CZAS APOKALIPSY W IRAKU

Amerykańska armia używała w Iraku fosforu, stosowała też pochodne napalmu, bomby kasetowe i pociski próżniowe. Czy USA dopuściły się zbrodni wojennych?

Białe pióropusze fosforu nad miastem wyglądały jak fajerwerki z okazji drugiego zwycięstwa wyborczego George'a W. Busha, które świętowano właśnie hucznie w Waszyngtonie. Ale 8 listopada ubiegłego roku efektowne eksplozje nad szturmowaną Falludżą zwiastowały jedynie zagładę.

W zamkniętym mieście na północ od Bagdadu odłamki fosforowych bomb paliły skórę i trawiły tkankę aż do kości, bez trudu topiąc mięśnie. Fosforowy dym dusił ofiary w promieniu ponad stu metrów, wypalając im żywcem płuca i oczy, niszcząc wątrobę, serce i nerki. Tak zginęły setki, a być może tysiące Irakijczyków, którzy zostali w Falludży wraz z tysiącem islamskich bojowników.

Żółtawa substancja pachnie jak czosnek. Amerykańscy żołnierze nazywają ją cynicznie Wstrząśnij i Piecz, od popularnej przyprawy do kurczaków Shake and Bake sprzedawanej w foliowych torbach w supermarketach w USA. To śmiercionośny biały fosfor. Wystawiony na działanie powietrza zapala się i wydziela gęsty dym.

Armie całego świata używają pocisków z fosforem, by oświetlić pole bitwy albo stworzyć zasłonę dymną przed atakiem. Ale w listopadzie ubiegłego roku w Falludży ładunki z fosforem Amerykanie zastosowali jako broń zaczepną - za pomocą ognia i żrącego dymu "oczyszczali" kryjówki z irackich bojowników. Z rozpędu zrzucili je także na domy w Falludży, gdzie schronili się cywile. Przerażające skutki pokazał reportaż włoskiej telewizji RAI, wyświetlony w pierwszą rocznicę najbardziej okrutnej bitwy ostatnich lat.

Ukryta masakra

Reżyser Sigfrido Ranucci nie dowiódł niezbicie amerykańskiej zbrodni na ludności cywilnej. Pokazał tylko zeznania trzech amerykańskich żołnierzy, relacje korespondentów i kilkanaście dziwnie zmasakrowanych zwłok. Ale reportaż wstrząsnął sumieniem świata. Oglądając go, trudno nie odwrócić oczu od ekranu: zniekształcone ludzkie twarze zastygłe w nieopisanym cierpieniu, kobiety i małe dzieci z głębokimi ranami wyglądającymi na oparzenia.

Według zeznającego w filmie irackiego doktora to ofiary pocisków wypełnionych żrącym fosforem. Niezależni eksperci podejrzewają jednak, że niektóre z pokazanych zwłok uległy po prostu rozkładowi. Prawdziwe dowody użycia fosforu w Falludży - nadwęglone zwłoki - mogły zostać już starannie ukryte w masowych grobach. Kiedy wiosną tego roku o ofiarach fosforu wspomniało ministerstwo zdrowia w Bagdadzie, sprawę szybko wyciszono.

Fosforowa hipokryzja

Przez siedem dni po emisji reportażu RAI Pentagon szedł w zaparte. Bronił oficjalnej linii: "Nasza armia używała fosforu jedynie w ograniczonych ilościach do oświetlenia pola bitwy". Kłam zadali jej dopiero żołnierze. 14 listopada surfujący po Internecie przeciwnicy wojny w Iraku natrafili na rewelację - wspomnienia żołnierzy US Army, uczestników ataku w Falludży.

"Okazało się, że biały fosfor to bardzo skuteczna amunicja. Kombinacji z fosforem używaliśmy w Falludży, by wypłoszyć rebeliantów z kryjówek, a następnie normalnych pocisków odłamkowych, by ich zlikwidować" - wspominali marines na łamach kwietniowego wydania dwumiesięcznika "Artyleria Polowa".

Pentagon skapitulował, przyznał, że fosfor służył do ataków na kryjówki wroga. Jednak wciąż się broni, że jest to tylko zapalająca broń konwencjonalna. USA - w przeciwieństwie na przykład do Rosji i Chin - nie podpisały konwencji z 1980 roku zakazującej użycia fosforu i napalmu w rejonach walk, gdzie schroniła się ludność cywilna.

Falludża nie była pierwszym przypadkiem, kiedy Irakijczycy zginęli od bomb fosforowych. W 1991 roku fosforu użył przeciwko Kurdom w Ebrilu dyktator Saddam Husajn. W odtajnionym dokumencie amerykański wywiad określa fosforowe pociski Saddama jako zakazaną przez międzynarodowe konwencje broń chemiczną. - Kiedy tej broni używa Saddam, to broń chemiczna, ale kiedy używają jej Amerykanie, okazuje się, że to dozwolona konwencjonalna broń zapalająca - triumfował reżyser Sigfrido Ranucci.

Dymem i ogniem

Z prawnego punktu widzenia rację ma jednak armia USA. - Czysto formalna klasyfikacja bomb fosforowych jest jasna: zabijają na skutek ognia i wysokiej temperatury, a nie reakcji chemicznej - zastrzega w rozmowie z ,Przekrojem" Mark Garlasco, analityk wojskowy z nowojorskiej organizacji praw człowieka Human Rights Watch. Ale sztywna klasyfikacja budzi wątpliwości.

George Monbiot, brytyjski publicysta i autor wielu książek, uważa, że fosfor staje się bronią chemiczną, kiedy w ataku na ludzi użyte są jego właściwości chemiczne - nawet gdy zabija także za pomocą ognia, a nie wyłącznie żrącego dymu. - Zabójca nie przestaje być zabójcą, jeśli wytłumaczy, że jest jednocześnie włamywaczem - mówi "Przekrojowi" Monbiot.

Peter Kaiser, dyrektor Organizacji do spraw Zakazu Broni Chemicznej, oświadczył oficjalnie, że użycie bomb fosforowych w celu rażenia przeciwnika żrącymi oparami fosforu stanowiłoby zakazaną przez konwencję broń chemiczną. Na razie nie ma na to dowodów.

- Dla mnie jako prawnika takie użycie fosforu jak w Falludży wygląda na zbrodnię wojenną i pogwałcenie konwencji z 1993 roku o zakazie broni chemicznej, którą podpisały USA - mówi Michael Ratner, nowojorski prawnik z Centrum Praw Konstytucyjnych.

Według doniesień korespondentów w Iraku podczas operacji w Falludży Amerykanie popełnili także inne przestępstwa. - Przede wszystkim złamali konwencję genewską, używając nieproporcjonalnej siły rażenia w rejonie miejskim - mówi Ratner. Amerykanie nie dopuścili Czerwonego Krzyża, zbombardowali szpitale i aresztowali lekarzy, a przede wszystkim wbrew ratyfikowanej przez USA konwencji genewskiej nie chcieli wypuścić z miasta młodych Irakijczyków uciekających z pola walki. Blokada objęła nawet 12-14-letnich chłopców.

- W rok po Falludży ani my, ani Czerwony Krzyż, ani nikt nie wie, jaka była liczba ofiar cywilnych - mówi "Przekrojowi" Mark Garlasco. Ostrożne szacunki mówią o 5-6 tysiącach cywilów zabitych na co najmniej kilkanaście tysięcy tych, którzy zostali w mieście.

MK-77 - nowy napalm

"Nic nie pachnie, synu, tak jak napalm palący się o poranku" - mówił amerykański dowódca kawalerii powietrznej, bohater "Czasu Apokalipsy" Coppoli, jednego z najbardziej przerażających filmów o wojnie w Wietnamie. Niedawno wyszło na jaw, że także w Iraku US Army stosowała napalm, tyle że w nowej wersji. Nowa substancja nazywa się MK-77. Skutek jej działania jest jeszcze gorszy od klasycznego napalmu - żelowata płonąca zawiesina MK-77 parzy i topi ciało ludzkie. US Army zastosowała tę broń w walkach o mosty nad Tygrysem i koło kanałów w Bagdadzie, a wcześniej w bitwie o Safian Hill na granicy Kuwejtu. W Falludży i innych miastach US Army używała także innej straszliwej broni - paliwowo-powietrznych bomb termobarycznych. "Nasze pociski były uzbrojone w głowice składające się w 35 procentach z ładunku termobarycznego NE i w 65 procentach z konwencjonalnego" - czytamy w jednym z opisów ataku na Falludżę w "Marine Corps Gazette". Takie ładunki tworzą przed eksplozją chmurę gazów. Wybuch powoduje olbrzymie zniszczenia na dużym obszarze - obraca w perzynę budynki, odsysa tlen, zabija ofiary falą uderzeniową, miażdżąc ludzi gigantycznym ciśnieniem. Skutki są podobne do eksplozji taktycznego ładunku nuklearnego.

- Wojna to wstrętne, ponure przedsięwzięcie. Nie rozumiem, skąd w ludziach bierze się to naiwne poczucie, że konflikty zbrojne toczone są według jakichś czystych reguł - mówi "Przekrojowi" profesor Lawrence Freedman z Instytutu Studiów Wojennych londyńskiego King's College. Zdaniem profesora armia amerykańska stosuje tę samą zasadę co każde siły zbrojne - używa wszystkich dostępnych środków, by zniszczyć wroga przy jak najmniejszych stratach własnych. - Nie było łatwej metody opanowania Falludży - mówi Freedman.

Zabić i do domu

Amerykanie i Brytyjczycy kierują się w Iraku zimnym pragmatyzmem. Bez ograniczeń strzelają z pocisków z głowicami wzmocnionymi warstwą zubożonego uranu, choć ich użycie w pobliżu rejonów zaludnionych narusza konwencje ONZ. Korespondent amerykańskiego dziennika "Christian Science Monitor" zmierzył promieniowanie przy wrakach irackich czołgów na przedmieściach Bagdadu, w ulubionym miejscu zabaw dzieci. W pobliżu odłamka amerykańskiego pocisku poziom radiacji przekracza tysiąc razy dopuszczalne normy. Według najostrożniejszych szacunków podczas tej wojny Amerykanie zostawili w Iraku 75 ton toksycznego uranu. Irackie szpitale odnotowują już wzrost przypadków zachorowań na raka i falę urodzeń dzieci z deformacjami genetycznymi.

W marcu i kwietniu 2003 roku Amerykanie używali w pobliżu irackich miast jeszcze jednej straszliwej broni: bomb kasetowych. Pociski te rozpryskują się przed wybuchem i rozpadają na dziesiątki lub setki małych "bombek". Na przykład używane przez Brytyjczyków pociski M26 rozpadają się na 644 miniładunki, każdy o rozmiarach kuli do bilardu. Zwykle do kilkunastu procent takich "bombek" nie wybucha od razu. Podobnie jak zakazane obecnie prawem międzynarodowym miny przeciwpiechotne, ładunki te cierpliwie czekają latami na swoje ofiary. W Iraku na polach, drogach i podwórkach pozostało 10 tysięcy minibomb, które znienacka zabijają i ranią ludzi w dwa i pół roku po "zakończeniu" wojny.

- Użycie pocisków i bomb kasetowych w pobliżu osiedli cywilnych łamie prawo międzynarodowe - podkreśla Mark Garlasco z Human Rights Watch. Według szacunków od czasu wojny z Irakiem w 1991 roku pozostałości bomb kasetowych zabiły cztery tysiące Irakijczyków.

Marek Rybarczyk
Za Przekrój 2005

ILE KOSZTUJE WOJNA?

Wywiad z Josephem Stiglitz laureatem Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii.

Rozpoczynając wojnę w Iraku, administracja Busha miała nadzieję, że cała ta sprawa właściwie nic nie będzie kosztować...

Joseph Stiglitz: Oni rzeczywiście wierzyli, że Irak z pomocą wpływów z ropy sam sfinansuje odbudowę.

Według pańskich szacunków ten konflikt w rzeczywistości kosztuje USA ponad bilion dolarów. Skąd się bierze ta ogromna rozbieżność?

Po pierwsze ta wojna jest znacznie trudniejsza, niż tego oczekiwał rząd. Myślał, że oddziały amerykańskie po prostu wkroczą, wszyscy będą wdzięczni, a my ustanowimy demokratyczny rząd i się wycofamy. Trwa to jednak znacznie dłużej i ciągle trzeba dopasowywać budżet do nowej sytuacji. Oficjalne liczby wzrosły z 50 do 250 miliardów dolarów. A biuro budżetowe Kongresu spodziewa się, że ta finansowa przygoda będzie kosztować 500 mld dolarów, a nawet więcej.

To nadal znacznie mniej niż pańskie szacunki.

Dane rządowe nie obejmują nawet wszystkich wydatków z oficjalnego budżetu. Tylko w zeszłym roku nasze militarne koszty operacyjne w Iraku wzrosły o ponad 20 procent. Musimy wydawać znacznie więcej pieniędzy, żeby rekrutować nowych żołnierzy, żeby porządnymi premiami utrzymywać na służbie dotychczasowych - i żeby zagwarantować opiekę zdrowotną rannym weteranom. Jeśli doliczyć do tego makroekonomiczne koszty spowodowane wysokimi cenami ropy, otrzymamy wydatki w wysokości przekraczającej bilion dolarów - a to są zachowawcze szacunki. Proszę to porównać z pierwszą wojną nad Zatoką Perską, na której Ameryka niemalże zarobiła.

Bo Niemcy i inne państwa płaciły?

Za używany sprzęt wojskowy wystawialiśmy naszym sojusznikom rachunki jak za nowy i kupowaliśmy nowe wyposażenie dla naszej armii. Ale tym razem większość nie chce płacić.

Czy prezydent Bush zwyczajnie się przeliczył, czy też sądzi pan, że wprowadził opinię publiczną w błąd co do prawdziwych kosztów?

Myślę, że jedno i drugie. Bush chciał wierzyć, że to będzie proste i korzystne. Istnieją bezsprzeczne dowody, że niektórych rzeczy Biały Dom po prostu nie chciał słuchać. Larry Lindsey...

... były ekspert gospodarczy w Białym Domu...

... już w 2002 roku szacował koszty na 200 mld dolarów. Uważam, że w tym czasie były to bardzo poważne wewnętrzne prognozy. Ale Lindsey został zwolniony. Nikt nie chciał tego słuchać.

Mówienie o kosztach wojny nie jest w USA rzeczą zwyczajną, wysokie wydatki uważane są za niezbędną ofiarę. Dlaczego podczas obecnej wojny w Iraku jest inaczej?

To nie jest wojna światowa, nie było Pearl Harbor, żadnego ataku, przed którym musielibyśmy się bronić. Mieliśmy wybór, czy chcemy zaatakować Irak, czy nie.

Czy Amerykę w ogóle jeszcze stać na tę wojnę?

Tak, ale jeden do dwóch bilionów dolarów to masa pieniędzy. Jeśli naszym celem jest stabilizacja na Bliskim Wschodzie, bezpieczne dostawy ropy albo upowszechnienie demokracji, proszę tylko pomyśleć, co można by osiągnąć z taką kwotą. Najbogatsze państwa świata wydają rocznie 50 mld dolarów na pomoc dla krajów rozwijających się. Mówimy tu o sumie przynajmniej dwudziestokrotnie wyższej. Czy nie sądzą panowie, że można by ją wykorzystać lepiej, żeby zapewnić pokój i stabilizację?

Bush powiedziałby, że te pieniądze zostały dobrze zainwestowane, żeby zapobiec kolejnemu atakowi na USA.

Nikt nie traktuje tego argumentu poważnie, większość uważa, że z powodu wojny w Iraku ryzyko stało się jeszcze większe.

Jak obliczył pan koszty wojny?

Oficjalne liczby to jedynie wierzchołek góry lodowej. Przykład: żołnierze są ciężko ranni, ale jesteśmy w stanie utrzymać ich przy życiu. Koszty są olbrzymie. Administracja Busha robi wszystko, żeby to ukryć. Dotąd wróciło 17 tysięcy rannych, około 20-proc. z nich ma ciężkie urazy głowy lub uszkodzenia mózgu. Nawet 500-miliardowe szacunki nie obejmują kosztów dożywotniej opieki nad tymi weteranami. A ten rząd nie jest wcale hojny dla wracających do domu ani dla wdów i dzieci zabitych.

Co pan ma na myśli?

Jeśli w Ameryce zostanie pan ranny w wypadku samochodowym i zaskarży kierowcę, za obrażenia dostanie pan znacznie więcej, niż walcząc za swój kraj. Cóż to za podwójna moralność! Wypłata za martwego żołnierza wynosi 500 tysięcy dolarów, ale statystycznie wartość życia w USA wynosi około 6,5 miliona dolarów. Naraża pan życie dla swojego kraju i dostaje pan mało, przechodzi pan przez ulicę, wpada pod samochód i dostaje dużo.

Ile kosztuje opieka nad żołnierzem z urazem mózgu?

Cztery miliony dolarów, a to i tak umiarkowana kwota. Już tylko w przypadku tej grupy koszty wynoszą około 35 miliardów dolarów - to są sumy, o których nikt nie mówi. Nawet resort zajmujący się weteranami musiał zrewidować swoje pierwotne szacunki dotyczące powracających z wojny rannych i ostatnio założył, że jest ich cztery razy więcej niż przyjęto na początku. Nic dziwnego, że trzeba było zwrócić się do Kongresu o 1,5 mld dolarów natychmiastowej pomocy.

Skoro koszty związane z ciężko okaleczonymi tak bardzo wzrastają, dlaczego rząd nie zatroszczył się o lepiej opancerzone pojazdy i ochronę ciała?

Oczywiście moglibyśmy sobie pozwolić na takie wyposażenie. Ale nasz sekretarz obrony Donald Rumsfeld mówi, żeby walczyć tym, co się ma. To jest stanowisko pozbawione skrupułów. Wojsko patrzy na krótkoterminowe koszty. Skąpiąc teraz na wyposażenie, oszczędza się pieniądze i zostawia wysokie koszty opieki medycznej następnemu prezydentowi. Uważam to za nieodpowiedzialne finansowo i moralnie.

Wojna mogłaby być bezpieczniejsza dla żołnierzy i korzystniejsza dla Ameryki?

Właśnie.

Czy takie działania zbrojne są zbyt kosztowne nawet dla tak bogatych państw jak USA?

Jesteśmy 13-bilionową gospodarką. Nie chodzi o to, czy nas na to stać, tylko o to, czy chcemy na to wydawać swoje pieniądze. Jeśli włożymy nasze ograniczone zasoby w wojnę w Iraku, zabraknie nam pieniędzy na co innego. Widzieliśmy przecież zdjęcia Nowego Orleanu. Nasza Gwardia Narodowa istnieje właśnie na wypadek takich katastrof, ale ona była w Iraku - co oznacza, że jesteśmy słabiej chronieni.

Przed inwazją na Irak administracja Busha twierdziła, że krótka, wygrana wojna jest najlepszą drogą, by utrzymać ceny ropy na niskim poziomie. Wtedy jedna baryłka kosztowała 25 dolarów, dziś - ponad 60. Jakiej części tej ceny winien jest konflikt w Iraku?

W naszej analizie kosztów wojny oceniamy, że chodzi tu o pięć do dziesięciu dolarów. Chcieliśmy być ostrożni, żeby nikt nie zakwestionował naszych liczb - i nikt tego nie zrobił. Ale sądzę, że znacznie zaniżyliśmy tę liczbę. (...)

Za Der Spiegel 2006
Tłumaczenie Tygodnik Forum

IRACKIE LICZBY

Historię wojny irackiej można dziś najlepiej przedstawić z pomocą brutalnych liczb i posępnych kamieni milowych: na liście zabitych żołnierzy amerykańskich pojawiło się właśnie dwa tysiące pięćsetne nazwisko, a rachunek za interwencję przekroczył 320 miliardów dolarów.

Liczb nie brakuje. Niektóre z nich pochodzą od obrońców wojny. Innymi posługują się krytycy, by wojnę potępić. Są też takie, których nikt nie może podważyć:

+++ Wojna, rozpoczęta 20 marca 2003 roku inwazją wojsk USA i koalicji w celu obalenia Saddama Husajna, trwa już prawie trzy lata i trzy miesiące, dłużej niż udział Stanów Zjednoczonych w pierwszej wojnie światowej (rok i siedem miesięcy) i wojna koreańska (trzy lata i miesiąc). Niedługo zrówna się z długością udziału USA w drugiej wojnie światowej (trzy lata i osiem miesięcy).

+++ Według Pentagonu, w walkach zostało rannych 18.490 żołnierzy amerykańskich, z czego 8.501 nie wróciło do służby.

+++ Zginęło około 4800 irackich policjantów i żołnierzy oraz co najmniej 30 tysięcy cywilów.

Opozycyjni amerykańscy Demokraci przytaczają inne dane z materiałów Służby Badawczej Kongresu USA: 54 procent irackich gospodarstw domowych nie ma dostępu do zdrowej wody pitnej, 85 procent dostaje prąd z przerwami, co czwarte dziecko irackie jest chronicznie niedożywione, wydobycie ropy jest wciąż mniejsze niż przed wojną.

W czwartek 15.06 Senat USA przegłosował i przesłał Bushowi do podpisania dodatkowy preliminarz budżetowy, zatwierdzony wcześniej przez Izbę Reprezentantów, przewidujący 66 miliardów dolarów na wydatki Pentagonu za granicą. Rachunek za wojnę w Iraku wzrośnie wraz z tym do prawie 320 miliardów dolarów, a za wojnę w Afganistanie do 89 miliardów dolarów.

Kiedy we wrześniu 2002 roku Lawrence Lindsey, ówczesny przewodniczący rady ekspertów gospodarczych przy prezydencie USA, ogłosił, że wojna w Iraku może pochłonąć 100 miliardów dolarów, Biały Dom jawnie wykpił tę prognozę jako zawyżoną, a jej autor stracił posadę.

Stephen Daggett, analityk budżetu pracujący dla Służby Badawczej Kongresu, powiedział, że wojna w Zatoce Perskiej w roku 1991, podjęta przez pierwszego prezydenta Busha, kosztowała 61 miliardów dolarów, czyli 87 mld dolarów po uwzględnieniu inflacji.

Konflikt koreański pochłonął - w przeliczeniu na obecne ceny - 434 miliardy dolarów, a wojna wietnamska, która trwała osiem i pół roku, 614 miliardów dolarów. Druga wojna światowa kosztowała Amerykę 5,1 biliona dolarów.

Liczby, których Bush nie chce podać, a na których ogłoszenie Demokraci i część Republikanów nalegają najmocniej, to terminy wycofywania wojsk amerykańskich z Iraku i rozmiary ich redukcji.

Jest też liczba, która zatrzymała się na zerze - liczba sztuk broni masowego rażenia znalezionych przez wojska irackie i koalicyjne. Istnienie takiej broni w irackich arsenałach prezydent Bush podawał jako główny powód inwazji na Irak.

Na podstawie komunikatu PAP,
16.06.06 Waszyngton

Są to oficjalne dane wojsk okupacyjnych, jednak faktyczne straty mogą być kilkukrotnie wyższe, Rafał Jakubowski w pracy "Wojenny marketing" ocenia, że może to być kilkadziesiąt tysięcy osób: "Zabici nie zabici" stanowią w armii amerykańskiej stacjonującej w Iraku niemały odsetek. Chodzi nie tyko o niewliczanych w poczet zabitych - rannych umarłych z ran, ale także do rejestrów tych nie trafiają najemnicy, których liczbę w Iraku ocenia się na około 10-12 tysięcy, oraz żołnierze amerykańscy nieposiadający obywatelstwa amerykańskiego. A od 2005 r. do wojsk stacjonujących w Iraku rekrutację organizuje się m.in. wśród Meksykanów czy osób nielegalnie przebywających w USA." I dalej: "łączne straty amerykańskie od początku okupacji mogą sięgać od 75 do 85 tysięcy żołnierzy". - red.

BUSH ODRZUCIŁ OFERTĘ DIALOGU Z IRANEM W 2003 r.

W 2003 roku, na krótko po udanej inwazji na Irak, administracja prezydenta George'a W. Busha zignorowała przedstawioną jej przez Iran propozycję rozmów na wszelkie najważniejsze tematy, z irańskim programem atomowym włącznie - podał "Washington Post".

Dziennik powołuje się na dwustronicowy dokument otrzymany wtedy przez Departament Stanu od ambasady Szwajcarii, która wobec braku stosunków dyplomatycznych USA-Iran pośredniczy między obu państwami. Jego autentyczność nie podlega kwestii.

Cytowani przez gazetę eksperci twierdzą, że odrzucając ofertę, administracja straciła okazję rozwiązania konfliktu z Iranem na drodze dialogu - i to w momencie, gdy była w silniejszej pozycji niż obecnie.

Trzy lata temu bowiem irański program nuklearny nie był tak zaawansowany jak teraz, kiedy Teheran podjął proces wzbogacania uranu. Iran nie dysponował też wówczas takimi dochodami z ropy naftowej jak obecnie, gdy jej ceny wzrosły dwukrotnie wskutek wzrostu światowego popytu.

W dokumencie ujawnionym przez "Washington Post", Iran wylicza swoje cele, które chce osiągnąć w rozmowach, jak zniesienie sankcji amerykańskich, dostęp do pokojowych technologii nuklearnych i uznanie swoich "prawomocnych intersów bezpieczeństwa".

Zgadza się jednak, by przedmiotem negocjacji były także - zgodnie z postulatami USA - współpraca w sprawie kontroli broni nuklearnej, walka z terroryzmem, wspólna koordynacja poczynań w Iraku, zakończenie "materialnego wsparcia" dla milicji palestyńskiej, oraz poparcie planu utworzenia państwa palestyńskiego.

Ekipa Busha odrzuciła ofertę irańską, ponieważ - jak pisze dziennik - "była przekonana, że rząd Iranu jest bliski upadku".

Były szef planowania polityki w Departamencie Stanu, Richard Haas, obecny przewodniczący Rady Stosunków Międzynarodowych, uważa, że propozycje Teheranu zignorowano, gdyż w polityce administracji wobec Iranu panowała doktryna "zmiany reżimu" - czyli obalenia teokratycznego rządu, zaliczonego do "osi zła".

Inni specjaliści wytykają Bushowi, że nie zauważył także gotowości Iranu do współpracy po ataku 11 września 2001 r., kiedy kraj ten pomagał USA w ściganiu terrorystów w czasie wojny w Afganistanie.

Za PAP

POWRÓT SZWADRONÓW ŚMIERCI

W głównych mediach Arabowie przedstawiani są jako ludzie pozbawieni rozsądku, obsesyjnie religijni i mocno podzieleni, których jedynym marzeniem jest wysadzenie się w powietrze.

W windach nowojorskiego hotelu Hilton znajdują się niewielkie monitory, na których bez przerwy pokazywany jest program CNN. Nie ma możliwości ucieczki od podawanych informacji, wśród których wojna w Iraku zajmuje centralne miejsce. Najczęstszymi określeniami używanymi w relacjach i komentarzach są "wojna domowa" i "przemoc religijna", tak jakby amerykańska inwazja i okupacja, które kosztowały życie dziesiątek tysięcy ludzi, były jedynie surrealistyczną fikcją. Irakijczycy jawią się jako pozbawieni rozsądku Arabowie, obsesyjnie religijni i mocno podzieleni, których jedynym marzeniem jest wysadzenie się w powietrze. Zachwytów nad plastikowymi, odgrywającymi jedynie przypisane im role politykami irackimi nie zmąci informacja, że życie polityczne toczy się w środku niewielkiej amerykańskiej fortecy zbudowanej w centrum Bagdadu.

Przekaz ten wlecze się za tobą do pokoju, do hotelowej siłowni, na lotnisko, na kolejne lotnisko i do innego kraju. Na tym właśnie polega siła amerykańskiej korporacyjnej propagandy wojennej, która - jak zauważył Edward Said w swojej książce "Kultura i Imperializm" - "opanowuje przez elektronikę", podobnie jak obowiązująca tu i teraz linia polityczna.

A ta ostatnia właśnie niedawno uległa zmianie. Przez prawie trzy lata wmawiano wszystkim, że centrum "powstania" stanowi Al-Kaida dowodzona przez żądnego krwi Jordańczyka Abu Musabę al-Zarqawiego. Medialne potępienie dla jego osoby można porównać z tym, którym cieszy się dzisiaj Saddam Hussein. Nie miało żadnego znaczenia, że - aż do niedawna - al-Zarqawi nie dawał znaku życia i że jedynie niewielka część ruchu oporu związana była z samą Al-Kaidą. Amerykanie uznali, że Zarqawi może w doskonały sposób odwrócić uwagę opinii publicznej od krytykowanej przez większość Irakijczyków brutalnej okupacji Iraku przez armię brytyjsko-amerykańską.

Obecnie al-Zarqawi został zastąpiony przez "wojnę domową" i "przemoc religijną", a jedynymi wiadomościami z Iraku - poza toczącym się "procesem politycznym" - są ataki na szyickie i sunnickie meczety oraz targowiska. Tak naprawdę jednak historią, która nie trafia do serwisu informacyjnego CNN, jest wprowadzanie w Iraku metod zastosowanych w czasie wojny w Salwadorze. Oznacza to kampanię terroru prowadzoną przez szwadrony śmierci - uzbrojone i wyszkolone przez armię amerykańską - której ofiarami są tak szyici jak i sunnici. Celem tej kampanii jest doprowadzenie do wybuchu prawdziwej wojny domowej i rozbicia Iraku, a więc realizacja pierwotnych zamierzeń administracji Busha. Działaniami szwadronów śmierci kieruje irackie ministerstwo spraw wewnętrznych, kontrolowane przez CIA. Członkami szwadronów śmierci, nie są - jak się wszystkim wmawia - wyłącznie szyici. Jednym z najbardziej brutalnych jest komando do zadań specjalnych dowodzone przez sunnitów, głównie wysokich funkcjonariuszy partii Baas. Jednostka ta została utworzona i wyszkolona przez zatrudnionych w CIA ekspertów do spraw zwalczania terroryzmu. Są wśród nich weterani prowadzonych w latach osiemdziesiątych przez CIA operacji terrorystycznych w Salwadorze. W swojej najnowszej książce "Empire's Workshop", amerykański historyk Greg Grandin w następujący sposób opisuje wojnę domową w Salwadorze: "W czasie sprawowania urzędu prezydent Reagan był zwolennikiem twardego kursu wobec Ameryki Środkowej. Umożliwił prowadzenie polityki w tej sprawie najbardziej zagorzałym militarystom. W Salwadorze administracja Reagana przeznaczała około miliona dolarów dziennie na prowadzenie okrutnej i krwawej wojny z powstańcami. Ofiarą opłacanych przez administrację Reagana oddziałów padło ponad 300 tysięcy ludzi, setki tysięcy było brutalnie torturowanych, a miliony zostały zmuszone do opuszczenia kraju".

Chociaż obecni Bushyści czy neokonserwatyści uczyli się sukcesach i porażkach administracji Reagana, mechanizmy i mordercze metody działań zostały wymyślone i wprowadzone w życie znacznie wcześniej. Już w Wietnamie utworzone, wyszkolone i dowodzone przez CIA szwadrony śmierci zamordowały około 50 tysięcy ludzi w ramach Operacji Phoenix. W połowie lat sześćdziesiątych, oficerowie CIA dostarczyli "listy śmierci" z nazwiskami ludzi przeznaczonych do likwidacji w ramach krwawego przejęcia władzy przez reżim Suharto. Po dokonanej w 2003 roku inwazji, wprowadzenie w życie tych brutalnych metod "uprawiania polityki" było tylko kwestią czasu.

Według informacji zawartych w artykułach autorstwa dziennikarza śledczego Maxa Fullera opublikowanych w "National Review Online", człowiek CIA dowodzący szwadronami śmierci w irackim ministerstwie spraw wewnętrznych "zjadł swoje zęby w Wietnamie, po czym został przeniesiony do Salwadoru, gdzie nadzorował działania armii amerykańskiej". Profesor Grandin wskazuje na innego weterana brudnej wojny w Ameryce Środkowej, którego zadaniem jest dzisiaj "szkolenie bezwzględnych oddziałów antyterrorystycznych złożonych głównie z siepaczy pracujących wcześniej dla partii Baas". Jeszcze inny, pisze Fuller, jest dobrze znany z tego, że "tworzył listy śmierci". Jednostką odpowiedzialną na zamachy bombowe jest dowodzona przez Amerykanów tajna policja o nazwie Facilities Protection Service. "Siły specjalne armii amerykańskiej i brytyjskiej", podsumowuje Fuller, "w połączeniu z utworzonymi przez USA oddziałami wywiadu w irackim ministerstwie spraw wewnętrznych przygotowują i przeprowadzają wymierzone w szyitów zamachy bombowe, odpowiedzialnością za które obarczany jest ruch oporu".

Reuters w swojej depeszy z 16 marca donosił o aresztowaniu amerykańskiego pracownika ochrony, u którego w samochodzie znaleziono broń i ładunki wybuchowe. W ubiegłym roku dwóch Brytyjczyków przebranych za Arabów zostało schwytanych w samochodzie pełnym broni i ładunków wybuchowych. Armia brytyjska musiała buldożerami zburzyć mur więzienia, by wydostać stamtąd swoich ludzi. "The Boston Globe" doniósł niedawno: "Dział FBI zajmujący się zwalczaniem terroryzmu wszczął zakrojone na szeroką skalę śledztwo po stwierdzeniu, że wiele z samochodów użytych do zamachów bombowych, których ofiarami byli tak Irakijczycy jak i żołnierze armii amerykańskiej, zostało skradzionych na terytorium Stanów Zjednoczonych".

Wszystkie te metody wypróbowano już wcześniej. Przygotowanie amerykańskiej opinii publicznej na bezprawny atak na Iran do złudzenia przypomina fabrykowanie danych i propagandę związaną z posiadaną przez Irak bronią masowego rażenia. Jeżeli dojdzie do ataku, będzie on oparty na kłamstwie, nastąpi bez wcześniejszego ostrzeżenia i bez deklaracji wojennej. A ludzie uwięzieni w windach hotelu Hilton, wpatrzeni i wsłuchani w przekaz stacji CNN? Oni nic nie rozumieją, nikt im nie wytłumaczy, o co chodzi na Bliskim Wschodzie, w Ameryce Łacińskiej czy gdziekolwiek indziej. Oni są odizolowani. Nic im się nie wyjaśnia. Kongres nie protestuje. Demokraci wspierają administrację. A jak niesie plotka, najbardziej wolne media na świecie każdego dnia obrażają inteligencję swoich słuchaczy i czytelników. Jak powiedział Woler: "Ci, którzy mogą sprawić byś uwierzył w rzeczy absurdalne, mogą też sprawić byś popełnił zbrodnię".


John Pilger
Oryginalny artykuł: Return Of The Death Squads - Iraq's Hidden News, ZNet, 2006.05.04

Tłumaczenie: Sebastian Maćkowski. Za prawda.pl, 19.06.2006

"Wszędzie i zawsze polscy anarchiści wołać
będą z całej piersi: Precz z armią, choćby polską!
Precz z wszelkim militaryzmem!"

Józef Zieliński, 1906

PRZESPANA OKAZJA - NOWELIZACJA USTAWY O POWSZECHNYM OBOWIĄZKU OBRONY

19 sierpnia ub. r. prezydent podpisał, uchwaloną przez sejm miesiąc wcześniej, nowelizację Ustawy o powszechnym obowiązku obrony Rzeczpospolitej Polskiej. Większość jej przepisów zaczęła obowiązywać w styczniu b.r., więc zakończony 28 kwietnia pobór był pierwszym w którym były one stosowane.

Nowelizacja ta jest już drugą, po Ustawie o służbie zastępczej z 28 listopada 2003 roku, która została uchwalona w ostatnim czasie niemalże bez echa ze strony polskich organizacji antymilitarystycznych. Czy oznacza to, że organizacje te, do dziś dnia hołubiące się wielkim sukcesem ruchu "Wolność i Pokój", dzięki któremu 13 lipca 1988 r., sprzeciw wobec służby wojskowej i możliwość odpracowania wojska w ramach służby zastępczej zostały zapisane w polskim prawodawstwie, uznają sytuację za dobrą? Już w 1988 roku środowiska związane głownie z ruchem anarchistycznym i radykalnie ekologicznym uznały przepisy za niewystarczające. Zarówno, jeśli chodzi o procedurę administracyjną i urzędniczą samowolę, jak i o sam fakt niewolniczego charakteru służby. Czy od tego czasu sytuacja się zmieniła? Przyznać należy, że tak, jednak w wielu przypadkach na gorsze.

Zajmijmy się na początek służbą zastępczą. Ustawa o służbie zastępczej z 2003 roku pozostawiła komisje, których zadaniem jest orzekanie czy dana osoba ma poglądy, jakie deklaruje czy też nie. Pomysł powołania takiej komisji już w latach osiemdziesiątych XX w. był swego rodzaju absurdem, utrzymywanie przepisu przez kilkanaście lat w postaci niezmienionej świadczył o totalnym rozbiciu organizacyjnym ruchu antymilitarystycznego, a już totalną porażką jest legitymizacja tego socrealistycznego kuriozum w nowej ustawie. Działanie komisji w praktyce pokazują przede wszystkim dane. Przyznawanie służby jest uznaniowe i zależy od ich "widzimisie". Dla przykładu w Wielkopolsce w 2004 r. na 1102 osoby składające wniosek, odrzucono 858 podań - służbę zastępczą otrzymało, więc ok. 22 % składających wniosek o jej przyznanie. Gorzej sytuacja wygląda jedynie w Gdańsku gdzie pozytywnie rozpatrzono ok. 14 % wniosków. W całym kraju w 2004 roku złożone zostały 3692 wnioski, z czego negatywnie rozpatrzono, aż 2050 z nich. (Wszystkie dane za Ministerstwem Gospodarki i Pracy).

Zgodnie z zasadami logiki należy odrzucić irracjonalny pogląd jakoby Komisje rozpatrujące wnioski mogły w sposób obiektywny ocenić fakt posiadania przez poborowego deklarowanych poglądów - w ten sposób możliwe jest, co najwyżej sprawdzenie umiejętności jasnego formułowania myśli czy jego elokwencji. Uprawnionym jest, więc przypuszczenie, że przy wydawaniu orzeczeń Komisje kierują się "zamówieniem" Wojewódzkich Urzędów Pracy (WUP). Większa część pieniędzy, które za prace otrzymują poborowi wykładana jest z budżetu państwa, WUP otrzymuje te pieniądze na początku roku, więc Komisje Wojewódzkie ds. Służby Zastępczej już przed pierwszym posiedzeniem w danym roku wiedzą, jaka ilość poborowych będzie mogła być zatrudniona i ten fakt staje się głównym kryterium wydawania pozytywnych orzeczeń. Wracając do statystyk, świadczy o tym choćby fakt, że bez względu na to ile wniosków jest składanych w poszczególnych województwach służbę zastępczą otrzymuje podobna liczba poborowych np. w Wielkopolsce na 1102 wnioski 244 osoby, w Zachodniopomorskim na 391 wniosków 243 osoby, w Dolnośląskim na 349 wniosków 258 osób itd. - poza województwami gdzie liczba samych wniosków jest dużo niższa.

Poniżające "przesłuchania" przed Komisjami odbywają się w przestrzeni pozaprawnej. Teoretycznie całość postępowania dowodowego w sprawie przyznania służby, powinna zostać ograniczona do złożenia pisemnego oświadczenia o posiadanych przekonaniach religijnych lub wyznawanych zasadach moralnych. Regułą jednak jest, iż komisje (przy cichej aprobacie MON i Naczelnego Sądu Administracyjnego) nie przejmują się prawem do wolności sumienia, żądając przy tym, aby to poborowy udowodnił, że wyznaje zasady łaskawie "akceptowalne" przez komisję. Dodatkową trudnością w uzyskaniu służby zastępczej jest fakt, że skargi do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego (WSA), po negatywnym rozpatrzeniu wniosku przez II instancję, rozpatruje WSA w Warszawie, bez względu na miejsce zamieszkania poborowego.

Samą służbę zastępczą traktuje się w Polsce jak formę represji. Na dzień dzisiejszy jest ona 2 razy dłuższa od służby zasadniczej (trwa 18 miesięcy). W pakiecie nowelizacyjnym znalazły się też poprawki do Ustawy o służbie zastępczej (dotyczące spraw administracyjnych), jednak nie uznano konieczności jej skrócenie, mimo że służba zasadnicza staje się sukcesywnie krótsza. Międzynarodowe konwencje ratyfikowane przez Polskę zakazują takiego traktowania służby zastępczej. Po koniec października 2004 r. Komitet Praw Człowieka ONZ zalecił jaj skrócenie tak by "nie miała ona charakteru represji". W tamtym okresie stosunek służby zastępczej do służby zasadniczej był bardziej korzystny (11 do 18 miesięcy). Przedstawiciel Ministerstwa Spraw Zagranicznych Janusz Stańczyk powiedział wtedy, że zalecenia ONZ dla Polski należy traktować jako zobowiązujące. Mamy rok 2006 i nadal nic w tej kwestii nie uczyniono. Na dodatek w nowelizacji ustawy o powszechnym obowiązku obrony RP, znalazł się kolejny punkt dyskryminujący osoby starające się o służbę zastępczą. Będą one musiały czekać na ewentualne przeniesienie do rezerwy bez odbycia służby 3 lata, podczas gdy "zwykli" poborowi 18 miesięcy.

Rozporządzeniem Rady Ministrów z 11.08.2004 r. wykluczono odbywających służbę zastępczą z grona osób którym przysługują zasiłki na utrzymanie członków rodziny, natomiast z dniem wejścia w życie ustawy o służbie zastępczej tj. od 1 stycznia 2004 roku władze miejskie nie mogą wydawać decyzji o uznaniu poborowych służby zastępczej za posiadających na wyłącznym utrzymaniu członków rodziny, przyznawaniu zasiłków oraz należności i opłat mieszkaniowych. Takie uprawnienia posiadają jedynie rodziny poborowych służby zasadniczej. A więc osoby mające na utrzymaniu rodzinę, zostały tym samym praktycznie pozbawione środków do życia, wynagrodzenie netto za pracę w ramach służby to ok. 520 zł miesięcznie!

Odbywający służbę zastępczą nie mogą także zrzeszać się w obronie swoich praw, zgodnie z art. 25 wspomnianej ustawy "na czas odbywania służby zastępczej ulega zawieszeniu członkostwo poborowego w związku zawodowym, którego jest członkiem w dniu powołania do tej służby".

Przejdźmy teraz do pozostałych kwestii. Nowelizację Ustawy o powszechnym obowiązku obrony RP przedstawiana była jako "zmiany korzystne dla poborowych" - taki tytuł nosił artykuł na stronie internetowej MON. Jednak w tym samym artykule Ministerstwo przyznawało, że zmiany są "zgodnie z intencją Ministerstwa Obrony Narodowej". Atmosfera wokół nowelizacji była zgodna z nową linią propagandową, w której wojsko jest przedstawiane jako instytucja bardziej "cool" dla młodzieży. Można stwierdzić, że część przepisów jest faktycznie bardziej korzystna, jeśli oczywiście uznamy wojsko za instytucję potrzebną, w której każdy młody człowiek powinien się znaleźć. Nowelizacja jest na pewno korzystniejsza dla osób niemających oporów przed spędzeniem 9 miesięcy w koszarach. W ostatnich latach ze względu na brak pieniędzy armia ograniczała liczbę poborowych, którzy trafiali do koszar w ciągu roku. Oczywiście nie oznaczało to, że ktoś, kto nie został wcielony mógł czuć się wolny. Wręcz przeciwnie. Musiał czekać na swoja kolej, czasami po kilka lat. Z nieuregulowanym stosunkiem do służby wojskowej, przy obecnej skali bezrobocia, znalezienie pracy graniczyło z cudem (który pracodawca przyjmie kogoś, kto w każdej chwili może być powołany do wojska?). Uniemożliwiało to także załatwienie wielu innych spraw. Zgodnie z nowymi przepisami wojsko, może trzymać ludzi w takim zawieszeniu "jedynie" 18 miesięcy (lub, jak już wspominałem, 36 miesięcy, jeśli złożyli wniosek o służbę zastępczą). Jednak według starych przepisów w wieku 28 lat, obojętnie, co by się nie zrobiło armia nie mogła położyć na nikim swej brudnej łapy. Teraz nie istnieje już granica wieku, do jakiego można być powołanym do służby wojskowej. Teoretycznie, jeśli np. ktoś przebywał za granicą dajmy na to 10 lat i postanowi wrócić do kraju WKU będzie mieć ma 18 miesięcy od jego powrotu na powołanie do służby, bez względu na wiek!

Wprowadzono także inne zmiany, ale jeśli się im przyjrzeć bliżej to wychodzi na to, że są one korzystne głównie dla samej armii. Wojska i rządu nie interesowały ewentualne uwagi organizacji społecznych. W analizie prawnej, sporządzonej przez "eksperta ds. legislacji" do rzędowego projektu ustawy dla sejmu można przeczytać: "Pewne zastrzeżenia można mieć tylko do kręgu podmiotów, z którymi przeprowadzono konsultacje społeczne. Wśród tych podmiotów wyraźnie brakuje organizacji zrzeszających osoby, których zmiany będą dotyczyć". Jako ewentualne usprawiedliwienie można uznać fakt, że trudno znaleźć znaną organizacja, która konkretnie zajmowałby się sprawami wojska. Te, które istnieją mają najczęściej charakter lokalny (jak np. Poznańska Koalicja Antywojenna).

Naturalna "baza" ewentualnych protestów, czyli wielkomiejscy studenci, bez względu na wyznawane poglądy zostali skutecznie "przekupieni" przez MON łagodnym traktowaniem, przywilejami niedostępnymi dla innych poborowych. Stosunkowo łatwo mogą oni uniknąć wojska, gdyż, co roku MON wydaje rozporządzenie przenoszące kolejne roczniki absolwentów szkół wyższych do rezerwy. Jeśli ktoś nie należy do studenckiej elity, mieszka w małym mieście i na dodatek kapitalizm obszedł się z nim w typowy dla tego systemu sposób, a na dodatek nie marzy o pasjonującej podróży do Iraku, to ewentualny "pacyfizm" skutecznie wybije mu z głowy, jak nie Komendant czy kolejne komisje to na pewno czysty rachunek ekonomiczny.

Na zakończenie można jedynie stwierdzić, że dopóki nie zaistnieje ruch, który będzie potrafił skutecznie zablokować choćby tak "błahe" kwestie jak jawnie ideologiczną dyskryminację antymilitarystów i pacyfistów przez państwo, to tym bardziej nigdy nie zaistnieje taki, który będzie mógł przeprowadzić zmiany bardziej radykalne.

Damian Kaczmarek


ŚWIATOWE WYDATKI NA ZBROJENIA

Według raportu przygotowanego przez mający swoją siedzibę w Sztokholmie Międzynarodowy Instytut Badań nad Pokojem, rok 2005 był rekordowy pod względem kwoty wydanej przez wszystkie państwa świata na zbrojenia. Największy wzrost odnotowano w krajach Bliskiego Wschodu oraz w Stanach Zjednoczonych. Europa zaś wydała na zbrojenia mniej niż rok wcześniej.

Stany Zjednoczone pozostają niekwestionowanym światowym liderem w tym niechlubnym rankingu. Wydały one 48 procent z całkowitej sumy 1 biliona 118 miliardów dolarów przeznaczonej na zbrojenia w ubiegłym roku. Oznacza to kwotę 1604 dolarów na statystycznego mieszkańca tego kraju. Kraje Bliskiego Wschodu zanotowały natomiast największy procentowy wzrost kosztów utrzymania i modernizacji armii liczony względem roku poprzedniego. W głównej mierze przyczyniły się do tego ogromne środki przeznaczone na zakup broni przez rząd Arabii Saudyjskiej. Uwzględnienie w raporcie wydatków poniesionych przez Irak i Katar, państwa nieujęte z powodu braku danych, podniosło by ten wskaźnik jeszcze bardziej.

Państwami przeznaczającymi największe kwoty na zbrojenia są (w kolejności malejącej): Stany Zjednoczone, Wielka Brytania, Francja, Japonia, Chiny, Niemcy, Włochy, Arabia Saudyjska, Rosja, Indie, Korea Południowa, Kanada, Australia, Hiszpania i Izrael.

Europa, jako jedyna zanotowała spadek wydatków na armię. Wyniósł on 1.7 procenta i związany był głównie z cięciami budżetowymi wprowadzonymi przez państwa Europy Zachodniej. Jak podano w raporcie, największe ograniczenia zastosowały Włochy i Wielka Brytania.

Sebastian Maćkowski
Za lewica.pl, 2006-06-13

PERSPEKTYWA SYRYJSKA - AMERYKA CHCE WOJNY DOMOWEJ W IRAKU

Gdy się jest w Syrii, świat wygląda tak, jakby znajdował się za ciemną, pokrytą sadzą, szybą. Zupełnie jak przyciemnione szyby samochodu, którym udaję się do jednego z budynków w zachodniej części Damaszku, by spotkać się tam z człowiekiem, którego znam od ponad 15 lat - będę go nazywał "moim źródłem", terminem jakże często pojawiającym się w relacjach i raportach amerykańskich dziennikarzy. Mam poznać jego opis tragedii dokonującej się każdego dnia w Iraku i niebezpieczeństw, które grożą krajom Bliskiego Wschodu.

Jest to opis, w którym Stany Zjednoczone, zakopane po samą szyję w nasączonych krwią piaskach Iraku, dążą do wywołania w okolicach Bagdadu wojny domowej po to by zmniejszyć ofiary ponoszone przez armię amerykańską. Jest to obraz, w którym Saddam Hussein pozostaje wciąż najlepszym przyjacielem Waszyngtonu, obraz, w którym Syria walczy z irackimi rebeliantami, choć determinacja, z jaką prowadzi tę walkę nie spotyka się z najmniejszym uznaniem ze strony Stanów Zjednoczonych. Wreszcie, jest to scenariusz, w którym minister spraw zagranicznych Syrii, znaleziony w ubiegłym roku martwy w swoim gabinecie, popełnił samobójstwo, gdyż był niezrównoważony psychicznie.

Zdaniem mojego rozmówcy, Amerykanie próbują doprowadzić do wybuchu w Iraku wojny domowej, wojny, w której sunnici zaczną masowo zabijać szyitów, ograniczając w ten sposób ataki wymierzone przeciwko siłom koalicyjnym. "Przysięgam, że moje informacje są pewne i sprawdzone", podkreśla mój informator. "Jeden młody Irakijczyk powiedział mi, że w czasie prowadzonego przez Amerykanów w Bagdadzie szkolenia policjantów (w którym sam uczestniczył), 70 procent czasu poświęcono nauce prowadzenia samochodu, a zaledwie 30 procent zajęła nauka obsługi broni. Po szkoleniu powiedzieli mu: "Przyjdź do nas za tydzień". Gdy po tygodniu się pojawił, dostał od nich telefon komórkowy i polecenie, by zaparkować samochód przy zatłoczonym placu przy meczecie i następnie do nich zadzwonić. Dojechał na miejsce i czekał w samochodzie, gdyż nie mógł znaleźć zasięgu. Po chwili wyszedł z samochodu. Zadzwonił. Wtedy samochód eksplodował".

Myślę sobie, że to niewyobrażalne. W chwilę później przypominam sobie jednak, jak wiele razy - będąc w Bagdadzie - słyszałem bardzo podobne historie. Należy im dawać wiarę, chociaż na pierwszy rzut oka sprawiają one wrażenie nieprawdopodobnych. Wiem skąd czerpią swoje informacje syryjskie służby wywiadowcze: od dziesiątków tysięcy pielgrzymów szyickich, którzy przybywają na modlitwy do położoneo pod Damaszkiem meczetu Sayda Zeinab. Ci mężczyźni i kobiety przybywają ze slamsów Bagdadu, Hillah i Iskandariyah, z Nadżafu i Basry. Z wizytą do swoich krewnych i przyjaciół przyjeżdżają też sunnici z Faludży i Ramadi. Wszyscy oni w sposób bardzo bezpośredni opisują taktykę działań władz amerykańskich w Iraku.

"Był też inny człowiek, który przeszedł prowadzone przez Amerykanów szkolenie dla przyszłych policjantów. Również otrzymał od nich telefon komórkowy i nakazano mu jechać w zatłoczony rejon miasta - prawdopodobnie w pobliże odbywającego się protestu - zadzwonić do nich i poinformować o zastanej sytuacji. Również i w tym przypadku komórka nie działała. Skorzystał więc z telefonu stacjonarnego i poinformował Amerykanów, że przyjechał na wskazane miejsce i może zdać relację z tego co widzi. W tym momencie samochód z wielką siłą eksplodował".

Mój informator nie powiedział mi, kim mogą być ci "Amerykanie". W opanowanym przez anarchię, chaos i strach Iraku funkcjonuje wiele złożonych z Amerykanów grup - włączając w to obsługę niezliczonych posterunków ustanowionych przez armię amerykańską oraz przez wspierane przez Zachód nowe Ministerstwo Spraw Wewnętrznych Iraku - które działają poza prawem i wszelkimi regułami. Od rozpoczęcia inwazji w 2003 roku, zamordowanych zostało 191 nauczycieli i profesorów akademickich - do dzisiaj nie można ustalić osób odpowiedzialnych. Podobnie jak za zabójstwa, których ofiarą padło 50 pilotów samolotów myśliwskich walczących w wojnie z Iranem. Zginęli oni w ciągu ostatnich trzech lat zastrzeleni w swoich domach.

W tak trudnej sytuacji - spytał mnie towarzysz mojego informatora - jak można oczekiwać od Syrii prowadzenia działań mogących ograniczyć liczbę ataków przeciwko armii amerykańskiej w Iraku? "To przecież nigdy nie była bezpieczna i dobrze strzeżona granica", powiedział. "Gdy rządził Saddam, kryminaliści i terroryści Saddama przekraczali ją by przeprowadzać ataki wymierzone w nasz rząd. W tamtym czasie powstała na granicy zapora ziemna. Jednak w niedługi czas potem doszło do trzech wybuchów w Damaszku i Tartousie. Nie mogliśmy tych działań powstrzymać".

Obecnie, powiedział mi, szczelność granicy syryjsko - irackiej znacznie się poprawiła - na długości kilkuset mil ciągną się zasieki z drutu kolczastego. "Udało nam się pojmać półtora tysiąca nie-Syryjczyków i Arabów spoza Iraku, którzy próbowali przedostać się do Iraku. Udaremniliśmy też przekroczenie granicy 2700 Syryjczykom. Nasza armia stoi na posterunkach i pilnuje granic. Jednak wysiłki te nie są wsparte w żaden sposób działaniami armii irackiej czy Amerykanów".

Podstawą ostrożnej i nieufnej postawy strony syryjskiej i okazywanego przez nią dystansu jest wspomnienie zażyłej, długoletniej i obustronnej przyjaźni Saddama ze Stanami Zjednoczonymi. "Nasz Hafez el-Assad [były prezydent Syrii, zmarł w 2000 roku] dowiedział się, że w pierwszych latach swoich rządów, Saddam spotykał się z przedstawicielami amerykańskiej administracji 20 razy w ciągu miesiąca. Zrodziło to u Assada przekonanie, że "Saddam stoi po stronie Amerykanów". Saddam oddał Amerykanom największą przysługę na Bliskim Wschodzie (gdy zaatakował Iran w 1980 roku) po obaleniu Szacha. Był ich najlepszym przyjacielem. I jest nim do dzisiaj! Nic się nie zmieniło. W końcu to on wprowadził armię Stanów Zjednoczonych do Iraku!"

Zmieniłem temat rozmowy i spytałem moich informatorów o śmierć generała Ghazi Kenaana, byłego szefa syryjskiego wywiadu wojskowego w Libanie - niewiarygodnie wysoka pozycja - i ministra spraw wewnętrznych Syrii. Jego śmierć, w wyniku samobójstwa, została ogłoszona przez rząd w Damaszku w ubiegłym roku.

Pogłoski rozgłaszane poza granicami Syrii wskazywały, że Kenaan był jednym z głównych podejrzanych w śledztwie prowadzonym przez ONZ - mającym na celu wyjaśnienie okoliczności śmierci byłego premiera Libanu Rafika Hariri zabitego w ubiegłym roku w potężnym zamachu bombowym w Bejrucie - i że agenci rządu syryjskiego upozorowali "samobójstwo", by zapobiec ujawnieniu przez niego prawdy.

To mało prawdopodobne, stwierdził mój pierwszy informator. "Generał Ghazi był człowiekiem, który uważał, że może wydać rozkaz i niezależnie od tego, czego zażąda, zostanie on wykonany. Musiało wydarzyć się coś, co uświadomiło mu, że nie posiada już takiej władzy. W dniu swojej śmierci, przyjechał do ministerstwa by po pół godzinie wyjść i pojechać do domu. Wrócił z pistoletem. Swojej żonie zostawił wiadomość, w której się z nią pożegnał, prosił, by opiekowała się dziećmi i że to co robi, robi dla dobra Syrii. Potem się zastrzelił".

W sprawie zamachu, w którym zginął Hariri, przedstawiciele rządu Syrii wskazują na kontakty łączące Haririego z byłym premierem tymczasowego rządu irackiego Iyadem Alawim - który przyznał się, że był agentem CIA i MI6 - oraz na zawartą między Rosją i Arabią Saudyjską i wartą 20 miliardów dolarów umowę na dostawę uzbrojenia, w której - według obu stron - uczestniczył także Hariri.

Z kolei zwolennicy Haririego w Libanie odrzucają argumenty strony syryjskiej wskazując, że to właśnie Hariri - jak ustaliły syryjskie służby bezpieczeństwa - oraz prezydent Francji Jacques Chirac opracowali wspólnie projekt rezolucji uchwalonej przez Radę Bezpieczeństwa ONZ, która nakazywała armii syryjskiej wycofanie się z terytorium Libanu.

Niezależnie od tego, do jakiego stopnia Syryjczycy są owładnięci obsesją na punkcie amerykańskiej okupacji Iraku, ich nienawiść wobec Saddama - uczucie podzielane przez wielu Irakijczyków - jest wciąż bardzo silna. Gdy spytałem swojego informatora o to jak zakończy się proces byłego irackiego dyktatora, odpowiedział - uderzając się pięścią w głowę - "Zostanie zabity. Zostanie zabity. Zostanie zabity".

Robert Fisk
tłumaczenie: Sebastian Maćkowski
Artykuł ukazał się w "The Independent". Za lewica.pl 2006-06-08

SPRAWIEDLIWA WOJNA? WĄTPIĘ

Coraz częściej, zarówno w kręgach akademickich jak i politycznych, toczą się dyskusje na temat "sprawiedliwej wojny". Podłożem dla nich jest oczywiście bieżąca sytuacja międzynarodowa, niewolna od inwazji, przemocy i wojen.

Odkładając na bok wszelkie rozważania teoretyczne, chciałbym zauważyć, że działania podejmowane w dzisiejszym świecie aż nazbyt często opierają się na maksymie Tukidydesa, który powiedział, że "silni działają według własnej woli, a słabi muszą znosić narzucone im cierpienie". Jest to sytuacja nie tylko w oczywisty sposób niesprawiedliwa, ale - na obecnym etapie cywilzacji - stanowi ona poważne zagrożenie dla przetrwania naszego gatunku.

W swoich powszechnie - i często przychylnie - komentowanych obserwacjach dotyczących "sprawiedliwej wojny", Michael Walzer uznaje amerykańską inwazję na Afganistan jako "triumf teorii wojny sprawiedliwej". Podobnie mianem "wojny sprawiedliwej" określa on interwencję w Kosowie. W obu tych przypadkach jednak uzasadnieniem dla prezentowanego poglądu są argumenty w postaci "jest w moim odczuciu całkowicie uzasadnione", "jestem przekonany" czy "nie budzi moich wątpliwości".

Jednocześnie ignorowane są fakty, nawet te najbardziej oczywiste i niepodważalne. Zaraz po rozpoczęciu bombardowań w październiku 2001 roku, prezydent Bush ostrzegł Afgańczyków, że ataki będą kontynuowane tak długo aż nie zostaną wskazani i wydani ludzie podejrzani przez Stany Zjednoczone o związki z organizacjami terrorystycznymi.

W tym kontekście ważne jest oczywiście słowo "podejrzani". W osiem miesięcy potem, szef FBI Robert S. Mueller III powiedział redaktorom The Washington Post, że po tym co nosiło wszelkie znamiona największej obławy w historii ludzkości, "wydaje się nam, że pomysłodawcami zamachów z 11 września 2001 roku byli wysoko postawieni przywódcy Al-Kaidy przebywający w Afganistanie. Spiskowcy i główni sprawcy spotykali się w Niemczech i w innych krajach".

To co rodziło wiele pytań w czerwcu 2002 roku, nie mogło być stuprocentowo pewne w październiku 2001 roku. Niektórzy, ja również, zgłaszali swoje poważne wątpliwości już wówczas. Jednak przeczucia i dowody to dwie różne rzeczy. Uzasadnionym zatem wydaje się stwierdzenie, że przytoczone wyżej okoliczności jednoznacznie podważają pogląd według którego bombardowanie Afganistanu było klasycznym przykładem "wojny sprawiedliwej".

Argumenty Walzera kierowane są anonimowo - na przykład wobec opozycji akademickiej, nazywanej "pacyfistami". Walzer pisze, że ten rodzaj pacyfizmu jest "mało przekonującym argumentem", gdyż uważa on, że użycie przemocy bywa czasem uzasadnione. Możemy się oczywiście zgodzić z twierdzeniem, że przemoc może być uzasadniona (ja się z nim zgadzam), jednak trudno uznać za rzucający na kolana argument zaczynający się od słów "uważam, że". Zwłaszcza, gdy przedmiotem dyskusji są problemy realnego świata, w którym żyją prawdziwi ludzie.

Stosując kategorię "wojny sprawiedliwej" czy posługując się hasłem walki z terroryzmem, Stany Zjednoczone stawiają się ponad wszystkimi zasadami prawa międzynarodowego i porządku światowego, w których sformułowaniu i wprowadzeniu w życie odgrywały w przeszłości znaczącą rolę.

Po II Wojnie Światowej ustanowiony został nowy system norm prawa międzynarodowego. Jego przepisy zapisane są w Karcie Organizacji Narodów Zjednoczonych, w Konwencji Genewskiej i dokumentach końcowych przyjętych przez Trybunał w Norymberdze i ratyfikowanych przez Zgromadzenie Ogólne. Według przyjętych przez ONZ zasad, zakazane jest stosowanie groźby użycia siły oraz użycie siły bez zgody Rady Bezpieczeństwa ONZ. Ponadto artykuł 51 dopuszcza wojnę obronną jedynie w przypadku ataku zbrojnego ze strony innego państwa, i tylko aż do czasu podjęcia działań przez Radę Bezpieczeństwa.

W czasie panelu zwołanego w 2004 roku przez Organizację Narodów Zjednoczonych, w którym uczestniczył między innymi były doradcą do spraw bezpieczeństwa Brent Scowcroft, stwierdzono, że "artykuł 51 nie wymaga żadnych zmian i że użyte sformułowania doskonale oddają jego cel i przesłanie. W świecie pełnym potencjalnych zagrożeń, legalizacja jednostronnego ataku prewencyjnego, w przeciwieństwie do działań będących wynikiem szerokiego porozumienia, niesie ze sobą zbyt duże i niemożliwe do zaakceptowania ryzyko dla porządku i bezpieczeństwa światowego. Zgoda na takie działania prowadzone przez jedno państwo była by automatycznym przyzwoleniem dla wszystkich innych krajów".

Opracowana we wrześniu 2002 roku i przyjęta ponownie - z niewielkimi zmianiami - w marcu tego roku Narodowa Strategia Bezpieczeństwa daje Stanom Zjednoczonym prawo do tak zwanego "pierwszego ataku", co faktycznie znacza prawo do "ataku prewencyjnego". Jest to jasno i w sposób nie budzący wątpliwości wyrażone przyznanie sobie samemu prawa do dokonania agresji.

Według Trybunału w Norymberdze, agresja jest "najwyższym przestępstwem międzynarodowym, które od innych zbrodni wojennych odróżnia jedynie to, że to właśnie ona zawiera w sobie całe zło wojny, której jest początkiem" - tak jak zło wypływające z anglo-amerykańskiej inwazji, które objęło terrorem i śmiercią całe terytorium Iraku.

Definicja agresji została sformułowana w sposób wystarczająco przejrzysty przez sędziego Sądu Najwyższego USA Roberta Jacksona, który w Norymberdze był głównym oskarżycielem z ramienia Stanów Zjednoczonych. Została ona później zapisana w przyjętej przez Zgromadzenie Ogólne rezolucji Organizacji Narodów Zjednoczonych. Jako "agresora" określa Jackson państwo, które jako pierwsze " użyje swoich sił zbrojnych w celu dokonania, z lub bez wypowiedzenia wojny, inwazji na terytorium innego państwa".

Opis ten idealnie pasuje do inwazji na Irak. Tak jak poniższe pełne elokwencji słowa wygłoszone przez sędziego Jacksona w Norymberdze: "Jeżeli pewne działania łamiące porozumienia międzynarodowe są przestępstwem, to muszą być one traktowane jako przestępstwo, niezależnie od tego czy dopuszczą się ich Niemcy, czy Stany Zjednoczone; niedozwolone jest formułowanie oskarżeń o popełnienie przestępstwa wobec innych, jeżeli tych samych norm nie umiemy stosować wobec siebie samych". I dalej: "Nie wolno nam nigdy zapomnieć, że zasady według których sądzimy tych oskarżonych dzisiaj będą tymi samymi zasadami według których świat osądzi nas w przyszłości.".

Zagrożenie związane z ewentualnym złamaniem tych zasad - czy prawa jako takiego - przez przywódców politycznych jest rzeczywiście poważne. Lub raczej byłoby, w sytuacji gdy naruszało by to pozycję "jedynego bezwzględnego supermocarstwa, którego przywódcy dążą do ukształtowania świata zgodnie z własnym punktem widzenia i własnymi potrzebami", jak napisał w majowym wydaniu pisma Haaretz Reuven Pedatzur.

Pozwólcie, że przytoczę dwie proste prawdy. Pierwsza mówi, że ocena działań opiera się głównie na skali i rozmiarach konsekwencji tychże. Druga jest zasadą uniwersalności, która stwierdza, że wobec samych siebie należy stosować te same standardy co w stosunku do innych, jeżeli nie bardziej surowe.

Poza tym, że są to truizmy, obie te zasady stanowią również podstawowy fundament teorii wojny sprawiedliwej, a przynajmniej tej jej wersji, która jako jedyna zasługuje na poważne traktowanie.

Noam Chomsky
tłumaczenie: Sebastian Maćkowski
Artykuł ukazał się w "The Khaleej Times".
Za lewica.pl 2006-06-06

<<< STARSZE ARTYKUŁY


 

tgtgtttttttttttttttzzttt| główna | zapowiedzi | linki | historia | relacje | kontakt | poradnik - pobór stop |