![]() |
|
![]()
|
DLACZEGO TAK MNIE PRZERAŻA AL FALLUDŻA Akcja sił koalicyjnych w Iraku nie jest interwencją humanitarną. Co humanitarnego jest w burzeniu cudzych miast i zabijaniu cywili? Nie przestaję oglądać wiadomości z Iraku. Widzę, jak żołnierze wchodzą do miasta, mijają zburzone domy, zabitych na ulicy, płaczące dzieci, zagubione kobiety... Jedna ze scen sparaliżowała, mnie. W ruchach i na twarzy znów pojawił się ten strach, który nie opuszczał mnie przez lata. Był ramadan, święty miesiąc dla muzułmanów, czas postu. W trakcie ramadanu, kiedy zajdzie słońce, każdego dnia przychodzi czas na iftar, jeden z dwóch posiłków jedzonych w czasie doby. Wszystko się wycisza, ludzie rozkoszują się jedzeniem w gronie rodziny i przyjaciół. W CNN tego wieczora pokazano zdjęcia zrobione w al Falludży, właśnie w czasie, gdy rozpoczynano iftar. Oczywiście nie było mowy o świętym czasie. Hodża wzywał wiernych na modlitwę, ale ze wszystkich stron słychać było strzały. Wiele takich dni przeżyłam w swoim życiu. Ten
sam strach... Niedawno znalazłam w Internecie ponury w swej wymowie chronologiczny spis oblężonych miast w historii świata. Moje miasto też tam było. I al Falludża. Poczułam się, jakbym zobaczyła swoje nazwisko w rejestrze skazanych. Nigdy nie byłam w al Falludży i nie wiem, czy kiedykolwiek będę, ale patrząc na zdjęcia na wpół zburzonego miasta, czuję, jakby to było przedmieście Sarajewa. Zobaczyłam zburzony szpital i przypomniałam sobie całą grozę przeżytą w sarajewskim szpitalu, kiedy ci z serbskich pozycji trzymali nas pod obstrzałem przez 24 godziny na dobę. Ja też leżałam wśród rannych i czy to z głodu, czy z powodu ran nie miałam siły wstać i szukać sobie schronienia. Błagałam tylko Boga, żeby pocisk nie trafił w salę, w której razem ze mną leżało jeszcze 28 osób. Nie trafili nas, ale inni mieli mniej szczęścia. I wiem, że nie może być wystarczająco dobrego uzasadnienia, gdy celuje się prosto w szpital. Nie ma wystarczająco mocnego umotywowania, gdy ktoś mierzy w domy, w których ludzie stoją na straży swoich wspomnień. Bo wspomnienia to życie. Ja sama bałam się o każdą fotografię, pamiętnik, kasetę z ulubionym zespołem, książkę... Dlatego widzę i mogę poczuć to, co czuła typowa rodzina w al Falludży, która spodziewa się śmierci, a ma nadzieję na życie. My w Sarajewie przez całe cztery lata udawaliśmy życie, a w kącie mieszkania czekała mała torba z niezbędną odzieżą i drobiazgami, które stanowią życie. Mak, bo jeśli przyszłoby nam uciekać, duża byłaby niepraktyczna, i to w tej małej musieliśmy zmieścić całe swoje życie, gdybyśmy opuszczali dom. Moja rodzina, na szczęście, nie była do tego zmuszona. Ale setki tysięcy innych w Bośni - tak, a teraz spotyka to rodziny w toku. I nie wystarcza mi tłumaczenie podawane w amerykańskich mediach, że nie ma już cywili w al Falludży. Po pierwsze, trudno mi w to uwierzyć, bo wiem, jak trudno porzucić dom. I wiem, że zawsze znajdzie się ktoś taki, komu na to zabraknie sił. Po drugie, wiem, co to jest propaganda. Zbrodnicze umysły tych, którzy oblegali Sarajewo i zabijali Bośnię i Hercegowinę latami, wspięły się na szczyt propagandowych umiejętności w czasie wojny w moim kraju. Również w naszych, szpitalach, jeśli słuchaliście wiadomości podawanych przez tych, którzy nas oblegali, nie było Judzi, tylko żołnierze. Również w naszych miastach żyli sami najemnicy opłacani przez obcych i lokalni ekstremiści, którzy przecież już przez sam ten fakt zasłużyli na śmierć. A wokół mnie wszędzie są cmentarze. Na grobach widnieją nazwiska ludzi z mojego kraju w różnym wieku. Na cmentarzu, który był kiedyś sarajewskim stadionem, ciągnie się długi szereg malutkich grobów, na których rok urodzenia i śmierci są identyczne. ...choć
to inna wojna Przeszłam piekło. Przeżyłam ludobójstwo. Mieszkałam w mieście, które w nowożytnej historii było najdłużej oblegane. Jestem pewna, że oblężenie, okupacja kawałka obcej ziemi, nikogo nie uczyni szczęśliwym. I nikt mnie dzisiaj nie może przekonać, że Irakijczycy są szczęśliwi, odkąd siły koalicyjne "wyzwoliły" ich kraj spod władzy tyrana Saddama Husaj-na. Być może al Falludża i Sarajewo czy też Irak oraz Bośnia i Hercegowina to są inne historie, których nie należy porównywać. Nie jest moją intencją porównywać siły koalicyjne i siły bośniackich Serbów, które dopuściły się ludobójstwa w moim kraju. Choć jestem przeciw interwencji w Iraku. Pragnę jednak porównać los jakiejś dziewczyny stamtąd, która 18. urodziny uczci w piwnicy, a jej przyjaciele będą za śmiechem kryć swój potworny strach, z moim losem. Ona i ja jesteśmy takie same. Ona i ja mamy prawo żyć. Ja przeżyłam, ale nigdy już nie będę beztroska jak ci, którzy nie przeszli przez tak ekstremalne doświadczenie. Kiedy odmierzam szczęście w życiu, punktem wyjścia jest dla mnie wojna. I wciąż mam nadzieję, że nic gorszego od życia w oblężonym mieście nie może mnie spotkać. Czas po wojnie to też nie jest normalne życie. I pewnie już nigdy nie będę miała normalnego życia, bo ten strach, o którym pisałam na początku, siedzi we mnie głęboko i czyha, by wydostać się na powierzchnię. A przecież mam prawo normalnie żyć. Jak każdy obywatel al Falludży. Jak każdy mieszkaniec świata. Nidzara
Ahmetasević jest dziennikarką i ukazującego się w Sarajewie tygodnika
"Slobodna Bosna"
Rzecznik Irackiego Czerwonego Półksiężyca (Iraqi Red Crescent), Muhammad al-Nuri, powiedział reporterom sieci informacyjnej ONZ "Irin", że jego organizacja ma podstawy, by twierdzić, że w Faludży mogło zginąć nawet 6,000 osób podczas ostatniej zmasowanej ofensywy wojsk USA na to miasto. Dodajmy, że jednym z argumentów ataku na Irak było rzekomo wyzwolenie Irakijczyków od reżimu Saddama Husajna, któremu administracja US przypisywała użycie gazu bojowego w 1988 roku i zabicie około 5 000 Kurdów koło miejscowości Halabdża w północnym Iraku - podczas gdy wówczas, w 1988 roku, traktowała Husajna jako sojusznika w wojnie z Iranem, i wspomagała finansowo i militarnie. Gdy niezależni publicyści, m.in Robert Fisk domagali się zbadania zagazowania Kurdów w Halabdży, rząd USA twierdził, że odpowiedzialny jest nie Husajn, lecz reżim irański i skutecznie blokował rezolucję ONZ nakazującą zbadanie i ukaranie winnych w sprawie masakry w Halabdży. Administracji USA nie obchodził wówczas los Kurdów, zagazowanie bronią dostarczaną masowo przez amerykańskie koncerny obydwu stronom konfliktu. Nadal nie ma pewności, czy gaz w Halabdży nie został użyty przez stronę irańską. Trwała wojna z Iranem, w której USA były sojusznikiem Husajna, Amerykanie pomagali HUsajnowi za pomoca urządzeń satelitarnych namierzenie pozycji irańskich podczas zrzucania chem. gazów bojowych (Stephen PELLETIERE, b. analityk CIA, New York Times). Coraz liczniejsze przekazy od dziennikarzy, lekarzy i mieszkańców Faludży zdają się wskazywać, że podczas ostatniej ofensywy wojska USA zastosowały przeciw cywilom gazy trujące oraz innego typu broń niekonwencjonalną. Lekarze z Faludży wskazują, że rodzaj obrażeń wskazuje na użycie przez Amerykanów substancji zbliżonych w działaniu do napalmu. Użycie białego fosforu zostało oficjalnie potwierdzone. Por:
http://www.telegraph.co.uk/news/
Fares Dlimi postanowił pozostać w mieście. Poniedziałek,
8 listopada 2004 Wtorek
9 listopada 2004 "Rano widziałem dwa płonące czołgi na ulicy prowadzącej na południe, inne wozy pancerne wycofały się, ale po południu amerykańska kolumna pancerna znowu naciera". "Eksplozje są tak potężne, że dosłownie odrywają mnie od ziemi. Biegłem zadymioną ulicą. Pamiętam spadające na mnie kawałki cegieł i metalu. Straciłem przytomność. Kiedy otworzyłem oczy byłem na podłodze jakiegoś domu. Ktoś mnie musiał zabrać z ulicy i schronić tutaj." "Jest już ciemno, ale jasno od pożarów. Ciągle ten huk. Bardzo się boję. Mimo wszystko próbuję iść na południe. Muszę pokonać Ulicę Czterdziestą, która przecina dzielnicę ze wschodu na zachód. Jest pod ogniem amerykańskich snajperów. Biegnę jak wariat. Przeskakuję ciała zabitych. Słyszę wycie rannych, ich wołania o pomoc, ale nikt już nie może im pomóc." "Po drugiej stronie szukam schronienia, mam wielkie szczęście, znajduję w jednej ruinie stary pojemnik z wodą. Ta woda jest jak wyzwolenie, jak obietnica życia, nie wiem jak to opisać." Środa
10 listopada 2004 "Wszędzie smród śmierci. Widzę przed sobą psy i koty rozszarpujące zwłoki leżące na ulicy." Fares Dlimi nie może dalej mówić. Tego samego wieczora dociera do dzielnicy Andaluz, gdzie schronili się cywile, którzy uciekli z północnej części miasta. Czwartek,
11 listopada 2004 "Spotykam obrońców przybyłych z północnej części miasta. Mówią, że w Dżolan (dzielnica północno-zachodnia) ich bracia walczą do śmierci. Inni powstańcy stacjonujący bardziej na południu czekają na swoją kolej." "Idę
teraz w stronę zachodnią, w kierunku rzeki. Ludzie mówią, że da
się przepłynąć Eufrat łódką, ale trzeba uważać na amerykańskich
snajperów strzelających z przeciwległego brzegu." Piątek,
12 listopada 2004 "Przechodzę z domu do domu, w jednym z nich, na podłodze znajduję zwłoki czterech mężczyzn. Każdy zabity kulą w głowę." "Uciekam. Biegnąc słyszę nagle krzyki z niedalekiego budynku. Wchodzę i widzę kobietę z 12-letnią dziewczynką i dziesięcioletnim chłopcem rannym w nogę, obok leżą zwłoki trzech mężczyzn. Kobieta mówi, że weszli tu Amerykanie i zabili ich na oczach dzieci." "Kobieta była nieprzytomna z przerażenia, trzęsła się. Powiedziałem jej, żeby wzięła białą koszulę swego zabitego męża, że odprowadzę ją do meczetu. Wziąłem rannego chłopca na ręce i poszliśmy tam. Wewnątrz był tłum i irackie wojsko." Pod kulami, na pikapach, iracka armia woziła ludzi do meczetu Furqhan, w północnej części miasta. Tam udzielano rannym pierwszej pomocy i oddzielano mężczyzn od rodzin. "Zaraz po przyjeździe mnie i matkę z dwojgiem dzieci skierowano na stację kolejową na północnej granicy miasta. Na miejscu było około 1500 osób." "Zamaskowany
mężczyzna pokazywał palcem powstańców, natychmiast zatrzymano dwudziestu
pięciu młodych. Potem żołnierze opryskiwali mężczyzn sprayem wykrywającym
obecność prochu, żeby udowodnić, że walczyli." Sobota,
13 listopada "W drodze spotkałem znajomego. Nocą na czworaka przeszliśmy zaporę na Eufracie i dotarliśmy do wiejskich zabudowań, przyjął nas miejscowy rolnik." "Byłem wyczerpany. Kręciło mi się w głowie, miałem spuchnięty brzuch. Całą niedzielę jadłem i spałem." W poniedziałek 15 listopada Fares Dlimi dotarł do Bagdadu. AFP 17.11.2004 W
sobotę 19 listopada 2004 wojska amerykańskie ciągle bombardowały
południową część Faludży.
STO TYSIĘCY CYWILNYCH OFIAR INWAZJI NA IRAK Wyliczenia
podane przez brytyjskie czasopismo medyczne "The Lancet"
są porażające. Od czasu amerykańskiej inwazji na Irak, a więc od
marca ub. roku, zginęło już - według międzynarodowego zespołu ekspertów
- około 100 tys. cywilnych mieszkańców tego kraju. Ryzyko
śmierci jest 2,5-krotnie wyższe po obaleniu dyktatury Saddama Husajna
niż wtedy, gdy sprawował on władzę. Po upadku jego reżimu blisko
60-krotnie zwiększyło się prawdopodobieństwo nagłej śmierci będącej
skutkiem przemocy. Inaczej mówiąc - śmierci od kul i bomb. Raport opublikowany przez prestiżowe czasopismo "The Lancet" ma pięciu autorów (oraz nieznaną liczbę anonimowych recenzentów) i mógł powstać dzięki współpracy badaczy z amerykańskiej uczelni medycznej Johns Hopkins Bloomberg School of Public Health w Baltimore oraz naukowców z Uniwersytetu Bagdadzkiego. Badania zostały przeprowadzone na 33 reprezentatywnych grupach mieszkańców Iraku, z których każda składała się z 30 gospodarstw domowych, typowych dla całego społeczeństwa. Zadaniem ankieterów było uzyskanie odpowiedzi na pytanie o przyczyny śmierci w badanych rodzinach w dwóch okresach: przed i po amerykańskiej inwazji. W okresie
przed interwencją dominowały liczebnie "klasyczne" przyczyny
zgonów, m.in. choroby układu krążenia oraz inne, głównie chroniczne,
dolegliwości zdrowotne. Później, w sensie statystycznym, przypadki
te stały się marginalne w stosunku do liczby zgonów spowodowanych
działaniami wojennymi. Gwałtowne zwiększenie się liczby przypadków
śmierci po marcu 2003 r. nie rozkłada się jednak równomiernie na
całe terytorium Iraku. Aż 2/3 "zgonów spowodowanych przemocą",
jak to określa raport, przypada na rejon Faludży, a większość z
nich - twierdzi współautor opracowania, badacz z USA Les Roberts
- była skutkiem amerykańskich nalotów na to buntownicze miasto.
Ofiarami ataków z powietrza były zaś głównie kobiety i dzieci. Czasopismo "The Lancet" opatrzyło raport komentarzem swego redaktora naczelnego, dr. Richarda Hortona. Nie podważając wniosków autorów opracowania, zwrócił on jednak uwagę, że badania zostały przeprowadzone w "bardzo specyficznych warunkach" panujących obecnie w Iraku i nie mogło to nie mieć wpływu na ich przebieg. Ponadto zbyt mała była liczba grup mieszkańców poddanych badaniom. Niemniej opublikowane wyniki badań prowadzą dr. Hortona do wniosku, że jeżeli ma zostać przywrócona wiara Irakijczyków w "głównie amerykańsko-brytyjską okupację", to konieczne są szybkie działania natury zarówno wojskowej, jak i politycznej. Planując tę wojnę - pisze w swym komentarzu dr Horton - siły koalicyjne, zwłaszcza Amerykanie i Brytyjczycy, musiały brać pod uwagę jej skutki dla ludności cywilnej. Jeżeli więc przeprowadzono taką analizę, to była ona błędna. "Demokratyczny imperializm spowodował - konkluduje dr Horton - że śmiertelność wśród mieszkańców Iraku zwiększyła się, zamiast się zmniejszyć". Założone w 1823 r. brytyjskie czasopismo medyczne "The Lancet" ma duży międzynarodowy prestiż. Jest on skutkiem m.in dużej staranności w doborze publikowanych tekstów - druk każdego artykułu jest poprzedzany jego krytyczną analizą, przeprowadzaną przez kilku ekspertów z danej dziedziny. Tak było również w przypadku raportu o śmiertelności w Iraku, który redakcja otrzymała na początku października. Za
Indymedia.pl
NIEUDANY "TRANSFER WŁADZY" ROSNĄCE KOSZTY WOJNY W IRAKU Poniższy
raport opracował zespół politologów z Foreign Policy in Focus, sponsorowany
przez dwie amerykańskie instytucje: Institute for Policy Studies
i Interhemispheric Resource Center. Jest on jedną z najbardziej wyczerpujących oceną rosnących kosztów wojny w Iraku dla Stanów Zjednoczonych, Iraku i świata. Wśród głównych wniosków są kompletne wyliczenia dotyczące eskalacji kosztów poniesionych w ciągu ostatnich trzech miesięcy od przekazania władzy Irakijczykom, okresu, który miał przynieść, według administracji Busha, spadek strat ludzkich i ekonomicznych kosztów okupacji. USA Tymczasem w trakcie samej inwazji (20 marca - 1 maja 2003 r.) średnia miesięczna liczba ofiar wynosiła 482, a w czasie okupacji (2 maja 2003-28 czerwca 2004) - 415. Ofiary wśród nieirackich pracowników cywilnych: Od 1 maja 2003 do 22 września 2004 r. zginęło ok. 154 pracowników cywilnych, misjonarzy, w tym 52 Amerykanów. Ofiary wśród dziennikarzy: Do 22 września 2004 r. w Iraku zginęło 44 pracowników mediów z całego świata, z czego 33 od czasu, gdy Bush ogłosił zakończenie operacji bojowych. Ośmiu z nich pracowało dla agencji amerykańskich. Al-Kaida
rośnie w siłę Mała wiarygodność USA: Badania opinii publicznej dowodzą, że wojna zaszkodziła reputacji i wiarygodności rządu USA na świecie. Sondaże w ośmiu krajach europejskich i arabskich wskazują, że zdaniem bardzo wielu respondentów wojna pogorszyła, a nie poprawiła sytuację w dziedzinie zwalczania terroryzmu. W samych Stanach Zjednoczonych 52 proc. Amerykanów badanych przez Annenberg Election Survey sprzeciwia się polityce Busha wobec Iraku. Błędy militarne: Szereg byłych amerykańskich wojskowych krytykuje wojnę. Jednym z nich jest generał piechoty morskiej w stanie spoczynku Anthony Zinni, który twierdzi, że fabrykując powody do wojny, porzucając tradycyjnych sojuszników, wspierając i obdarzając zbytnim zaufaniem iracką emigrację, a wreszcie nie przygotowując stosownego planu działań w powojennym Iraku, administracja Busha podkopała bezpieczeństwo Stanów Zjednoczonych. Niskie morale armii: Badania przeprowadzone w wojskach lądowych w marcu 2004 r. wykazują, że 52 proc. żołnierzy przyznaje się do niskiego morale, a trzy czwarte skarży się, iż oficerowie dowodzą nimi nieudolnie. Słabe
wyposażenie: Nieustannym problemem są braki w sprzęcie. Aż do
czerwca 2004 r. armia nie wyposażyła wszystkich żołnierzy w kamizelki
kuloodporne, zmuszając wiele rodzin do nabycia ich z własnej kieszeni. Osłabione zaplecze: Żołnierze z Gwardii Narodowej stanowią niemal jedną trzecią amerykańskich wojsk w Iraku. Powoduje to ogromne obciążenie społeczności lokalnych w USA, ponieważ wielu z nich to funkcjonariusze służb szybkiego reagowania, takich jak policja, straż pożarna i pogotowie. Dla przykładu: do Iraku wysłało swoich ludzi aż 44 proc. jednostek policyjnych z całego kraju. Ze względu na nieobecność tak wielu żołnierzy z Gwardii Narodowej, niektóre stany zaczęły się obawiać, czy potrafiłyby poradzić sobie z klęskami żywiołowymi. Prywatyzacja wojny. Około 20 tys. pracowników cywilnych wykonuje w Iraku prace, którymi zazwyczaj zajmują się wojskowi. Często brak im odpowiedniego przeszkolenia i nie można zagwarantować, że będą przestrzegali tych samych zasad i wytycznych, co personel wojskowy. Miliardy
na wojnę Wzrost
cen ropy: Ekonomiczne skutki wojny dla rodzin wojskowych: Od początku wojen w Afganistanie i Iraku do armii powołano 364 tys. rezerwistów i żołnierzy Gwardii Narodowej, przy czym okres służby trwa często 20 miesięcy. Badania wykazują, że od 30 do 40 proc. rezerwistów i członków Gwardii Narodowej zarabia w wojsku mniej niż w cywilu. Wojskowy Fundusz Pomocy odnotowuje, że między rokiem 2002 a 2003 liczba wniosków od rodzin wojskowych o bony żywnościowe i subsydiowane posiłki wzrosła o kilkaset procent. Armia
kalek IRAK
Kraj
bezprawia Skutki psychologiczne: Warunki okupacji niegwarantujące najbardziej elementarnego bezpieczeństwa wywierają katastrofalny wpływ na społeczeństwo Iraku. Według sondażu przeprowadzonego przez irackie Centrum Badań i Studiów Strategicznych w czerwcu br., 80 proc. Irakijczyków uważa, że siły koalicyjne powinny opuścić Irak natychmiast bądź zaraz po wyborach. Nasilenie irackiego ruchu oporu: Ponieważ amerykańska okupacja wojskowa trwa nadal, przekazanie władzy nie zyskało poparcia Irakijczyków ani nie zmniejszyło irackiego oporu. Według szacunków Pentagonu liczba powstańców wzrosła czterokrotnie (z 5 tys. do 20 tys.) między listopadem 2003 r. a początkiem września 2004 roku. Zastępca dowódcy wojsk koalicyjnych w Iraku, brytyjski generał Andrew Graham, stwierdził w wywiadzie dla magazynu "Time" na początku września br., że szacunkową liczbę 20 tys. uważa za zaniżoną. On sam ocenia, że w Iraku działa od 40 do 50 tys. bojowników. Wzrost ten okaże się jeszcze bardziej dramatyczny, jeśli weźmiemy pod uwagę, jak podaje Brookings Institution, iż między majem 2003 r. a sierpniem 2004 r. zdołano pojmać lub zabić aż 24 tys. członków irackiego ruchu oporu. Wymiar
biedy Korupcja:
Przeważającą część prac nad odbudową Iraku zlecono firmom amerykańskim,
nie zaś doświadczonym przedsiębiorstwom irackim. Przeciwko głównemu
wykonawcy korporacji Halliburton prowadzone jest obecnie śledztwo
w sprawie 160 min dol. za posiłki, których żołnierze nigdy nie dostali
oraz w sprawie przekroczenia kosztów dostawy paliwa o ii min dolarów.
Pracownicy Halliburtona wzięli sześć milionów dolarów łapówki od
podwykonawców. Mówi się też o gigantycznym marnotrawstwie tej firmy,
m.in. o ciężarówkach za łączną sumę 85 tys. dol. porzucanych tylko
dlatego, że złapały gumę. Niesprawne instalacje naftowe: Walki z siłami okupacyjnymi nie pozwalają Irakowi bogacić się na sprzedaży głównego surowca tego kraju, czyli ropy. Od czerwca 2003 r. przeprowadzono 118 ataków na naftową infrastrukturę Iraku. Do września br. wydobycie nadal nie osiągnęło poziomu sprzed wojny. Gwałtowne ataki w sierpniu br. spowodowały spadek eksportu ropy do poziomu nienotowanego od 10 miesięcy. Zapaść
socjalna Zrujnowane szkoły: UNICEF ocenia, że podczas konfliktu irackiego zniszczeniu uległo ponad 200 szkół, a tysiące innych zostało splądrowanych w okresie chaosu, jaki nastał tuż po obaleniu Sadda-ma Husajna. Departament Stanu stwierdził 15 września br., że "nadal istnieją poważne trudności z zapewnieniem bezpieczeństwa niezbędnego dla odbudowy szkół oraz dystrybucji wyposażenia, podręczników i żywności. Zniszczone środowisko naturalne: Atak sił koalicyjnych pod wodzą USA uszkodził system wodociągów i kanalizacji, a także naruszył kruchy ekosystem pustynny w Iraku. Konsekwencją inwazji są także pożary szybów naftowych, którym towarzyszą kłęby czarnego dymu. Należy wspomnieć także o składach niezdetonowanego wyposażenia wojskowego, które nadal stanowi zagrożenie dla Irakijczyków i środowiska naturalnego. Ofiarą min i pozostałej po wojnie amunicji pada miesięcznie około 20 osób. Utracona
suwerenność ŚWIAT Pogwałcone
konwencje Cios
w ONZ Wymuszone
koalicje Miliard
dolarów miesięcznie Mobilizacja
terrorystów Złamane
prawa Foreign Policy in Focus, 2004
Saddam Hussain zniszczył ostatnie zapasy broni masowego rażenia (WMD) ponad dekadę temu, i nie miał możliwości odbudowy tego arsenału do czasu inwazji na Irak - takie wnioski zawarto w opublikowanym wczoraj obszernym amerykańskim raporcie podsumowującym 15-miesięczne intensywne poszukiwania irackiej WMD prowadzone przez 1200 inspektorów CIA z tzw. Iraq Survey Group (ISG). W raporcie stwierdzono, że Saddam miał ambicje ponownego uruchomienia programu nuklearnego i chemicznego po zniesieniu sankcji wobec tego kraju. Konkretnych planów zbrojeniowych jednak nie opracowano, a tym bardziej nie rozpoczęto ich wdrażania. Saddam nie wydał również żadnych ustnych poleceń dotyczących rozwoju WMD. W jego otoczeniu, poza nim samym, nie było żadnej grupy mającej zajmować się planami dotyczącymi WMD. Głównymi materiałami dowodowymi potwierdzającymi intencje Hussajna są własne szyfrowane uwagi i notatki dyktatora, sposób ich odczytania przez jego doradców oraz ich zeznania. Wnioski z raportu ISG przedstawione wczoraj w Kongresie, mogą poważnie zaszkodzić szansom G.W.Busha na reelekcję, gdyż podważają tezy, które głosił zarówno przed napaścią na Irak jak i w trakcie kampanii wyborczej. Jeszcze kilkanaście dni temu prezydent upierał się, że chociaż Irak nie miał żadnych arsenałów WMD w czasie wojny, stanowił "rosnące zagrożenie", któremu należało się przeciwstawić. ISG stwierdziło natomiast ponad wszelka wątpliwość, ze zagrożenie ze strony Saddama po wojnie w Zatoce z upływem lat coraz bardziej malało. Raport jest podsumowaniem prac inspektorów, nie jest jednak jeszcze traktowany jako końcowy - prace nad tłumaczeniem zdobytych przez Amerykanów dokumentów nadal trwają - przekłada je grupa 900 lingwistów. Szef ISG, Charles Gulfer nie spodziewa się jednak aby ich ukończenie mogło zmienić wyniki dochodzenia i aby jakiekolwiek znaczące pod względem militarnym zapasy WMD mogły nadal być ukryte w Iraku. ISG nie znalazło również w Iraku potwierdzenia, że po 1996 r. Saddam miał plan rozwoju nowej broni biologicznej, ani też że prowadził badania nad taką bronią dla celów wojskowych. Z zgromadzonych danych wynika, ze na szczeblu prezydenckim można było mówić o absolutnym braku zainteresowania i jakiejkolwiek dyskusji nad takim programem. Co do programu nuklearnego, Irak był znacznie dalej od celu w r. 2003 niż w 1991. Inspektorom udało się znależć dowody jedynie na to, że Saddam był skłonny wznowić zbrojenia po ewentualnym zniesieniu sankcji przez ONZ. Pochodzą one jednak z ustnych zeznań - między innymi samego dyktatora i nie mają potwierdzenia na papierze. Saddam postrzegał rozwój WMD jako przeciwwagę dla irańskiego programu zbrojeniowego i przeciwstawienie się zagrożeniu ze strony tego kraju. Wierzył również, że zgromadzenie takiej broni po zniesieniu embarga mogłoby skutecznie powstrzymać amerykańską inwazję. Charles Gulfer utrzymuje, że międzynarodowe embargo nałożone na Irak pozwoliło skutecznie rozbroić ten kraj w ciągu 12 lat między pierwszą i drugą wojną w Zatoce. Przyznaje, ze na dłuższą metę sankcje nie powstrzymałyby planów Saddama, gdyż jego reżim poczynił duże postępy w ich obchodzeniu, jednocześnie przyznaje jednak że ich zacieśnienie pod koniec 2001 r. ograniczyło poważnie możliwości Hussajna i nie stanowił on w tym czasie dla USA żadnego zagrożenia. W odrębnym raporcie CIA, którego wnioski opublikowano w amerykańskiej prasie w zeszłym tygodniu, stwierdzono brak powiązań między Bagdadem i al.-Kaidą. Nie znaleziono dowodów na to, ze Irak udzielał schronienia jordańskiemu terroryście Abu Musab al.-Zarqawiemu. Doniesienia te podważają roszczenia Busha od kilku lat przekonywującego opinię publiczną o takich powiązaniach. Inspektorzy ONZ i Stanów Zjednoczonych pracowali w Iraku 2 lata - od listopada 2002 r. do września 2004. Przeszukali ponad 1700 lokalizacji. Koszty inspekcji wyniosły ponad miliard dolarów. The Guardian (za Indymedia 07.10.2004 r.)
Nowych dowodów na to, dlaczego "siły stabilizacyjne" są tak mało popularne wśród Irakijczyków dostarcza najnowszy raport irackich władz. Z danych
zebranych przez Irackie Ministerstwo Zdrowia wynika, że wojska amerykańskie
zabijają znacznie więcej cywilów niż powstańcy. Wg. opublikowanego
niedawno ministerialnego raportu, dwukrotnie więcej Irakijczykow
umiera w wyniku działań amerykańskiej armii niż na skutek akcji
rebeliantów. Między 5 kwietnia a 19 września ministerstwo zidentyfikowało
3487 zabitych i 13,720 rannych. Wśród zmarłych, 328 stanowią dzieci
poniżej 12 roku życia. Badając bliżej przyczyny zgonów z ostatnich
trzech miesięcy - między 10 czerwca a 10 września, urzędnicy odkryli,
że 2/3 ofiar zostało zabitych przez Amerykanów i ich sojuszników
a 1/3 w wyniku ataków powstańców. Ministerstwo
zastrzega, ze całkowita liczba ofiar śmiertelnych może być wyższa,
gdyż w raporcie uwzględniono jedynie potwierdzone zgony i ludzi
przywiezionych do szpitali. Wielu ciał nie wydobywa się z ruin po
bombardowaniach, wiele rodzin chowa swoich zmarłych nie informując
o tym władz. Poproszony
o skomentowanie tak ogromnych strat wśród ludności cywilnej rzecznik
armii amerykańskiej Steve Boylen stwierdził tylko, że "straty
będą miały miejsce" i obarczył powstańców winą za wysoką liczbę
zabitych dzieci i cywilów, w związku z tym, że prowadzą oni działania
i szukają schronienia w dzielnicach mieszkalnych i domach. "Tak
długo jak to robią, tak długo narażają mieszkańców na ryzyko. Będziemy
ich ścigać". Nie wspomniał jednak o tym, że do "ścigania"
rebeliantów wykorzystuje się półtonowe bomby, pociski rakietowe
i czołgowe, które mają niewielka zdolność rozróżniania między bojownikami,
cywilami i dziećmi. Ponura
statystyka dot. nagłych zgonów wśród Irakijczyków pokazuje, że znacznie
większym zagrożeniem dla życia i zdrowia dla mieszkańców tego kraju
jest amerykańskie wojsko niż powstańcy i może tłumaczyć, dlaczego
Irakijczycy tak masowo pragną wycofania wojsk okupacyjnych. Pozwala
też wyobrazić sobie, co może nastąpić, jeśli Bush wygra wybory i
zacznie realizować swoje obietnice odbicia połowy Iraku, głównie
miast, znajdującej się obecnie w rękach rebeliantów. Armia amerykańska,
w trosce o życie swoich żołnierzy faworyzuje taktykę walki polegającą
na ciężkich bombardowaniach i ostrzale altyleryjskim domniemanych
miejsc pobytu "terrorystów", w czasie, gdy bohaterskie
wojsko przebywa w dobrze strzeżonych bazach, narażone jedynie na
sporadyczne ataki moździerzowe. Skutki tej taktyki są zabójcze dla
ludności cywilnej. Zbieranie informacji o stratach wśród cywilów nie leży w interesie Amerykanów. W grudniu 2003 r. Paul Bremer będąc jeszcze głową władz okupacyjnych zakazał Irackiemu Ministerstwu Zdrowia sporządzania statystyk ofiar. Działania takie wznowiono w kwietniu, jednak gromadzone informacje nie trafiają do amerykańskiej opinii publicznej. Irakijczycy wiedzą ze wojska "stabilizacyjne" zabijają, co tydzień kilkanaścioro dzieci, o raporcie Irackiego Ministerstwa Zdrowia milczą jednak gazety. źródło: Dave Lindorff, "More evidence of why do they hate us: Our heroic baby killers" www.counterpunch.org (za Indymedia 29.09.2004 r.)
Szerzymy
demokrację tym samym sposobem, jakim europejscy odkrywcy obdarowali
chrześcijaństwem Indian. Ale jacyż oni byli niewdzięczni! I jakże
niewdzięczni są mieszkańcy Bagdadu! Niektóre
z gierek, które toczyły się już na tym świecie, zanim ty się na
nim znalazłeś, to była miłość i nienawiść, liberalizm i konserwatyzm,
samochody i karty kredytowe, golf i koszykówka kobiet. Jeszcze bardziej
niedorzeczna od golfa jest jednak współczesna amerykańska polityka,
w której - dzięki telewizji i na jej użytek - możesz być przedstawicielem
tylko dwóch gatunków człowieka: liberała albo konserwatysty. Jedną
z nich jest oczywiście alkohol etylowy. Prezydent George W. Bush,
jak sam przyznał, chodził zawiany przez większość czasu między 16
a 41 rokiem życia. Kiedy skończył 41 lat, objawił mu się Jezus i
sprawił, że Bush porzucił butelkę, a jego nos utracił purpurową
barwę. Inni pijacy widywali różowe słonie. A chcecie poznać moją
opinię na temat tego, dlaczego Bush jest taki wkurwiony na Arabów?
Bo wymyślili algebrę. To Arabowie wymyślili liczby, którymi my się
posługujemy, również zero - symbol niczego, na który nikt przed
nimi nie wpadł. Myślicie, że Arabowie są głupi? No to spróbujcie
wykonać dzielenie wysokich liczb, korzystając z rzymskich cyfr. Cóż,
wódz i jego kohorty mają równie mało wspólnego z demokracją, co
Europejczycy mieli z chrześcijaństwem. My, naród, nie mamy absolutnie
żadnego wpływu na to, jaki następny ruch postanowią oni wykonać.
Na wszelki wypadek, gdybyście nie zauważyli - już udało im się oczyścić
skarbiec, przekazując jego zawartość kumplom na wojnie i facetom
od obrony narodowej, zostawiając wasze i następne pokolenia z niewyobrażalnym
długiem, za który przyjdzie wam zapłacić. Nie
zauważyłem u siebie najmniejszego efektu, więc nigdy tego nie powtórzyłem.
I dzięki Bogu, czy czemukolwiek innemu, nie jestem uzależniony od
alkoholu. Piję od czasu do czasu kilka drinków i na pewno zrobię
to też dziś wieczorem. Ale dwa to mój limit. Nie ma problemu. No, oczywiście mam prawie stale w ustach papierosa. Wciąż mam nadzieję, że kiedyś mnie on zabije. Ogień po jednej stronie - głupek po drugiej... Ale powiem wam jedno: raz doznałem takiego odlotu, jakiego nie może dać ani hera, ani kokaina. To było wtedy, gdy dostałem prawo jazdy. Ten mój pierwszy samochód napędzany był przez najbardziej rozpowszechniony i uzależniający ze wszystkich narkotyków: paliwo kopalne. Nie minie dużo czasu, gdy go po prostu zabraknie. Wszyscy jesteśmy uzależnieni od paliw kopalnych, a niebawem czeka nas odwyk. I jak tylu innych narkomanów, nasi przywódcy dokonują teraz zbrodni tylko po to, żeby wyszarpać ile jeszcze się da tej substancji, od której są uzależnieni. KURT
VONNEGUT "In These Times", 12.05.2004 za tyg. Forum
George
W. Bush uczynił to, co nie udało się największym mędrcom: wystawił
na widok publiczny dźwignie, śruby i zapadki apokaliptycznego mechanizmu
amerykańskiego imperium - uważa słynna indyjska pisarka Arundhati
Roy. Na
stalowych
kadłubach rakiet młodociani amerykańscy żołnierze wypisywali kolorowe
hasła: "Dla Saddama, od paczki Grubego". Walił się w gruzy
budynek, wylatywał w powietrze bazar, dom, ginęła dziewczyna kochająca
swojego chłopaka, dziecko, które chciało tylko pograć kulkami starszego
brata. 21
marca, w dzień po rozpoczęciu nielegalnej inwazji na Irak, korespondent
CNN rozmawiał z amerykańskim żołnierzem. - Chcę się tam dostać i
urobić po łokcie - mówił szeregowy AJ. - Chcę się zemścić za 11
września. Oddajmy
honor dziennikarzowi: chociaż należał do tych "zaszeregowanych"
w jednostce wojskowej, nieśmiało zwrócił uwagę, iż nie ma solidnych
dowodów na to, że władze Iraku miały związek z tamtymi zamachami.
Szeregowiec AJ rozdziawił usta: Hmmm... no tak, to są sprawy, którymi
zajmują się ci tam, na górze. Nie sądzę, by amerykańscy i brytyjscy żołnierze walczący na froncie zdawali sobie sprawę z politycznego i finansowego poparcia, jakiego ich rządy udzielały Saddamowi Husajnowi w czasach jego najgorszych zbrodni. Najpierw
przetrącę ci nogi Po
skorzystaniu z usług ONZ-owskiej dyplomacji (sankcje i inspekcje)
aby rzucić Irak na kolana, wygłodzić jego ludność, zabić pół miliona
dzieci, nadwyrężyć infrastrukturę i zniszczyć większość irackiego
uzbrojenia, tak zwana Koalicja Chętnych (szerzej znana jako Koalicja
Zastraszonych i Przekupionych) najechała ten kraj. To akt niezrównanego
w dziejach tchórzostwa. Operacja Iracka Wolność? Bynajmniej. Bardziej
pasuje formuła: "Pościgajmy się, ale najpierw przetrącę ci
nogi". Stając
naprzeciw najlepiej wyposażonych i najbogatszych sił zbrojnych,
jakie kiedykolwiek widział świat, Irak wykazywał zadziwiającą odwagę.
Opór Irakijczyków natychmiast został okrzyknięty przez tandem Bush-Blair
jako "podstępny i tchórzliwy". (Cóż, podstęp to taka nasza
stara tradycja. Kiedy nas najeżdżają i kolonizują, odzierają z resztek
godności, uciekamy się do chytrego oportunizmu). Kiedy
Saddam Husajn przemówił do Irakijczyków w telewizji, po fiasku najbardziej
skomplikowanej próby zabójstwa w historii ("Operacja Ścięcie
Głowy"), brytyjski sekretarz obrony Geoff Hoon kpił z irackiego
prezydenta, że nie ma dość odwagi, by przestać się ukrywać i dać
się zabić; nazwał go tchórzem chowającym się po schronach. Potem
zalała nas fala sojuszniczych spekulacji: czy to prawdziwy Saddam,
czy też jego sobowtór? A może to Osama po wizycie u golibrody? Czy
to była nagrana wcześniej taśma? A może czarna magia? W Bagdadzie
przez pomyłkę wyleciał w powietrze cały bazar, zginęli cywile. Rzecznik
armii amerykańskiej dał wówczas do zrozumienia, że to Irakijczycy
sami się bombardują. - Mają przestarzałe uzbrojenie. Ich rakiety
tracą orientację - przekonywał. Jak to ma się jednak do oskarżeń,
że Irak to członek "osi zła", stanowiący wielkie zagrożenie
dla światowego pokoju? Kiedy
arabska stacja Al-Dżazira pokazuje ofiary cywilne, nazywa się to
propagandowym graniem na emocjach, w celu rozjątrzenia niechęci
do koalicjantów. Tak jakby Irakijczycy ginęli tylko po to, żeby
stawiać sprzymierzonych w złym świetle. Natomiast zapierające dech
w piersiach sekwencje lotniskowców, bombowców i rakiet samosterujących
przecinających pustynny nieboskłon puszczane przez stacje anglosaskie
budzą tylko skojarzenia z "groźnym pięknem" wojny. Coraz częściej w naszej telewizji irackich żołnierzy określa się terminem "milicje" czy "oddziały paramilitarne" (czytaj: zbrojna hołota). Korespondent BBC śmiało uznał ich nawet za "półterrorystów". Iracka obrona to najczęściej "ogniska oporu", a strategia sprowadza się do stosowania podstępnych chwytów. Koalicjanci uważają zapewne, że jedyną moralną rzeczą jaką mogłaby zrobić armia Iraku, to wyjść na pustynię i dać się zbombardować przez B52. Każdy inny krok to szwindel. Lukratywna
"odbudowa" No
i jeszcze ta gadka o ponownym wciągnięciu ONZ do całej sprawy. Ale
stara oenzetowska dziewka już nie ma tego wzięcia co kiedyś. Zdegradowano
ją, choć zachowała wysoką pensję. Teraz ma być światowym cieciem.
Filipińską sprzątaczką, żoną ściągniętą w ciemno z Tajlandii, młodą
niańką z Jamajki. Ma sprzątać cudze odchody. Można sobie na niej
używać do woli. Pomimo
całego płaszczenia się i skamlenia Blaira, Bush dał jasno do zrozumienia,
że ONZ nie odegra samodzielnej roli w zarządzaniu powojennym Irakiem.
To USA będą decydować, kto dostanie tłuste kontrakty na "odbudowę"
tego kraju. Tony
Blair zapewnia nas, że operacja Iracka Wolność ma na celu oddanie
zasobów ropy w ręce Irakijczyków. To znaczy oddanie jej za pośrednictwem
ponadnarodowych korporacji takich jak Shell, Chevron, Halliburton.
A może coś nam się pomyliło? Może Halliburton jest w istocie firmą
iracką? Może wiceprezydent Dick Cheney (niegdyś dyrektor w Halliburtonie)
to tak naprawdę ukrywający swoją prawdziwą tożsamość Irakijczyk?
W miarę
jak pogłębia się rozdźwięk między Europą a Ameryką, coraz więcej
wskazuje na to, że wchodzimy w nową erę gospodarczych bojkotów.
CNN pokazała Amerykanów wylewających francuskie wino do rynsztoka,
wrzeszczących przy tym: Nie chcemy waszego śmierdzącego wina! Sęk
w tym, że jeśli tak dalej pójdzie, to najbardziej ucierpią na tym
Amerykanie. Ich ojczyzna może być, owszem, skutecznie chroniona
przez patrole przybrzeżne i broń jądrową, ale ich gospodarka rozciąga
się na cały glob. Internet już kipi od apeli, by bojkotować amerykańskie i brytyjskie produkty. Oprócz zwyczajowych celów, takich jak Coca-Cola, Pepsi i McDonald's, na "czarnej liście" znalazły się także amerykańskie instytucje finansowe: Arthur Andersen, Merrill Lynch, American Express, a także firmy: Bechtel, General Electric, Reebok czy Nike. Silniejsi
od Busha W większości
państw świata inwazję na Irak uważa się za wojnę o podłożu rasistowskim.
Prawdziwe niebezpieczeństwo, jakie niesie taki konflikt, polega
na tym, że rozbudza on rasizm u wszystkich zaangażowanych stron:
u sprawców, ofiar, u widzów. Ustanawia ramy debaty, tworzy siatkę
pojęciową dla specyficznego sposobu myślenia. Z dawnej kolebki światowych
cywilizacji płynie obecnie wielka fala nienawiści wobec USA. Jedna
tylko instytucja jest obecnie potężniejsza od samego rządu Stanów
Zjednoczonych: to amerykańskie społeczeństwo obywatelskie. Obywatele
USA dźwigają na swoich barkach wielką odpowiedzialność. To nasi
sojusznicy i przyjaciele. Dajcie
mi klucze Pomimo
mrocznej atmosfery, jaka nas dziś spowija, chciałabym tu wygłosić
ostrożne orędzie nadziei. W czasach wojny każdy życzy sobie, aby
siłami wroga dowodził ktoś możliwie najsłabszy. Prezydent George
W. Bush spełnia ten warunek. Każdy inny, przeciętnie inteligentny
amerykański prezydent, postępowałby zapewne podobnie, ale byłby
w stanie zaciemnić obraz swoich czynów i zmylić opozycję. Kto wie,
może nawet przekonałby do siebie i swojej ekspedycji ONZ? Bezceremonialność
Busha i jego bezczelna wiara, że może rządzić światem z pomocą oddziału
pałkarzy, wywołała dokładnie odwrotny skutek. Udało mu się to, co
przez dziesiątki lat na próżno próbowali uczynić pisarze, działacze
i uczeni. Odsłonił pewne mechanizmy. Wystawił na widok publiczny
dźwignie, śruby i zapadki apokaliptycznego aparatu amerykańskiego
imperium. Dajcie mi tylko klucze. Arundhati Roy
Ostatnio
ujawniane horrory seksualnego poniżania irackich więźniów przez amerykańskich
wojskowych-rezerwistów natychmiast przywołują na myśl smutne skojarzenia
z podobnym zachowaniem "strażników" względem "więźniów"
w eksperymencie "więziennym" ze Stanford. Kiedy "strażnikom"
na nocnej zmianie znudziły się ośmiogodzinne dyżury, zaczęli traktować
"więźniów" jak zabawki, w przekonaniu że ich działania nie
są nocą nadzorowane (tymczasem byty one potajemnie filmowane przez
eksperymentatorów), [w eksperymencie brało udział 24 ochotników -
12 z nich zostało losowo wybranych "strażnikami", a 12 "więźniami"
- przyp. red.]. Odkryłem wtedy, że strażnicy, zmuszali więźniów do udawania stosunków homoseksualnych i przejawiali inne zachowania homofobiczne. Poza tym za rozmaite przewinienia rozbierali więźniów do naga, zabierali im pościel i materace, umieszczali ich w izolatkach na nadmiernie długi czas - wszystko to wystąpiło ostatnio w zachowaniach żandarmerii w więzieniu Abu Ghraib pod Bagdadem. Jedynym powodem, dla którego zakończyliśmy tamten eksperyment przed czasem, było właśnie to, że "strażnicy" nadużywali władzy wynikającej z ich ról, i nasz personel już nie był już w stanie sprawować nad nimi kontroli (zob. www.prisonexp.org). W bieżącej sytuacji nie wolno nam dopuścić, aby politycy i Pentagon zlekceważyli powagę tego, co zaszło, tłumacząc wszystko analizą charakterologiczną kilku "zgniłych jabłek" w zdrowej spiżami. Bush powiedział, że to zdarzenie nie powinno rzucać cienia na dobrą naturę ogółu Amerykanów i naszego wojska. Błąd. Analiza sytuacyjna wykazuje, że wojenna spiżarnia jest beczką pełną octu, który sita rzeczy transformuje dobre ogórki w skwaśniale pikle i zawsze działa tak, że zmienia większość dobrych ludzi w sprawców zła, jeśli wokół panują: anonimowość-bezosobowość, dehumanizacja, tajemnica, rozproszenie odpowiedzialności, społeczne naśladownictwo, wielkie nierówności sił, frustracja, chęć odwetu, posłuszeństwo wobec autorytetu oraz brak nadzoru, który rodzi klimat przyzwolenia. Przypomnijmy
sobie masakrę w My Lai podczas wojny w Wietnamie, gdzie inni dobrzy
chłopcy-żołnierze mordowali, gwałcili, skalpowali i palili żywcem
setki niewinnych wietnamskich cywilów. Tylko jeden ze sprawców został
potem osądzony. Byt to niejaki por. Calley, który zresztą wyszedł
niebawem na wolność, by stać się bohaterem w kręgach prawicy. Prowadziłem
w Brazylii badania nad osobami, które stosowały tortury i działały
w "szwadronach śmierci". Tamtejsi policjanci i żandarmi
dopuszczali się największych potworności wobec swych współobywateli,
gdy tylko przylepiono tym ostatnim etykietkę "wrogów" -
socjalistów i komunistów - a ideologia "bezpieczeństwa narodowego"
uznała ich za zagrożenie dla faszystowskiej junty wojskowej rządzącej
tym krajem - przy wsparciu naszego rządu. W naszej najnowszej książce pokazujemy, że to działanie podstawowych praw psychologii społecznej sprawiało, że zwykli brazylijscy policjanci zmieniali się w brutalnych oprawców i bezdusznych masowych morderców (zob. Huggins, Haritos-Fatouros, Zimbardo, Violence Workers, UC Berkekley Press, 2003). Wszechobecną
siłą sprawczą tego wszystkiego jest zło wojny, zaś pretekst "bezpieczeństwa
narodowego", a dziś przesadzone obawy przed terroryzmem, wzbudzone
przez dziesięć "wiarygodnych" alarmów bombowych, zmieniają
nasz naród w zbiorowość jednostek o mentalności ofiary, a naszych
żołnierzy w brutali znęcających się nad innymi ludźmi. Ten
jeden incydent lubieżnego, wielokrotnie powtarzanego, nieludzkiego
znęcania się nad niewinnymi zatrzymanymi Irakijczykami-cywilami będzie
kłaść się cieniem na dążenia administracji Busha do wprowadzenia na
Bliskim Wschodzie czegokolwiek na wzór demokracji w stylu amerykańskim
- teraz to się po prostu nie uda. To
nie byt przejaw ciemnej strony naszego, amerykańskiego charakteru;
to po prostu natura ludzka ulegająca sitom zła w określonych sytuacjach.
Straszne jest to, że naszych żołnierzy spotkało to, do czego nigdy
nie powinno było dojść: że narażono ich na śmierć lub kalectwo, a
teraz muszą funkcjonować w sytuacjach, które umożliwiły im zachowywanie
się w sposób uwłaczający doskonałości człowieka. Pęd do tej wojny
"wyprzedzającej" opierał się na kłamstwach, fałszywych przesłankach
oraz celach politycznych i ekonomicznych, które nie miały nic wspólnego
z bronią masowej zagłady, terroryzmem czy poprawą naszego bezpieczeństwa
narodowego. Wojna naprawdę jest piekłem, a ta agresywna, niepotrzebna wojna jest piekłem na ziemi, które będzie miało długotrwałe negatywne następstwa w kraju i za granicą. Phil
Zimbardo
Wojna z terroryzmem to najnowszy globalny stan wyjątkowy. Dlaczego, tak długo po ataku, po schwytaniu setek podejrzanych o terroryzm, po tym, jak (nie mające związku z terroryzmem) zagrożenia w Iraku, Syrii i Korei Północnej zostały zbombardowane lub uśmierzone, nie możemy powiedzieć, że ponownie osiągnęliśmy normalność? Zagrożenia będą istniały tak długo, jak długo będzie trwać amerykańska hegemonia, zaś dzisiaj groźby takie nie wydają się być bardziej nieuchronne niż w latach 70-tych i 80-tych, pełnych porwań i bomb podkładanych w samochodach. Wojna z terroryzmem nie jest już zmianą polityki zagranicznej, której celem miałaby być walka z domniemanym zagrożeniem. Nie jest ona również zwyczajnie dążeniem do ekonomicznej ekspansji części amerykańskiej elity i jej korporacji. Jest systematycznym wymazywaniem kategorii normalności, pozwalającym na zastąpienie legalności siłą. Pierwszą ofiarą tego rozszerzonego użycia siły jest to, co niegdyś braliśmy za "polityczne". Skrajne zintensyfikowanie kontroli imigrantów, starających się o azyl oraz osób o innym kolorze skóry na całym świecie zyskuje prawne usprawiedliwienie dzięki nowemu rozlokowaniu władzy po 11 września. Państwo objęło rozległą kontrolą kilka obszarów wcześniej mu niedostępnych lub uważanych za nietykalne według międzynarodowych standardów prawnych. Rząd Busha czynił wszystko, by poszerzyć sobie możliwość nieograniczonego zatrzymywania podejrzanych o terroryzm i imigrantów (wyłącznie na podstawie faktu bycia imigrantami z krajów muzułmańskich). Podjął on środki w celu zbierania informacji bez podania wiarygodnego powodu oraz zawieszenia prawa do prywatności, jak również w celu sądzenia jeńców wojennych przez trybunały wojskowe. Rozszerzył regulację dotyczącą nadzoru w bibliotekach i innych instytucjach. Cele te państwo uprawomocnia udowadniając istnienie stanu wyjątkowego, który usprawiedliwia każde użycie siły. Nieużycie jej byłoby "narażeniem" bezpieczeństwa narodowego. Tę zmianę w sprawowaniu suwerennej władzy Giorgio Agamben opisał jako moment, kiedy "do stanu wyjątkowego przestaje się odnosić jako do zewnętrznego i tymczasowego stanu rzeczywistego zagrożenia, a zaczyna się go mylić z samymi rządami prawa". Ostateczny cel to zamaskować "polityczny" aspekt wojen USA, zmian prawnych i zatrzymań pod pozorem "ochrony". Kwestionowanie politycznych wyborów zaczyna się dla obywateli wiązać z sugestią, że nie cenią sobie "bezpieczeństwa" swojego kraju. Siła, która jest poza wszelkim prawem, jest jednocześnie podstawą wszelkiego prawa. Można przyjąć założenie, że w swym "normalnym" zastosowaniu, siła ma raczej podtrzymywać prawo niż sama być prawem. Ten rodzaj analizy chybia jednak sedna sprawy. Siła może być stosowana jedynie, gdy prawo ulega zawieszeniu. Gliniarze mogą aresztować i bić ludzi tylko dlatego, że są ponad prawem. Lub jeszcze inaczej - w czasach rewolucyjnych wkracza wojsko pokazując, że władza państwa opiera się na przemocy, która zarówno wykracza poza porządek polityczny, jak i go określa. Tym samym, uprawomocniona siła jest przywilejem państwa. "Uprawomocnione" użycie siły - i to, co ową prawomocność konstytuuje - rozprzestrzenia się na nowe i nie mające precedensu sposoby, infekując coraz więcej, wcześniej niewinnych, obszarów naszej egzystencji. Pytanie, jakie anarchiści i inni radykałowie powinni zadawać, nie brzmi: "co się dzieje z naszymi swobodami obywatelskimi?". To by implikowało, że je niegdyś mieliśmy i chcemy jedynie milszej administracji, która by je przywróciła. Powinniśmy raczej pytać o to, jak zmonopolizowana przez państwo siła jest rozmieszczana i dla czyjej ochrony. Mówienie "nasze" swobody obywatelskie czy "nasze" prawa człowieka już zakłada, że istnieją tacy, którym ich brakuje, którzy mogą być ich pozbawieni, i którym się je nadaje jedynie poprzez pewien typ rządu. Domagać się przywrócenia swobód obywatelskich i praw człowieka jako takich - to walka nieuchronna, która bez wątpienia przyniesie korzyść najbardziej poszkodowanym przez obecny porządek. Jednak reformizm taki nie czyni nic, by podkopać porządek, który może decydować o tym, czyich swobód obywatelskich bronić. W rzeczywistości trzeba stwierdzić, że jedynie poprzez pozbawienie takich praw dużej liczby ludzi, mogą zostać zagwarantowane polityczne prawa innych (obywateli). Tym samym, operowanie w granicach dyskursu swobód obywatelskich lub praw człowieka jest projektem z konieczności daremnym. Zmiana musi być bardziej wszechogarniająca. Agamben wprowadza rozróżnienie pomiędzy dwoma starożytnymi greckimi słowami używanymi do określenia życia: bios, oznaczającym czyjąś egzystencję polityczną i prawną, i zoe, czystym istnieniem biologicznym, czy też nagim życiem. Osadzenie setek imigrantów w ośrodkach zatrzymań w całym kraju, więzienie w Guantanomo Bay "wrogich bojowników" i podejrzanych o terroryzm, których status prawny jest niejasny, demonstrują rasowy charakter owego ciała bez swobód obywatelskich i praw politycznych, owego nagiego życia. Agamben stwierdza, iż "obóz jest przestrzenią, która zostaje otwarta, gdy stan wyjątkowy staje się regułą". Obóz, taki jak ten w Guantanomo Bay, może "chronić" społeczeństwo usuwając potencjalne zagrożenia ze sfery społecznej w przestrzeń będącą poza legalnością. Właśnie w tej poza-prawnej przestrzeni operuje suwerenna siła i to właśnie na ciało imigranta ona oddziałuje. 11 września dostarczył państwu wygodnego pretekstu dla udoskonalenia jego kontroli demograficznej i złamania wszelkich wytycznych traktowania uchodźców nakreślonych w Konwencji Genewskiej i w Protokole z 1967 roku w sprawie statusu uchodźców. Oprócz Giorgio Agambena, pewnych sposobów rozumienia dzisiejszej likwidacji tego, co polityczne, oraz nowego przesunięcia w kierunku ekspansywnej suwerennej siły dostarcza nam Alain Joxe. W Empire of Disorder przewiduje on nowy stan, w którym "wojskowa racjonalność i jej polityczne źródło znikłyby, zastąpione przez coś innego, przez technikę ciągłego zarządzania skalkulowaną masakrą - jako akt bezpośredniej regulacji nie polityki, lecz... demografii i ekonomii". Nowe imperium stawia sobie za cel "regulowanie nieporządku za pomocą norm finansowych oraz wojskowych ekspedycji i nie ma intencji okupowania podbitych terytoriów", odmawiając w ten sposób zapewnienia pewnej "ochrony" przed uzbrojonymi grupami, przestępczością i wojną domową. Powojenny Irak i Afganistan są tego świadkami. Nie chodzi o to, że lepszy jest neokolonializm oparty na okupacji niż panowanie pośrednie. Musimy za to dostrzegać sposoby, w jaki amerykańskie imperium wywołuje erozję ochrony państwowej za granicą, jednocześnie samemu jej odmawiając i zostawiając to zadanie ONZ czy NATO, a często nawet gorzej - lokalnym watażkom i uzbrojonym grupom. Zauważmy również, że w ujęciu Joxe'a imperium nastawia się przede wszystkim na regulację "demografii i ekonomii". To nam otwiera pole dla połączenia używanego przez Foucaulta i Agambena pojęcia biopolityki, z bardziej tradycyjną marksistowską i anarchistyczną analizą ekonomiczną. Według Foucaulta, biopolityka ma swój początek w XVIII w., kiedy to rozpoczyna się regulacja gatunkowego życia ludzkich istot, ich "rozrodczości, liczby urodzeń i zgonów, zdrowotności i długowieczności". Zauważa on rolę wiedzy demograficznej oraz kontroli populacji jako zasadniczych czynników biopolityki. Jeśli poważnie potraktujemy twierdzenie Joxe'a o prowadzeniu przez imperium kontroli demograficznej, możemy dziś dostrzec ponowne zastosowanie biopolityki - uprzednio pozostającej w rękach instytucji medycznych i biurokracji - przez samą machinę wojenną. Robienie porządku z przypadkami choroby, nędznych warunków życiowych, naruszeń praw człowieka oraz z "państwami zbójeckimi" staje się sprawą amerykańskiego państwa, ONZ i NATO, jak również organizacji pozarządowych, które podążają zaraz za nimi. Produkowane przez imperium wojny domowe (jak ta w Filipinach), teraz często wrzucane do rubryki "terroryzm", dostarczają w ten sposób Ameryce więcej powodów, dzięki którym może iść na wojnę i regulować przepływy populacji oraz materialne warunki życia, westernizując przy okazji, co tylko można. Zainteresowanie Agambena zoe (nagim życiem) imigranta i uchodźcy ma podwójne znaczenie. Wojny i globalny kapitał imperium w coraz większym stopniu powodować będą przemieszczenia ludności oraz dostarczać naruszeń tak zwanych "praw człowieka"; z drugiej strony, właśnie takie przemieszczanie staje się zmartwieniem samej machiny wojennej. Ten rodzaj analizy pomaga wyjaśnić interwencje w Iraku i Afganistanie, które - bez wyraźnej krótkoterminowej korzyści ekonomicznej (któż myślał, że Irakiem będzie się dało zarządzać w ciągu kilku miesięcy?) - więcej mają wspólnego ze zwiększaniem zdolności imperium do kontroli biopolitycznej. Gdy organizacje pozarządowe i instytucje humanitarne wkraczają do okupowanych krajów, rozpoczyna się biopolityczna regulacja "liczby narodzin i zgonów, zdrowotności i długowieczności". Wprowadzenie takich pozornie niewinnych organizacji może radykalnie zmienić biurokratyczny - a czasem i kulturowy - organizm danego kraju i należy je postrzegać jako pierwszy krok w neokolonialnych projektach Zachodu. Ten główny fakt rzuca nieco światła na - tajemnicze w innym razie - bombowe zamachy na budynki ONZ oraz ataki na pracowników medycznych w Iraku. Ataki te to wiadomość dla nas, że nie chodzi tu o tego czy innego pana, jakkolwiek życzliwego, lecz o całkowite odrzucenie systemu globalnego neokolonializmu - tak w jego militarnych, jak i biurokratycznych przebraniach. Tym samym, suwerenna potęga, przejawiająca się w ONZ, NATO, wojsku USA oraz kierowana przez NGO's-y, organizacje humanitarne i grupy rozjemcze, zaczyna mieć bezpośredni związek z nagim życiem (zoe) ludności innych narodów, ich standardem życia i zdrowiem. To biologiczna infekcja "zewnętrza" Imperium przez Imperium. Jeżeli globalizacja wytwarza ruchy populacji i jeżeli takie radykalne przekroczenie granic narodowych jest zagrożeniem dla kapitału (nie zaś działaniem "ofiar", którym nic innego nie pozostało), być może wojny poza granicami USA oraz wojnę przeciw imigrantom w samej Ameryce w polityce pojedenastowrześniowej powinno się postrzegać jako dwa sposoby odmawiania możliwości przemieszczania się tysiącom ludzi uciekającym od śmierci, która czyhała na nich, jeśli nadal prowadziliby osiadły tryb życia. Lecz nomadyzm jest czymś więcej niż tylko logiką zwykłej ucieczki. To blask Paryża, Nowego Jorku, Londynu. To pociągi i upijanie się, wszechobecność śmierci i poddanie się przygodności. To możliwość bycia "gdzie indziej". To coś, o co musimy walczyć w czasach, w których globalizacja zrywa ekonomiczne bariery narodowej suwerenności, lecz nie czyni niczego, by podkopać monopol państw narodowych na usankcjonowane używanie siły. Pierwsze, co powinniśmy robić, to upierać się przy normalności tego świata. Będzie to zaskoczeniem tak dla lewicy, jak i prawicy. Nie żyjemy w stanie wyjątkowym. Po pierwsze, zawsze miały miejsce ataki na amerykańskie interesy; dziś jest ich nie więcej niż w przeszłości. Po drugie, żyjemy w świecie nieokiełznanej siły i przemocy. Prawo państwa (nie wyłączam tutaj Europy) do monopolizowania siły zawsze działało w ten sposób pod rządami kapitału. Przedstawianie tego jako patologii zakłada potrzebę uzdrowienia sposobu stosowania tego prawa, nie zaś zlikwidowania go. Drugim naszym wysiłkiem powinna być walka o zniesienie wszelkich barier dla wolnego przemieszczania się. Dziś wydaje się, że jesteśmy od tego celu dalej niż kiedykolwiek. Musimy jednak ponownie nasilić nasze ataki przeciw używaniu siły do zatrzymywania i aresztowania ludzi bez powodu, jako że skala takich aresztowań stała się szczególnie duża w ostatnich dwóch latach. Będzie to punkt wyjścia dla krytyki zaanektowania przez państwo uprawomocnionej przemocy. Będąc tego przywłaszczenia najbardziej szkodliwą i rzucającą się w oczy formą, polityka imigracyjna jest naszym najlepszym celem ataku. Dostarcza ona również możliwości międzynarodowych sojuszy. Takie sojusze ponad narodowymi granicami już istnieją i wkrótce urzeczywistnią się w całej różnorodności form. Zen
Dochterman
To
jak z jajem węża. Przez cienkie błony widać idealnie ukształtowanego
gada
Tak właśnie czułem się, słuchając wiadomości na temat prześladowania Ahmada Ammara przez Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Pochodzący z Jemenu imam wielkopolskiej społeczności muzułmańskiej, a na co dzień doktorant Wydziału Prawa Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza, otrzymał ultimatum: jako osoba uznana przez ABW za zagrażającą bezpieczeństwu publicznemu w Polsce, musi opuścić nasz kraj w ciągu kilkudziesięciu godzin. To, czego od dawna obawiało się wielu obserwatorów autorytarnych poczynań polityków i policji - stało się faktem. Po licznych przypadkach inwigilacji, kontroli i zatrzymywania na ulicach polskich miast osób pochodzenia arabskiego lub "wyglądających" na Arabów, nastąpił kolejny krok: czystki etniczne drogą przymusowego wysiedlenia, czy - jeśli ktoś woli eufemizmy - nakaz opuszczenia kraju pod groźbą deportacji. Tym sposobem rasizm w polskim życiu publicznym objawił swoje zinstytucjonalizowane oblicze. To już nie incydentalny obskurancki sentyment wyrastający z zaściankowej polskiej ksenofobii oraz antyislamskiej histerii zręcznie podsycanej przez polityczne i medialne persony po 11 września 2001 r. Tym razem jesteśmy świadkami zaplanowanej i zatwierdzonej administracyjnie decyzji wymierzonej w członka grupy mniejszościowej, tym słabszego, że nie posiadającego polskiego obywatelstwa. Nasuwają mi się skojarzenia z marcem 1968 r., gdy pod płaszczykiem oskarżeń o rzekome zagrożenie dla porządku publicznego, osoby pochodzenia żydowskiego poddawano presji, pod którą opuszczały kraj. I podobnie jak podczas niesławnej nagonki marcowej, dziś również los człowieka leży w rękach macherów od "bezpieczeństwa". Wtedy - gomułkowsko-moczarowska klika postendeckich szowinistów; dziś - strojna w piórka obrończyni demokracji i (rynkowej) wolności - Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Skoro pojawił się argument bezpieczeństwa, może warto przestawić obecny dyskurs z głowy na nogi i spytać otw |