii na
temat żołnierzy z Afganistanu i Iraku. Taka ilość może się dwukrotnie
zwiększyć (w zależności od tego jak długo będzie trwała okupacja) ilość
weteranów potrzebująca opieki medycznej wzrośnie do pół miliona.
VA przyznaje,
że jej system emerytalny był przeciążony jeszcze przed inwazją na Irak.
W 2004 roku liczba emerytów wojskowych wyniosła 300,000. Teraz ich liczba
się podwoiła wynosi 540,122. W kwietniu 2006 roku liczba podań o emeryturę
wzrosła o kolejne 25%, są one rozpatrywane w ciągu sześciu miesięcy. Więc
weterani, którzy odnieśli ciężkie rany niezdolni do pracy są przez prawie
pół roku pozostawieni sami sobie. Gorzej jest w przypadku rozpatrywania
apelacji od odmowy często rozpatrzenie ich trwa latami. Do tej pory weterani
z Iraku i Afganistanu wnieśli 123 tysiące podań o niezdolność do służby
i rentę. Jednakże z powodu budżetu administracja Busha odmawia żądaniom
kongresu zwiększenia środków na VA. Oto, co urzędnicy VA napisali:
"VA
nie jest w stanie sprostać zapotrzebowaniom weteranom z poprzednich kontyngentów
a ciągle dochodzą nowi weterani z Iraku i Afganistanu oraz ich rodziny
z swoim potrzebami.
Jak wielu
weteranów z Iraku i Afganistanu dołączy do szeregów 400.000 bezdomnych
weteranów żyjących na ulicach naszych miast?
Każdy
wspiera naszych żołnierzy prawda?
Odpowiadając
na pytanie zawarte w przemówieniu wygłoszonym 20 maja dzień po rocznicy
rozpoczęcia inwazji na Irak Bush stwierdził "oto jest najlepszy sposób,
w jaki możesz wesprzeć nasze oddziały w Iraku. Znajdź rodzinę, której
dziecko służy w Iraku i powiedz, że doceniasz to. Spytaj ich czy możesz
im w czymś pomóc."
Teraz nadszedł
czas by to zrobić. To będzie kosztowało więcej niż umieszczenie żółtych
wstążek z napisem "wspieramy nasze oddziały" na szybach samochodów.
Czy patriotyczni obywatele Stanów Zjednoczonych są gotowi wesprzeć nasze
oddziały? Bo wygląda na to, że ich naczelny wódz tego nie zamierza.
Dahr
Jamail
Tłum. Piotr
Za Indymedia 27-06-2006

Z
ZAWIĄZANYM OCZAMI
Uprowadzony
w biały dzień, więziony miesiącami, torturowany, bity, a potem porzucony
gdzieś w polu - to nie relacja z gangsterskich porachunków ani z żadnej
z dyktatur Trzeciego Świata. Dziennikarka Dana Priest, która jako pierwsza
opisała tajne operacje CIA w Europie, opisuje kulisy porwania niewinnego
Niemca.
W maju 2004
r. Biały Dom wysłał ambasadora w Niemczech z wizytą do tamtejszego ministra
spraw wewnętrznych. Instrukcje Departamentu Stanu przekazano Danielowi
R. Coatsowi przez berlińską siedzibę CIA, ponieważ były one zbyt poufne,
by zastosować zwyczajną drogę dyplomatyczną. Tak twierdzi kilka osób,
które mają wiedzę na temat rozmowy ambasadora z ministrem.
Źródła te
podają, że Coats poinformował niemieckiego polityka o omyłkowym, pięciomiesięcznym
uwięzieniu przez CIA obywatela Niemiec Khaleda Masriego oraz o planowanym
wypuszczeniu go na wolność. Amerykański ambasador zwrócił się do niemieckiego
rządu o zachowanie milczenia w tej sprawie, nawet jeśli sam Masri zdecyduje
się ją upublicznić. Przywódcy USA obawiali się ujawnienia tajnego programu
polegającego na zatrzymywaniu poza granicami Stanów Zjednoczonych osób
podejrzanych o działalność terrorystyczną i przerzucaniu ich z kraju do
kraju. CIA chciała też uniknąć procesów.
Realizując
plan likwidacji międzynarodowych siatek terrorystycznych, CIA (we współpracy
z innymi agencjami wywiadu) pojmała około trzech tysięcy osób, w tym kilku
przywódców Al-Kaidy. Nie sposób jednak określić, jak wiele błędów popełniono
w trakcie tej operacji.
Błąd zatrzymania
O ile z więzienia
wojskowego nad zatoką Guantanamo zwolniono już po szczegółowym zbadaniu
180 osób, o tyle w przypadku ludzi zatrzymanych przez CIA nie istnieje
żaden trybunał ani sąd, który mógłby ocenić dowody zebrane przez tajnych
agentów. Ci sami urzędnicy, którzy decydują o pojmaniu i przesłuchiwaniu
podejrzanych, są również odpowiedzialni za ewentualne naprawianie własnych
błędów. Jak twierdzi kilku obecnych i byłych pracowników wywiadu, główny
inspektor CIA bada ostatnio coraz więcej przypadków "błędnego zatrzymania".
Wśród niesłusznie
zatrzymanych jest wiele osób, których nazwiska podali w trakcie przesłuchań
przywódcy Al-Kaidy. Podobno był wśród nich Bogu ducha winny profesor uniwersytecki,
który dał kiedyś członkowi Al-Kaidy niską ocenę.
Choć CIA
przyznała się do błędu przed niemieckim ministrem spraw wewnętrznych Otto
Schillym, to jednocześnie podjęła niemały wysiłek, by szczegóły zatrzymania
Masriego nigdy nie ujrzały światła dziennego. Podczas gdy niemiecki prokurator
pracuje nad relacjami Niemca o porwaniu i torturach, członkowie rządu,
którzy wiedzieli o jego losie, milczą. Adwokaci zatrzymanego złożyli już
w amerykańskich sądach pozew przeciwko rządowi Stanów Zjednoczonych.
Masri był
przetrzymywany przez pięć miesięcy głównie dlatego, że szefowa oddziału
do spraw Al-Kaidy przy Centrum Antyterrorystycznym CIA sądziła, że jest
on kimś innym, jak twierdzi były pracownik CIA.
Po atakach
z 11 września 2001 r. presja na zlokalizowanie i schwytanie potencjalnych
terrorystów odczuwalna jest szczególnie w jednym z departamentów CIA,
tzw. Centrum Antyterrorystycznym, które jeszcze do niedawna mieściło się
w piwnicy jednego ze starszych budynków mocno podstarzałego kompleksu
stanowiącego centralę CIA.
Oficerowie
operacyjni i analitycy siedzieli obok siebie, chodziło bowiem o to, by
błyskawicznie reagować na wszelkie wskazówki i tropy. Po 11 września istniała
obawa, że dojdzie do kolejnego ataku. - Logika działania była następująca:
jeśli jeden z nich się nam wymknie i będą kolejne ofiary śmiertelne, to
my będziemy za to odpowiedzialni - twierdzi oficer CIA, który - jak wielu
innych cytowanych w niniejszym artykule - nie zgodził się na podanie swojego
nazwiska z uwagi na tajny charakter omawianych kwestii.
Skuteczność
Centrum Antyterrorystycznego zależy w znacznym stopniu od działania specjalnego
zespołu złożonego z oficerów śledczych, oddziałów paramilitarnych, analityków
i psychologów. Członkowie zespołu wymyślali najlepszy sposób na "zdjęcie"
kogoś z ruchliwej ulicy, z górskiego szlaku lub lotniska, gdzie roiło
się zazwyczaj od lokalnych sił porządkowych.
Ubrani od
stóp do głów na czarno i z zamaskowanymi twarzami rozbierają schwytaną
osobę, robią jej lewatywę i dają środki nasenne. Następnie ubierają w
kombinezon z pieluchą, gdyż podróż trwa czasem nawet cały dzień. Jej celem
jest albo areszt w jednym ze współpracujących z USA krajów Bliskiego Wschodu
i Azji Środkowej (włącznie z Afganistanem), albo jedno z tajnych więzień
CIA - w dokumentach Agencji nazywanych "czarnymi miejscami"
(black sites) - działających w ośmiu krajach, w tym również w Europie
Wschodniej.
Bajka
o bombie w butach
Po atakach
z 11 września personel Centrum wzrósł niemal z dnia na dzień z 300 do
1200 osób. - Była to ziemia obiecana antyterrorystów. Nie musieliśmy się
z nikim liczyć i mieliśmy niezłą zabawę - twierdzi były agent. Po atakach
do Centrum zaczęły spływać tysiące tropów i podejrzeń na temat możliwych
zagrożeń. CIA już raz przeoczyła plan ataku, więc teraz przekazywano dalej
każdą plotkę. - Wszelkie mechanizmy kontroli jakości, które obowiązywały
10 września 2001 r., zostały wyeliminowane dzień później - wspomina były
wysoki oficer wywiadu. J. Cofer Black, były zawodowy szpieg, który latami
ścigał Osamę ben Ladena, został mianowany szefem Centrum. Miał specjalny
dostęp do prezydenta Busha od chwili, gdy przedstawił mu plan CIA dotyczący
wojny w Afganistanie. Znajomi wspominają, że rozmowa z Bushem natchnęła
szefa Centrum, który od tego czasu zaczął przemawiać do podwładnych kaznodziejskim
tonem.
Niektórzy
współpracownicy twierdzą, że zapał szefa pasował do nowych zadań, jakie
postawił przed CIA prezydent Bush, podpisując ściśle tajne rozporządzenie
sześć dni po atakach z 11 września. Według obecnych i byłych pracowników
wywiadu dawało ono Agencji niezwykle szerokie uprawnienia w zakresie prowadzenia
tajnych operacji, w tym prawo do stosowania metod niebezpiecznych dla
życia, prawo do porywania podejrzanych, prowadzenia kampanii dezinformacyjnych
oraz ataków komputerowych wymierzonych w Al-Kaidę.
Szef Centrum
był krytykowany za wprowadzenie w życie "modelu hollywoodzkiego"
i zaniedbanie żmudnej rekrutacji agentów i penetrowania siatek terrorystów.
Zamiast tego skoncentrowano się na bardziej widowiskowych operacjach paramilitarnych,
które okazały się tak skuteczne w Afganistanie i które cieszyły się poparciem
Białego Domu.
Osobą, która
najczęściej odgrywała kluczową rolę przy wysłaniu zespołu zajmującego
się porwaniami, była dawna specjalistka od spraw Związku Radzieckiego,
kobieta, której sterczące włosy pasowały do niezwykle ekspansywnej osobowości.
Jej nazwisko jest ściśle tajne. Zdobyła reputację osoby agresywnej i pewnej
siebie. Krytycy zwracali uwagę na jej nadgorliwość w zezwalaniu na działania
paramilitarne.
Jednym ze
sposobów na pozbycie się aresztantów, których agencja nie chce dłużej
przetrzymywać, jest przerzucenie ich do wojskowej bazy Guantanamo na Kubie,
gdzie resort obrony decyduje, czy wypuścić daną osobę na wolność. "The
Washington Post" dokonał przeglądu zeznań przed trybunałem wojskowym
oraz innych materiałów. Wynika z nich, że CIA przerzuciło do bazy Guantanamo
około 12 podejrzanych. Niektórzy pracownicy CIA twierdzą, że baza na Kubie
stała się śmietnikiem, do którego Agencja "wyrzuca" swoje pomyłki.
Inni polemizują z tym poglądem i bronią procedury przekazywania podejrzanych
wojsku. Przyznają, że zdarzały się przypadki wysłania do bazy osób, które
nie posiadały tak cennych informacji, jak przypuszczano, ale i tak były
to osoby niebezpieczne.
Wśród zwolnionych
z Guantanamo jest Mamdouh Habib, urodzony w Egipcie obywatel Australii
zatrzymany przez CIA w Pakistanie w październiku 2001 r., a następnie
- według akt sądowych - przewieziony do Egiptu na przesłuchanie. Utrzymuje
on, iż przypalano mu skórę papierosami, aplikowano wstrząsy elektryczne
i bito. Po sześciu miesiącach znalazł się w bazie Guantanamo, skąd na
początku tego roku został zwolniony bez postawienia zarzutów.
Inny zatrzymany
przez CIA to Mohamedou Oulad Slahi, Mauretańczyk i były mieszkaniec Kanady,
który twierdzi, że sam oddał się w ręce mauretańskiej policji 18 dni po
atakach z 11 września po tym, jak dowiedział się, że jest poszukiwany
przez Amerykanów. CIA zabrało go do Jordanii, gdzie - według jego zeznań
- przez osiem miesięcy był przesłuchiwany, zanim przeniesiono go do Guantanamo.
Jest też
Muhammad Saad Iqbal Madni, Egipcjanin uwięziony przez władze Indonezji
w styczniu 2002 r., gdy ktoś usłyszał, jak opowiada - według jego zeznań
miał to być żart - o nowej technologii bomb ukrytych w butach. Przetransportowano
go do Egiptu na przesłuchania, a cztery miesiące później przekazano CIA.
Po spędzeniu 13 miesięcy w Afganistanie został ulokowany w bazie Guantanamo.
Khaled Masri
ściągnął na siebie uwagę władz Macedonii w sylwestra 2003 roku. Jest bezrobotnym
ojcem pięciorga dzieci mieszkających w niemieckim mieście Ulm. Twierdzi,
że pojechał do Macedonii autobusem, by odprężyć się po konflikcie z żoną.
Na przejściu granicznym w Tabanovcach został zatrzymany przez policję,
ponieważ jego nazwisko brzmiało podobnie do nazwiska osoby związanej z
jednym z porywaczy z 11 września. Policjanci zabrali go do Skopje, stolicy
Macedonii, gdzie umieścili w motelu, w pokoju z przyciemnionymi oknami.
Mieli go traktować uprzejmie, acz zdecydowanie. Pytali o paszport, który
ich zdaniem był podrobiony, o Al-Kaidę i meczet, do którego uczęszczał.
Nie mówiąc nic Masriemu, Macedończycy skontaktowali się z biurem CIA w
Skopje. Jego szef był na urlopie, ale zastępujący go młodszy oficer był
bardzo podekscytowany możliwością przyczynienia się do walki z terroryzmem.
Ponieważ szef Departamentu Europy również był na urlopie, młody oficer
w Skopje skontaktował się bezpośrednio z Centrum Antyterrorystycznym.
W pierwszych
tygodniach 2004 r. wywiązała się dyskusja, czy CIA powinno przejąć Masriego
od lokalnych władz i wywieźć z kraju w celu przesłuchania. Za takim rozwiązaniem
opowiadała się szefowa wydziału ds. Al-Kaidy. Inni mieli wątpliwości.
Chcieli poczekać na wyniki badania paszportu. Brakowało dowodów, że Masri
był kimś innym niż niemieckim obywatelem podróżującym po kłótni z żoną.
Podejrzane
nazwisko
Spór wygrała
szefowa wydziału i rozkazała przewiezienie zatrzymanego do więzienia CIA
w Afganistanie. Dwudziestego trzeciego dnia jego pobytu w motelu Masri
- jak sam zeznał - został związany i zakuty w kajdanki. Policjanci zawiązali
mu przepaskę na oczach i wrzucili do furgonetki, którą więzień został
przewieziony do odizolowanego budynku na terenie lotniska. Tam, w kompletnej
ciszy zdjęto mu ubranie. Gdy zmieniano przepaskę na oczach, dostrzegł
on "siedmiu lub ośmiu ludzi ubranych na czarno i zamaskowanych".
Następnie więźnia uśpiono środkami nasennymi przed długim lotem. Masri
mówił, że jego cela w afgańskim więzieniu była zimna, brudna, że mieściła
się w piwnicy pozbawionej światła, a do okrycia miał jeden brudny koc.
Powiedział, że pierwszej nocy był kopany, bity i ostrzegany przez przesłuchującego
go mężczyznę, który mówił: Jesteś w kraju, w którym nikt nic o tobie nie
wie, w kraju bezprawia. Jeśli umrzesz, pogrzebiemy cię i nikt nie zauważy,
że coś się wydarzyło.
Masri twierdzi,
że za dnia pilnowali go Afgańczycy. W nocy pojawiali się mężczyźni mówiący
po angielsku z amerykańskim akcentem, którzy go przesłuchiwali. Od czasu
do czasu człowiek w masce, którego uważał za lekarza, przychodził, aby
zrobić mu zdjęcia, pobrać krew i próbkę moczu. Tymczasem w Centrum Antyterrorystycznym
paszport Niemca poddano badaniu. W marcu stwierdzono, że jest prawdziwy.
CIA uwięziła niewinnego człowieka.
W siedzibie
agencji zastanawiano się: co dalej? Niektórzy chcieli udać się bezpośrednio
do niemieckiego rządu, inni woleli tego nie robić. Ktoś zaproponował odwiezienie
zatrzymanego z powrotem do Macedonii i uwolnienie. - Nie byłoby żadnych
śladów. Żadnego biletu lotniczego. Niczego. Nikt by mu nie uwierzył. W
prasie pojawiłaby się krótka wzmianka, a potem sprawa by ucichła - twierdzi
były agent.
Gdy wiadomość
o pomyłce dotarła do szefa CIA George'a Teneta, przygotował on listę możliwych
rozwiązań. Condoleezza Rice, ówczesny doradca prezydenta Busha ds. bezpieczeństwa
narodowego, oraz zastępca sekretarza stanu Richard L. Armitage uważali,
że Niemcy muszą być o wszystkim powiadomieni. Podobne stanowisko prezentował
też Tenet. Wysocy rangą urzędnicy Departamentu Stanu postanowili skontaktować
się z ministrem spraw wewnętrznych Otto Schillym, który twardo popierał
Busha nawet wtedy, gdy wojna w Iraku popsuła stosunki między dwoma krajami.
Ambasador Coats miał świetny kontakt z Schillym.
CIA było
za ujawnieniem jak najmniejszej ilości informacji. Departament Stanu nalegał,
by powiedzieć Niemcom wszystko. Tymczasem Masri zapadł na depresję. Twierdzi,
że uspokajały go rozmowy ze współwięźniami i lektura Koranu. Na tydzień
przed uwolnieniem w maju 2004 r. odwiedził go Niemiec z bródką, który
przedstawił się jako Sam. Masri spytał go, czy jest przedstawicielem niemieckiego
rządu i czy ten wie o jego pobycie w Afganistanie. Mężczyzna odmówił odpowiedzi.
- Czy przynajmniej moja żona wie, że tu jestem? - spytał Masri.
- Nie - padła
odpowiedź.
Sam powiedział
zatrzymanemu Niemcowi, że zostanie on wkrótce wypuszczony na wolność,
ale że nie otrzyma żadnych dokumentów poświadczających jego przejścia.
Masri usłyszał, że Amerykanie nigdy nie przyznają się do tego, że go więzili.
Według niego w dniu uwolnienia naczelnik więzienia powiedział, że powodem
aresztowania było "podejrzane nazwisko". Kilku pracowników wywiadu
i dyplomatów ujawniło, że Macedonia nie chciała przyjąć zatrzymanego z
powrotem, więc CIA zorganizowało lot do Albanii. Masriego zostawiono o
świcie przy wąskiej, wiejskiej drodze. - Zabronili mi patrzeć za siebie.
Balem się, że strzelą mi w plecy - wspomina.
Dość szybko
spotkał trzech uzbrojonych mężczyzn, którzy wieźli go całą noc na lotnisko
Matki Teresy w Tiranie. Niemiec twierdzi, że do samolotu eskortował go
Albańczyk. Masri połączył się z dziećmi i żoną, która przeprowadziła się
do Libanu, ponieważ nie mogła się dowiedzieć, co stało się z jej mężem.
Masri, bezrobotny i osamotniony, mówi, że ani jego znajomi z Niemiec,
ani Arabowie nie chcą się z nim spotykać ze względu na rozgłos towarzyszący
jego osobie.
Tymczasem
niemiecki prokurator pracuje nadal nad jego sprawą. Macedoński kierowca
autobusu potwierdził, że Niemca zabrała straż graniczna. Badanie włosa
Masriego wskazuje, iż w okresie rzekomego uwięzienia był niedożywiony.
Z archiwum lotów wynika, że w dniu, w którym według niego odbyła się podróż
do Afganistanu, z Macedonii wyleciał samolot zarejestrowany na CIA.
Masriemu
brakuje słów na opisanie tego, co przeżył. - Mam bardzo złe zdanie o Stanach
Zjednoczonych. Tam jest tak samo, jak w krajach arabskich: aresztuje się
ludzi, nieludzko traktuje, a wszystko to poza prawem.
Dana
Priest
The Washington Post, 2005
Za tygodnik Forum

KAŻDY
Z NAS JEST WINNY ZBRODNI W IRAKU
My
W ubiegły piątek miałem wykład na uniwersytecie teksańskim w Austin. Po
spędzeniu godzin wartych "Potwornych nowin z Iraku" zadano mi
pytanie, którego się spodziewałem "Czy cokolwiek dobrego dzieje się
tam teraz? Rozumiem, dlaczego ludzie pytają się mnie o to. Tam musi być
przecież nadzieja no nie?
Zasugerowałem,
że ludzie z prasy wojskowej zawsze mogą się udać i zamieścić na stronach
gazet "coś dobrego" z Iraku. Tutaj przytaczam jedną z takich
fałszywych wiadomości. Rozpowszechniona w czasie mojego drugiego pobytu
w Iraku wiadomość z 21 maja 2004 roku "Tymczasowe władze koalicyjne
przekazały ostatnio setki piłek irackim dzieciom w Karbali, Ramadii i
Hilli. Irackie kobiety z Hilii wyszyły te piłki. Na piłkach jest umieszczony
napis "wszyscy z nas współuczestniczą w budowie nowego Iraku"
Oni
Tego samego wieczora po prezentacji otrzymałem email od znajomego lekarza
w Bagdadzie. Email dotyczy odpowiedzi na zadane mi pytanie, więc go przytoczę
"Drogi Dahr zastanawiam się, dlaczego Amerykańskie i koalicyjne siły
są wspierane przez pro irańskie milicje takie jak organizacja Badr! Wsparcie
i pomoc irackich szyitów umożliwiła na początku stabilizację i utrzymanie
okupacji. Szwadrony śmierci wyćwiczone przez siły okupacyjne pracują dzień
i noc pod przykrywką ministerstwa spraw wewnętrznych atakując niewinnych
ludzi zarówno sunnitów jak i szyitów!!! Pomimo tego, że wszyscy wiedzą,
kto to robi nie widać żadnego postępu w zakresie bezpieczeństwa. Wręcz
przeciwnie sytuacja pogarsza się, co raz bardziej. Wielu moich kolegów
zarówno lekarzy ja i przedstawicieli innych zawodów błaga o pomocy w wydostaniu
się z Iraku by uratować swoje życie i życie swoich rodzin! Jedyni przegrani
tutaj to Irakijczycy. Jedyni Irakijczycy, którzy odnieśli korzyści z wojny
to ci, którzy mieszkają poza Irakiem oraz ci żyjący w ich dużym zamku
zwanym Zieloną Strefą!!! Wszyscy wiedzą, że inwazja na Irak została przeprowadzona
na podstawie fałszywych świadectw i kłamstw!!! To, co się dzieje w Iraku
różni się wiele od tego, co podają media! Jestem tego świadomy".
Nigdy się
nie działo tak źle w Iraku jak obecnie, to może być zaskoczenie dla wielu
ludzi w USA nawet dla tych, którzy nie popierali tej nielegalnej inwazji
i okupacji. Irak od samego początku był katastrofą.
Kiedy słyszę
to pytanie za każdym razem przed moimi oczyma przesuwa się kilkanaście
scen z mojego pobytu w Iraku, gdy szukam odpowiedzi na pytanie czy w Iraku
dzieje się cokolwiek dobrego od początku amerykańskiej inwazji.
Później
Wspominam doświadczenia z dnia 22 maja 2004 roku dzień po ukazaniu się
wiadomości o piłkach. To było w tygodniach po ukazaniu się w korporacyjnych
mediach informacji o torturowaniu więźniów w Abu Graib przez amerykańskich
żołnierzy. W pierwszym pozorowanym procesie skazano jednego z żołnierzy
zamieszanych w zbrodnie, kiedy zdecydowałem się udać do Abu Graib. Chciałem
spotkać się i zrobić wywiady z członkami rodzin, którzy próbowali dostać
się do więzienia chcąc skontaktować się z członkami uwięzionych rodzin.
Przed moją
podróżą ja i mój tłumacz przeprowadziliśmy wywiad z mężczyzną, który został
poddany straszliwym torturom w Abu Graib. On się śmiał "Amerykanie
doprowadzili prąd do mojej dupy zanim doprowadzili do mojego domu".
Na piaszczysty posępnym obszarze otoczonym drutami pilnowanym na zewnątrz
Abu Ghraib oczekiwało nas wiele strasznych historii. Nieszczęście i bezsilność
przesyciły atmosferę miejsca, gdzie zgromadzeni członkowie rodzin oczekiwali
mając nadzieję, że będzie im dana szansa zobaczenia się z ukochaną osobą
przebywającą za złowieszczymi wałami.
Wśród zgromadzonych
na skrawku jałowej ziemi znajdowali się mężczyźni, kobiety, płaczące dzieci.
Ich cierpienie mieszało się z oburzeniem, podczas gdy oni czekali nie
będąc w stanie wejść do więzienia w celu spotkania się z krewnymi lub
uzyskać informacji o ich losie.
Wśród siedzący
na pokrytej chwastami ziemi....Znajdował się Lilu Hammed, który spoglądał
na wysokie wały otaczające więzienie. Było jasne, że on chciał zobaczyć
swojego 32 letniego syna Abbasa uwięzionego za murami więzienia.
Siedział
samotny, jego zmęczone oczy próbowały przeniknąć przez strzeżone mury
więzienia. Kiedy mój tłumacz spytał się czy zechce udzielić nam wywiadu
kilkanaście sekund upłynęło zanim Lilu spojrzał na nas powoli i odpowiedział
"Siedzę tutaj na ziemi czekając na pomoc Boga"
Jego syn
przebywał w Abu Ghraib od sześciu miesięcy po zabraniu go w czasie rajdu
na dom, gdzie nie znaleziono broni. Młody mężczyzna nie został o nic oskarżony.
Lilu trzymał w ręce pogniecione pozwolenie na wizytę, które wypadło mu
z ręki. Udało mu się je uzyskać upoważniało go do zobaczenia syna 18 sierpnia
trzy miesiące naprzód.
Sfora Humvee
minęła nas obrzucając chmurą piasku. Jedna z kobiet powiedziała "Mam
nadzieję, że cały świat wie, w jakie sytuacji my się znajdujemy!
Przeszukuję
swoją pamięć dalej i przypominam sobie wydarzenia z dnia 11 listopada
2004 roku. Mój tłumacz pojawił się w hotelu w bardzo ponurym nastroju.
Poprzedniej nocy po ustanowieniu godziny policyjnej od 9:30 w nocy amerykańskie
helikoptery zaczęły krążyć nad jego dzielnicą do 3 nad ranem. "Jak
można żyć w takich warunkach?" On się spytał ściekając ręce "Jesteśmy
uwięzieni w własnym kraju". On się przyznał "Wiesz Dahr. Każdy
modli się do Boga, żeby dał mu sposobność do zemsty na Amerykanach!"
Później w
nocy inny przyjaciel z dzikim spojrzeniem i kroplami potu na czole. "Mój
przyjaciel właśnie przed chwilą został zabity. To był jeden z moich najlepszych
przyjaciół. Nie mogę sobie wyobrazić, że on rzeczywiście został zabity
może tak jest lepiej" On opowiedział mi o jego rodzinie. "Jego
rodzina jest bardzo uboga, składa się z 21 osób, mieszkają w domu z trzema
sypialniami, ale to są dobrzy ludzie"
To nie było
wszystko, sześć dni temu jego krewny zaginął. Dzisiaj ktoś, kto go znalazł
na drodze przyniósł jego ciało. Można było znaleźć na niej oznaki tortur,
widać było ślady po strzałach dwa w głowę dwa w klatkę piersiową. Łuski
po strzałach znaleziono w kieszeniach jego spodni.
"Po
tych nowinach dzisiaj oszalałem Dahr" mój przyjaciel oznajmił trzymając
swoje ręce w powietrzu. "Każdego dnia giną ludzie ich liczba rośnie
bardzo szybko, to jest gówno" On pochyli swoją głowę w tył wziął
głęboki oddech i się uspokoił. On przypominał sobie całe swoje życie:
"Kiedy byłem dzieckiem było powszechnie zrozumiałe, że w każdej rodzinie
jeden członek lub więcej zginęło w czasie wojny z Iranem, ale teraz każdy
umiera każdego dnia".
12 listopada
tuż po wisielczej rozmowie z moimi dwoma tłumaczami rozmawiałem z doktorem
Wamidem Omarem Nadhme dziekanem politologii na Uniwersytecie Bagdadzkim.
Starszy wymowny mężczyzna, który gorąco przeciwstawiał się rządom Saddama
Husajna, jest krytycznie nastawiony w stosunku do amerykańskiej polityki,
która jest odpowiedzialna za chaos i przemoc rozprzestrzeniającą się w
jego kraju.
Komentując
obecną sytuację stwierdził "Mogę cię zapewnić, że ponad 75% Irakijczyków
jest przeciwko okupacji. Prawicowa administracja Busha jest tak zaślepiona
swoją ideologią, że z jej powodu wszyscy cierpimy zarówno my Irakijczycy
jak i żołnierze". Nie mogę zapomnieć o jego końcowych uwagach skierowanych
do mnie "Irak płonie zemstą, gniewem i smutkiem".
Kolejny przykład
tego, że nic dobrego nie dzieje się w Iraku doszedł do mnie 19 listopada,
dokładnie tydzień po mojej rozmowie z doktorem Nadhme. Otrzymałem telefon
od jednego z moich tłumaczy, który był na piątkowych modłach w meczecie.
Mogłem usłyszeć ogłuszający ryk tysięcy osób powtarzających, "Allah
jest wielki" Dźwięk rozbrzmiewał w ciasnym pomieszczeniu wspólnie
z jego pełnym paniki głosem "jestem trzymany na muszce karabinu przez
amerykańskich żołnierzy wewnątrz meczetu Abu Hanifa Dahr. Jego niedowierzająca
dezorientacja był ewidentna, gdy krzyczał "Każdy modli się do Boga,
ponieważ Amerykanie najechali nasz meczet w czasie piątkowych modłów"
On robił
krótkie telefony powiadamiając mnie o szczegółach zbrodni. Po kilku zdaniach
on przerwał. Jego nieregularne komentarze tego, co się działo wewnątrz
meczetu pozostały jednym z moich najstraszliwszych doświadczeń z okresu
pobytu w Iraku. Przerwach pomiędzy jego telefonami zapisywałem na maszynie
podawane przez niego informacje.
"Oni strzelali i zabili przynajmniej cztery osoby, które były na
modlitwie a przynajmniej dwadzieścia osób jest rannych teraz! Nie mogę
w to uwierzyć! Nie mogę im pozwolić by zorientowali się, że do ciebie
celuję! Czuję jak żołądek podchodzi mi do gardła, oni celują karabiny
do wszystkich wewnątrz meczetu. Meczet jest zamknięty. Leżymy na brzuchach
a nasza sytuacja jest zła."
W tle słyszałem
krzyki pośród strzelaniny. Ewentualnie żołnierze zwolnili kobiety dzieci
i tych mężczyzn, którzy byli z nimi. Mój tłumacz miał szczęście, że uciekł
tego dnia. Został wypuszczony, ponieważ podszedł do niego jakiś chłopak
i poprosił go by udawał jego ojca.
Kiedy później
przyszedł do mnie był oszalały z rozpaczy i zasmucony "Jestem pełen
smutku. Nie widzę ani wolności ani demokracji. Jeżeli to prowadzi do wolności
to jest to wolność przelewania krwi, wolność nieszczęścia, wolność zabijania.
Nie możesz osiągnąć demokracji poprzez przelewanie krwi i zabijanie. Nie
osiągniesz wolności w ten sposób. Ludzie modlili się do Boga i zostali
zabici lub ranni. Tam było 1500 osób modlących się do Boga, oni czekali
na święto, gdzie w piątek wszyscy ludzie modlą się. I oni zostali zastrzeleni
i zabici. Tam było mnóstwo kobiet i dzieci leżących na ziemi. To nie jest
ani demokracja ani wolność"
On nagrał
to wszystko na małym magnetofonie, który wykorzystywaliśmy w czasie wywiadów.
Te wspomnienia
są zaledwie fragmentem okropnej rzeczywistości, w której iracki naród
żyje i cierpi każdego dnia pod amerykańską okupacją. Jedyna zmiana, jaka
nastąpiła to pogorszenie warunków życia; to jest model, którego |