RUCH ANTYWOJENNY: PRZEGRALIŚMY
Ale dopóki opór trwa może zmienić twarz świata

"Okrucieństwa popełnione przez zrewoltowanch Sipajów w Indiach są przerażające, obrzydliwe, niewysłowione. Ale można się ich spodziewać po zbrojnych buntach narodowych, rasowych czy religijnych. Takie same miała w zwyczaju oklaskiwać czcigodna Anglia, gdy były popełniane przez Wandejczyków na "Niebieskich", przez hiszpańskich partyzantów na niewiernych Francuzach, przez Serbów na niemieckich i węgierskich sąsiadach, przez Chorwatów na buntownikach wiedeńskich, przez gwardię Cavaignaca albo przez Bonapartego na synach i córkach francuskich proletariuszy. Jak niegodziwe byłoby zachowanie się Sipajów odbija ono tylko, w skoncentrowanej formie, zachowanie się Anglii w Indiach." Karol Marks

Są rzeczy, które łatwiej zacząć niż skończyć - jak historia miłosna, jedzenie orzeszków pistacjowych czy wojna. Właśnie tę ostatnią rzecz odkrywają dziś Amerykanie w Iraku. Ta sytuacja z pewnością wzbudzi dyskusje w ruchu antywojennym.

Wśród organizacji przeciwnych tej wojnie dominują dwie tendencje, większościowa i mniejszościowa. W 1991 większość popierała embargo wobec Iraku jako alternatywę wobec wojny. Mniejszość widziała w tym zwykłe przygotowania do niej i była im przeciwna. Po umowie z Oslo (początek tzw. procesu pokojowego między Palestyńczykami a Izraelczykami) większość klaskała, a mniejszość widziała w niej zapowiedź niczego nie rozwiązującej bantustanizacji. W czasie wojny NATO przeciw Jugosławii i później w Afganistanie większość zajęła stanowisko typu "ani-ani": ani NATO ani Milosevic, ni Bush ni Talibowie.

Jeśli chodzi o Irak, większość poparła inspekcje ONZ, znów jako alternatywę wobec wojny, a mniejszość dostrzegała w tym tylko psychologiczne przygotowania do agresji (...). W aktualnej sytuacji większość zwróci się do ONZ bądź Europy, by bardziej zaangażowały się w "odbudowę" Iraku, a mniejszość będzie żądać bezwarunkowego wycofania wojsk okupacyjnych.

Chciałbym przedstawić w tym artykule pogląd, że stanowisko większościowe jest bardzo słabe intelektualnie, a jego siła wywodzi się głównie z poparcia udzielanego mu przez duże aparaty polityczne (socjaldemokraci, Zieloni i nawet komuniści). Z powodu tej instytucjonalnej siły większość może uniknąć debaty z ludźmi z mniejszości traktując ich jako prostaków, wyznawców prymitywnego antyamerykanizmu (jeśli nie antysemityzmu), bądź oskarżając ich o bycie "pro-X" (gdzie X=Milosevic, Saddam Hussajn, czy Talibowie itd.)

Żeby zilustrować błąd tendencji większościowej zacznijmy od sloganu "ani-ani": teraz gdy Milosevic jest w Hadze, a Talibowie i Saddam Hussajn obaleni, czy zwolennicy tego hasła mogliby wytłumaczyć w jaki mianowicie sposób mają zamiar pozbyć się drugiej części "ani" - Busha i NATO? Oczywiście to niemożliwe i oni to doskonale wiedzą. To właśnie tu jest problem. Nie da się porównać kraju, gdzie żyje 4 procent ludzkości i którego przywódcy otwarcie deklarują, że ten nowy wiek będzie planetarnie "amerykański" z brutalnymi reżimami (choć istnieją między nimi różnice), których działanie w czasie i przestrzeni jest bardzo ograniczone.

Przede wszystkim jednak dyskurs większościowy zbyt łatwo poddaje się dominującej ideologii naszych czasów. Ogranicza się ona do kilku podstawowych idei: upadek ZSRR pokazuje wyższość naszego systemu, opartego na demokracji, poszanowaniu praw człowieka i wolnym rynku. Problemem jest wprowadzenie tego systemu tam, gdzie jeszcze nie panuje, dlatego użycie siły jest czasem konieczne. To tu to tam pojawiają się nowi Hitlerzy, którzy chcą masakrować nowych Żydów - mieszkańców Kosowa, Kurdów, afgańskie kobiety itd. Ci, którzy sprzeciwiają się ingerencji humanitarnej to "zwolennicy Monachium" sprzed wojny. Zamykają oczy na "islamski faszyzm" i odmawiają udzielenia pomocy "ofiarom".

Nurt większościowy generalnie akceptuje to rozumowanie, choć nie koniecznie jego konkluzję (dotyczącą użycia siły). Mniejszość opiera swoje poglądy na zupełnie innej wizji świata i jego historii. "Nasz" system nie jest oparty tylko - albo nawet głównie - na "demokracji, prawach człowieka i wolnym rynku", ale na długim okresie nierównych stosunków z owym wielkim rezerwuarem surowców i darmowej lub bardzo taniej siły roboczej, który dziś nazywa się Trzecim Światem. Nikt nie może stwierdzić czym byłby nasz system (ni zresztą jak mogłaby rozwinąć się reszta świata) bez handlu niewolnikami, podboju Ameryk i ich rabunku (tak jak Afryki i Indii), bez wojen opiumowych, nieprzerwanego strumienia taniej ropy w XX wieku, albo przejmowania podstawowych środków utrzymania zwanego skromnie "obsługą długów".

Z bronionego tu punktu widzenia największy postęp XX wieku przyniosła porażka mocarstw europejskich w walce przeciw kolonializmowi. Pozwoliło to uwolnić setki milionów mężczyzn i kobiet z jednej z najbardziej ekstremalnych form rasizmu, wykorzystywania i tyranii. To wyzwolenie było jednak tylko częściowe, gdyż system kolonialny został zastąpiony przez system neokolonialny, który utrwalił mniej czy bardziej nierówne stosunki gospodarcze przekazując zadania represji rządom formalnie autonomicznym. Można założyć, że przedmiotem najważniejszych konfliktów nowego wieku będzie rozbicie systemu neokolonialnego. W krajach Ameryki Łacińskiej i w tym co najlepsze w ruchu alterglobalistycznym, można dostrzec zapowiedź tej walki.

Dostrzeżenie bezpośredniego związku między aktualnymi wojnami a systemami kolonialnym i neokolonialnym jest dość łatwe. Utworzenie Izraela było możliwe tylko jako przedłużenie okupacji brytyjskiej Palestyny po upadku imperium tureckiego. Utworzenie "niezależnego" (od świata arabskiego, bo nie od nas) Kuwejtu jest tak samo związane z obecnością imperium brytyjskiego w regionie. Baasistowskie rządy w Iraku wyłoniły się z buntu przeciwko monarchii, która służyła temu imperium jako "arabska fasada" (określenie własne lorda Curzona). Reżim irański wyłonił się z rewolty przeciw reżimowi szacha ustanowionemu przez Stany Zjednoczone w 1953, po przewróceniu rządu Mossadegha, który miał zły pomysł nacjonalizacji ropy. Poparcie dla Saddama Hussajna w latach osiemdziesiątych było motywowane "powstrzymywaniem" rewolucji irańskiej. Tzw. Al Kaida wywodzi się z zainspirowanej przez Amerykanów walki przeciw stosunkowo świeckiemu, ale bliskiemu ZSRR, reżimowi w Afganistanie. Krótko mówiąc - gdzie nie spojrzeć - odnajdujemy wczorajsze interwencje (wszystkie oczywiście usprawiedliwiane najszlachetniejszymi intencjami), które stały się zarzewiami dzisiejszych wojen.

Wróćmy do obecnej sytuacji w Iraku i stanowiska ruchów antywojennych. Trzeba przede wszystkim zdać sobie sprawę, że Stany Zjednoczone nie wyjdą z Iraku, chyba, że zostaną stamtąd usunięte militarnie, co zabierze dużo czasu (i istnień ludzkich). Z politycznego punktu widzenia nie mogą sobie pozwolić na stratę twarzy w konflikcie, w który tak się zaangażowały. Nie mogą wyjść dopóki nie pozostawią za sobą "zaprzyjaźnionego" reżimu. Problem polega na tym, że mają niewielu realnych sojuszników w świecie arabskim: kilka środowisk biznesowych i paru feudalnych przywódców. Ani siły laickie, które zawsze zajmowały stanowisko antyimperialistyczne, ani - co stanowi nowość - środowiska religijne, nie stanęły po ich stronie.

Przyszłość pokaże czy Amerykanom uda się zrealizować ich projekt irakizacji wojny, tj. zwalczania ruchu oporu rękami Irakijczyków. To jednak rzecz mało pewna. Równie mało prawdopodobne, że da się ją osiągnąć środkami demokratycznymi, z poszanowaniem praw człowieka. Nie ma wątpliwości, że przez lata będziemy mieć do czynienia z rodzajem gigantycznego Libanu czy olbrzymiej Palestyny. Ciekawe jaką postawę przyjmą intelektualiści zachodni, którzy latami wymachiwali sztandarem praw człowieka przeciw socjalistycznym czy narodowym reżimom Trzeciego Świata.

Można łatwo przewidzieć, że ci intelektualiści skupią się nie na okupacji i jej nielegalnym charakterze, ale na metodach stosowanych przez ruch oporu. Potępienie tych metod stanie się osią ich dyskursu. Oburzą ich zamachy samobójcze i ataki na cywilów, będą żądać by ci, którzy krytykują tę wojnę przede wszystkim "jednoznacznie potępili" te metody. Ale, jak przypomina zacytowany na początku tekst Marksa, selektywne oburzenie "barbarzyństwem" to nic nowego pod słońcem.

Afgańscy mudżahedini za czasów ZSRR nie stosowali metod szczególnie delikatnych, a jednak byli oklaskiwani przez "czcigodną Anglię" i przede wszystkim przez Stany Zjednoczone. Można odwracać kota ogonem ile się chce, ale faktem pozostaje, że dużo więcej zabitych, w tym cywilów, jest po stronie Afgańczyków i Palestyńczyków niż Amerykanów i Izraelczyków. Co do kwestii czy w tym czy innym zamachu śmierć cywilów była intencjonalna czy nie, czas zwrócić uwagę, że wojny, okupacje i embarga są jak najbardziej intencjonalne, a ich konsekwencje znakomicie przewidywalne.

Trzeba zresztą podkreślić, że miliony ludzi, które na całym świecie sprzeciwiały się tej wojnie, robiły to środkami pokojowymi i demokratycznymi: petycje, manifestacje itd. Śmiano się im w twarz: co za banda naiwniaków! Nawet europejskie rządy (Francja, Niemcy), które dały Stanom Zjednoczonym przyjacielską radę, zostały potraktowane z pogardą. To Stany Zjednoczone i ich admiratorzy pośród europejskiej inteligencji i prasy wybrali drogę walki zbrojnej. Lepiej niech teraz nie narzekają na zbrojny opór i jego formy.

Kiedy Amerykanie weszli do Bagdadu natychmiast pojawiło się pytanie "kto następny?". Syria, Iran, Kuba? Jedną z pierwszych zasług irackiego ruchu oporu było opóźnienie tych planów, unieruchomienie dużej części armii amerykańskiej. Trudno powiedzieć jak długo ten ruch wytrwa. W przeciwieństwie do popularnego obrazu wojny w Wietnamie większość ludowych ruchów wyzwoleńczych - od Komuny Paryskiej po Amerykę Środkową lat osiemdziesiątych - zmiażdżono. Ale jeśli opór trwa może zmienić twarz świata. Może dać nadzieję światu arabskiemu, której tak bardzo potrzebuje po wszystkich porażkach i upokorzeniach ze strony Izraela i Stanów Zjednoczonych. Co ważniejsze, może też zakwestionować niezwyciężoność Stanów Zjednoczonych, szczególnie w Ameryce Łacińskiej.

Porządek świata nie opiera się na sprawiedliwości i prawach człowieka, ale na po stokroć powtarzanym, historycznym przekonaniu, że uciskani mogą sobie buntować się ile chcą a i tak w końcu przegrają. Dzięki temu uważa się za całkowicie naturalne (chyba, że ofiary protestują), że Boliwia bardzo tanio dostarcza energii do Kalifornii (wcześniej przecież tak samo "dostarczała" srebro i cynę Zachodowi). Porównanie między tymi krajami pokazuje przecież w sposób oczywisty, że to Boliwia powinna utrzymywać poziom życia w Kalifornii. Destabilizacja, nawet przejściowa, ramienia zbrojnego tego "porządku" miałaby nadzwyczajny efekt symboliczny. Ponadto wszystkie kłamstwa, które służyły przygotowaniom wojny w Iraku były służalczo powtarzane przez dominujące media (przynajmniej w Stanach Zjednoczonych i u ich sojuszników), co przyczyni się, choćby po części, do utraty ich wiarygodności.

Niektórzy zobaczą w tym co napisałem poparcie dla terroryzmu, inni znowu przyklasną i wezwą do poparcia irackiego ruchu oporu. Jeśli chodzi o mnie, w retoryce poparcia dla X (Saddama, ruchu oporu itd.) widzę sporo mitologii. My (przeciwnicy wojny) nie mamy ni broni ni pieniędzy. Jeśli są ludzie gotowi walczyć bądź bezpośrednio pomóc irackiemu ruchowi oporu to ich wybór, powinni trzeźwo ocenić naturę sił, które rzeczywiście popierają (choćby po to by uniknąć tragicznych rozczarowań jak to bywało w przeszłości). Ale dla większości, która tu zostanie, pozostaje postawa skromniejsza. Nie możemy rozwiązać wszystkich problemów świata. Ruch antywojenny powinien zresztą pogodzić się ze swoją porażką. Kompletnie nic się nam nie udało: nie powstrzymaliśmy oszalałej przemocy Stanów Zjednoczonych. W konsekwencji jesteśmy w zbyt kiepskim położeniu by dawać lekcje humanizmu Irakijczykom, którzy muszą - z powodu naszej porażki - masowo oddawać życie za wyzwolenie swego kraju.

Od czasów konfliktu między Stalinem i Trockim lewicowi, zachodni intelektualiści spędzili wiele czasu na dysputach kogo mieliby popierać w dalekich i dawnych konfliktach, na które nie mieli żadnego wpływu. Jakiś cynik mógłby sugerować, że te debaty pomogły im może rozwinąć erudycję historyczną, ale odcięły od ludzi, wśród których żyją, gdzie ich działanie mogłoby mieć rzeczywisty skutek. Tak czy inaczej powinniśmy, zamiast myśleć o afektywnym poparciu tego czy tamtego, działać tam gdzie to może mieć jakiś efekt: w naszych społeczeństwach, w rządach.

W tej chwili należy zrobić wszystko by - nawet pośrednio - nie wspierać okupacji. Żadnej pomocy dla tego co mogłoby ją utrwalać: ni materialnej, ni symbolicznej, ani innej, nawet pod pretekstem "odbudowy". Zresztą rząd amerykański nie potrzebuje obcych wojsk ze względów militarnych, ale żeby móc przed swoją opinią publiczną utrzymywać, że stoi na czele szerokiej koalicji. Trzeba tę iluzję rozwiać i przygotować się do czasów po Bushu. Ci, których można nazwać inteligentnymi imperialistami, jak na przykład "finansista i filantrop" George Soros, ale i spora część amerykańskich elit, zrobią co się da by pozbyć się prezydenta, który zbyt skutecznie przyczynił się do mobilizacji opinii światowej przeciw Stanom Zjednoczonym. Demokraci, tacy jak Clinton czy Carter, o wiele bardziej nadają się do powiewania sztandarem "wielostronności" (oczywiście bez pytania co na to mieszkańcy Azji, Afryki czy Ameryki Łacińskiej), by z poparciem socjaldemokracji (i na dodatek Zielonych)* budować imperialne kondominium euro-amerykańskie.

Głębiej i na dłużej, szczególnie w krajach niebezpośrednio zaangażowanych w tę wojnę, powinniśmy pracować intelektualnie, oddziaływać na kulturę, by radykalnie zmienić perspektywę dominującą w stosunkach "Północ-Południe". Podstawowym problemem nie są (nawet jeśli istnieją) złośliwi dyktatorzy czy fanatycy religijni przeciwni "Zachodowi", ale wieki niesprawiedliwych stosunków, które wcale nie zniknęły, tylko pozostają podstawą porządku gospodarczego, którego nie da się moralnie obronić i który być może niedługo straci stabilność.

Ten punkt widzenia może wydać się "radykalny" i "mniejszościowy", ale tylko gdy ograniczymy się do społeczeństw zachodnich. W szerokim świecie nie ma w nim nic szokującego, i przede wszystkim w świecie arabskim, gdzie polityka Stanów Zjednoczonych osiąga stalinowskie wyniki, ale wbrew opinii publicznej. Jest sporo rzeczy do zrobienia z tym porządkiem: zredukować długi, walczyć z nierównymi umowami gospodarczymi, ograniczyć marnotrawstwo, otworzyć granice dla uchodźców.

Jeśli się najpierw za to weźmiemy, przyczynimy się do realizacji skromnego życzenia, wyrażonego przez Bertranda Russela, który "aby zminimalizować przelew krwi i zatrzymać maksimum tego co najwartościowsze w cywilizacji zachodniej" miał nadzieję na "nieco umiarkowania i ludzkich uczuć ze strony tych na świecie, którzy korzystają z niesprawiedliwych przywilejów".

Jean Bricmont
10 marca 2005
legrandsoir.info

tłum. Jerzy Szygiel
Za indymedia.pl

APEL DO RUCHU ANTY-WOJENNEGO I ZWIĄZKOWEGO W POLSCE

Kiedy szef administracji okupacyjnej w Iraku - Paul Bremer III został zapytany jaki kraj nadaje się najlepiej na model ekonomiczny, który powinien być naśladowany w Iraku, odpowiedział 'Polska'.

Premier Marek Belka przez rok pełnił funkcję Zarządzającego polityką gospodarczą CPA- Tymczasowego rządu Iraku. W tym czasie realizował i inicjował procesy zmieniające strukturę gospodarki irackiej posługując się dekretami CPA, które łamały prawo międzynarodowe. Belka naruszał konwencje Haskie i Genewskie, które określają obowiązki sił i administracji okupacyjnych na wypadek wojen.

Irak cierpi teraz nie tylko wskutek traumy jaką dla jego mieszkańców stanowiły dyktatura, sankcje, wojny i trwająca okupacja ale też za sprawą narzuconej temu krajowi wolnorynkowej terapii szokowej.

Jeżeli gospodarka Polska jest modelem dla Iraku - co oczekuje
Irakijczyków? Dzięki własnym doświadczeniom i walkom polscy związkowcy i uczestnicy ruchu anty-wojennego mogą przyczynić się do uświadomienia robotnikom w Iraku co neoliberalny model i wojna przyniosły Polakom.

Zapraszam do dzielenia się doświadczeniami walk Polskich pracowników,
bezrobotnych i związkowców. Proszę też listy solidarności i wsparcia dla walki
Irackich robotników z przemysłu naftowego i ich historycznej
konferencji przeciwko prywatyzacji.

Wszystkiego dobrego

Ewa Jasiewicz
UK Contact for the General Union of Oil Employees, Iraq (brytyjski przedstawiciel Powszechnego Związku Pracowników Przemysłu Naftowego z Iraku)

Związki zawodowe z Basry organizują historyczną konferencję przeciwko prywatyzacji

Iraccy związkowcy i działacze organizacji społecznych organizują w dniach 25-26 maja w Instytucie Nafty w Basrze konferencję poświęconą walce przeciw prywatyzacji irackich zasobów ropy.

Organizator konferencji - Powszechny Związek Pracowników Przemysłu Naftowego (General Union of Oil Emloyees - GUOE) jest organizacją sprzeciwiającą się zarówno okupacji jak i dawnemu reżimowi oraz planom prywatyzacji irackiego przemysłu naftowego. Organizacja ta powstała miesiąc po inwazji na Irak. Dziś ma 23 tysiące członków skupionych w Basrze, Amarze i Nasiriji. Jej przywódca w czasach reżimu partii BAAS był opozycjonistą i więźniem politycznym. GUOE nie jest afiliowany przy żadnej z irackich federacji związków zawodowych. Nie został też zorganizowany i nie jest kontrolowany przez żadną partię polityczną. Jest całkowicie niezależnym związkiem zawodowym.

Pierwszego dnia konferencji przedstawionych zostanie do dyskusji sześć referatów autorstwa wykładowców Uniwersytetu Basry, których tematem będzie kwestia prywatyzacji. Kolejny dzień poświęcony będzie sprawom międzynarodowego wsparcia dla irackich związków i manifestacji solidarności z ich walką.

Naomi Klein i Avi Lewis zadedykowali konferencji swój film pt. "The Take". Obraz poświęcony odwadze, walce, współpracy i autonomii robotników całkowicie przeciwstawiających się temu co w Iraku narzuca dyktat neokonserwatywnego wolnego rynku.

Film ten ukazuje jak bezrobotni z Buenos Aires przejęli zamkniętą fabrykę i uruchomili w niej produkcję. Naomi i Avi, a także robotnicy grający w filmie, który jest właśnie tłumaczony przez Indymedia Beirut., pokazują, że neokonserwatywne i neoliberalne plany prywatyzacji mogą zostać powstrzymane poprzez robotniczą samoorganizację.
Głośna pisarka i dziennikarka śledcza Linda McQuaig, autorka głośnej książki pt. "It's the Crude Dude: War, Big Oil and the Fight for the Planet" przygotuje na konferencję specjalny wyciąg ze swej książki. Organizacja Focus on the Global South przygotowała 20 egzemplarzy opracowanego przez siebie raportu pt. "Silent War: The Economic and ideological Occupation of Iraq" ("Cicha wojna: Gospodarcza i ideologiczna okupacja Iraku")
http://www.focusweb.org/pdf/Iraq_Dossier.pdf

Do udziału w Konferencji zaproszone zostały US Labour Against the War (Amerykańscy Robotnicy Przeciwko Wojnie), Platform ( Platforma-brytyjski ośrodek badań nad sprawiedliwością społeczną i ekologiczną oraz problemami przemysłu naftowego), brytyjsko-iracka organizacja Jubilee Iraq oraz War on Want (brytyjska organizacja antywojenna). Oczekujemy, że poza wyrazami solidarności przedstawią one raporty dotyczące natury i historii prywatyzacji, działalności i ideologii instytucji takich jak Międzynarodowy Fundusz Walutowy, WTO, Bank Światowy, a także analizy dynamiki międzynarodowego zadłużenia.

Do wysłania swoich reprezentantów zaproszone zostały także Międzynarodowa Konfederacja Energetyki i Górnictwa (ICEM), Powszechny Związek Pracowników Transportu (TWGU) z Wielkiej Brytanii oraz Offshore International Liaison Committee (OILC).

Cięgle czekamy na głosy solidarności i wsparcie w budowaniu strategii walki od związków zawodowych, organizacji walczących o społeczną sprawiedliwość oraz ruchów społecznych z całego świata.

Więcej informacji i kontakt z Powszechnym Związkiem Pracowników Przemysłu Naftowego:
Ewa Jasiewicz, UK Contact for the General Union of Oil Employees
freelance@mailworks.org (Polish Mobile until May 16th 0048 887 326 941)
or Munir Chalabi, UK Contact for the General Union of Oil Employees
munir@chalabi.screaming.net

Artykuły poświęcone Powszechnemu Związkowi Pracowników Przemysłu Naftowego:
http://www.guardian.co.uk/comment/story/0,3604,1417222,00.html
http://www.truthout.org/issues_05/040705LA.shtml http://www.corporatewatch.org.uk/newsletter/issue23/part13.htm http://www.socialistparty.org.uk/2005/385/index.html?id=pp8.htm http://www.socialistworker.co.uk/article.php4?article_id=5874

KORPOkracja

Na wieść, że George W. Bush wywalczył reelekcję, giełdowe kursy firm zbrojeniowych poszły w górę. Przemysł śmierci postawił na zwycięstwo republikanów i teraz czeka na sowitą odpłatę.

Przedstawiciele przemysłu zbrojeniowego wychwalają pod niebiosa rządzącą ekipę i George W. Busha, swego dobroczyńcę - swego pupila. Ci wymuskani biznesmeni jeszcze nigdy nie dali aż tyle pieniędzy kandydatowi na prezydenta. Zaczęli w roku 2000, gdy przeciwnikiem Busha był Al Gore. I nie musieli potem tego żałować - po roku 2001 zarobili jeszcze więcej niż za czasów Reagana. Giełdowe kursy ich firm poszybowały w górę - od 21 września 2001 roku wzrosły średnio o 64 procent. Skąd takie dokładne dane? Tę historię warto opowiedzieć.

21 września 2001 roku, gdy nad Manhattanem unosił się jeszcze odór śmierci, na Wall Street utworzono nowy wskaźnik giełdowy: Amex Defense Index. W ten sposób od trzech lat możemy dzień po dniu śledzić giełdowe losy spółek z sektora zbrojeniowego. A był to tłusty okres. - Producenci uzbrojenia zgromadzili miliardy w gotówce - mówi amerykański ekonomista Pierre Chao. - Sami nie wiedzą, co zrobić z całą tą kasą.
A ich ulubiony prezydent daje im ciągle coraz więcej. Budżet obronny, który Bush podpisał w sierpniu, przerasta wszelkie wyobrażenia: ponad 400 mld dolarów w 2005 roku. Prawie połowa całości światowych wydatków na obronę. Półtora raza więcej niż wynosi cały budżet Francji. Bush planuje przekazać Pentagonowi ponad dwa biliony dolarów do 2008 roku.

Po co to wszystko? Na wojnę w Iraku? Nie, na ten cel zaciąga się specjalne kredyty. W takim razie, po co? To bardzo proste: aby ciągle coraz bardziej powiększać amerykańską hegemonię. Te miliardy są potrzebne, aby posiąść uzbrojenie zapewniające absolutną supremację, broń, która w przyszłości - jeśli Bóg pozwoli - da Stanom Zjednoczonym możliwość uderzenia w każdego w dowolnym miejscu i o każdej porze bez ryzyka odwetu.

Jak dozbrajano Amerykę
Tak naprawdę lobby zbrojeniowe miało Busha w garści, zanim jeszcze wprowadził się do Białego Domu. Jako kandydat dokształcał się w zagadnieniach polityki międzynarodowej przy pomocy grupy doradców pod kierownictwem Condoleezzy Rice, przekonanych niezbicie o konieczności dozbrojenia Ameryki.

Swoją doktrynę rozwinęli w sławnym już dziś tekście opublikowanym we wrześniu 2000 roku. Ten liczący 80 stron dokument, zatytułowany "Odbudować siły obronne Ameryki", powstał w ośrodku o nader wymownej nazwie Projekt na rzecz Nowego Amerykańskiego Stulecia (PNAC).
Autorem tego dokumentu był Tom Donnelly. Dziś w swoim waszyngtońskim biurze przy Dupond Circle ten egzaltowany 50-latek snuje wspomnienia. - Nasz pomysł był taki: przez osiem lat Clinton opuszczał gardę. Chciał, jak sam mówił, zebrać "dywidendę pokoju" z byłym ZSRR. Wierzył w "soft power" - w dyplomacje, w ONZ. Ale liczy się tylko potęga militarna. Tymczasem wydatki zbrojeniowe były, jak zwykliśmy mawiać, na wakacjach. To nie mogło trwać dłużej. Należało naśladować Reagana: zainicjować gigantyczny program zbrojeń, aby pozostawić w tyle obecnych i przyszłych wrogów. I narzucić pax americana.

Czy doradcy Busha, którzy wszyscy bez wyjątku zajęli potem wysokie stanowiska w jego administracji, zostali kupieni przez przemysł zbrojeniowy? Nie sposób tego stwierdzić. Ale czy służyli jego interesom? Z całą pewnością. A ich think tanki (PNĄC i inne) otrzymywały hojne datki od gigantów z przemysłu zbrojeniowego.

Sam Bush był bardzo podatny na taką indoktrynację. W światku handlarzy bronią czuje się swojsko. W Teksasie, gdzie był gubernatorem, przemysł zbrojeniowy depcze po piętach nafciarzom.

Producent bombowców Fl 17, firma Lockheed Martin, ma gigantyczne zakłady w Dallas. Bush senior, 41 prezydent USA, oraz przyjaciel rodziny James Baker doradzali wielkiej firmie z tego sektora koncernowi Carlyle. Również Dick Cheney miał istotne interesy w branży. Był prezesem koncernu Halliburton, gdzie odpowiadał za dział militarny. Jego żona Lyne zasiada w kierownictwie największego producenta broni na świecie firmy Lockheed Martin.

Ręka rękę myje
Zaledwie George W. Bush przestąpił próg Białego Domu, otwarł szeroko drzwi władzy przed lobby militarno-przemysłowym. Oto fakty zebrane przez Williama Hartunga, dyrektora World Policy Institute w Nowym Jorku: w pierwszych miesiącach prezydentury Bush junior mianował 32 grube ryby przemysłu obronnego na kluczowe stanowiska w Pentagonie.
Tak więc James Roche, były wiceprezes Northrop Grumman, producenta samolotów B2 i F14, przejął odpowiedzialność za US Air Force. Marynarka wojenna? To stanowisko przypadło osobie numer dwa w firmie General Dynamics, budującej dla US Navy okręty i łodzie podwodne o napędzie atomowym. Wojska lądowe? W ręce prezesa militarnego działu koncernu Carlyle. NRO, agencja zajmująca się satelitami szpiegowskimi? Dla byłego szefa Lokheed Martin...

A to nie wszystko: Paul Wolfowitz, zastępca sekretarza obrony i architekt wojny w Iraku, doradzał firmie Northorp Grumman. Tak samo jak osoba numer trzy w Pentagonie Douglas Feith. I były skarbnik tego ministerstwa Dov Zakheim. Od tej pory lobby (po angielsku: korytarz) nie musiało już stać w przedpokoju, bo weszło do gabinetów. - Od momentu objęcia władzy przez Busha nie istnieje już warstwa izolacyjna pomiędzy przemysłem obronnym a władzą. To dzisiaj ten sam świat, albo prawie ten sam - niepokoi się Lawrence Korb, który nie jest jakimś nieokrzesanym lewakiem: to zadbany republikanin, podsekretarz obrony w administracji Reagana.

Wróg się zawsze znajdzie
W tym małym światku, w łonie nomenklatury w stylu amerykańskim, moralność publiczna nie jest w cenie. W czerwcu dwaj bliscy współpracownicy Busha i Cheneya postanowili porzucić posady w Białym Domu i rozkręcić własny biznes. Założyli firmę lobbingową. A kto był ich pierwszym klientem? Lockheed Martin... Wspomniany już Dov Zakheim w maju zrezygnował z pracy w Pentagonie. Gdzie się zatrudnił - na uniwersytecie, a może w banku? Pudło. Został wiceprezesem firmy Booz Allen Hamilton, giganta w dziedzinie konsultingu powiązanego z departamentem obrony.

A bywało jeszcze lepiej. Specjalny dział w Pentagonie odpowiada za zakupy uzbrojenia. Tu zapadają decyzje w sprawie wielkich programów i rozdziela się tłuste kontrakty. A kogo Bush mianował w 2001 roku szefem tej komórki? Byłego szefa firmy McDonnell Douglas, produkującej samoloty F15 i F18.
Ten człowiek, nazwiskiem Edward Aldridge, był wrogo nastawiony wobec projektu nowego samolotu bojowego F22, bo został on zaplanowany przez konkurenta firmy McDonnell: oczywiście koncern Lockheed Martin. Przez dwa lata pan Aldridge zawzięcie torpedował koncepcję F22, aż tu nieoczekiwanie w maju 2003 roku zmienił zdanie i powiedział: tak. W kilka tygodni później porzucił pracę w Pentagonie i zasiadł w kierownictwie... Tak, zgadliście, koncernu Lockheed Martin.

Świat kolesiów i łajdaków. Niedotykalnych. W czerwcu senator ze stanu Zachodnia Wirginia Robert Byrd wniósł projekt ustawy zmierzający usztywnić zasady etyczne. - Relacje między firmami zbrojeniowymi a władzą wykonawczą stały się zbyt zażyłe - deklarował. - Jest za dużo kolesiosiwa. Możliwości nadużyć są ogromne. Zdominowany przez republikanów Kongres odrzucił propozycję Byrda. Z pełnym błogosławieństwem Busha. W czasie drugiej kadencji Busha kredyt Pentagonu jest właściwie nieograniczony. Może sobie wreszcie zamówić wszelkie ekstrawaganckie zabawki, o których marzyło się tam od dziesięcioleci.

Jak niewykrywalne niszczyciele, które będą mogły zanurzać się pod powierzchnię niczym łódź podwodna, wystrzeliwując równocześnie rakiety na odległość 400 kilometrów w głąb wrogiego terytorium. Albo 30 ofensywnych łodzi podwodnych wymyślonych jeszcze w latach 80., by zniszczyć radziecką flotę. Zabawki, które oznaczają wydatek (albo przychód - zależnie od punktu widzenia) rzędu 2 mld dolarów za sztukę! Ewentualnie 750 ponaddźwiękowych myśliwców zaprojektowanych przez Lockheed Martin specjalnie po to, by móc przebić się przez system obrony ZSRR i zniszczyć radzieckie migi. Samoloty możliwie najmniej przydatne w wojnie z terroryzmem.

Brakuje tylko wroga, przeciw któremu można by ich użyć. Ale się go znajdzie. A jak będzie trzeba, to się go wymyśli. To łatwe. Posłuchajmy tylko, co mówi Frank Gaffney, niemalże oficjalny rzecznik kompleksu militarno-przemysłowego. Jest on szefem bardzo wpływowego waszyngtońskiego think tanku, The Center for Security Policy. Gaffney, który nosi się niczym arystokrata, prezentując starannie wypielęgnowaną brodę i wąsy, mówi: Wróg? Chiny, oczywiście. To przeciw nim trzeba się zbroić. A więc po Afganistanie oraz Iraku będzie jeszcze kolejna wojna z Państwem Środka? - Jestem tego pewien. Przewiduję nawet, że wybuchnie w ciągu najbliższych 10 lat. Stąd konieczność produkcji coraz bardziej skomplikowanego oręża! Trzeba znaleźć nowe pole bitwy, zapomnieć o Iraku. Handlarze bronią już nie lubią tej wojny - Ameryka tam ugrzęzła. A przede wszystkim notuje się głównie straty w ludziach. W sprzęcie są one niewielkie: parę helikopterów, czołgów, samolotów bezzałogowych; to nie zapełni ksiąg zamówień. Schodzi tylko dużo amunicji, zwykłych pocisków. Zresztą importowanych z Wielkiej Brytanii oraz Izraela.

Polak zrobił swoje
A przecież na papierze ta wojna wyglądała tak pięknie. Miała uświetnić triumf kompleksu militarno-przemysłowego. Bush dał wolną rękę Pentagonowi i jego przyjaciołom. Mogli zajmować się wszystkim: kontrolować kraj, wydobywać ropę, a nawet prowadzić odbudowę. Więc lobby nie szczędziło wysiłków, pracując łapa w łapę z ekipą Busha, aby "sprzedać" tę wojnę opinii publicznej.

Kluczową rolę odegrał tu pewien agent służb specjalnych o nazwisku Bruce Jackson. Nasz bohater ma pucołowatą twarz, nosi ciemny garnitur. Na początku lat 80. był oficerem wywiadu wojskowego. Potem został wicepre-
zesem Lockheed Martin do spraw... nowych rynków.
W 1996 roku stworzył grupę nacisku, która zabiegała o przyjęcie państw z byłego bloku komunistycznego do Sojuszu Północnoatlantyckiego (Komitet na rzecz Rozszerzenia NATO). Jego cel: zagarnąć kontrakty zbrojeniowe w Europie Wschodniej. Operacja została uwieńczona sukcesem. Były Układ Warszawski znalazł się w NATO. Polska kupiła F16 od Lockheed Martin.

Na jesieni 2002 roku Biały Dom znów zadzwonił do Bruce'a Jacksona. - Ludzie z ekipy Busha powiedzieli mi: "Potrzebujemy waszej pomocy, aby przekonać ludzi do wojny z Saddamem. Róbcie to samo co z NATO" - opowiadał Jackson w rozmowie z amerykańskim dziennikarzem. Słowo się rzekło... Były agent stworzył Komitet na rzecz Wyzwolenia Iraku. Ale nie poprzestał na tym. W lutym 2003.roku amerykańska dyplomacja ugrzęzła w ONZ. Francja i Niemcy blokowały rezolucję zezwalającą na użycie siły. Wówczas to Bush poprosił Jacksona o interwencję u przyjaciół z Europy Wschodniej. - Pomysł był taki, aby złamać francusko-niemiecki monopol w polityce zagranicznej UE - wyjaśniał potem Jackson w rozmowie z "Financial Times". - Skoro Paryż i Berlin mogły dyktować swą wolę innym państwom europejskim, to i my też. W efekcie powstał słynny "list dziesięciu", w którym Polacy, Rumuni i inni Łotysze wyrażali poparcie dla Busha.

Próżny trud. Ameryka poszła na wojnę w izolacji. I w dodatku źle przygotowana. Myślano, że wszystko skończy się w maju. Nie planowano utrzymywać wielkiego kontyngentu w Iraku. Myślano tylko o ropie. Już kilka miesięcy przed wybuchem konfliktu Pentagon w tajemnicy powierzył koncerno wi Halliburton, dawnemu pracodawcy Dicka Cheneya, zadanie odbudowy irackich szybów i kontrolę nad nimi. Ale nie pomyślano o zapewnieniu wystarczających dostaw hełmów czy kamizelek kuloodpornych dla żołnierzy. Zamieszanie, potem chaos, w końcu bagno...
Nie wszyscy jednak marzą o wyrwaniu się z Traku. Nie brak takich, dla których wojna mogłaby trwać wiecznie. Dla nich to wręcz nowe eldorado. O kim mowa? O dostawcach usług dla wojska, osobnej - ale coraz potężniejszej - części kompleksu militarno-przemysłowego.

Licencja na sadyzm
Pentagon korzysta teraz z usług prywatnych firm, zamawiając wszelkiego rodzaju usługi logistyczne (wyżywienie żołnierzy, pranie, doręczanie poczty...). Peter Singer z waszyngtońskiego The Brookings Institution, wielkiego think tanku demokratów, ocenia, że taka prywatyzacja wojny jest bardzo groźna. - W Iraku Pentagon zleca cywilnym podwykonawcom bardzo wrażliwe zadania. A to skutkuje takimi skandalami, jak w przypadku CACI.

Amerykańska spółka CACI zatrudniała połowę śledczych z okrytego złą sławą więzienia Abu Ghraib. Z oficjalnego raportu wynika, że jedna trzecia z nich nie miała żadnych kompetencji. Zwerbowano ich w pięć minut przez telefon, nie pytając o CV i bez zaglądania do kartotek sądowych. W Abu Ghraib wielu z tych ludzi było zamieszanych w praktyki seksualnego wykorzystywania więźniów. Pentagon o to nie dba i nadal nabija kabzę CACI.

A trzeba powiedzieć, że CACI hojnie wspiera Partię Republikańską. Jak zresztą wszyscy kooperanci Pentagonu w Iraku. - To wręcz, jak się wydaje, kryterium selekcji - tłumaczy Andrei Viloy z The Center for Public Integrity, który wnikliwie przyjrzał się kontraktom. - 70 proc. przedsiębiorstw pracujących w Iraku dla Pentagonu ma bliskie związki z partią Busha. W zamian dostają zamówienia bez przetargu.

Halliburton rżnie głupa
Przypadek Halliburton jest uderzający. Ta międzynarodowa korporacja z Teksasu nie zajmuje się tylko ropą, jak się często sądzi. Ma ona odrębny oddział zajmujący się logistyką (KBR): dostarcza namiotów, paliwa, wydaje żołnierzom posiłki, pierze ich bieliznę. Oto gigantyczny rynek stworzony przez... Dicka Cheneya we własnej osobie. Zanim został prezesem koncernu Halliburton, Cheney był sekretarzem obrony w administracji Busha seniora. To on w 1992 roku podjął decyzję o maksymalnej prywatyzacji zadań Pentagonu, co miało służyć ograniczeniu liczby urzędników i przynieść ulgę podatnikom. Cheney zamówił w KBR analizę na ten temat - wartość usługi wyceniono na 9 mln dolarów!

Do dziś nie znamy treści tego raportu, który od 12 lat pozostaje dokumentem tajnym. Wiadomo natomiast, że prywatyzacja logistyki ruszyła z kopyta. Oraz że wkrótce później rada nadzorcza koncernu Halliburton mianowała Cheneya na stanowisko prezesa. Mądra decyzja: jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki KBR przejęło większość kontraktów logistycznych w latach 90. (zwłaszcza w Bośni i Kosowie).

Ale najlepsze miało się dopiero wydarzyć: wojny w Afganistanie oraz w Iraku. To kopalnie złota dla KBR, które uzyskało wyłączność na aprowizację i zakwaterowanie żołnierzy biorących udział w obu konfliktach. Przychody firmy z dnia na dzień wzrosły... dziesięciokrotnie. Dzięki protekcji Cheneya?
Wiceprezydent się wypiera. KBR w każdym razie działa tak, jakby niczego nie musiał się obawiać. Amerykański trybunał obrachunkowy ujawnił, że firma wystawiła Pentagonowi rachunki za 15,9 miliona posiłków, gdy tymczasem żołnierze pobrali tylko 12 milionów!

Po wnikliwym dochodzeniu okazało się, że filia koncernu Halliburton nie potrafi uzasadnić połowy faktur wystawionych Pentagonowi od momentu rozpoczęcia inwazji w Iraku: a jest to bagatela 1,8 mld dolarów. Demokratyczny kongresmen z Kalifornii, gwałtowny Henry Waxman, chciał rzucić nieco światła na tę sprawę. W lipcu złożył w Kongresie wniosek o otwarcie oficjalnego śledztwa. Usłyszał: nie. - Dla naszych postów przemysł zbrojeniowy to miejsca pracy w ich okręgach wyborczych i pieniądze na kampanie wyborcza - kwituje Jacques Gansler, człowiek numer trzy w Pentagonie za prezydentury Clintona.

Beczki z sadłem
Skrajną wyrozumiałość Kongresu tłumaczy jeszcze inna praktyka, określana w amerykańskim żargonie politycznym jako the pork barrels (dosłownie "beczki wieprzowiny"). Winslow Wheeler przez 30 lat pracował w Kongresie, zasiadając w różnych komisjach związanych ze sprawami obronności. Niedawno opublikował zadziwiającą książkę na ten temat. To wąsaty, szczery, dobrotliwy człowiek, który jednak wypowiada się bardzo ostro:
- Pork barrel to śmietanka, jaką kongresmani spijają z budżetu Pentagonu.

Już wyjaśniam: tuż przed finalnym głosowaniem w sprawie budżetu kongresmani i senatorowie dopisują parą linijek po stronie wydatków. Te nowe nakłady nie mają nic wspólnego z bezpieczeństwem narodowym. To mogą być pieniądze dla muzeum, na boisko do bejsbola, parking... Mówiąc krótko: na wszystko, co może spodobać się wyborcom.

Odkąd Bush objął władzę, pork barrels są większe niż kiedykolwiek: 8 mld dolarów w roku ubiegłym.

Ale faktycznie nie chodzi tylko o Kongres, bo cała Ameryka jest uzależniona od wydatków na cele wojskowe. Ekonomiści szacują, że przyniosą one przynajmniej jedną trzecią całego gospodarczego wzrostu w tym kraju w roku bieżącym. W niektórych stanach zakłady obronne to jedyna branża, która tworzy miejsca pracy. Uczeni są także "uzależnieni militarnie". W 2005 r. Pentagon przeznaczy na badanie 65 mld dol. - najwięcej w całej historii departamentu obrony. Od tego zależy praca tysięcy zespołów naukowych. Wojskowi finansują na przykład 70 proc. amerykańskich badań w dziedzinie informatyki. Kto więc miałby naruszyć interesy wojskowo-polityczno-przemysłowego establishmentu?

VINCENT JAUVERT
Le Nouvel Observateur 2004


ZBROJENIOWI GIGANCI

RAYTHEON
Przychody: 18 mld dol. (+13 proc.*)
Zysk: 1,6 mld dol.
Zatrudnienie: 78 tys.
Produkcja: rakiety Tomahawk i Patriot, pociski przechwytujące Kinetic, radary
Darowizna wyborcza: 1,7 mln dol. na Partię Republikańską*

NORTHROP GRUMMAN
Przychody: 26 mld dol. (+370 proc* )
Zysk: 1,6 mld dol.
Zatrudnienie: 125 tys.
Produkcja: bombowce B2, samoloty bezzałogowe, lotniskowce
Darowizny wyborcze: 2,7 mln dol. na Partię Republikańską*

GENERAL DYNAMICS
Przychody: 16 mld dol. (+100 proc.*)
Zysk: 1,4 mld dol.
Zatrudnienie: 70 tys.
Produkcja: czołgi Abrams, okręty podwodne klasy Trident i Virginia
Darowizny wyborcze: 2,5 mln dol. na Partię Republikańską*.

BOEING
Przychody z branży zbrojeniowej:
27 mld dol. (+44 proc.*)
Zyski w branży zbrojeniowej: 1,4 mld dol.
Zatrudnienie: 78 tys. [zbrojenia]
Produkcja: samoloty F15 i F18, śmigłowce Apache, bomby "inteligentne"
Darowizny wyborcze: 427 tys. dol. na Partię Republikańską*

LOCKHEED MARTIN
Przychody: 31 mld dol. (+44 proc.*)
Zysk: 2 mld dol.
Zatrudnienie: 130 tys.
Produkcja: samoloty F16, F117 i JSF, rakiety Hellfire, rakiety z głowicami jądrowymi
Darowizny wyborcze: 3,7 mln dol. na Partię Republikańską*.

*Od 2000 roku

NAJEMNICY PENTAGONU

Randy Harl - KBR
Działalność: filia Halliburton zajmująca się logistyką wojskową (posiłki, pranie, itp.]
Przychody: 4,3 mld dol. (+1000 proc.*)
Zatrudnienie: 83 tys.
Darowizny w 95 proc. dla Partii Republikańskiej*

Van Honeycutt - DYNCORP
Działalność: światowy lider w dziedzinie ochrony (ochrona afgańskiego prezydenta, szkolenie irackiej policji, itp.) Przychody: 1,3 mld dol. (+240 proc.*)
Zatrudnienie: 23 tys.
Darowizny w 70 proc. dla Partii Republikańskiej*

Gene Ray -TITAN
Działalność: największy na świecie dostawca tłumaczy (4500 dla armii amerykańskiej)
Przychody: 822 mln dol. (+507 proc.*)
Zatrudnienie: 10 tys.
Darowizny w 83 proc. dla Partii Republikańskiej *.

Jack Londyn - CACI
Działalność: usługi informatyczne dla wojska i CIA. Dostarcza także ludzi przesłuchujących więźniów Przychody: 436 mln dol. (+246 proc*)
Darowizny w 81 proc. dla Partii Republikańskiej*

Carl Vuono - MPRI
Działalność: najbardziej znany dostawca najemników (werbunek i szkolenie żołnierzy z zagranicy)
Przychody: 144 mln dol. (+236 proc.*)
Darowizny w 54 proc. dla Partii Republikańskiej*

* Od 2000 roku



WIERZYŁEM PREZYDENTOWI

Po wejściu na ekrany filmu "Fahrenheit 9/11" Michael Moore otrzymał mnóstwo listów od żołnierzy amerykańskich służących w Iraku. Opublikowane w formie książki są świadectwem całkowitego rozkładu morale US Army.

WSZYSCY NAS NIENAWIDZĄ
Byłem w Iraku 15 miesięcy, moja jednostka eskortowała konwoje. Iracki ruch oporu był bardzo silny Prawie co dzień balem się
0 życie. Zaraz na początku straciliśmy pierwszego żołnierza. Spędziłem wiele nocy, leżąc bezsennie, pod ostrzałem moździerzy - czasem tak bliskim, że kamyki uderzały rykoszetem w namiot. Widziałem wybuchające bomby i Irakijczyków próbujących staranować nasz samochód. Małe dzieci pokazywały nam wała i rzucały kamieniami. Raz zgubiliśmy się w Bagdadzie
1 błądziliśmy godzinami, bo na pytania odpowiadały nam tylko gniewne spojrzenia i obraźliwe gesty. Na każdym kroku spotykamy się z wrogością i gniewem o to, że w ogóle tu jesteśmy. Są źli za znęcanie się nad więźniami wAbu Ghra-ib i za ofiary cywilne, które stale się zdarzają. Nie wiem, jak potoczy się dalej moje życie, ale naprawdę żałuję, że byłem 16-letnim dzieciakiem, który chciał dorobić w wojsku trochę pieniędzy, aby mieć na studia.
Anthony Pietsch

CZUJĘ SIĘ ZDRADZONY
Jestem weteranem operacji Wolność dla Iraku. Nie jestem tchórzem, nie boję się wojny. Jednak wmanewrowano nas w nieopisanie koszmarne położenie: musieliśmy walczyć z wrogiem, który używał kobiet, dzieci i innych cywilów jako tarcz. Mieliśmy do wyboru: albo strzelać do "niewyodrębnionych celów" (to ładny sposób na określenie faktu, że strzela się do tłumu], albo dać się rozwalić przez tych skurwieli chowających się za cywilami.
Widziałem wiele martwych dzieci leżących pokotem na bruku w Nasiriji - i oczywiście niezliczone trupy cywilów. Przez cały ten czas tłumaczyłem sobie, że to wszystko dzieje się w imię jakiegoś wyższego, szlachetnego celu. Ale w końcu doszedłem do wniosku, że nasz prezydent to kłamca, który nie dba o życie nas, żołnierzy. Bo i skąd miałby wiedzieć, jakie jest życie żołnierza, skoro cały jego kontakt z wojskiem polegał na przebraniu się w mundur i pozowaniu do zdjęć na lotniskowcu? Jego "Patriot Act" jest pogwałceniem wszystkich zasad, w imię, których walczymy i umieramy. Wielu z nas w wojsku myśli tak samo jak ja. Zostaliśmy okłamani i wykorzystani. Czuję się zdradzony.
SeanHuze

W IMIĘ, CZEGO WALCZYMY?
Pewnego dnia nadzorowałem w naszej bazie pracę irackich robotników. Mieli napełniać worki piaskiem. Był upał, co najmniej 49 stopni Celsjusza. Siedziałem tam w mundurze, piłem wodę, ale i tak nie byłem w stanie znieść gorąca, więc kazałem robotnikom schować się w cieniu i napić wody. Po 20 minutach pojawił się sierżant i powiedział, że Irakijczykom przerwa się nie należy, oni są do gorąca przyzwyczajeni, po czym kazał im wracać do pracy. Ja po 30 minutach znów pozwoliłem im odpocząć, wbrew rozkazowi. Sierżant znów przyszedł, odesłał Irakijczyków do pracy, a mnie powiedział, że mogę ich pilnować, siedząc w cieniu. Nie zgodziłem się, powiedziałem, że zostanę z nimi - kiedy ja będę musiał się napić wody, oni na pewno też będą musieli. Gdyby tę pracę wykonywali amerykańscy żołnierze, mieliby 10 minut na pracę w upale i 50 na odpoczynek, aby uniknąć udaru słonecznego. Wielu z tych robotników sprawiało wrażenie odwodnionych, wyglądali jak ze zdjęć na apelach o pomoc dla głodujących. Tak to trwało w Iraku przez osiem miesięcy i zrozumiałem, że nie jesteśmy tam po to, aby ich wyzwolić od tyrana ani z powodu broni masowego rażenia. Nie wiemy już, w imię czego właściwie walczymy.
Joseph Cherwinski

ZWROTO180 STOPNI
Mój starszy sierżant powiedział mi: "Jeśli wydaje ci się, że jakiś cywil może być groźny, to go zastrzel. Wolę to potem tłumaczyć i wypełniać stos formularzy, niż pozwolić na to, aby jeden z moich żołnierzy zginął przez takiego brudasa". Tak więc każe się strzelać tylko na tej podstawie, że ktoś wydaje nam się podejrzany - zanim on zdąży nam cokolwiek zrobić. Nie mogę się przyzwyczaić do takiego życia w ciągłym strachu. Nasze nastawienie zmieniło się o 180 stopni, odkąd tu jesteśmy.
Szeregowiec Willy

DLACZEGO IM TYLE PŁACĄ?
Na południe od Bagdadu wpadliśmy w zasadzkę, było to krótko przed moimi 30 urodzinami. Odłamki bomb podziurawiły jeden z naszych transporterów i ciężko raniły 12 moich kolegów. Byliby cali i zdrowi, gdyby nasze pojazdy były opancerzone jak należy. Poza tym najemnicy zakontraktowani przez firmę Blackwater zarabiają tu 15 tys. dolarów miesięcznie, a ja tylko cztery. Niby dlaczego?
MichaelW.

NIE MA DLA NICH PRZYSZŁOŚCI
Przez ten czas, jaki spędziłem w Iraku, mogłem trochę poznać sytuację tego żałośnie ubogiego, zniszczonego wojną kraju. Poziom analfabetyzmu jest tu zastraszający. Zetknąłem się z kilkoma chłopskimi rodzinami, które w ogóle nawet nie wiedziały, że kiedyś była operacja Pustynna Burza ani że rok temu doszło do wojny. Wojska koalicyjne nie wyzwoliły tych ludzi, tylko pogrążyły ich w jeszcze większej nędzy. Inie widzę jakiejkolwiek szansy na poprawę ich losu w przyszłości - zwłaszcza że Bush zadbał już o to, by ich ropa naftowa trafiła do baków naszych paliwożernyoh samochodów terenowych.
Kyle Walkman

WSZYSCY KRADNĄ
Jestem w Iraku kierowcą ciężarówki firmy Kellogg, Brown and Root, należącej do koncernu Halliburtona. I muszę powiedzieć, że tutaj 100 proc. pracowników sprowadzonych do Iraku (tak, całe 100 proc, a nie np. 99) szachruje, rozlicza np. znacznie więcej godzin pracy, niż ich było faktycznie. Ta pazerność i nadużycia kosztowały już amerykańskiego podatnika i Irak wiele milionów dolarów. Wstyd mi, bo i ja w tym uczestniczę.
Anonim

Der Spiegel,2004

PRZECIW ESKALACJI KONFLIKTU W IRAKU

Wojna w Iraku dopiero się zaczyna. Stanom Zjednoczonym nie udaje się pokonać irackiego ruchu oporu środkami, które stosuje. Ale nie mogą się wycofać: arogancja, z jaką wojna została wypowiedziana i prowadzona jak też dziesiątki lat wysiłków zmierzających do dominacji nad światem sprawiają, że cały prestiż Stanów Zjednoczonych opiera się na wojnie w Iraku. Stawka jest poważniejsza niż w czasie wojny w Wietnamie. Stany Zjednoczone mogą wyjść z Iraku tylko wtedy, gdy uda im się zaprowadzić tam zaprzyjaźniony rząd. Dziś jednak mają w tym regionie świata bardzo niewielu przyjaciół i żadne demokratyczne wybory nie wyłonią takiego rządu.

W konsekwencji należy spodziewać się po wyborach eskalacji konfliktu. Szybkiej, jeśli prezydentem zostanie Bush, i wolniejszej w przypadku wygranej Kerry'ego. Ten ostatni, tak jak Bush, nie ma zamiaru wycofywać się z Iraku. Będą próbowali zdławić ruch oporu wszelkimi środkami. Już próbuje się go demonizować w oczach światowej opinii publicznej wiążąc z porwaniami i morderstwami, potępianymi przez olbrzymią większość organizacji politycznych świata arabskiego.

Zwracamy się do Stanów Zjednoczonych, aby dały dowód realizmu, bezwarunkowo wycofały swoje oddziały z Iraku i wyciągnęły wnioski w sprawie nieodpowiedzialnego charakteru wojen prewencyjnych. Mówienie o pozostaniu wojsk aż Irak zostanie spacyfikowany czy ustabilizowany to iluzja - obecność tych wojsk jest tak znienawidzona, że stanowi główną przeszkodę wszelkiej stabilizacji.

Oświadczamy, że wszystkimi pokojowymi i legalnymi środkami będziemy sprzeciwiać się każdej próbie zmiażdżenia irackiego ruchu oporu poprzez wzmożenie działań wojskowych; tego samego próbowano już w Wietnamie.

Zwracamy się do wszystkich rządów o udzielanie azylu politycznego amerykańskim dezerterom. Staramy się rozpowszechniać informacje pozwalające skontrować propagandę wojenną i zmobilizować światową opinię publiczną, aby, jak w 2002, domagać się od Stanów Zjednoczonych rezygnacji z militarnego rozwiązania sytuacji w Iraku.

List podpisany został przez setki intelektualistów i działaczy społecznych z całego świata..


(tłum: j.s.a)
Za Indymedia.pl

 

tgtgtttttttttttttttzzttt| główna | zapowiedzi | linki | historia | relacje | kontakt | poradnik - pobór stop |