W ZWIĄZKU Z ZAANGAŻOWANIEM POLSKI W OKUPACJĘ IRAKU

Rzekomo także w naszym imieniu, za plecami ogółu obywateli, nocą 17 marca 2003 r. ówczesny premier Leszek Miller zdecydował, by wciągnąć kraj w awanturę w roli wasala mocarstw imperialistycznych. W awanturze tej chodziło i chodzi o prawie wszystko - w tym złoża ropy, a bardziej niż o cokolwiek innego o globalną ekonomiczną, polityczną i kulturową władzę białego macho. Nie chodziło i nie chodzi jedynie o - bagatela! - dwie rzeczy, o których mówiły neoliberalne media.

Po pierwsze, nie chodziło i nie chodzi o wolność dla Iraku - choć nawet, gdyby możnym tego świata istotnie o nią chodziło, nieco dziwną wydaje się być wolność, którą zaprowadza się depcząc po dowolnej liczbie trupów. Irakowi bliżej dziś do wojny domowej niż do ustabilizowanej demokracji. Po drugie, nie chodziło i nie chodzi o wojnę z terroryzmem - a nawet, gdyby o nią chodziło, pamiętamy, że w ciągu dnia umiera z głodu więcej ludzi, niż w wyniku tego, co oficjalna propaganda określa mianem terroryzmu, zginęło w ciągu ostatnich kilku lat. Widzimy, że wojna w Iraku przyczyniła się do niebywałego rozkwitu przemocy w regionie.

Szef rządu z ramienia rzekomo lewicowej partii wykazał dobitnie, jak bardzo lekceważy jakiekolwiek, chociażby najbardziej niedoskonałe, mechanizmy demokratyczne. Zadziałał w sposób tchórzliwy i haniebny, w tajemnicy przed opinią publiczną, w większości przeciwną tej wojnie, a także przed naczelnymi organami władzy ustawodawczej.

Pogwałcił przy tym prawo międzynarodowe, prawo konstytucyjne, wreszcie prawo karne, w tym:

* Art. 2 cyf. 4 Karty Narodów Zjednoczonych, stanowiący: "Wszyscy członkowie powstrzymają się w swych stosunkach międzynarodowych od stosowania groźby lub użycia siły przeciwko całości terytorialnej lub niepodległości któregokolwiek państwa";

* Art. 26 pkt 2 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej, stanowiący: "Siły Zbrojne zachowują neutralność w sprawach politycznych oraz podlegają cywilnej i demokratycznej kontroli";

* Art. 116 pkt 1 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej, stanowiący: "Sejm decyduje w imieniu Rzeczypospolitej Polskiej o stanie wojny i o zawarciu pokoju";

* Art. 117 pkt 1 kodeksu karnego, stanowiący: "Kto wszczyna lub prowadzi wojnę napastniczą, podlega karze pozbawienia wolności na czas nie krótszy od lat 12, karze 25 lat pozbawienia wolności albo karze dożywotniego pozbawienia wolności";

* Art. 129 kodeksu karnego, stanowiący: "Kto, będąc upoważniony do występowania w imieniu Rzeczypospolitej Polskiej w stosunkach z rządem obcego państwa lub zagraniczną organizacją, działa na szkodę Rzeczypospolitej Polskiej, podlega karze pozbawienia wolności od roku do lat 10".

Trwając na stanowisku radykalnego i absolutnego sprzeciwu wobec procederu niszczenia całego kraju, masakr ludności i polityki pogłębiania ekonomicznej zależności Iraku i całego Bliskiego Wschodu od krajów zachodnich, inaugurujemy dział "Polacy przeciw okupacji Iraku".

Tym, którzy krzyczą: "To moja wojna!", odpowiadamy: "Nie w naszym imieniu!".

Zapraszamy do współpracy wszystkich, którym ogólnohumanistyczne wartości nakazują sprzeciw wobec współudziału własnego kraju w gnębieniu innych narodów. W szczególności wyciągamy swą dłoń do tych, którzy uczestniczyli w owej "misji", a dziś się tego wstydzą - o których wiemy, że są, choć pozostają zastraszeni. Wasz głos ma szczególnie doniosłe znaczenie dla odkłamania i odczarowania koszmarnej rzeczywistości dnia dzisiejszego. Odezwijcie się do nas!

Podpisali członkowie kolektywu Viva Palestyna: Paweł Michał Bartolik, Dawid Dobrowolski, Jakub Klimczak, Zbigniew Marcin Kowalewski, Joanna Lis, Anna Wajda, Michał Woronin.

KAT Z KOMÓRKĄ

Kreml przez lata zaprzeczał okrucieństwom popełnianym w Czeczenii. Teraz niezbitych dowodów dostarczają sami oprawcy - nagrywają swoje wyczyny, używając telefonów komórkowych.

Upokorzenie, jakie spotkało podejrzaną o cudzołóstwo Malikę Sołtajewą, ciężarną 23-letnią Czeczenkę, spadło na nią błyskawicznie i z wielkim okrucieństwem. Kobieta znikła z domu na miesiąc i rodzina oficjalnie zgłosiła jej zaginięcie. Gdy wróciła, mąż oskarżył ją o niewierność i nie wpuścił do mieszkania. Władze lokalne odnalazły ją u ciotki. Funkcjonariusze powiedzieli, że zabierają dziewczynę, bo chcą zadać jej kilka pytań.

To co nastąpiło, nie było wcale przesłuchaniem. W budynku sił bezpieczeństwa w Argunie mężczyźni służący w oddziałach pełniących funkcję milicji ogolili jej włosy i brwi, a następnie pomalowali skórę głowy na zielono - barwę związaną z islamem. Na czole wymalowali jej krzyż.

Oskarżyli ją, że ona, muzułmanka, spała z rosyjskim, a więc prawosławnym żołnierzem. Jako piętno nierządnicy będzie nosić nie szkarłatną literę, lecz zielony krzyż. Zmusili ją, żeby przyznała się do winy, kazali się rozebrać i bili kijami po pośladkach, ramionach, nogach, brzuchu i plecach - Odwróć się i bądź potępiona przez Allaha - rozkazał jeden z oprawców.

Nagranie tego zdarzenia trafiło do redakcji "New York Timesa". To kolejny brutalny przypadek represji na tle religijnym w Czeczenii.

Antysłowiański rasizm
Począwszy od 2004 r., szala zwycięstwa w tamtejszej wojnie zaczęła się przechylać na korzyść Kremla. Otwarte starcia z separatystami stały się coraz rzadsze i słabsze. Republiką zarządza Moskwa zwalczając niedobitki powstańców, głównie rękami sił paramilitarnych pod dowództwem energicznego premiera Ramzana Kadyrowa.

Na zewnątrz jest to polityk zdecydowanie prorosyjski. Wielbi prezydenta Putina, poprzysiągł odbudować Czeczenię i dołączyć z powrotem do kremlowskiej trzódki. - Moja miłość do Rosji jest tak wielka, że aż nie umiem wam tego opisać - stwierdził w pewnym wywiadzie. Ale za publicznie głoszoną lojalnością czeczeńskich sił bezpieczeństwa skrywają się te same przekonania i zwyczaje, które Rosja zamierzała wytrzebić podczas ostatniej inwazji w 1999 r.: antysłowiański rasizm, zinstytucjonalizowany gwałt, kultura bezkarności, całkowicie nietolerancyjna interpretacja prawa islamu.

Organizacje obrony praw człowieka oraz czeczeńscy cywile twierdzą, że nigdy nie można być pewnym celów i lojalności sił bezpieczeństwa, gdyż te działają poza wszelką kontrolą. Kurs, jaki obrała republika, jest niebezpieczny zarówno dla Rosjan jak i Czeczenów.

Sytuacja w Czeczenii zaczyna przypominać schyłkową fazę krótkiego okresu czeczeńskiej autonomii pod koniec lat 90. Separatyści oraz zagraniczni islamscy najemnicy prowadzili wówczas w górach obozy szkoleniowe, a islamskie trybunały skazywały przestępców na śmierć przed plutonem egzekucyjnym. Wykonanie wyroku było nagłaśniane w dziennikach telewizyjnych.

Taniec we krwi
Podległe Kadyrowowi siły milicyjne (tzw. kadyrowcy) to głównie słabo wykształceni młodzi ludzie. Wielu z nich zajmuje się wojaczką od lat. Są wśród nich byli rebelianci, którzy przeszli na drugą stronę.

Świeże nagrania ich poczynań nadesłali do redakcji "New York Timesa" wstrząśnięci Czeczeni. Kaseta z miasta Szali przedstawia mężczyznę i kobietę (niebędących małżeństwem) podejrzanych o uprawianie seksu w samochodzie. Milicjanci otaczają parę, wrzeszczą i każą mężczyźnie kopać kobietę. Także oni ją kopią, ciągną za włosy i chustę. Choć z nagrania można łatwo rozpoznać wiele twarzy funkcjonariuszy, nikt nie wszczął w ich sprawie śledztwa.

Inny przykład bestialstwa miał miejsce w lipcu w miejscowości Kurczałoj. Oddział kadyrowców zastrzelił powstańca Ahmada Duszajewa i odciął mu głowę, którą następnie zatknięto na palu w centrum osady. Na nagraniu widzimy, jak kadyrowcy (niektórzy w mundurach milicji) zabawiają się następnie tą głową.

To, przez co przeszła Sołtajewa, było koszmarem pełnym strachu i bólu. Zatrzymano ją 19 marca i poddano sesji tortur, którym towarzyszyły niewybredne żarty. Po niemal dwóch godzinach milicjanci kazali jej się ubrać, zawieźli do gospodarstwa męża, gdzie musiała tańczyć przed sąsiadami. - Patrz, jaka jesteś teraz szpetna - powiedział jeden z oprawców. Kiedy zaczęła się słaniać, kopali ją. Dwa dni później poroniła i od tego czasu niemal nie pokazuje się publicznie.

Nikt nie wszczął śledztwa w sprawie tego zdarzenia, choć nagrania krążą powszechnie między telefonami komórkowymi w Argunie i innych czeczeńskich miastach. Około połowę naszych rozmówców znała dokładne szczegóły tego gwałtu.

- To jawne bezprawie - mówi Sołtajewa, z którą rozmawialiśmy w Groznym.

Jak to często bywa w czasie kryzysu małżeńskiego, szczegóły jej życia rodzinnego i zachowania są przedmiotem sporu. Rodzina jej byłego męża twierdzi, że miała romans z rosyjskim żołnierzem poznanym w sklepie, gdzie pracowała jako kasjerka. Ona zaprzecza i zapewnia o swojej wierności, mimo że mąż ją bił.

Spór dotyczy też tego, gdzie przebywała w czasie poprzedzającym pobicie. Wedle samej Sołtajewej znikła z domu, bo została porwana przez zamaskowanych ludzi, którzy następnie ją uwolnili. Takie historie zdarzają się na tyle często w Czeczenii, że jej rodzina w to wierzy. Tymczasem rodzina męża i milicja twierdzą, iż wyjechała z Czeczenii, by zacząć życie z rosyjskim kochankiem, a następnie wróciła, gdy przestało się między nimi układać.

Natalia Jestemirowa z biura organizacji Memoriał w Groźnym opowiada, że próbowała zainteresować tym przypadkiem czeczeńskie władze, ale zagroziły one, że oskarżą Sołtajewa o fałszywe doniesienie o porwaniu. - Powtarzamy im.- "Zróbcie śledztwo, ona jest ofiarą poważnego przestępstwa" - mówi Jestemirowa.

Nagrania tortur
Doniesienia o okrucieństwach w majestacie prawa i oskarżenia, że rosyjscy i czeczeńscy dowódcy tolerują bezkarność podwładnych, towarzyszyły wszystkim kolejnym wojnom w republice. Działacze praw człowieka udokumentowali masowe groby, pozasądowe egzekucje, powszechne stosowanie tortur, nielegalne zatrzymania, gwałty, rabunki i porwania.

Ostatnio pojawił się nowy sposób dokumentowania, bowiem wielu kadyrowców ma komórki z kamerami, którymi nagrywają - nieraz z widoczną satysfakcją - własne zbrodnie. Nagrania potwierdzają istnienie faktów, które w przeszłości były podawane w wątpliwość.

Niedawno dziennikarze "NYT" przekazali kancelarii Kadyrowa cztery nagrania tortur Sołtajewej. Rzecznik premiera Tatiana Gieorgijewa oświadczyła, że jej szef po obejrzeniu taśm nakazał ministerstwu spraw wewnętrznych wszczęcie dochodzenia.

- Odpowiedzialni za te czyny zostaną pociągnięci do odpowiedzialności karnej - powiedziała.

Jak zauważa Jestemirowa, jednostka, która zatrzymała Sołtajewa w Argunie, została formalnie rozwiązana na wiosnę. Ale jej członkowie przeszli po prostu do nowych batalionów zawodowej armii, co utrudni ich aresztowanie.

C.J Chivers,
Herald Tribiune, 30.08.06, Za Tygodnik Forum


POLITYKA IZRAELA ZAGRAŻA NADZIEJOM NA DEMOKRACJĘ NA BLISKIM WSCHODZIE

Wizerunek wojny rozpętanej przeciw Libanowi dobrze ilustruje medialny paradoks - im więcej się o niej mówi tym mniej o niej wiemy. Podobnie jak w przypadku wojny w Iraku nie chodzi tylko o to, że specyfika relacji telewizyjnych narzuca fragmentaryczny obraz wydarzeń. Po raz kolejny nasi dziennikarze przekraczają granicę nieprzyzwoitości.

Zdążyliśmy się już wszyscy przyzwyczaić do uporczywego powtarzania kłamstw o postępach stabilizacji w Iraku. I nawet jeśli dzięki usilnym staraniom naszych mediów mało kto w Polsce wie, że obecnie co dzień ginie tam więcej ludzi niż kiedykolwiek, a od początku tego roku śmierć poniosło ok. 15 tys. cywilów, to większość Polaków jest przeciwna tej wojnie i naszemu w niej udziałowi. Sposób relacjonowania obecnego konfliktu przesunął granicę nieprzyzwoitości jeszcze dalej. Nieskrywany brak obiektywizmu, ignorowanie szerszego kontekstu i powtarzanie argumentów jednej tylko strony w zestawieniu z suchymi faktami, którym nie sposób zaprzeczyć tworzą mieszankę rozmywającą różnicę między agresorem a jego ofiarą.

A jednak obrazy telewizyjne nie kłamią. Zburzony, płonący i cierpiący Bejrut nie przestaje być Bejrutem nawet gdy obrazy ze stolicy Libanu stanowią wizualne tło relacji z nieporównanie mniej niszczycielskiego ostrzału Hajfy. Tego rodzaju orwellowskie manipulacje stały się chlebem powszednim polskich serwisów informacyjnych, a ich dopełnieniem są skrajnie nieobiektywne relacje wysłannika publicznej telewizji Piotra Kraśki, który posunął się do wygłoszenia pochwały zasady odpowiedzialności zbiorowej stosowanej przez armię izraelską na Terytoriach Okupowanych (w relacji dla Panoramy z 20 lipca). Oczywiście można odwracać kota ogonem i zaczynając relacje od wyliczania rakiet odpalonych w kierunku Izraela przez Hezbollah sugerować, że to zaatakowany jest agresorem. Można powtarzać do znudzenia, że ofiary cywilne to wynik pomyłek. Można kreować obraz "cywilizowanej" armii walczącej z terrorystycznymi hordami agresywnych zwolenników szariatu. Wystarczy jednak porównać statystyki strat i potencjały po obydwu stronach. Mimo, że "terrorystyczny" Hezbollah atakuje Hajfę i inne miasta pociskami niekierowanymi, wśród kilkudziesięciu izraelskich ofiar konfliktu znaczącą większość stanowią żołnierze. Z drugiej strony "chirurgiczne uderzenia" przy pomocy najnowocześniejszej broni jaką mają do dyspozycji Siły Obrony Izraela (Cahal) spowodowały setki ofiar prawie wyłącznie wśród cywilów. Jak ocenić rzekomo humanitarne gesty Izraela, który najpierw wzywa ludność południowego Libanu do opuszczenia bombardowanych stref a następnie atakuje z powietrza kolumny uchodźców na drogach prowadzących do Bejrutu? Jakież to cele Hezbollahu mieszczą się w niszczonych systematycznie dworcach, meczetach, szpitalach, szkołach, elektrowniach, portach, lotniskach, stacjach przekaźnikowych dla telefonów komórkowych, mleczarniach, obiektach należących do ONZ? W kogo uderza zniszczenie dróg i mostów wokół Bejrutu? Jak nazwać zabójstwa, porwania i więzienie działaczy politycznych z sąsiednich krajów, bombardowanie osiedli mieszkaniowych, obozów uchodźców, wysadzanie w powietrze całych bloków mieszkalnych tylko dlatego, że mieszkają tam krewni osób uznanych za terrorystów? Jeżeli te działania nie są państwowym terroryzmem, to co w takim razie nim jest?

Polskie media wiernie i całkowicie bezkrytycznie naśladują dyskurs izraelskiej propagandy. Ciągle słyszymy o prawie tego kraju do obrony integralności swych granic oraz o rezolucjach Rady Bezpieczeństwa ONZ wzywających do rozbrojenia Hezbollahu. Autorzy tych słów zapominają, że nikt inny tylko właśnie Izrael jest światowym rekordzistą w ignorowaniu rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ. Co więcej, jest on jednym państwem w regionie, które z premedytacją nie wytyczyło swych granic. W ten sposób rząd w Tel-Awiwie od lat otwiera sobie furtkę do ciągłej ekspansji terytorialnej kosztem sąsiadów. Przestępcza z punktu widzenia prawa międzynarodowego kolonizacja na Zachodnim Brzegu i na syryjskich wzgórzach Golan, aneksje podczas budowy tzw. muru bezpieczeństwa i dążenie do zajęcia tzw. strefy bezpieczeństwa w południowym Libanie to nic innego jak akty naruszania integralności terytorialnej innych krajów. Izrael otwarcie mówi, że dąży do zamordowania przywódcy Hezbollahu, tak jak swego czasu wymordował przywódców Hamasu. Wyobraźmy sobie jak media zareagowałyby gdyby to Libańczycy ogłosili, że zamierzają wystrzelać niewygodnych liderów Izraela?

Ignorując te fakty polskie media stosują podwójne standardy. Zarzucają Hezbollahowi powiązania z Iranem i Syrią, ale nie czynią wyrzutów Izraelowi z powodu jego związków z USA. Przyznając prawo do obrony Izraelowi i odmawiając go Palestyńczykom oraz Libanowi i Syrii przekształcają je w przywilej silniejszego. Stosowanie podwójnej miary, które każe eksponować prawa Izraela i przemilczać takie same prawa narodów arabskich ma jednak długą historię. W gruncie rzeczy mamy tu do czynienia z ożywianiem starego rasistowskiego stereotypu, zgodnie z którym ludy orientu nie są zdolne do rozumnych rządów, ulegają zbiorowym i religijnym namiętnościom, i jako takie wymagają kurateli ze strony mocarstw zachodnich. Dziś takim mocarstwem z zachodnią proweniencją, amerykańskim błogosławieństwem i wsparciem jest Izrael. Jego klasa polityczna od lat chełpi się, że kraj ten jest jedyną demokracją na Bliskim Wschodzie. Przekonanie to ma jednak wątłe podstawy. Pomijając już rasistowskie praktyki wobec części obywateli pochodzenia arabskiego, które sprawiają, że izraelska demokracja skażona jest rasowym i religijnym ekskluzywizmem, obecna sytuacja wydaje się dowodzić czegoś wręcz przeciwnego. Próba zbiorowego ukarania Palestyńczyków za wybór dokonany w demokratycznej elekcji uderza nie tyle w Hamas ile w samą demokrację, która jest wielką zdobyczą palestyńskiego ruchu narodowego. Analogicznie przedstawia się sprawa z Libanem. Plany zniszczenia Hezbollahu mogą mieć podobny skutek. Zagrażają one libańskiej demokracji, a właściwie pozytywnej ewolucji, którą przechodzi ona od zakończenia izraelskiej okupacji południa kraju w roku 2000.

Hezbollah nie jest terrorystyczną bojówką, ale ruchem polityczno-wojskowym wyrosłym z walki narodowowyzwoleńczej w latach 80. i 90. Jego legitymacja nie ogranicza się jednak tylko do historycznych zasług w starciach z okupantem. Już od lat 90. Hezbollah, który początkowo chciał narzucić w Libanie republikę islamską na wzór Iranu, akceptuje reguły demokracji. Jest uznaną partią polityczną dysponującą demokratyczną legitymacją, frakcją w bejruckim parlamencie (zyskał 20% poparcia w ostatnich wyborach) i trzema ministrami w rządzie zgody narodowej. Hezbollah to też organizacja wojskowa dążąca do całkowitego uwolnienia terytorium Libanu od okupacyjnych sił izraelskich, które mimo odwrotu w roku 2000 w dalszym ciągu zajmują rejon farm Szebaa. Wobec słabości armii libańskiej Hezbollah jest jedyną siłą zdolną do obrony suwerenności tego kraju co uznają władze w Bejrucie z antysyryjskim premierem Fuadem Siniorą (uznaje on organizację za "uprawnioną grupę oporu") i co potwierdzają obecne wydarzenia.

Wojna może sparaliżować trudny proces demokratyzacji Libanu, czyli próby przezwyciężenia systemu konfesyjnego odziedziczonego po kolonizatorach francuskich. Tworząc go Francuzi chcieli zapewnić polityczną hegemonię w kraju swoim klientom - maronickim chrześcijanom (stanowiącym większość libańskich klas wyższych). Konfesyjna republika funkcjonuje na podstawie z góry przesądzonego podziału stref wpływów, który gwarantuje mniejszości maronickiej decydujący głos w rządzie. System ten nigdy nie odzwierciedlał prawdziwego układu sił w kraju, był przyczyną słabości Libanu oraz ciągłych konfliktów, które przekształciły się w połowie lat 70. w otwartą wojnę domową cynicznie podsycaną przez Izrael i Syrię. Dziś, wobec poważnych zmian demograficznych, postkolonialna wersja konfesjonalizmu jest nie do utrzymania. Dlatego wejście na scenę polityczną Hezbollahu reprezentującego interesy szyitów, którzy stanowią najbiedniejszą społeczność w kraju oznaczało ogromny krok w dziele przywracania jedności i odbudowy reprezentatywności systemu politycznego. Dzięki politycznej waloryzacji szyickich klas ludowych Liban mógł mieć nadzieję na postępy demokratyzacji. Wojna może tę nadzieję zniweczyć. Zmierzając do zniszczenia Hezbollahu Izrael popycha Liban ku nowej wojnie domowej i nowemu rozbiorowi pomiędzy frakcje religijne. Być może o to właśnie chodzi i nie ma w tym nic dziwnego albowiem taka sytuacja już od lat 70. najbardziej odpowiadała rządzącym w Tel-Awiwie.

Najnowsza historia Bliskiego Wschodu przypomina cykl nieustających deja vu. Kiedy w roku 1982 armia izraelska najechała Liban zabijając blisko 40 tys. jego mieszańców, dowódca sił inwazyjnych generał Ariel Szaron otwarcie mówił, że celem operacji jest "ostateczne rozwiązanie kwestii palestyńskiej". W dwadzieścia cztery lata później sytuacja, pod wieloma względami, zdaje się powtarzać. Premier Ehud Olmert i dowódcy Izraelskich Sił Obronnych nie kryją swych intencji. Po kilkunastu dniach zmasowanych bombardowań i ostrzału z powietrza, lądu i morza mało kto wspomina o wydarzeniu, które stało się pretekstem do agresji na Liban. Los żołnierzy uprowadzonych przez partyzantów Hezbollahu ustąpił miejsca twardej geopolityce. Nie ma się zresztą czemu dziwić, bo rachunek porwanych i nielegalnie uwięzionych wypada zdecydowanie na niekorzyść Izraela. W izraelskich więzieniach przebywa obecnie prawie 9000 Palestyńczyków i innych Arabów, wśród nich jest 388 dzieci oraz kilkunastu Libańczyków uprowadzonych wiele lat temu. W rzeczywistości to Palestyńczykom i Libańczykom zależy na uwolnieniu więźniów. Porwani żołnierze mieli być atutem, który skłoni Tel-Awiw do wymiany.

Tymczasem deklarowanym jawnie celem władz izraelskich jest ostateczna rozprawa z Hezbollahem, narzucenie Libanowi roli protektoratu, osłabienie pozycji Syrii i być może wstęp do ataku na ten kraj. Czyż w tym kontekście mogą dziwić słowa prof. Tanyi Reinhart z uniwersytetu w Tel-Awiwie, która dowodzi, że plany dzisiejszej agresji zostały zatwierdzone już 12 czerwca, a więc na długo przed porwaniem żołnierzy? Jak to z rozbrajającą szczerością ujęła Condollezza Rice, izraelska inwazja na Liban to część bólów porodowych Nowego Bliskiego Wschodu wymyślonego przez waszyngtońskich neokonserwatystów i przywódców Likudu. Po "sukcesach" w Iraku przyszedł czas na Liban i Autonomię. Prawda jest jednak o wiele bardziej przerażająca. Otóż w ciągu minionych kilku tygodni na Bliskim Wschodzie nie stało się nic nowego. W rzeczywistości mamy do czynienia z kolejnym etapem tego, co wybitny brytyjski znawca regionu, Tariq Ali nazwał przewlekłą wojną kolonialną Izraela. Nie ma ona nic wspólnego z osławioną wojną z terroryzmem prezydenta Busha juniora, choć najwierniejszy sojusznik USA na Bliskim Wschodzie notorycznie stosuje w niej metody państwowego terroru. Wbrew pozorom nie jest ona też "niewspółmierną odpowiedzią" na akty terroru ze strony Hezbollahu. Obecna jej sekwencja nie zaczęła się wcale wraz z porwaniem dwóch żołnierzy. Nie zaczęła się po wzięciu do niewoli innego żołnierza izraelskiego w Strefie Gazy. Jej początkiem była gwałtowna i wroga reakcja Tel-Awiwu na wynik demokratycznych wyborów w Autonomii Palestyńskiej, które oddały władzę w ręce Hamasu w styczniu tego roku oraz wznowienie ostrzału rakietowego północnych regionów Izraela i bombardowań Libanu w konsekwencji serii zabójstw działaczy palestyńskich i libańskich inspirowanych przez izraelski wywiad.

Wobec zachęt ze strony Waszyngtonu i przyzwolenia ze strony Unii Europejskiej władze izraelskie rozpoczęły zbrojną rozprawę z Autonomią. Od marca Strefa Gazy znajduje się praktycznie w stanie oblężenia. Tylko do czerwca na ten bodaj najgęściej zaludniony obszar świata Izraelczycy wystrzelili ponad 8000 pocisków artyleryjskich i rakiet zabijając dziesiątki cywilów, niszcząc elektrownie, wodociągi i inne elementy cywilnej infrastruktury. W odpowiedzi na terytorium Izraela spadło zaledwie 400 palestyńskich rakiet domowej roboty, które z trudem można odróżnić od rac wystrzeliwanych na wiwat. Od 26 czerwca, kiedy oddział Hamasu wziął do niewoli jednego żołnierza i zabił dwóch innych armia izraelska zintensyfikowała ostrzał i ataki z powietrza. W ich wyniku zginęło już przeszło 120 osób w tym 26 dzieci. Ta nowa masakra jest faktycznie bezkarna, bo odpowiedź oblężonych nie spowodowała praktycznie żadnych strat po stronie oblegających, a "społeczność międzynarodowa" czyli przywódcy G-8 obradujący w Sankt Petersburgu nie uznali dramatycznej sytuacji w niszczonym mieście za godną swej uwagi.

Militarne reakcje na wynik uruchomienia demokratycznych procedur w Autonomii oraz Libanie dowodzą, że to Izrael jest dziś największym zagrożeniem dla bliskowschodniej demokracji. Zaślepiona imperialnymi marzeniami, bezwarunkowym poparciem Waszyngtonu i własną pogardą dla świata arabskiego izraelska klasa polityczna nie może znieść suwerennych decyzji Palestyńczyków i Libańczyków. Przyzwyczajona do sprawowania dyktatu w regionie reaguje szaleńczą eskalacją przemocy. Przemoc ta jednak nie przyniesie Izraelowi sukcesu. Świadczy ona raczej o jego słabości, o wewnętrznym kryzysie, o zapętleniu, które jest dziedzictwem osobliwego splotu krwawych rządów Ariela Szarona, "wojny z terroryzmem" prezydenta Busha oraz neoliberalnej restrukturyzacji gospodarki zainicjowanej po porozumieniach w Oslo. Ta wojna ujawnia głęboki kryzys społeczeństwa izraelskiego. Jak zauważył Michel Warschawski propagowana przez skrajną prawicę wiara w rozwiązania militarne i poczucie bezkarności od lat 90. coraz bardziej zatruwają życie publiczne w tym kraju, a upadek demokracji wyraża się instrumentalnym traktowaniem prawa oraz rosnącymi wpływami sił zbrojnych. Po zabójstwie Icchaka Rabina Siły Obrony Izraela wyrosły na podmiot polityczny. "Od roku 1996 wyżsi oficerowie wygłaszają oświadczenia polityczne, grożą rządowi, gdy uznają go za w niewystarczający sposób zdeterminowany, by prowadzić kampanią pacyfikacji aż do końca (...) jest to prawdziwy zamach wojskowy, przypominający zamach de Gaulle’a w 1958 (...)".

Rok temu wystarczyło kilka dni potężnych demonstracji libańskiej klasy średniej wspartych przez dyplomatyczną presję USA i Francji aby autorytarny reżim syryjski wycofał swe wojska z doliny Bekaa. Aby zmusić do wycofania siły formalnie demokratycznego Izraela trzeba było ponad 20 lat krwawej wojny partyzanckiej i dziesiątków tysięcy ofiar. Historia drugiej Intifady palestyńskiej także pokazuje, że Izrael jest nieczuły na masowe pokojowe protesty i nie waha się użyć do ich stłumienia samolotów F-15 i czołgów Merkava. To pokazuje jakościową różnicę... i pozwala zrozumieć militarną opcję Hezbollahu. A jednak wydaje się, że dziś, podobnie jak rok temu (i podobnie jak w latach 80.) masowa mobilizacja antywojenna i presja międzynarodowa mogłyby być skuteczne. Tym razem jednak miejscem takiej mobilizacji nie może być Bejrut. Jest ona możliwa w Tel-Awiwie. Komentator izraelskiego dziennika Haaretz Gideon Levy zauważył, że wojny prowadzone przez Izrael zwykle zaczynają się z aprobatą społeczeństwa, a kończą ogólnym kryzysem i nowymi podziałami. Libański opór, masowe protesty i naciski dyplomatyczne mogą powstrzymać izraelską machinę zniszczenia. To daje pewną nadzieję. Pamiętać trzeba jednak, że przerwanie agresji na Liban i brutalnej pacyfikacji Strefy Gazy w żaden sposób nie usuwa przyczyn ciągłego konfliktu na Bliskim Wschodzie. Aby tego dokonać trzeba skończyć z amerykańską okupacją Iraku i izraelską okupacją Palestyny. Musimy zrozumieć, że odpowiedzialność za ciągły rozlew krwi nie rozkłada się po równo na obie strony. Przywilejem okupanta jest przerwać okupację i wycofać wojska. To może zrobić tylko jedna strona konfliktu. Po prostu dlatego, że druga strona nie ma się skąd i dokąd wycofać.

Przemysław Wielgosz
Za cia.bzzz.net

NAJWAŻNIEJSZE MOMENTY W HISTORII AMERYKAŃSKIEGO IMPERIALIZMU

Loren Jenkins korespondent amerykańskiego Narodowego Radia Publicznego, który pracuje obecnie w Bagdadzie, przeprowadził na początku czerwca rozmowę z jednym z wyższych duchownych szyickich, określanym jako "osoba o poglądach umiarkowanych", dążąca do pokoju i pojednania narodowego. Za rządów Saddama Husajna był on więziony, a następnie został zmuszony do opuszczenia Iraku. Jenkins zapytał go: "Co byś powiedział, gdyby znowu nastały rządy Saddama Husajna?" Duchowny odparł, że chciałby raczej żyć w kraju rządzonym przez Husajna niż w dzisiejszym Iraku".[1]

Czy taki pogląd powinien dziwić, nawet u takiego człowieka, gdy weźmie się pod uwagę tragedię będącą doświadczeniem narodu irackiego, która jest wynikiem amerykańskich bombardowań, inwazji, zmiany reżimu i trwającej od 2003 roku okupacji?

Relacja ta skłoniła mnie do podsumowania tych wszystkich "wspaniałości", które spadły na głowy mieszkańców Iraku po tym, jak Amerykanie oswobodzili ich ojczyznę i ich samych. Jest to lektura bardzo przygnębiająca, i wielu z was może nie chcieć tego wszystkiego czytać, ale uważam, że warto było taką listę sporządzić.

Zniszczenie funkcjonującego wcześniej systemu edukacji. Według badań przeprowadzonych w 2005 roku przez ONZ, szkolnictwo wyższe zostało zniszczone w 84 procentach, wiele budynków zostało uszkodzonych, majątek uczelni zrabowano.

Potencjał intelektualny kraju został dodatkowo uszczuplony po tym jak tysiące wykładowców, nauczycieli i innych wykształconych ludzi uciekło z Iraku, albo padło ofiarą tajemniczych porwań i mordów. Setki tysięcy, może nawet milion, przedstawicieli irackiej klasy średniej znalazło schronienie w Jordanii, Syrii czy Egipcie, gdyż grożono im śmiercią. "Jestem sam jak palec", mówi wykształcony sunnita, wciąż mieszkający w Iraku. "Nie mam rządu, nie mam ochrony ze strony rządu. Każdy może tutaj przyjść, wywlec mnie z domu, zabić i wyrzucić na śmietnik".[2]

Likwidacja działającego systemu opieki zdrowotnej i pogorszenie stanu zdrowia społeczeństwa. Śmiertelne choroby zakaźne, takie jak tyfus i tuberkuloza, rozprzestrzeniają się po całym kraju. Iracka sieć szpitali i ośrodków zdrowia, która kiedyś była powodem zazdrości całego Bliskiego Wschodu, w wyniku wojny i grabieży przestała praktycznie istnieć.

Według danych ONZ, 400 tysięcy irackich dzieci jest niedożywionych, nie mają one zapewnionych wystarczających ilości białka. Śmierć dzieci wskutek niedożywienia i uleczalnych chorób, która była już przecież poważnym problemem w czasie trwających 12 lat sankcji amerykańskich, jest zjawiskiem coraz częstszym, w miarę ubożenia społeczeństwa i narastających trudności w dostępie do leków.

Tysiące Irakijczyków zostało w wyniku wojny okaleczonych, stracili oni swoje kończyny często w wyniku wybuchów amerykańskich bomb kasetonowych, broni potępionej przez wszystkie organizacje praw człowieka, gdyż jej ofiarą pada najczęściej ludność cywilna.

Zubożony uran, używany przez armię amerykańską, znajduje się wciąż w irackim powietrzu, jest bez przerwy wchłaniany przez ludzi, zakaża wodę, glebę, krew, geny, jest przyczyną wad genetycznych nowonarodzonych dzieci. W czasie kilku pierwszych tygodni inwazji, amerykańskie samoloty zrzuciły około 300 tysięcy pocisków ze zubożonym uranem.

Użyto również napalmu i białego fosforu.

Siły zbrojne Stanów Zjednoczonych naciskały na szpitale, by te nie podawały rzeczywistych statystyk zgonów, które znacznie odbiegały od danych przedstawianych przez Amerykanów.

Żołnierze amerykańscy wyważając drzwi domów uprowadzali przebywających w środku mężczyzn, poniżali kobiety i wywoływali przerażenie u dzieci. W licznych przypadkach, według zeznań świadków, Amerykanie dopuszczali się kradzieży. Irak został poddany dogłębnej kontroli osobistej.

Doszło do kompletnego zniszczenia i grabieży zabytków kultury i sztuki, w kraju będącym jednym z największych archiwów historii ludzkości. Armia USA nie mogła temu przeciwdziałać, była zajęta ochroną infrastruktury pól naftowych.

Społeczeństwo Iraku wyróżniało się niskim wskaźnikiem przestępczości, i poza sferą polityki, prawo tego kraju było jednym z najbardziej postępowych wśród krajów Bliskiego Wschodu. Teraz jest to bagno bezprawia. Liczy się jedynie prawo religijne.

Prawa i przywileje, którymi cieszyły się kiedyś kobiety w Iraku są dzisiaj w zasadzie nieobecne. Coraz bardziej dominującą rolę odgrywa restrykcyjne prawo religijne. Sprawujący dzisiaj władzę w Iraku szyiccy duchowni tolerują fizyczną agresję wobec kobiet odsłaniających ramiona lub takich, które rozmawiają z nieznajomym mężczyzną. Mężczyznom noszącym krótkie spodenki zwraca się często uwagę, że obraża to uczucia religijne.

Prostytucja, której wcześniej praktycznie nie było, stała się po inwazji bardzo poważnym problemem społecznym.

Żydzi, chrześcijanie i inne poza muzułmanami grupy wyznaniowe nie cieszą się swobodą wyznania w stopniu w jakim funkcjonowała ona za czasów Saddama, który promował państwo świeckie. Wielu wyznawców innych religii musiało udać się na emigrację.

W więzieniach zarządzanych przez Stany Zjednoczone i nowy rząd Iraku dochodzi i dochodziło do licznych przypadków nadużyć i tortur: znęcanie fizyczne, psychiczne, emocjonalne. Zadawanie bólu, poniżanie prowadzące do załamań nerwowych, śmierci i samobójstw. Jest to obszar totalnej katastrofy i braku poszanowania dla podstawowych praw człowieka.

Do amerykańskich więzień w Iraku trafiło ponad 50 tysięcy Irakijczyków, bardzo nielicznym z nich postawiono zarzut popełnienia jakiegokolwiek przestępstwa.

Amerykańskie władze okupacyjne rekrutowały byłych oficerów budzącej przerażenie służby bezpieczeństwa działającej za czasów Saddama Husajna, po to by lepiej infiltrować szeregi ruchu oporu. Bezrobocie sięga pięćdziesięciu procent. Początkiem tego były masowe zwolnienia urzędników i żołnierzy, do których doszło w pierwszych tygodniach amerykańskiej okupacji. Z braku alternatyw, wiele z tych osób zaczęło później pracować na stanowiskach naznaczonych piętnem współpracy z okupantem, co oznaczało życie w ciągłym zagrożeniu zdrowia i życia.

Koszty utrzymania osiągają coraz wyższy poziom. Z kolei dochody społeczeństwa lecą na łeb na szyję.

Kurdowie, mieszkający w północnej części kraju, wypędzili stamtąd ludność arabską. Arabowie z kolei wypędzili Kurdów z terenów, na których stanowią większość.

Wielu ludzi związanych wcześniej z partią Baas zostało wypędzonych ze swoich domów. W działaniach tych uczestniczyli także żołnierze amerykańskiej armii. Często, w odwecie za śmierć swoich kolegów, niszczyli i burzyli oni domy Irakijczyków.

Gdy żołnierze amerykańscy nie znaleźli tego, kogo szukali, uprowadzali oni z domów żony zmuszając mężów do stawienia się w komendzie. Stosowali zatem praktykę prezentowaną często w hollywoodzkich produkcjach filmowych opisujących działania nazistów. Stosowanie wobec ludności cywilnej odpowiedzialności zbiorowej jest praktyką zakazaną przez Konwencję Genewską.

Nieprzerwane bombardowania dzielnic mieszkaniowych w irackich miastach pozostawiły po sobie niezliczoną liczbę zniszczonych domów, miejsc pracy, meczetów, mostów, dróg i wszystkiego tego, co jest wyznacznikiem cywilizacji.

Hafitha, Faludża, Samarra, Ramadi ... nazwy miast, które na długie lata pozostaną w pamięci i kojarzyć się będą z bezwględnym niszczeniem, morderstwem, okrucieństwem wobec ludzi i łamaniem praw człowieka przez armię Stanów Zjednoczonych.

Systemy wodociągowy i kanalizacyjny zostały z premedytacją zniszczone w czasie pierwszej wojny w Zatoce Perskiej w 1991 roku. Do roku 2003 Irakijczykom udało się odbudować główne elementy tej infrastruktury. Potem nadeszły jednak nowe fale amerykańskich nalotów bombowych.

Wojna domowa, szwadrony śmierci, samochody-pułapki, porwania, gwałty, to rzeczywistość każdego dnia. Irak stał się najbardziej niebezpiecznym miejscem na ziemi. Żołnierze armii amerykańskiej i funkcjonariusze prywatnych firm ochrony zabijają ludzi w biały dzień pozostawiając ich zwłoki na ulicy; jeszcze więcej ofiar ginie z rąk wyszkolonych przez Amerykanów żołnierzy armii i policji irackiej, śmierć sieją również ataki ruchu oporu. Całe nowe pokolenie dojrzewa w atmosferze przemocy i silnych więzów etnicznych, będzie to zatruwało naród iracki jeszcze przez wiele długich lat.

Wywiad amerykański oraz żandarmeria wojskowa często wypuszczają na wolność groźnych przestępców w zamian za obietnicę współpracy i szpiegowania przeciwko ruchowi oporu.

Uczestnicy rozmaitych protestów i demonstracji wielokrotnie ginęli od kul amerykańskich żołnierzy.

Kilkukrotnie Stany Zjednoczone pozbawiły życia, zraniły lub uwięziły dziennikarzy stacji telewizyjnej Al Dżazira, doprowadzono do zamknięcia irackiej siedziby tej stacji i zakazano jej dziennikarzom dostępu do niektórych rejonów Iraku. Wszystko to dlatego, że władzom okupacyjnym nie podobał się obraz wojny i okupacji przekazywany przez tę stację. Zamykano również gazety, które drukowały informacje niezgodne z linią Pentagonu. W tym samym czasie Amerykanie płacili za pisane na zamówienie artykuły, które były później dla celów propagandowych umieszczane w prasie irackiej.

Wolność jednak kwitnie w Iraku - wolność dla wielkich ponadnarodowych korporacji, które mogą czerpać do woli z zasobów naturalnych Iraku nie oglądając się na prawa pracownicze, ochronę środowiska czy interes publiczny. Podstawową zasadą robienia w Iraku interesów jest prywatyzacja, deregulacja i pomoc firmom takim jak Halliburton i inne zachodnie korporacje w czerpaniu ogromnych zysków. Firmy irackie zostały odsunięte od podziału łupów, chociaż posiadają one pewne możliwości, co pokazała odbudowa infrastruktury kraju po amerykańskich bombardowaniach prowadzonych w 1991 roku.

Pomimo tego, że trudno jest wskazać jakąkolwiek dziedzinę życia w Iraku, która w wyniku inwazji i okupacji uległa poprawie, wielokrotnie, gdy toczy się dyskusja dotycząca dzisiejszego Iraku, adwersarz, któremu nie pozostaje już żaden argument na obronę amerykańskich działań w tym kraju, pyta: "Powiedz mi jedno, czy nie jesteś zadowolony z tego, że obalono Saddama Husajna?" Moja odpowiedź: "Nie". Rozmówca pyta z niedowierzaniem: "Nie?" Odpowiadam: "Nie. Załóżmy, że masz problem z kolanem. Idziesz więc do chirurga a on, przez przypadek, amputuje Tobie całą nogę. Jaka była by Twoja odpowiedź na pytanie: 'Czy cieszysz się, że nie boli już Ciebie kolano?' Mieszkańcy Iraku nie mają już problemu z Saddamem".

Przypisy
[1] NPR, "Day to Day", 6 czerwca 2006
[2] New York Times, 19 maja 2006

William Blum - Raport antyimperialny
tłumaczenie: Sebastian Maćkowski
za lewica.pl

POWSTRZYMAĆ AMERYKAŃSKI IMPERIALIZM

Z danych empirycznych wynika, że w XX w., traktowanym jako całość, najbardziej wojowniczym, interwencjonistycznym i imperialistycznym rządem był rząd USA. To stwierdzenie będzie zapewne szokiem dla Amerykanów, którzy przez dziesiątki lat poddawani byli oficjalnej propagandzie i utrzymywani w przekonaniu, że w polityce zagranicznej rząd Stanów Zjednoczonych kieruje się wyłącznie szlachetnością, pokojowymi intencjami i umiłowaniem sprawiedliwości.

Tendencje ekspansjonistyczne w polityce USA zaczęły się nasilać pod koniec XIX w., kiedy stały się wyraźnie widoczne w wielu miejscach na świecie. Wtedy to Ameryka wydała wojnę Hiszpanii, przejęła władzę na Kubie, zajęła Porto Rico i Filipiny, a następnie brutalnie stłumiła powstanie Filipińczyków. Imperialistyczna ekspansja Stanów Zjednoczonych rozwinęła się w pełni podczas I wojny światowej. Włączając się do konfliktu, prezydent Woodrow Wilson przedłużył działania wojenne i masakry, a także przyczynił się do powstania przerażających zniszczeń, które doprowadziły bezpośrednio do triumfu bolszewików w Rosji i zwycięstwa nazistów w Niemczech. Wilson był geniuszem w dziedzinie ubierania amerykańskiej polityki światowej interwencji i dominacji w pozory pobożności i moralności. W rzeczywistości polityka ta polegała na naginaniu wszystkich państw do modelu amerykańskiego, na poskramianiu z jednej strony skrajnych i marksistowskich reżimów, a z drugiej - tradycyjnych rządów monarchistycznych.

To nie kto inny, lecz Woodrow Wilson zdecydował o charakterze amerykańskiej polityki zagranicznej na resztę tego stulecia. Niemal każdy następny prezydent uważał się za zwolennika Wilsona i kontynuował jego politykę. Nieprzypadkiem zarówno Herbert Hoover, jak i Franklin D. Roosevelt - przez długi czas uważani za krańcowo odmiennych polityków - odegrali istotną rolę w prekursorskiej amerykańskiej krucjacie globalnej, jaką była I wojna światowa. Nie przypadkiem również odwoływali się oni stale do swoich doświadczeń związanych z tą interwencją i traktowali je jako drogowskazy w polityce zagranicznej i wewnętrznej. Jedną z pierwszych decyzji Richarda Nixona było umieszczenie na swoim biurku portretu Woodrowa Wilsona.

W imię zapewnienia "samostanowienia narodów" i "zbiorowego bezpieczeństwa" rząd amerykański systematycznie realizował na całym świecie politykę światowej dominacji i tłumienia siłą każdego sprzeciwu wobec status quo. W imię walki z "agresją" - występując w roli światowego "żandarma" - sam stawał się wielkim, ustawicznym agresorem.

Jeśli ktoś nie może się pogodzić z takim opisem polityki amerykańskiej, to niech zwróci uwagę, w jaki sposób Stany Zjednoczone reagują zazwyczaj na jakikolwiek kryzys wewnętrzny lub międzynarodowy w dowolnym zakątku świata, nawet wówczas, gdy ma on miejsce w tak odległym rejonie, że trudno sobie wyobrazić, by stanowił bezpośrednie lub nawet pośrednie zagrożenie dla życia i bezpieczeństwa Amerykanów. Wojskowy dyktator Bleblestanu znalazł się w niebezpieczeństwie - być może jego poddanym znudziło się być przedmiotem wyzysku ze strony dyktatury. Stany Zjednoczone traktują sprawę z całą powagą. Dziennikarze przychylni Departamentowi Stanu i Pentagonowi piszą alarmujące artykuły o tym, jakie konsekwencje dla "stabilizacji" w Bleblestanie i w całym regionie może mieć obalenie dyktatora. Tak się składa, że dyktator jest "proamerykański" albo "prozachodni", to znaczy, że jest jednym z "naszych", a nie jednym z "nich". Miliony, a nawet miliardy dolarów amerykańskich idą na pomoc wojskową i gospodarczą w celu wsparcia bleblestańskiego marszałka. Gdy "naszego" dyktatora uda się wyratować, następuje głębokie westchnienie ulgi i wszyscy gratulują sobie, że uchroniliśmy "nasze" państwo od niebezpieczeństwa. Oczywiście stały lub zwiększony jeszcze ucisk amerykańskiego podatnika i obywateli Bleblestanu nie jest w tym równaniu brany pod uwagę. Jeśli dyktator Bleblestanu upadnie, w prasie i w kręgach urzędniczych może się rozpętać chwilowa histeria. Ale po pewnym czasie okaże się, że Amerykanie mogą jednak żyć po "utracie" Bleblestanu mniej więcej tak samo, jak przedtem, a może nawet lepiej, jeśli się okaże, że oszczędzą kilka miliardów dolarów wyciskanych z nich do tej pory na pomoc dla Bleblestanu.

Gdy zrozumiemy i przyjmiemy do wiadomości fakt, że Stany Zjednoczone będą usiłowały narzucić swoją wolę w każdym kryzysie, w każdym zakątku świata, to staje się oczywiste, że Ameryka jest wielkim mocarstwem interwencjonistycznym. Jedynym regionem, w którym Stany Zjednoczone nie próbują obecnie przeprowadzać żadnych akcji, jest Związek Radziecki i państwa komunistyczne [tekst powstał przed upadkiem ZSRR i większości państw komunistycznych - przyp. red.]. Ale oczywiście próbowały to czynić w przeszłości. Woodrow Wilson, razem z Wielką Brytanią i Francją oraz siłami sojuszniczymi, próbowali przez kilka lat zniszczyć bolszewizm w zarodku, posyłając do Rosji wojsko, które miało wesprzeć siły caratu ("białych") przeciwko czerwonym. Po II wojnie światowej USA robiły, co mogły, żeby wyrzucić Sowietów z Europy Wschodniej. Udało im się przepędzić ich z Azerbejdżanu. Pomogły też Brytyjczykom rozprawić się z reżimem komunistycznym w Grecji. Stany Zjednoczone starały się też za wszelką cenę utrzymać dyktatorskie rządy Chiang Kai-sheka w Chinach, przerzucając wojska Chianga na północ w celu okupacji Mandżurii, z której wycofali się po II wojnie światowej Rosjanie. W dalszym ciągu USA nie pozwalają Chińczykom na zajęcie przybrzeżnych wysp Quemoy i Matsu. Po zainstalowaniu na Kubie dyktatora Bokassy, Stany Zjednoczone próbowały następnie pozbyć się komunistycznego reżimu Castro, przeprowadzając różne akcje, poczynając od zmontowanej przez CIA inwazji w Zatoce Świń, a kończąc na próbie zamachu na Castro, przeprowadzonej przez CIA we współpracy z mafią.

Spośród wszystkich wojen prowadzonych w ostatnich czasach przez USA, najbardziej bolesnym dla Amerykanów doświadczeniem była wojna w Wietnamie. Stanowiła ona również przełom w ich postawie wobec polityki zagranicznej. W imperialistycznej wojnie wietnamskiej w miniaturowej wersji widać wszystkie błędy amerykańskiej polityki zagranicznej tego stulecia. Amerykańska interwencja w Wietnamie nie rozpoczęła się, jak sądzi większość ludzi, za Kennedy'ego albo Eisenhowera, ani nawet za Trumana. Rozpoczęła się najpóźniej wtedy, gdy 26 listopada 1941 r. rząd amerykański za prezydentury Franklina Roosevelta wystosował ostre i obraźliwe ultimatum wobec Japonii. Żądał w nim wycofania japońskich sił zbrojnych z Chin i Indochin (czyli późniejszego Wietnamu). Ultimatum to prowadziło nieuchronnie do Pearl Harbor. Stany Zjednoczone, które zaangażowały się w wojnę na Oceanie Spokojnym, żeby wyrzucić Japończyków z kontynentu azjatyckiego, posłużyły się OSS (poprzedniczka CIA) i wsparły antyjapoński komunistyczny ruch oporu Ho Chi Minha. Po zakończeniu II wojny światowej komunistyczny Viet Minh kontrolował całą północ Wietnamu. Wtedy Francja, która sprawowała do tej pory imperialną władzę w Wietnamie, złamała umowę z Ho i zmasakrowała siły Viet Minhu. Wielka Brytania i Stany Zjednoczone pomogły Francji w realizacji tego podstępu.

Gdy Francuzi przegrali z siłami odbudowanej partyzantki Viet Minhu dowodzonymi przez Ho, Stany Zjednoczone podpisały umowę genewską z roku 1954, w myśl której Wietnam miał być w krótkim czasie zjednoczony. Istniała bowiem powszechna zgoda co do tego, że powojenny podział na północną i południową strefę okupacyjną był całkowicie arbitralny i służył jedynie wygodzie wojskowych. Kiedy jednak Stanom Zjednoczonym udało się podstępnie przegnać Viet Minh z południowej części Wietnamu, złamały umowę genewską i Francuzów z ich marionetkowym cesarzem Bao Dai zastąpili własną klientelą. W południowym Wietnamie zainstalowały dyktatorski rząd Ngo Dinh Diema i jego rodziny. Kiedy Diem stał się niewygodny, CIA zorganizowała na niego zamach i wprowadziła nowy dyktatorski reżim. Dla zdławienia Viet Congu, narodowego ruchu niepodległościowego pod wodzą komunistów, Stany Zjednoczone doszczętnie spustoszyły zarówno Wietnam Północny, jak i Południowy. Przeprowadziły bombardowania, wymordowały milion Wietnamczyków i zawlokły pół miliona amerykańskich żołnierzy na trzęsawiska i w dżungle Wietnamu.

W trakcie tragicznego konfliktu wietnamskiego Stany Zjednoczone utrzymywały kłamliwą wersję zdarzeń, według której przyczyną wojny była "agresja" komunistycznego Wietnamu Północnego przeciwko pokojowemu i "prozachodniemu (cokolwiek by to miało znaczyć) państwu Wietnam Południowy, które zwróciło się do nas o pomoc. W rzeczywistości wojna była skazaną na niepowodzenie, ale długotrwałą próbą zdławienia przez USA dążeń przeważającej części Wietnamczyków. Miała zapewnić utrzymanie się przy władzy niepopularnych satelickich dyktatorów w południowej części kraju nawet za cenę ludobójstwa, gdy uznano to za konieczne.

Amerykanie nie przywykli do tego, by działania rządu Stanów Zjednoczonych nazywać "imperializmem", ale jest to termin niezwykle trafny. W szerszym znaczeniu imperializm można zdefiniować jako agresję państwa A przeciwko mieszkańcom kraju B oraz następującą po niej okupację. /.../ Ale imperializm nie musi występować w formie bezpośredniej władzy nad inną społecznością. W XX wieku forma pośrednia, "neoimperializm", w coraz większym stopniu zastępuje staroświecką formę bezpośrednią. Posługując się nią, państwo imperialistyczne sprawuje władzę poprzez skuteczną kontrolę nad miejscowymi satelickimi kacykami. /.../

Na szczególną ironię zakrawa fakt, że wojna zawsze umożliwia państwu mobilizację energii obywateli pod hasłem spieszenia krajowi na ratunek i obrony przed bestialskimi siłami zewnętrznymi. Podstawowym mitem, którym posługuje się państwo dla wybielenia wojny, jest plotka, jakoby wojna była prowadzona przez państwo w obronie jego obywateli. Tymczasem jest dokładnie odwrotnie. Chociaż wojna daje państwu siły, to jest dla niego również śmiertelnym zagrożeniem. Państwo może "polec" tylko w wyniku kapitulacji lub rewolucji. W przypadku wojny państwo mobilizuje więc histerycznie swoich obywateli do walki przeciwko innemu państwu w swojej obronie, stwarzając pozory, że to ono walczy w ich obronie.

W historii Stanów Zjednoczonych wojna stanowiła w zasadzie główną sposobność do wzmocnienia panowania państwa nad społeczeństwem, a wiele regulacji wprowadzonych w czasie jej trwania obowiązywało już na stałe. /.../ W czasie wojny 1812 r. przeciwko Wielkiej Brytanii po raz pierwszy na dużą skalę wprowadzono inflacyjny system cząstkowej rezerwy bankowej. Również wtedy pojawiły się cła ochronne, krajowy podatek federalny, stała armia i marynarka wojenna. Bezpośrednim skutkiem inflacji czasu wojny było ponowne założenie banku centralnego, Drugiego Banku Stanów Zjednoczonych. Właściwie wszystkie te etatystyczne przepisy i instytucje zadomowiły się już na trwałe i istniały nadal także po zakończeniu wojny. W wyniku wojny secesyjnej i związanego z nią praktycznie jednopartyjnego systemu utrwaliła się neomerkantylistyczna polityka wielkiego rządu i zasada subsydiowania dużych przedsiębiorstw poprzez cła ochronne na różne produkty, poprzez wielkie nadania ziemi i inne dotacje dla kolei oraz wprowadzenie federalnego podatku akcyzowego i kontrolowanego przez rząd federalny systemu bankowego. Po raz pierwszy przeprowadzono pobór wojskowy i nałożono podatek dochodowy, stwarzając groźny precedens.

Pierwsza wojna światowa przyniosła zmiany o decydującym znaczeniu i fatalnych skutkach. Nastąpił odwrót od gospodarki względnie wolnej, leseferystycznej, ku obecnie panującemu systemowi korporacyjnych monopoli państwowych w polityce wewnętrznej i ciągłej interwencji w polityce zagranicznej. Kolektywistyczna wojenna mobilizacja gospodarki, której przewodził prezes Rady Przemysłu Wojennego Bernard Baruch, spełniła najnowsze marzenia dużych przemysłowców i postępowych intelektualistów o skartelizowanej i zmonopolizowanej gospodarce zarządzanej przez władze federalne w ścisłej współpracy z wielkim biznesem. Tymczasowy kolektywizm stał się drogowskazem i modelem dla wielkich przedsiębiorców i polityków korporacyjnych, którzy widzieli w nim wzór dla gospodarki Stanów Zjednoczonych w czasie pokoju. Król zaopatrzenia w żywność, sekretarz handlu i późniejszy prezydent Herbert C. Hoover pomógł wprowadzić w życie zasady trwale zmonopolizowanej gospodarki etatystycznej, a realizacji wizji dopełnił Franklin D. Roosevelt, wznawiając w czasie Nowego Ładu działanie wszystkich powołanych na czas wojny agencji rządowych, a nawet przywracając do pracy ich kadry. Pierwsza wojna światowa zaowocowała także stałym interwencjonizmem, wzmocnieniem wprowadzonego właśnie Systemu Rezerwy Federalnej i podatku dochodowego, podwyższeniem budżetu federalnego, ustanowieniem powszechnego poboru i powstaniem ścisłych zależności między boomem gospodarczym, kontraktami wojennymi i pożyczkami dla państw zachodnich.

Druga wojna światowa stanowiła kulminację i spełnienie tych wszystkich dążeń. Franklin D. Roosevelt założył wreszcie Amerykanom dyby, spełniając obietnice zawarte w programie polityki wewnętrznej i zagranicznej Wilsona: trwałego przymierza między wielkim rządem, wielkim biznesem i wielkimi związkami zawodowymi; trwałego i stale rozwijanego przemysłu zbrojeniowego; poboru; stałej i wzrastającej inflacji. Spełnił też obietnicę, że Ameryka będzie po wieczne czasy pełnić rolę światowego "żandarma" kontrrewolucji. Świat Roosevelta, Trumana, Eisenhowera, Johnsona, Nixona, Forda, Cartera (a między ich administracjami nie ma zasadniczych różnic) to "liberalizm korporacyjny", realizacja ideału państwa korporacyjnego. /.../

Murray N. Rothbard

tłum. Witold Falkowski

Powyższy tekst stanowi fragment rozdziału "Wojna i polityka zagraniczna" książki autora pt. "For a New Liberty" (O nową wolność. Manifest libertariański).

Za pismem "Obywatel". Tytuł opublikowanego fragmentu pochodzi od redakcji "Obywatela".

WSZYSCY WSPIERAMY NASZYCH ŻOŁNIERZY PRAWDA?

Tak długo dopóki będę waszym naczelnym wodzem.

Podczas gdy walki w Iraku nie słabną, przynajmniej 2450 żołnierzy zostało zabitych, dziesięciokrotnie wzrosła też liczba żołnierzy poważnie rannych od początku inwazji na Irak w 2003 roku. Jeżeli te liczby utrzymają się maj stanie się najbardziej śmiertelnym miesiącem dla amerykańskich żołnierzy, z których średnio trzech będzie ginęło każdego dnia. 54 Koalicyjnych żołnierzy zostało zabitych w początku maja.

To prawdopodobnie wyjaśnia, dlaczego według badań opinii publicznej 72% żołnierzy stacjonujących w Iraku uważa, że w przyszłym roku USA powinny się wycofać z Iraku, a ponad 25% uważa, że USA, powinny się wycofać natychmiast. Według tych samych badań opinii publicznej zaledwie jeden na pięciu żołnierzy jest gotowy posłuchać wezwania wojennego zbrodniarza Busha, by "zostać tak długo jak tam jesteśmy potrzebni"

Okupacja trwa już czwarty rok i już do tej pory wyprodukowała 550 tysięcy weteranów. Morale żołnierzy jest niższe niż kiedykolwiek przedtem i spada równie szybko jak aprobata dla Busha. Dodatkowo sytuację pogarsza bezmyślne obstawanie przy w najwyższym stopniu absurdalnych przyrzeczeniach naczelnego wodza.

"Do wszystkich ludzi noszących mundury, składam wam tą przysięgę: Ameryka nie ucieknie w obliczu zamachów i morderców tak długo jak będę waszym naczelnym wodzem. Większość Amerykanów chce dwóch rzeczy w Iraku: oni chcą zwycięstwa naszych żołnierzy i chcą, żeby oni w możliwie jak najszybszym terminie wrócili do domu" on powiedział i nieprzytomnie "takie są także moje cele również. Dążę niczego innego jak do całkowitego zwycięstwa" Podobnie jak przedtem dążył on do nic innego jak całkowitego zwolnienia z służby wojskowej w Wietnamie, o czym jego żołnierze dobrze wiedzą.

W tym samym czasie wbrew retoryce ich szefa pozującego na jastrzębia znajdują się w mniej wygodnej sytuacji. W wyniku cięć podatkowych jest, co raz mniej opieki medycznej potrzebnej dla wsparcia żołnierzy.

Kiedy żołnierze wracają do domu z Iraku praktycznie rzecz biorąc nie stać ich na pomoc medyczną w celu wyleczenia się psychicznie i fizycznie z przeżyć w Iraku. W związku z cięciami w ich żołdzie i przysługujących im przywilejami, rzadki dostęp do opieki medycznej w tej chwili, w przyszłości będzie jeszcze trudniejszy.

Dowodem na to może być starszy szeregowy piechoty morskiej James Crosby. Opuścił on Irak przypięty do noszy po tym jak w wyniku ostrzału dostał szrapnelami. Jego nogi zostały sparaliżowane a odłamki znalazły się w wnętrznościach. Kiedy opuścił strefę bojową w drodze do domu zorientował się, że wojsko obcięło mu żołd o 50%.

"Zanim odchodzisz z strefy bojowej oni biorą twój dowód osobisty przesyłają informacje przez komputer i dopiero wtedy udajesz się do bazy, gdzie ci płacą" - powiedział

Oczywiście on wspiera naszych żołnierzy.

Weterani są inną sprawą, jednak coraz większa ich liczba zdaje sobie coraz bardziej sprawę z różnicy pomiędzy tym, co ich "naczelny wódz" mówi a tym, co robi. Podczas gdy Bush jest zajęty mówieniem dziennikarzom, że wspiera oddziały w Iraku, nawet strony wojskowe zamieszczają historie podobne do tej z 28 lutego tego roku zatytułowanej "Weterani mogą być pozbawieni opieki medycznej", według niej przynajmniej dziesięciu tysiącom weteranów, których stan zdrowia nie jest krytyczny zostanie odmówiona opieka medyczna, lub też otrzymają ją z opóźnieniem, by umożliwić prezydentowi Bushowi spełnienie jego obietnicy, że w następnych latach deficyt zostanie zmniejszony o połowę, jeżeli Biały Dom myśli poważnie o proponowanym budżecie. Przez następne lata budżet, Busha zmieni obecne liczby. Nawet, jeżeli w przyszłym roku koszty opieki nad weteranami będą rosły to w następnych latach administracja Busha zamierza je ciąć.

W tej samej historii reprezentant Chet Edwards członek partii demokratycznej w Teksasie stwierdził, że "Administracja Busha proponując ciecia w opiece medycznej dla weteranów w kolejnych latach nie podchodzi poważnie do własnego budżetu"

Niepokojące sygnały wskazujące, że tak właśnie wygląda plan "wsparcia oddziałów w Iraku" Busha można znaleźć w raporcie komisji budżetowej.

Budżet prezydencki na pomoc dla weteranów w roku 2007, przewiduje przeznaczenie na programy dla weteranów ponad 36,1 miliardów dolarów, i jest mniejszy o 2,9 miliardów od tego przeznaczonego w budżecie w 2006 roku.

W kolejnych latach prawie, co roku będą ciecia w budżecie na pomoc weteranom. Wysokość ich w ciągu pięciu lat zmniejszy się o 10 miliardów.

Cóż "ich naczelny wódz" w ciągu kolejnych pięciu lat obetnie budżet na opiekę medyczną dla weteranów o 10 miliardów dolarów.

Wspieranie żołnierzy w stylu Pentagonu.

Chcąc ocalić żołnierzy przed brakiem opieki medycznej Pentagon znalazł pomysłowe rozwiązanie: jego istotą jest pozwalanie im dalej walczyć. W ostatnim tygodniu wyszło na jaw, że wojsko łamie własne zasady dotyczące żołnierzy chorych psychicznie poprzez posyłanie ich do walki. Ostatnie wiadomości związane z raportem Hartford Courant stwierdzają:

"Żołnierze armii amerykańskiej z objawami chorób psychicznych są posyłani do Iraku a nawet pozwala im się tam pozostać pomimo tego, że ich przełożeni są świadomi, że mają oni symptomy choroby psychicznej."

Cytując dane uzyskane na mocy Freedom of Information Act i wywiady z członkami rodzin wojskowych gazeta podaje "Są coraz liczniejsze przypadki, gdy wojsko nie przestrzega własnych regulacji w wykrywaniu, leczeniu i ewakuacji żołnierzy z problemami psychicznymi w Iraku" Gazeta podaje, że 225 żołnierzy popełniło samobójstwa w Iraku w ostatnim roku, co jest największą liczbą od rozpoczęcia wojny.

Ten artykuł opisuje przypadki żołnierzy, którzy popełnili samobójstwo pomiędzy rokiem 2004 a 2005 a którym przepisano po konsultacji lekarskiej lub jej braku środki przeciwdepresyjne.

Vera Sharav przewodnicząca Alliance for Human Research Protection nie ukrywa potępienia "nie mogę wyobrazić sobie coś bardziej nieodpowiedzialnego niż podawanie żołnierzom cierpiącym z powodu stresu bojowego środków przeciwdepresyjnych, gdy wiadomo, że ludzie biorący te środki są skłonni do samobójstw i zabójczych skłonności. Sami tworzymy chemiczne bomby zegarowe, które w każdej chwili mogą wybuchnąć"

Artykuł cytuje także doktora Artura Blanka juniora specjalistę od stresu pobitewnego, który został uznany za chorobę po wojnie w Wietnamie. "Jestem zaniepokojony, że ludzie z tymi symptomami są odsyłani z powrotem. To się nie zdarzało przedtem w tym kraju"

Przekształcanie żołnierzy w bomby zegarowe.

Lekarze są jednogłośni w kwestii, że po powrocie do domu żołnierze powinni otrzymać natychmiast odpowiednią pomoc medyczną: "Jeżeli nie udzielimy im pomocy w ciągu pięciu lat po powrocie oni będą mieli problemy przez całe życie" mówi profesor psychologii John Wilson z Uniwersytetu w Cleveland. W artykule dla Associated Press dodał "W Iraku przez cały czas są oni we wrogim środowisku, które na nich oddziałuje. Jedną, z rzeczy, którą nauczyliśmy się z Wietnamu jest to, że jeżeli nie zostanie im udzielona natychmiastowa pomoc będą stanowić problem"

Tragiczna śmierć 19 letniego żołnierza piechoty morskiej Andresa Raya znakomicie potwierdza ten stan. Młody człowiek zdecydował się popełnić samobójstwo wszczynając strzelaninę z policją w celu uniknięcia zbliżającego się powrotu do Iraku.

Andres Ray, który uczestniczył w kwietniu 2004 roku w szturmie na Falludżę otrzymał urlop i powrócił do USA 8 stycznia 2005 roku. Jego matka opisując później jego stan w gazecie Modesto Bee powiedziała, że "on wrócił inny".

Mówił swojej rodzinie kilkanaście razy, że on nie zamierza wrócić do Iraku. Według lokalnej policji Raya udał się do sklepu z alkoholem w Ceres ubrany w poncho "i mówiąc o tym jak bardzo on nienawidzi świata" poprosił właściciela sklepu by wezwał policję. Oficer Sam Ryno odpowiedział. Kiedy przyjechał Raya wyciągnął karabin szturmowy i zaczął strzelać raniąc poważnie policjanta. Kiedy inny oficer pojawił się przed sklepem z alkoholem Raya zabił go strzelając dwa razy w plecy a następnie zniknął. Trzy oddziały lokalnej policji i SWAT zostały wysłane by znaleźć oszalałego weterana. Kiedy go znaleźli rozgorzała strzelanina, w której Raya zginął ugodzony przez 60 kul.

Według artykułu z gazety w końcowej bitwie Raya "wykorzystał technikę, którą wykorzystują nasze oddziały w Iraku i którą można zobaczyć w wiadomościach" Szef policji z Ceres stwierdził "to była z premedytacją zaplanowana zasadzka, to było zabójcze dla policjantów"

PTSD

Weterani, którzy powrócili z Iraku borykają się z odnowieniem swojego życia walcząc z Syndromem Stresu Pobitewnego, którego symptomy można rozpoznać po gniewie, szale, bezsenności, izolacji, lękach i antyspołecznym zachowaniu. W kolejnej historii Associated Press z 28 kwietnia tego roku opisano przypadek Roberta Hornbecka lat 23 znalezionego w hotelu w Savannah w Georgi po tym jak dwanaście dni wcześniej zgłoszono jego zaginięcie.

"Ciało żołnierza z Fortu Benning wraz z wyposażeniem zostało znalezione w hotelu, po tym jak goście zaczęli się skarżyć na nieprzyjemny zapach na korytarzu" można przeczytać w artykule. Hornbeck spędził rok z trzecią dywizją w Iraku i miał się ożenić z narzeczoną w lipcu. Z powodu braku terapii Stresu Pobitewnego "Pracownik hotelu De Soto znalazł jego ciało w systemie wentylacyjnym hotelu strażacy ubrani w wyposażenie przy pożarze wyciągnęli jego ciało kilkanaście godzin później" Jego ojciec uważa, że w chwili śmierci był pijany.

Także inni żołnierze powracający z Iraku cierpią na traumę z powodu swoich doświadczeń z Iraku. Joshua Omving żołnierz z Iowy powrócił do domu i zastrzelił się na oczach swojej matki Radząc sobie z bólem po stracie syna jego rodzice stworzyli stronę internetową z wspomnieniami po swoimi synu, na której publikują listy od żołnierzy "jest ich setki każdego dnia - tak wiele łamiących serce opowieści. To jest jak ta sama opowieść tylko z innymi imionami i z różnych miast. Jest w nich tak wiele bólu"

W 2004 roku ukazał się w New England Journal of Medicine artykuł na podstawie badań przeprowadzonych wśród żołnierzy kilkunastu jednostek armii piechoty morskiej, którzy powrócili z Iraku i Afganistanu. Według niego zaledwie od 23 do 40% starało się o leczenie w związku z PTSD, gdyż jego objawy następują długo po zakończeniu traumy.

Zeznania instytucji rządowych i innych.

W ostatnim tygodniu Government Accountability Office ogłosiło, że "według rządowego raportu mniej niż 1/4 weteranów z Iraku i Afganistanu, którzy wykazywali objawy stresu pobitewnego otrzymała opiekę medyczną".

Niezależnie od tego VA potwierdziła, że zaledwie 35% weteranów, którzy służyli w Iraku starało się o uzyskanie leczenia medycznego w związku z problemami emocjonalnymi w wyniku wojny. Te dane statystyczne zostały potwierdzone przez raport wojskowy.

Artykuł napisany przez Judith Coburn i zamieszczony w TomDispatch opublikowany w kwietniu tego roku ujawnia wiele niepokojących informacji.

Prawie 1/3 weteranów korzystających z opieki VA lub z klinik przebywała tam z powodu choroby psychicznej. Te liczby są zgodne z danymi ze studium armii na temat żołnierzy z Afganistanu i Iraku. Taka ilość może się dwukrotnie zwiększyć (w zależności od tego jak długo będzie trwała okupacja) ilość weteranów potrzebująca opieki medycznej wzrośnie do pół miliona.

VA przyznaje, że jej system emerytalny był przeciążony jeszcze przed inwazją na Irak. W 2004 roku liczba emerytów wojskowych wyniosła 300,000. Teraz ich liczba się podwoiła wynosi 540,122. W kwietniu 2006 roku liczba podań o emeryturę wzrosła o kolejne 25%, są one rozpatrywane w ciągu sześciu miesięcy. Więc weterani, którzy odnieśli ciężkie rany niezdolni do pracy są przez prawie pół roku pozostawieni sami sobie. Gorzej jest w przypadku rozpatrywania apelacji od odmowy często rozpatrzenie ich trwa latami. Do tej pory weterani z Iraku i Afganistanu wnieśli 123 tysiące podań o niezdolność do służby i rentę. Jednakże z powodu budżetu administracja Busha odmawia żądaniom kongresu zwiększenia środków na VA. Oto, co urzędnicy VA napisali:

"VA nie jest w stanie sprostać zapotrzebowaniom weteranom z poprzednich kontyngentów a ciągle dochodzą nowi weterani z Iraku i Afganistanu oraz ich rodziny z swoim potrzebami.

Jak wielu weteranów z Iraku i Afganistanu dołączy do szeregów 400.000 bezdomnych weteranów żyjących na ulicach naszych miast?

Każdy wspiera naszych żołnierzy prawda?

Odpowiadając na pytanie zawarte w przemówieniu wygłoszonym 20 maja dzień po rocznicy rozpoczęcia inwazji na Irak Bush stwierdził "oto jest najlepszy sposób, w jaki możesz wesprzeć nasze oddziały w Iraku. Znajdź rodzinę, której dziecko służy w Iraku i powiedz, że doceniasz to. Spytaj ich czy możesz im w czymś pomóc."

Teraz nadszedł czas by to zrobić. To będzie kosztowało więcej niż umieszczenie żółtych wstążek z napisem "wspieramy nasze oddziały" na szybach samochodów. Czy patriotyczni obywatele Stanów Zjednoczonych są gotowi wesprzeć nasze oddziały? Bo wygląda na to, że ich naczelny wódz tego nie zamierza.

Dahr Jamail
Tłum. Piotr
Za Indymedia 27-06-2006

Z ZAWIĄZANYM OCZAMI

Uprowadzony w biały dzień, więziony miesiącami, torturowany, bity, a potem porzucony gdzieś w polu - to nie relacja z gangsterskich porachunków ani z żadnej z dyktatur Trzeciego Świata. Dziennikarka Dana Priest, która jako pierwsza opisała tajne operacje CIA w Europie, opisuje kulisy porwania niewinnego Niemca.

W maju 2004 r. Biały Dom wysłał ambasadora w Niemczech z wizytą do tamtejszego ministra spraw wewnętrznych. Instrukcje Departamentu Stanu przekazano Danielowi R. Coatsowi przez berlińską siedzibę CIA, ponieważ były one zbyt poufne, by zastosować zwyczajną drogę dyplomatyczną. Tak twierdzi kilka osób, które mają wiedzę na temat rozmowy ambasadora z ministrem.

Źródła te podają, że Coats poinformował niemieckiego polityka o omyłkowym, pięciomiesięcznym uwięzieniu przez CIA obywatela Niemiec Khaleda Masriego oraz o planowanym wypuszczeniu go na wolność. Amerykański ambasador zwrócił się do niemieckiego rządu o zachowanie milczenia w tej sprawie, nawet jeśli sam Masri zdecyduje się ją upublicznić. Przywódcy USA obawiali się ujawnienia tajnego programu polegającego na zatrzymywaniu poza granicami Stanów Zjednoczonych osób podejrzanych o działalność terrorystyczną i przerzucaniu ich z kraju do kraju. CIA chciała też uniknąć procesów.

Realizując plan likwidacji międzynarodowych siatek terrorystycznych, CIA (we współpracy z innymi agencjami wywiadu) pojmała około trzech tysięcy osób, w tym kilku przywódców Al-Kaidy. Nie sposób jednak określić, jak wiele błędów popełniono w trakcie tej operacji.

Błąd zatrzymania

O ile z więzienia wojskowego nad zatoką Guantanamo zwolniono już po szczegółowym zbadaniu 180 osób, o tyle w przypadku ludzi zatrzymanych przez CIA nie istnieje żaden trybunał ani sąd, który mógłby ocenić dowody zebrane przez tajnych agentów. Ci sami urzędnicy, którzy decydują o pojmaniu i przesłuchiwaniu podejrzanych, są również odpowiedzialni za ewentualne naprawianie własnych błędów. Jak twierdzi kilku obecnych i byłych pracowników wywiadu, główny inspektor CIA bada ostatnio coraz więcej przypadków "błędnego zatrzymania".

Wśród niesłusznie zatrzymanych jest wiele osób, których nazwiska podali w trakcie przesłuchań przywódcy Al-Kaidy. Podobno był wśród nich Bogu ducha winny profesor uniwersytecki, który dał kiedyś członkowi Al-Kaidy niską ocenę.

Choć CIA przyznała się do błędu przed niemieckim ministrem spraw wewnętrznych Otto Schillym, to jednocześnie podjęła niemały wysiłek, by szczegóły zatrzymania Masriego nigdy nie ujrzały światła dziennego. Podczas gdy niemiecki prokurator pracuje nad relacjami Niemca o porwaniu i torturach, członkowie rządu, którzy wiedzieli o jego losie, milczą. Adwokaci zatrzymanego złożyli już w amerykańskich sądach pozew przeciwko rządowi Stanów Zjednoczonych.

Masri był przetrzymywany przez pięć miesięcy głównie dlatego, że szefowa oddziału do spraw Al-Kaidy przy Centrum Antyterrorystycznym CIA sądziła, że jest on kimś innym, jak twierdzi były pracownik CIA.

Po atakach z 11 września 2001 r. presja na zlokalizowanie i schwytanie potencjalnych terrorystów odczuwalna jest szczególnie w jednym z departamentów CIA, tzw. Centrum Antyterrorystycznym, które jeszcze do niedawna mieściło się w piwnicy jednego ze starszych budynków mocno podstarzałego kompleksu stanowiącego centralę CIA.

Oficerowie operacyjni i analitycy siedzieli obok siebie, chodziło bowiem o to, by błyskawicznie reagować na wszelkie wskazówki i tropy. Po 11 września istniała obawa, że dojdzie do kolejnego ataku. - Logika działania była następująca: jeśli jeden z nich się nam wymknie i będą kolejne ofiary śmiertelne, to my będziemy za to odpowiedzialni - twierdzi oficer CIA, który - jak wielu innych cytowanych w niniejszym artykule - nie zgodził się na podanie swojego nazwiska z uwagi na tajny charakter omawianych kwestii.

Skuteczność Centrum Antyterrorystycznego zależy w znacznym stopniu od działania specjalnego zespołu złożonego z oficerów śledczych, oddziałów paramilitarnych, analityków i psychologów. Członkowie zespołu wymyślali najlepszy sposób na "zdjęcie" kogoś z ruchliwej ulicy, z górskiego szlaku lub lotniska, gdzie roiło się zazwyczaj od lokalnych sił porządkowych.

Ubrani od stóp do głów na czarno i z zamaskowanymi twarzami rozbierają schwytaną osobę, robią jej lewatywę i dają środki nasenne. Następnie ubierają w kombinezon z pieluchą, gdyż podróż trwa czasem nawet cały dzień. Jej celem jest albo areszt w jednym ze współpracujących z USA krajów Bliskiego Wschodu i Azji Środkowej (włącznie z Afganistanem), albo jedno z tajnych więzień CIA - w dokumentach Agencji nazywanych "czarnymi miejscami" (black sites) - działających w ośmiu krajach, w tym również w Europie Wschodniej.

Bajka o bombie w butach

Po atakach z 11 września personel Centrum wzrósł niemal z dnia na dzień z 300 do 1200 osób. - Była to ziemia obiecana antyterrorystów. Nie musieliśmy się z nikim liczyć i mieliśmy niezłą zabawę - twierdzi były agent. Po atakach do Centrum zaczęły spływać tysiące tropów i podejrzeń na temat możliwych zagrożeń. CIA już raz przeoczyła plan ataku, więc teraz przekazywano dalej każdą plotkę. - Wszelkie mechanizmy kontroli jakości, które obowiązywały 10 września 2001 r., zostały wyeliminowane dzień później - wspomina były wysoki oficer wywiadu. J. Cofer Black, były zawodowy szpieg, który latami ścigał Osamę ben Ladena, został mianowany szefem Centrum. Miał specjalny dostęp do prezydenta Busha od chwili, gdy przedstawił mu plan CIA dotyczący wojny w Afganistanie. Znajomi wspominają, że rozmowa z Bushem natchnęła szefa Centrum, który od tego czasu zaczął przemawiać do podwładnych kaznodziejskim tonem.

Niektórzy współpracownicy twierdzą, że zapał szefa pasował do nowych zadań, jakie postawił przed CIA prezydent Bush, podpisując ściśle tajne rozporządzenie sześć dni po atakach z 11 września. Według obecnych i byłych pracowników wywiadu dawało ono Agencji niezwykle szerokie uprawnienia w zakresie prowadzenia tajnych operacji, w tym prawo do stosowania metod niebezpiecznych dla życia, prawo do porywania podejrzanych, prowadzenia kampanii dezinformacyjnych oraz ataków komputerowych wymierzonych w Al-Kaidę.

Szef Centrum był krytykowany za wprowadzenie w życie "modelu hollywoodzkiego" i zaniedbanie żmudnej rekrutacji agentów i penetrowania siatek terrorystów. Zamiast tego skoncentrowano się na bardziej widowiskowych operacjach paramilitarnych, które okazały się tak skuteczne w Afganistanie i które cieszyły się poparciem Białego Domu.

Osobą, która najczęściej odgrywała kluczową rolę przy wysłaniu zespołu zajmującego się porwaniami, była dawna specjalistka od spraw Związku Radzieckiego, kobieta, której sterczące włosy pasowały do niezwykle ekspansywnej osobowości. Jej nazwisko jest ściśle tajne. Zdobyła reputację osoby agresywnej i pewnej siebie. Krytycy zwracali uwagę na jej nadgorliwość w zezwalaniu na działania paramilitarne.

Jednym ze sposobów na pozbycie się aresztantów, których agencja nie chce dłużej przetrzymywać, jest przerzucenie ich do wojskowej bazy Guantanamo na Kubie, gdzie resort obrony decyduje, czy wypuścić daną osobę na wolność. "The Washington Post" dokonał przeglądu zeznań przed trybunałem wojskowym oraz innych materiałów. Wynika z nich, że CIA przerzuciło do bazy Guantanamo około 12 podejrzanych. Niektórzy pracownicy CIA twierdzą, że baza na Kubie stała się śmietnikiem, do którego Agencja "wyrzuca" swoje pomyłki. Inni polemizują z tym poglądem i bronią procedury przekazywania podejrzanych wojsku. Przyznają, że zdarzały się przypadki wysłania do bazy osób, które nie posiadały tak cennych informacji, jak przypuszczano, ale i tak były to osoby niebezpieczne.

Wśród zwolnionych z Guantanamo jest Mamdouh Habib, urodzony w Egipcie obywatel Australii zatrzymany przez CIA w Pakistanie w październiku 2001 r., a następnie - według akt sądowych - przewieziony do Egiptu na przesłuchanie. Utrzymuje on, iż przypalano mu skórę papierosami, aplikowano wstrząsy elektryczne i bito. Po sześciu miesiącach znalazł się w bazie Guantanamo, skąd na początku tego roku został zwolniony bez postawienia zarzutów.

Inny zatrzymany przez CIA to Mohamedou Oulad Slahi, Mauretańczyk i były mieszkaniec Kanady, który twierdzi, że sam oddał się w ręce mauretańskiej policji 18 dni po atakach z 11 września po tym, jak dowiedział się, że jest poszukiwany przez Amerykanów. CIA zabrało go do Jordanii, gdzie - według jego zeznań - przez osiem miesięcy był przesłuchiwany, zanim przeniesiono go do Guantanamo.

Jest też Muhammad Saad Iqbal Madni, Egipcjanin uwięziony przez władze Indonezji w styczniu 2002 r., gdy ktoś usłyszał, jak opowiada - według jego zeznań miał to być żart - o nowej technologii bomb ukrytych w butach. Przetransportowano go do Egiptu na przesłuchania, a cztery miesiące później przekazano CIA. Po spędzeniu 13 miesięcy w Afganistanie został ulokowany w bazie Guantanamo.

Khaled Masri ściągnął na siebie uwagę władz Macedonii w sylwestra 2003 roku. Jest bezrobotnym ojcem pięciorga dzieci mieszkających w niemieckim mieście Ulm. Twierdzi, że pojechał do Macedonii autobusem, by odprężyć się po konflikcie z żoną. Na przejściu granicznym w Tabanovcach został zatrzymany przez policję, ponieważ jego nazwisko brzmiało podobnie do nazwiska osoby związanej z jednym z porywaczy z 11 września. Policjanci zabrali go do Skopje, stolicy Macedonii, gdzie umieścili w motelu, w pokoju z przyciemnionymi oknami. Mieli go traktować uprzejmie, acz zdecydowanie. Pytali o paszport, który ich zdaniem był podrobiony, o Al-Kaidę i meczet, do którego uczęszczał. Nie mówiąc nic Masriemu, Macedończycy skontaktowali się z biurem CIA w Skopje. Jego szef był na urlopie, ale zastępujący go młodszy oficer był bardzo podekscytowany możliwością przyczynienia się do walki z terroryzmem. Ponieważ szef Departamentu Europy również był na urlopie, młody oficer w Skopje skontaktował się bezpośrednio z Centrum Antyterrorystycznym.

W pierwszych tygodniach 2004 r. wywiązała się dyskusja, czy CIA powinno przejąć Masriego od lokalnych władz i wywieźć z kraju w celu przesłuchania. Za takim rozwiązaniem opowiadała się szefowa wydziału ds. Al-Kaidy. Inni mieli wątpliwości. Chcieli poczekać na wyniki badania paszportu. Brakowało dowodów, że Masri był kimś innym niż niemieckim obywatelem podróżującym po kłótni z żoną.

Podejrzane nazwisko

Spór wygrała szefowa wydziału i rozkazała przewiezienie zatrzymanego do więzienia CIA w Afganistanie. Dwudziestego trzeciego dnia jego pobytu w motelu Masri - jak sam zeznał - został związany i zakuty w kajdanki. Policjanci zawiązali mu przepaskę na oczach i wrzucili do furgonetki, którą więzień został przewieziony do odizolowanego budynku na terenie lotniska. Tam, w kompletnej ciszy zdjęto mu ubranie. Gdy zmieniano przepaskę na oczach, dostrzegł on "siedmiu lub ośmiu ludzi ubranych na czarno i zamaskowanych". Następnie więźnia uśpiono środkami nasennymi przed długim lotem. Masri mówił, że jego cela w afgańskim więzieniu była zimna, brudna, że mieściła się w piwnicy pozbawionej światła, a do okrycia miał jeden brudny koc. Powiedział, że pierwszej nocy był kopany, bity i ostrzegany przez przesłuchującego go mężczyznę, który mówił: Jesteś w kraju, w którym nikt nic o tobie nie wie, w kraju bezprawia. Jeśli umrzesz, pogrzebiemy cię i nikt nie zauważy, że coś się wydarzyło.

Masri twierdzi, że za dnia pilnowali go Afgańczycy. W nocy pojawiali się mężczyźni mówiący po angielsku z amerykańskim akcentem, którzy go przesłuchiwali. Od czasu do czasu człowiek w masce, którego uważał za lekarza, przychodził, aby zrobić mu zdjęcia, pobrać krew i próbkę moczu. Tymczasem w Centrum Antyterrorystycznym paszport Niemca poddano badaniu. W marcu stwierdzono, że jest prawdziwy. CIA uwięziła niewinnego człowieka.

W siedzibie agencji zastanawiano się: co dalej? Niektórzy chcieli udać się bezpośrednio do niemieckiego rządu, inni woleli tego nie robić. Ktoś zaproponował odwiezienie zatrzymanego z powrotem do Macedonii i uwolnienie. - Nie byłoby żadnych śladów. Żadnego biletu lotniczego. Niczego. Nikt by mu nie uwierzył. W prasie pojawiłaby się krótka wzmianka, a potem sprawa by ucichła - twierdzi były agent.

Gdy wiadomość o pomyłce dotarła do szefa CIA George'a Teneta, przygotował on listę możliwych rozwiązań. Condoleezza Rice, ówczesny doradca prezydenta Busha ds. bezpieczeństwa narodowego, oraz zastępca sekretarza stanu Richard L. Armitage uważali, że Niemcy muszą być o wszystkim powiadomieni. Podobne stanowisko prezentował też Tenet. Wysocy rangą urzędnicy Departamentu Stanu postanowili skontaktować się z ministrem spraw wewnętrznych Otto Schillym, który twardo popierał Busha nawet wtedy, gdy wojna w Iraku popsuła stosunki między dwoma krajami. Ambasador Coats miał świetny kontakt z Schillym.

CIA było za ujawnieniem jak najmniejszej ilości informacji. Departament Stanu nalegał, by powiedzieć Niemcom wszystko. Tymczasem Masri zapadł na depresję. Twierdzi, że uspokajały go rozmowy ze współwięźniami i lektura Koranu. Na tydzień przed uwolnieniem w maju 2004 r. odwiedził go Niemiec z bródką, który przedstawił się jako Sam. Masri spytał go, czy jest przedstawicielem niemieckiego rządu i czy ten wie o jego pobycie w Afganistanie. Mężczyzna odmówił odpowiedzi. - Czy przynajmniej moja żona wie, że tu jestem? - spytał Masri.

- Nie - padła odpowiedź.

Sam powiedział zatrzymanemu Niemcowi, że zostanie on wkrótce wypuszczony na wolność, ale że nie otrzyma żadnych dokumentów poświadczających jego przejścia. Masri usłyszał, że Amerykanie nigdy nie przyznają się do tego, że go więzili. Według niego w dniu uwolnienia naczelnik więzienia powiedział, że powodem aresztowania było "podejrzane nazwisko". Kilku pracowników wywiadu i dyplomatów ujawniło, że Macedonia nie chciała przyjąć zatrzymanego z powrotem, więc CIA zorganizowało lot do Albanii. Masriego zostawiono o świcie przy wąskiej, wiejskiej drodze. - Zabronili mi patrzeć za siebie. Balem się, że strzelą mi w plecy - wspomina.

Dość szybko spotkał trzech uzbrojonych mężczyzn, którzy wieźli go całą noc na lotnisko Matki Teresy w Tiranie. Niemiec twierdzi, że do samolotu eskortował go Albańczyk. Masri połączył się z dziećmi i żoną, która przeprowadziła się do Libanu, ponieważ nie mogła się dowiedzieć, co stało się z jej mężem. Masri, bezrobotny i osamotniony, mówi, że ani jego znajomi z Niemiec, ani Arabowie nie chcą się z nim spotykać ze względu na rozgłos towarzyszący jego osobie.

Tymczasem niemiecki prokurator pracuje nadal nad jego sprawą. Macedoński kierowca autobusu potwierdził, że Niemca zabrała straż graniczna. Badanie włosa Masriego wskazuje, iż w okresie rzekomego uwięzienia był niedożywiony. Z archiwum lotów wynika, że w dniu, w którym według niego odbyła się podróż do Afganistanu, z Macedonii wyleciał samolot zarejestrowany na CIA.

Masriemu brakuje słów na opisanie tego, co przeżył. - Mam bardzo złe zdanie o Stanach Zjednoczonych. Tam jest tak samo, jak w krajach arabskich: aresztuje się ludzi, nieludzko traktuje, a wszystko to poza prawem.

Dana Priest
The Washington Post, 2005
Za tygodnik Forum

KAŻDY Z NAS JEST WINNY ZBRODNI W IRAKU

My
W ubiegły piątek miałem wykład na uniwersytecie teksańskim w Austin. Po spędzeniu godzin wartych "Potwornych nowin z Iraku" zadano mi pytanie, którego się spodziewałem "Czy cokolwiek dobrego dzieje się tam teraz? Rozumiem, dlaczego ludzie pytają się mnie o to. Tam musi być przecież nadzieja no nie?

Zasugerowałem, że ludzie z prasy wojskowej zawsze mogą się udać i zamieścić na stronach gazet "coś dobrego" z Iraku. Tutaj przytaczam jedną z takich fałszywych wiadomości. Rozpowszechniona w czasie mojego drugiego pobytu w Iraku wiadomość z 21 maja 2004 roku "Tymczasowe władze koalicyjne przekazały ostatnio setki piłek irackim dzieciom w Karbali, Ramadii i Hilli. Irackie kobiety z Hilii wyszyły te piłki. Na piłkach jest umieszczony napis "wszyscy z nas współuczestniczą w budowie nowego Iraku"

Oni
Tego samego wieczora po prezentacji otrzymałem email od znajomego lekarza w Bagdadzie. Email dotyczy odpowiedzi na zadane mi pytanie, więc go przytoczę "Drogi Dahr zastanawiam się, dlaczego Amerykańskie i koalicyjne siły są wspierane przez pro irańskie milicje takie jak organizacja Badr! Wsparcie i pomoc irackich szyitów umożliwiła na początku stabilizację i utrzymanie okupacji. Szwadrony śmierci wyćwiczone przez siły okupacyjne pracują dzień i noc pod przykrywką ministerstwa spraw wewnętrznych atakując niewinnych ludzi zarówno sunnitów jak i szyitów!!! Pomimo tego, że wszyscy wiedzą, kto to robi nie widać żadnego postępu w zakresie bezpieczeństwa. Wręcz przeciwnie sytuacja pogarsza się, co raz bardziej. Wielu moich kolegów zarówno lekarzy ja i przedstawicieli innych zawodów błaga o pomocy w wydostaniu się z Iraku by uratować swoje życie i życie swoich rodzin! Jedyni przegrani tutaj to Irakijczycy. Jedyni Irakijczycy, którzy odnieśli korzyści z wojny to ci, którzy mieszkają poza Irakiem oraz ci żyjący w ich dużym zamku zwanym Zieloną Strefą!!! Wszyscy wiedzą, że inwazja na Irak została przeprowadzona na podstawie fałszywych świadectw i kłamstw!!! To, co się dzieje w Iraku różni się wiele od tego, co podają media! Jestem tego świadomy".

Nigdy się nie działo tak źle w Iraku jak obecnie, to może być zaskoczenie dla wielu ludzi w USA nawet dla tych, którzy nie popierali tej nielegalnej inwazji i okupacji. Irak od samego początku był katastrofą.

Kiedy słyszę to pytanie za każdym razem przed moimi oczyma przesuwa się kilkanaście scen z mojego pobytu w Iraku, gdy szukam odpowiedzi na pytanie czy w Iraku dzieje się cokolwiek dobrego od początku amerykańskiej inwazji.

Później
Wspominam doświadczenia z dnia 22 maja 2004 roku dzień po ukazaniu się wiadomości o piłkach. To było w tygodniach po ukazaniu się w korporacyjnych mediach informacji o torturowaniu więźniów w Abu Graib przez amerykańskich żołnierzy. W pierwszym pozorowanym procesie skazano jednego z żołnierzy zamieszanych w zbrodnie, kiedy zdecydowałem się udać do Abu Graib. Chciałem spotkać się i zrobić wywiady z członkami rodzin, którzy próbowali dostać się do więzienia chcąc skontaktować się z członkami uwięzionych rodzin.

Przed moją podróżą ja i mój tłumacz przeprowadziliśmy wywiad z mężczyzną, który został poddany straszliwym torturom w Abu Graib. On się śmiał "Amerykanie doprowadzili prąd do mojej dupy zanim doprowadzili do mojego domu". Na piaszczysty posępnym obszarze otoczonym drutami pilnowanym na zewnątrz Abu Ghraib oczekiwało nas wiele strasznych historii. Nieszczęście i bezsilność przesyciły atmosferę miejsca, gdzie zgromadzeni członkowie rodzin oczekiwali mając nadzieję, że będzie im dana szansa zobaczenia się z ukochaną osobą przebywającą za złowieszczymi wałami.

Wśród zgromadzonych na skrawku jałowej ziemi znajdowali się mężczyźni, kobiety, płaczące dzieci. Ich cierpienie mieszało się z oburzeniem, podczas gdy oni czekali nie będąc w stanie wejść do więzienia w celu spotkania się z krewnymi lub uzyskać informacji o ich losie.

Wśród siedzący na pokrytej chwastami ziemi....Znajdował się Lilu Hammed, który spoglądał na wysokie wały otaczające więzienie. Było jasne, że on chciał zobaczyć swojego 32 letniego syna Abbasa uwięzionego za murami więzienia.

Siedział samotny, jego zmęczone oczy próbowały przeniknąć przez strzeżone mury więzienia. Kiedy mój tłumacz spytał się czy zechce udzielić nam wywiadu kilkanaście sekund upłynęło zanim Lilu spojrzał na nas powoli i odpowiedział "Siedzę tutaj na ziemi czekając na pomoc Boga"

Jego syn przebywał w Abu Ghraib od sześciu miesięcy po zabraniu go w czasie rajdu na dom, gdzie nie znaleziono broni. Młody mężczyzna nie został o nic oskarżony. Lilu trzymał w ręce pogniecione pozwolenie na wizytę, które wypadło mu z ręki. Udało mu się je uzyskać upoważniało go do zobaczenia syna 18 sierpnia trzy miesiące naprzód.

Sfora Humvee minęła nas obrzucając chmurą piasku. Jedna z kobiet powiedziała "Mam nadzieję, że cały świat wie, w jakie sytuacji my się znajdujemy!

Przeszukuję swoją pamięć dalej i przypominam sobie wydarzenia z dnia 11 listopada 2004 roku. Mój tłumacz pojawił się w hotelu w bardzo ponurym nastroju. Poprzedniej nocy po ustanowieniu godziny policyjnej od 9:30 w nocy amerykańskie helikoptery zaczęły krążyć nad jego dzielnicą do 3 nad ranem. "Jak można żyć w takich warunkach?" On się spytał ściekając ręce "Jesteśmy uwięzieni w własnym kraju". On się przyznał "Wiesz Dahr. Każdy modli się do Boga, żeby dał mu sposobność do zemsty na Amerykanach!"

Później w nocy inny przyjaciel z dzikim spojrzeniem i kroplami potu na czole. "Mój przyjaciel właśnie przed chwilą został zabity. To był jeden z moich najlepszych przyjaciół. Nie mogę sobie wyobrazić, że on rzeczywiście został zabity może tak jest lepiej" On opowiedział mi o jego rodzinie. "Jego rodzina jest bardzo uboga, składa się z 21 osób, mieszkają w domu z trzema sypialniami, ale to są dobrzy ludzie"

To nie było wszystko, sześć dni temu jego krewny zaginął. Dzisiaj ktoś, kto go znalazł na drodze przyniósł jego ciało. Można było znaleźć na niej oznaki tortur, widać było ślady po strzałach dwa w głowę dwa w klatkę piersiową. Łuski po strzałach znaleziono w kieszeniach jego spodni.

"Po tych nowinach dzisiaj oszalałem Dahr" mój przyjaciel oznajmił trzymając swoje ręce w powietrzu. "Każdego dnia giną ludzie ich liczba rośnie bardzo szybko, to jest gówno" On pochyli swoją głowę w tył wziął głęboki oddech i się uspokoił. On przypominał sobie całe swoje życie: "Kiedy byłem dzieckiem było powszechnie zrozumiałe, że w każdej rodzinie jeden członek lub więcej zginęło w czasie wojny z Iranem, ale teraz każdy umiera każdego dnia".

12 listopada tuż po wisielczej rozmowie z moimi dwoma tłumaczami rozmawiałem z doktorem Wamidem Omarem Nadhme dziekanem politologii na Uniwersytecie Bagdadzkim. Starszy wymowny mężczyzna, który gorąco przeciwstawiał się rządom Saddama Husajna, jest krytycznie nastawiony w stosunku do amerykańskiej polityki, która jest odpowiedzialna za chaos i przemoc rozprzestrzeniającą się w jego kraju.

Komentując obecną sytuację stwierdził "Mogę cię zapewnić, że ponad 75% Irakijczyków jest przeciwko okupacji. Prawicowa administracja Busha jest tak zaślepiona swoją ideologią, że z jej powodu wszyscy cierpimy zarówno my Irakijczycy jak i żołnierze". Nie mogę zapomnieć o jego końcowych uwagach skierowanych do mnie "Irak płonie zemstą, gniewem i smutkiem".

Kolejny przykład tego, że nic dobrego nie dzieje się w Iraku doszedł do mnie 19 listopada, dokładnie tydzień po mojej rozmowie z doktorem Nadhme. Otrzymałem telefon od jednego z moich tłumaczy, który był na piątkowych modłach w meczecie. Mogłem usłyszeć ogłuszający ryk tysięcy osób powtarzających, "Allah jest wielki" Dźwięk rozbrzmiewał w ciasnym pomieszczeniu wspólnie z jego pełnym paniki głosem "jestem trzymany na muszce karabinu przez amerykańskich żołnierzy wewnątrz meczetu Abu Hanifa Dahr. Jego niedowierzająca dezorientacja był ewidentna, gdy krzyczał "Każdy modli się do Boga, ponieważ Amerykanie najechali nasz meczet w czasie piątkowych modłów"

On robił krótkie telefony powiadamiając mnie o szczegółach zbrodni. Po kilku zdaniach on przerwał. Jego nieregularne komentarze tego, co się działo wewnątrz meczetu pozostały jednym z moich najstraszliwszych doświadczeń z okresu pobytu w Iraku. Przerwach pomiędzy jego telefonami zapisywałem na maszynie podawane przez niego informacje.
"Oni strzelali i zabili przynajmniej cztery osoby, które były na modlitwie a przynajmniej dwadzieścia osób jest rannych teraz! Nie mogę w to uwierzyć! Nie mogę im pozwolić by zorientowali się, że do ciebie celuję! Czuję jak żołądek podchodzi mi do gardła, oni celują karabiny do wszystkich wewnątrz meczetu. Meczet jest zamknięty. Leżymy na brzuchach a nasza sytuacja jest zła."

W tle słyszałem krzyki pośród strzelaniny. Ewentualnie żołnierze zwolnili kobiety dzieci i tych mężczyzn, którzy byli z nimi. Mój tłumacz miał szczęście, że uciekł tego dnia. Został wypuszczony, ponieważ podszedł do niego jakiś chłopak i poprosił go by udawał jego ojca.

Kiedy później przyszedł do mnie był oszalały z rozpaczy i zasmucony "Jestem pełen smutku. Nie widzę ani wolności ani demokracji. Jeżeli to prowadzi do wolności to jest to wolność przelewania krwi, wolność nieszczęścia, wolność zabijania. Nie możesz osiągnąć demokracji poprzez przelewanie krwi i zabijanie. Nie osiągniesz wolności w ten sposób. Ludzie modlili się do Boga i zostali zabici lub ranni. Tam było 1500 osób modlących się do Boga, oni czekali na święto, gdzie w piątek wszyscy ludzie modlą się. I oni zostali zastrzeleni i zabici. Tam było mnóstwo kobiet i dzieci leżących na ziemi. To nie jest ani demokracja ani wolność"

On nagrał to wszystko na małym magnetofonie, który wykorzystywaliśmy w czasie wywiadów.

Te wspomnienia są zaledwie fragmentem okropnej rzeczywistości, w której iracki naród żyje i cierpi każdego dnia pod amerykańską okupacją. Jedyna zmiana, jaka nastąpiła to pogorszenie warunków życia; to jest model, którego byłem świadkiem od początku.

Teraz: Dla nas i dla nich
Przynajmniej 122 Irakijczyków zostało zabitych w ostatnim tygodniu. To są tylko podane do wiadomości liczby zgonów. Jest bardzo prawdopodobne, że liczba zabitych Irakijczyków w wyniku wojny i okupacji osiągnęła liczbę 1,5 mln.
Także w czasie ostatniego weekendu brytyjski helikopter został zestrzelony w Basrze, co doprowadziło do konfrontacji pomiędzy mieszkańcami miasta a brytyjskimi żołnierzami, którzy zostali obrzuceni wyzwiskami, kamieniami, butelkami z benzyną. Dwa brytyjskie czołgi i samochód terenowy zostały spalone. W pierwszym dniu tygodnia 20 okupantów zostało zabitych powiększając liczbę zabitych żołnierzy do przynajmniej 2420.

W jednym punkcie w czasie wykładu na uniwersytecie starałem się przybliżyć słuchaczom jak wygląda życie w Bagdadzie. To było na próżno, bo jak przeciętny Amerykanin jest w stanie wyobrazić sobie sytuację, gdy jego kraj znalazł się pod okupacją, jego infrastruktura została zniszczona, okupujący żołnierze fotografują zmuszonych do poniżających aktów więźniów amerykańskich, a później to wszystko jest pokazywane w telewizji. Jak może sobie wyobrazić sytuację, gdy jego kościoły są najeżdżane a okupujący żołnierze strzelają do wiernych?

Można tylko mieć nadzieje, że kiedyś więcej ludzi w USA pojmie całość zniszczeń w Iraku i wtedy można oczekiwać, że głosy protestu opinii publicznej doprowadzą do powstania sytuacji koniecznej do zakończenia okupacji i doprowadzenia przed oblicze sprawiedliwości zbrodniarzy wojennych odpowiedzialnych za tą sytuację. Dopóki tak się stanie nie łudźcie się, każdy z nas jest odpowiedzialny za to, co się dzieje w Iraku i każdy z nas każdego dnia ma krew niewinnych na swoich dłoniach.


Dahr Jamail
Za Indymedia 25-06-2006
Artykuł oryginalny www.dahrjamailiraq.com
tłum. Piotr

<<< STARSZE ARTYKUŁY

 

tgtgtttttttttttttttzzttt| główna | zapowiedzi | linki | historia | relacje | kontakt | poradnik - pobór stop |