DLACZEGO TAK MNIE PRZERAŻA AL FALLUDŻA

Akcja sił koalicyjnych w Iraku nie jest interwencją humanitarną. Co humanitarnego jest w burzeniu cudzych miast i zabijaniu cywili?

Nie przestaję oglądać wiadomości z Iraku. Widzę, jak żołnierze wchodzą do miasta, mijają zburzone domy, zabitych na ulicy, płaczące dzieci, zagubione kobiety... Jedna ze scen sparaliżowała, mnie. W ruchach i na twarzy znów pojawił się ten strach, który nie opuszczał mnie przez lata. Był ramadan, święty miesiąc dla muzułmanów, czas postu. W trakcie ramadanu, kiedy zajdzie słońce, każdego dnia przychodzi czas na iftar, jeden z dwóch posiłków jedzonych w czasie doby. Wszystko się wycisza, ludzie rozkoszują się jedzeniem w gronie rodziny i przyjaciół. W CNN tego wieczora pokazano zdjęcia zrobione w al Falludży, właśnie w czasie, gdy rozpoczynano iftar. Oczywiście nie było mowy o świętym czasie. Hodża wzywał wiernych na modlitwę, ale ze wszystkich stron słychać było strzały. Wiele takich dni przeżyłam w swoim życiu.

Ten sam strach...
Kiedy miałam 17 lat, w moim mieście zaczęła się wojna. Z początku byliśmy tak zagubieni, że nie pamiętamy strachu z tamtych dni. A później strach się pojawił i zagnieździł głęboko w nas. Nawet dzisiaj, w dziesięć lat po zakończeniu wojny, wystarczy moment, żeby ów strach wypłynął na powierzchnię. Zdjęcie pokazujące iftar w al Falludży wystarczyło, by ciarki przeszły mi po plecach.

Niedawno znalazłam w Internecie ponury w swej wymowie chronologiczny spis oblężonych miast w historii świata. Moje miasto też tam było. I al Falludża. Poczułam się, jakbym zobaczyła swoje nazwisko w rejestrze skazanych. Nigdy nie byłam w al Falludży i nie wiem, czy kiedykolwiek będę, ale patrząc na zdjęcia na wpół zburzonego miasta, czuję, jakby to było przedmieście Sarajewa. Zobaczyłam zburzony szpital i przypomniałam sobie całą grozę przeżytą w sarajewskim szpitalu, kiedy ci z serbskich pozycji trzymali nas pod obstrzałem przez 24 godziny na dobę. Ja też leżałam wśród rannych i czy to z głodu, czy z powodu ran nie miałam siły wstać i szukać sobie schronienia. Błagałam tylko Boga, żeby pocisk nie trafił w salę, w której razem ze mną leżało jeszcze 28 osób. Nie trafili nas, ale inni mieli mniej szczęścia. I wiem, że nie może być wystarczająco dobrego uzasadnienia, gdy celuje się prosto w szpital. Nie ma wystarczająco mocnego umotywowania, gdy ktoś mierzy w domy, w których ludzie stoją na straży swoich wspomnień. Bo wspomnienia to życie. Ja sama bałam się o każdą fotografię, pamiętnik, kasetę z ulubionym zespołem, książkę...

Dlatego widzę i mogę poczuć to, co czuła typowa rodzina w al Falludży, która spodziewa się śmierci, a ma nadzieję na życie. My w Sarajewie przez całe cztery lata udawaliśmy życie, a w kącie mieszkania czekała mała torba z niezbędną odzieżą i drobiazgami, które stanowią życie. Mak, bo jeśli przyszłoby nam uciekać, duża byłaby niepraktyczna, i to w tej małej musieliśmy zmieścić całe swoje życie, gdybyśmy opuszczali dom. Moja rodzina, na szczęście, nie była do tego zmuszona. Ale setki tysięcy innych w Bośni - tak, a teraz spotyka to rodziny w toku.

I nie wystarcza mi tłumaczenie podawane w amerykańskich mediach, że nie ma już cywili w al Falludży. Po pierwsze, trudno mi w to uwierzyć, bo wiem, jak trudno porzucić dom. I wiem, że zawsze znajdzie się ktoś taki, komu na to zabraknie sił. Po drugie, wiem, co to jest propaganda. Zbrodnicze umysły tych, którzy oblegali Sarajewo i zabijali Bośnię i Hercegowinę latami, wspięły się na szczyt propagandowych umiejętności w czasie wojny w moim kraju. Również w naszych, szpitalach, jeśli słuchaliście wiadomości podawanych przez tych, którzy nas oblegali, nie było Judzi, tylko żołnierze. Również w naszych miastach żyli sami najemnicy opłacani przez obcych i lokalni ekstremiści, którzy przecież już przez sam ten fakt zasłużyli na śmierć. A wokół mnie wszędzie są cmentarze. Na grobach widnieją nazwiska ludzi z mojego kraju w różnym wieku. Na cmentarzu, który był kiedyś sarajewskim stadionem, ciągnie się długi szereg malutkich grobów, na których rok urodzenia i śmierci są identyczne.

...choć to inna wojna
Kilka dni temu znów oglądałam wiadomości z al Falludży. I znów ciarki przeszły mi po plecach, a to, co zobaczyłam, wciąż siedzi mi w głowie i miesza się z wcześniejszymi scenami. Z moją własną przeszłością. Ta scena nawet mi się przyśniła, ale jakby to mnie się przydarzyło. Znowu. Bo już ją widziałam. Mężczyzna w mundurze, uzbrojony po zęby stoi w środku miasta niemal zrównanego z ziemią i obwieszcza, że jego oddziały miasto właśnie wyzwoliły. To samo zdanie zbrodniarz generał Ratko Mladić wypowiedział 11 lipca 1995 roku, kiedy siły bośniackich Serbów, butne i pewne swego, wkroczyły do Srebrenicy. W ciągu następnych siedmiu dni zabili około 10 tys. osób, dopuszczając się pierwszej zbrodni ludobójstwa po II wojnie światowej na terenie Europy. Do wczoraj twierdzili, że to byli tylko żołnierze. Nikt nie świętuje wyzwolenia al Falludży - podobnie jak Srebrenicy. Okupacja to nie jest wolność.
Wiem, ktoś pewnie powie, że interwencja w Iraku to dokładnie to samo co interwencja sił NATO w Serbii, za którą byłam całym sercem. Ale to nie jest to samo. NATO wystąpiło przeciw sile, która od kilku lat atakowała narody trzech innych krajów, przeciw sile, która na terytorium innego kraju dopuściła się ludobójstwa, a na terytorium dwóch uznanych na forum międzynarodowym krajów i jednej prowincji przeprowadziła czystki etniczne. To była humanitarna interwencja, która skończyła się bardzo szybko i przerwała okupację. To była interwencja, o którą długo błagaliśmy świat, aż wreszcie się zmiłował i przystąpił do działania. Dla Bośni nastąpiło to za późno, dla Kosowa niemal w ostatniej chwili. Akcja sił koalicyjnych w Iraku nie jest interwencją humanitarną. Co humanitarnego jest w burzeniu cudzych miast i zabijaniu cywili?

Przeszłam piekło. Przeżyłam ludobójstwo. Mieszkałam w mieście, które w nowożytnej historii było najdłużej oblegane. Jestem pewna, że oblężenie, okupacja kawałka obcej ziemi, nikogo nie uczyni szczęśliwym. I nikt mnie dzisiaj nie może przekonać, że Irakijczycy są szczęśliwi, odkąd siły koalicyjne "wyzwoliły" ich kraj spod władzy tyrana Saddama Husaj-na. Być może al Falludża i Sarajewo czy też Irak oraz Bośnia i Hercegowina to są inne historie, których nie należy porównywać. Nie jest moją intencją porównywać siły koalicyjne i siły bośniackich Serbów, które dopuściły się ludobójstwa w moim kraju. Choć jestem przeciw interwencji w Iraku. Pragnę jednak porównać los jakiejś dziewczyny stamtąd, która 18. urodziny uczci w piwnicy, a jej przyjaciele będą za śmiechem kryć swój potworny strach, z moim losem. Ona i ja jesteśmy takie same. Ona i ja mamy prawo żyć. Ja przeżyłam, ale nigdy już nie będę beztroska jak ci, którzy nie przeszli przez tak ekstremalne doświadczenie. Kiedy odmierzam szczęście w życiu, punktem wyjścia jest dla mnie wojna. I wciąż mam nadzieję, że nic gorszego od życia w oblężonym mieście nie może mnie spotkać. Czas po wojnie to też nie jest normalne życie. I pewnie już nigdy nie będę miała normalnego życia, bo ten strach, o którym pisałam na początku, siedzi we mnie głęboko i czyha, by wydostać się na powierzchnię. A przecież mam prawo normalnie żyć. Jak każdy obywatel al Falludży. Jak każdy mieszkaniec świata.

Nidzara Ahmetasević jest dziennikarką i ukazującego się w Sarajewie tygodnika "Slobodna Bosna"
Przetłumaczyła Dorota Jovanka Ćirlić
Za "Gazeta Wyborcza" 25 listopada 2004 r.


PONAD 6000 OSÓB MOGŁO ZGINĄĆ W FALLUDŻY

Rzecznik Irackiego Czerwonego Półksiężyca (Iraqi Red Crescent), Muhammad al-Nuri, powiedział reporterom sieci informacyjnej ONZ "Irin", że jego organizacja ma podstawy, by twierdzić, że w Faludży mogło zginąć nawet 6,000 osób podczas ostatniej zmasowanej ofensywy wojsk USA na to miasto.

Dodajmy, że jednym z argumentów ataku na Irak było rzekomo wyzwolenie Irakijczyków od reżimu Saddama Husajna, któremu administracja US przypisywała użycie gazu bojowego w 1988 roku i zabicie około 5 000 Kurdów koło miejscowości Halabdża w północnym Iraku - podczas gdy wówczas, w 1988 roku, traktowała Husajna jako sojusznika w wojnie z Iranem, i wspomagała finansowo i militarnie.

Gdy niezależni publicyści, m.in Robert Fisk domagali się zbadania zagazowania Kurdów w Halabdży, rząd USA twierdził, że odpowiedzialny jest nie Husajn, lecz reżim irański i skutecznie blokował rezolucję ONZ nakazującą zbadanie i ukaranie winnych w sprawie masakry w Halabdży. Administracji USA nie obchodził wówczas los Kurdów, zagazowanie bronią dostarczaną masowo przez amerykańskie koncerny obydwu stronom konfliktu.

Nadal nie ma pewności, czy gaz w Halabdży nie został użyty przez stronę irańską. Trwała wojna z Iranem, w której USA były sojusznikiem Husajna, Amerykanie pomagali HUsajnowi za pomoca urządzeń satelitarnych namierzenie pozycji irańskich podczas zrzucania chem. gazów bojowych (Stephen PELLETIERE, b. analityk CIA, New York Times).

Coraz liczniejsze przekazy od dziennikarzy, lekarzy i mieszkańców Faludży zdają się wskazywać, że podczas ostatniej ofensywy wojska USA zastosowały przeciw cywilom gazy trujące oraz innego typu broń niekonwencjonalną.

Lekarze z Faludży wskazują, że rodzaj obrażeń wskazuje na użycie przez Amerykanów substancji zbliżonych w działaniu do napalmu. Użycie białego fosforu zostało oficjalnie potwierdzone.

Por: http://www.telegraph.co.uk/news/
Narmi www.irak.pl 27-11-2004

RELACJA KORESPONDENTA AFP W FALLUDŻY.
Fares Dlimi postanowił pozostać w mieście.

Poniedziałek, 8 listopada 2004
"Około dziewiętnastej potop ognia spada na dzielnicę Mualimin w północnej części miasta. Jestem koło meczetu Baddawi. Od północnej granicy miasta czołgi i artyleria strzelają do wszystkich domów naprzeciwko. Uciekam "skacząc" z jednego domu do drugiego. Nieprzerwany huk eksplozji. Obrońcy proszą cywilów o wycofanie się na tyły, pomagają ludziom w ucieczce. Spędzam noc w opuszczonym domu."

Wtorek 9 listopada 2004
"Staram się dotrzeć do mego mieszkania w dzielnicy Nazal (południe miasta), ale rezygnuję, nie sposób przebiec ulicą, helikoptery strzelają rakietami do wszystkiego, co się rusza. W dzielnicy Mualimin nie ma już ani jednego całego domu, wszystkie ulice podziurawione lejami po bombach. Czołgi amerykańskie próbują posuwać się głównymi ulicami z północy na południe, ale z ruin wyłaniają się oddziały obrońców, zacięta walka. Rozmawiam krótko z dowódcą lokalnego oddziału: "Wpuszczamy czołgi żeby przestali bombardować, żeby ich spotkać twarzą w twarz".

"Rano widziałem dwa płonące czołgi na ulicy prowadzącej na południe, inne wozy pancerne wycofały się, ale po południu amerykańska kolumna pancerna znowu naciera".

"Eksplozje są tak potężne, że dosłownie odrywają mnie od ziemi. Biegłem zadymioną ulicą. Pamiętam spadające na mnie kawałki cegieł i metalu. Straciłem przytomność. Kiedy otworzyłem oczy byłem na podłodze jakiegoś domu. Ktoś mnie musiał zabrać z ulicy i schronić tutaj."

"Jest już ciemno, ale jasno od pożarów. Ciągle ten huk. Bardzo się boję. Mimo wszystko próbuję iść na południe. Muszę pokonać Ulicę Czterdziestą, która przecina dzielnicę ze wschodu na zachód. Jest pod ogniem amerykańskich snajperów. Biegnę jak wariat. Przeskakuję ciała zabitych. Słyszę wycie rannych, ich wołania o pomoc, ale nikt już nie może im pomóc."

"Po drugiej stronie szukam schronienia, mam wielkie szczęście, znajduję w jednej ruinie stary pojemnik z wodą. Ta woda jest jak wyzwolenie, jak obietnica życia, nie wiem jak to opisać."

Środa 10 listopada 2004
"Gwałtowna walka na rogu Czterdziestej i ulicy biegnącej od północnej granicy miasta. Trudno wytrzymać huk. Znowu widzę płonące czołgi, obrońców rzucających się do beznadziejnej walki. Jeden oddział zajmuje dwa całe czołgi, z których uciekły amerykańskie załogi. Zaczynają nimi manewrować, ale nadlatują samoloty i niszczą czołgi".

"Uciekam na południe. Ciągle żadnego całego domu. Przeskakuję obok płonącego budynku, w którym mieszkał korespondent Al Dżaziry Abu Bakr Dulaimi. Sąsiedzi mówią, że został ciężko ranny kiedy spadły bomby. Idę dalej na południe. Docieram do lazaretu zbombardowanego kilka godzin wcześniej".

"Wszędzie smród śmierci. Widzę przed sobą psy i koty rozszarpujące zwłoki leżące na ulicy."

Fares Dlimi nie może dalej mówić. Tego samego wieczora dociera do dzielnicy Andaluz, gdzie schronili się cywile, którzy uciekli z północnej części miasta.

Czwartek, 11 listopada 2004
"Doszedłem do Nazal (dzielnica centralno-południowa). Myślałem, że moim samochodem pojadę do Azraghiah na północnym wschodzie, nad brzeg Eufratu, ale samochodu nie ma. Sąsiad chciał nim uciekać, ale trafiła go rakieta ze śmigłowca."

"Spotykam obrońców przybyłych z północnej części miasta. Mówią, że w Dżolan (dzielnica północno-zachodnia) ich bracia walczą do śmierci. Inni powstańcy stacjonujący bardziej na południu czekają na swoją kolej."

"Idę teraz w stronę zachodnią, w kierunku rzeki. Ludzie mówią, że da się przepłynąć Eufrat łódką, ale trzeba uważać na amerykańskich snajperów strzelających z przeciwległego brzegu."
"Postanowiłem przepłynąć rzekę wpław. Ale kiedy byłem już w krzakach nad brzegiem nadleciały strzelające śmigłowce bojowe, musiałem zawrócić. Znowu w Andaluz. Całą noc słyszałem płacz i zawodzenie kobiet. Uczucie jakby to był dzień sądu ostatecznego. Spędziłem noc w domu wypełnionym wieloma rodzinami."

Piątek, 12 listopada 2004
"Wojska amerykańskie kontrolują główne arterie. Megafony ogłaszają, że kto chce się poddać powinien udać się do meczetu Fardus, przy jednej z południowych ulic. Ludzie, z którymi spędziłem noc decydują się tam iść. Ja zostaję, boję się, że to pułapka."

"Przechodzę z domu do domu, w jednym z nich, na podłodze znajduję zwłoki czterech mężczyzn. Każdy zabity kulą w głowę."

"Uciekam. Biegnąc słyszę nagle krzyki z niedalekiego budynku. Wchodzę i widzę kobietę z 12-letnią dziewczynką i dziesięcioletnim chłopcem rannym w nogę, obok leżą zwłoki trzech mężczyzn. Kobieta mówi, że weszli tu Amerykanie i zabili ich na oczach dzieci."

"Kobieta była nieprzytomna z przerażenia, trzęsła się. Powiedziałem jej, żeby wzięła białą koszulę swego zabitego męża, że odprowadzę ją do meczetu. Wziąłem rannego chłopca na ręce i poszliśmy tam. Wewnątrz był tłum i irackie wojsko."

Pod kulami, na pikapach, iracka armia woziła ludzi do meczetu Furqhan, w północnej części miasta. Tam udzielano rannym pierwszej pomocy i oddzielano mężczyzn od rodzin.

"Zaraz po przyjeździe mnie i matkę z dwojgiem dzieci skierowano na stację kolejową na północnej granicy miasta. Na miejscu było około 1500 osób."

"Zamaskowany mężczyzna pokazywał palcem powstańców, natychmiast zatrzymano dwudziestu pięciu młodych. Potem żołnierze opryskiwali mężczyzn sprayem wykrywającym obecność prochu, żeby udowodnić, że walczyli."

"Zacząłem rozmawiać z irackim lekarzem, powiedziałem mu, że jestem dziennikarzem AFP, pokazałem mu legitymację. Obejrzał ją dokładnie i obiecał pomóc."

Sobota, 13 listopada
"Rano lekarz wyprowadził mnie i kobietę z dziećmi ze stacji, pokazał jak dotrzeć do Saklawiji, o dziesięć kilometrów na zachód od Faludży. Szliśmy trzy kilometry zanim przekonałem żołnierzy żeby zabrali nas ciężarówką. Na miejscu był lazaret, tam zostawiłem kobietę i jej dzieci. Skierowałem się na północny zachód, do Zaharid."

"W drodze spotkałem znajomego. Nocą na czworaka przeszliśmy zaporę na Eufracie i dotarliśmy do wiejskich zabudowań, przyjął nas miejscowy rolnik."

"Byłem wyczerpany. Kręciło mi się w głowie, miałem spuchnięty brzuch. Całą niedzielę jadłem i spałem."

W poniedziałek 15 listopada Fares Dlimi dotarł do Bagdadu.

AFP 17.11.2004

W sobotę 19 listopada 2004 wojska amerykańskie ciągle bombardowały południową część Faludży.

(j.s.a) za Indymedia 17 listopada 2004 r.

STO TYSIĘCY CYWILNYCH OFIAR INWAZJI NA IRAK

Wyliczenia podane przez brytyjskie czasopismo medyczne "The Lancet" są porażające. Od czasu amerykańskiej inwazji na Irak, a więc od marca ub. roku, zginęło już - według międzynarodowego zespołu ekspertów - około 100 tys. cywilnych mieszkańców tego kraju.

Ryzyko śmierci jest 2,5-krotnie wyższe po obaleniu dyktatury Saddama Husajna niż wtedy, gdy sprawował on władzę. Po upadku jego reżimu blisko 60-krotnie zwiększyło się prawdopodobieństwo nagłej śmierci będącej skutkiem przemocy. Inaczej mówiąc - śmierci od kul i bomb.

Raport opublikowany przez prestiżowe czasopismo "The Lancet" ma pięciu autorów (oraz nieznaną liczbę anonimowych recenzentów) i mógł powstać dzięki współpracy badaczy z amerykańskiej uczelni medycznej Johns Hopkins Bloomberg School of Public Health w Baltimore oraz naukowców z Uniwersytetu Bagdadzkiego. Badania zostały przeprowadzone na 33 reprezentatywnych grupach mieszkańców Iraku, z których każda składała się z 30 gospodarstw domowych, typowych dla całego społeczeństwa. Zadaniem ankieterów było uzyskanie odpowiedzi na pytanie o przyczyny śmierci w badanych rodzinach w dwóch okresach: przed i po amerykańskiej inwazji.

W okresie przed interwencją dominowały liczebnie "klasyczne" przyczyny zgonów, m.in. choroby układu krążenia oraz inne, głównie chroniczne, dolegliwości zdrowotne. Później, w sensie statystycznym, przypadki te stały się marginalne w stosunku do liczby zgonów spowodowanych działaniami wojennymi. Gwałtowne zwiększenie się liczby przypadków śmierci po marcu 2003 r. nie rozkłada się jednak równomiernie na całe terytorium Iraku. Aż 2/3 "zgonów spowodowanych przemocą", jak to określa raport, przypada na rejon Faludży, a większość z nich - twierdzi współautor opracowania, badacz z USA Les Roberts - była skutkiem amerykańskich nalotów na to buntownicze miasto. Ofiarami ataków z powietrza były zaś głównie kobiety i dzieci.

Czasopismo "The Lancet" opatrzyło raport komentarzem swego redaktora naczelnego, dr. Richarda Hortona. Nie podważając wniosków autorów opracowania, zwrócił on jednak uwagę, że badania zostały przeprowadzone w "bardzo specyficznych warunkach" panujących obecnie w Iraku i nie mogło to nie mieć wpływu na ich przebieg. Ponadto zbyt mała była liczba grup mieszkańców poddanych badaniom. Niemniej opublikowane wyniki badań prowadzą dr. Hortona do wniosku, że jeżeli ma zostać przywrócona wiara Irakijczyków w "głównie amerykańsko-brytyjską okupację", to konieczne są szybkie działania natury zarówno wojskowej, jak i politycznej. Planując tę wojnę - pisze w swym komentarzu dr Horton - siły koalicyjne, zwłaszcza Amerykanie i Brytyjczycy, musiały brać pod uwagę jej skutki dla ludności cywilnej. Jeżeli więc przeprowadzono taką analizę, to była ona błędna. "Demokratyczny imperializm spowodował - konkluduje dr Horton - że śmiertelność wśród mieszkańców Iraku zwiększyła się, zamiast się zmniejszyć".

Założone w 1823 r. brytyjskie czasopismo medyczne "The Lancet" ma duży międzynarodowy prestiż. Jest on skutkiem m.in dużej staranności w doborze publikowanych tekstów - druk każdego artykułu jest poprzedzany jego krytyczną analizą, przeprowadzaną przez kilku ekspertów z danej dziedziny. Tak było również w przypadku raportu o śmiertelności w Iraku, który redakcja otrzymała na początku października.

Za Indymedia.pl

NIEUDANY "TRANSFER WŁADZY" ROSNĄCE KOSZTY WOJNY W IRAKU

Poniższy raport opracował zespół politologów z Foreign Policy in Focus, sponsorowany przez dwie amerykańskie instytucje: Institute for Policy Studies i Interhemispheric Resource Center.

Jest on jedną z najbardziej wyczerpujących oceną rosnących kosztów wojny w Iraku dla Stanów Zjednoczonych, Iraku i świata. Wśród głównych wniosków są kompletne wyliczenia dotyczące eskalacji kosztów poniesionych w ciągu ostatnich trzech miesięcy od przekazania władzy Irakijczykom, okresu, który miał przynieść, według administracji Busha, spadek strat ludzkich i ekonomicznych kosztów okupacji.

USA
Coraz więcej zabitych

Ofiary wśród żołnierzy USA: Od wybuchu wojny 20 marca 2003 r. do 22 września 2004 r. zginęło 1175 żołnierzy koalicji, w tym 1040 żołnierzy amerykańskich. Z tej liczby aż 925 żołnierzy poległo po tym, jak 1 maja 2003 r. prezydent George W. Bush ogłosił zakończenie operacji bojowych. Od początku wojny rannych zostało ponad 7413 amerykańskich żołnierzy, w tym, 6953 (czyli 94 proc.) po 1 maja 2003 roku.
Od czasu tak zwanego przekazania władzy Irakijczykom, które dokonało się 29 czerwca br., liczba ofiar (zabitych i rannych) wśród amerykańskich żołnierzy utrzymuje się na średnim poziomie 747 osób miesięcznie.

Tymczasem w trakcie samej inwazji (20 marca - 1 maja 2003 r.) średnia miesięczna liczba ofiar wynosiła 482, a w czasie okupacji (2 maja 2003-28 czerwca 2004) - 415.

Ofiary wśród nieirackich pracowników cywilnych: Od 1 maja 2003 do 22 września 2004 r. zginęło ok. 154 pracowników cywilnych, misjonarzy, w tym 52 Amerykanów.

Ofiary wśród dziennikarzy: Do 22 września 2004 r. w Iraku zginęło 44 pracowników mediów z całego świata, z czego 33 od czasu, gdy Bush ogłosił zakończenie operacji bojowych. Ośmiu z nich pracowało dla agencji amerykańskich.

Al-Kaida rośnie w siłę
Werbunek do siatek terrorystycznych i ich działalność: Według londyńskiego Międzynarodowego Instytutu Studiów Strategicznych Al-Kaida ma obecnie 18 tys. członków, z czego tysiąc działa w Iraku. Według raportu Departamentu Stanu zatytułowanego "Struktura i działania światowego terroryzmu" w wyniku ataków terrorystycznych w 2003 r. zginęło 625 ludzi, a 3646 zostało rannych.

Mała wiarygodność USA: Badania opinii publicznej dowodzą, że wojna zaszkodziła reputacji i wiarygodności rządu USA na świecie. Sondaże w ośmiu krajach europejskich i arabskich wskazują, że zdaniem bardzo wielu respondentów wojna pogorszyła, a nie poprawiła sytuację w dziedzinie zwalczania terroryzmu. W samych Stanach Zjednoczonych 52 proc. Amerykanów badanych przez Annenberg Election Survey sprzeciwia się polityce Busha wobec Iraku.

Błędy militarne: Szereg byłych amerykańskich wojskowych krytykuje wojnę. Jednym z nich jest generał piechoty morskiej w stanie spoczynku Anthony Zinni, który twierdzi, że fabrykując powody do wojny, porzucając tradycyjnych sojuszników, wspierając i obdarzając zbytnim zaufaniem iracką emigrację, a wreszcie nie przygotowując stosownego planu działań w powojennym Iraku, administracja Busha podkopała bezpieczeństwo Stanów Zjednoczonych.

Niskie morale armii: Badania przeprowadzone w wojskach lądowych w marcu 2004 r. wykazują, że 52 proc. żołnierzy przyznaje się do niskiego morale, a trzy czwarte skarży się, iż oficerowie dowodzą nimi nieudolnie.

Słabe wyposażenie: Nieustannym problemem są braki w sprzęcie. Aż do czerwca 2004 r. armia nie wyposażyła wszystkich żołnierzy w kamizelki kuloodporne, zmuszając wiele rodzin do nabycia ich z własnej kieszeni.

Osłabione zaplecze: Żołnierze z Gwardii Narodowej stanowią niemal jedną trzecią amerykańskich wojsk w Iraku. Powoduje to ogromne obciążenie społeczności lokalnych w USA, ponieważ wielu z nich to funkcjonariusze służb szybkiego reagowania, takich jak policja, straż pożarna i pogotowie. Dla przykładu: do Iraku wysłało swoich ludzi aż 44 proc. jednostek policyjnych z całego kraju. Ze względu na nieobecność tak wielu żołnierzy z Gwardii Narodowej, niektóre stany zaczęły się obawiać, czy potrafiłyby poradzić sobie z klęskami żywiołowymi.

Prywatyzacja wojny. Około 20 tys. pracowników cywilnych wykonuje w Iraku prace, którymi zazwyczaj zajmują się wojskowi. Często brak im odpowiedniego przeszkolenia i nie można zagwarantować, że będą przestrzegali tych samych zasad i wytycznych, co personel wojskowy.

Miliardy na wojnę
Dotychczasowe wydatki: Kongres zatwierdził 151,1 mld dol. na operację w Iraku. Przewiduje się przyznanie dodatkowych 60 mld dol. po listopadowych wyborach. Długofalowy wpływ na gospodarkę: Ekonomista Doug Henwood szacuje, że rachunek za wojnę ostatecznie wyniesie, co najmniej 3415 dol. na jedno gospodarstwo domowe. Inny ekonomista James Galbraith z Uniwersytetu stanu Teksas przewiduje, że choć wydatki zbrojeniowe mogą początkowo pobudzić gospodarkę, na dłuższą metę wojna może zapoczątkować dekadę poważnych problemów gospodarczych, takich jak zwiększenie się deficytu w handlu zagranicznym i wzrost inflacji.

Wzrost cen ropy:
Według badań CBS przeprowadzonych w połowie maja br. 85 proc. Amerykanów stwierdza, że wyraźnie odczuło wzrost cen ropy spowodowany niepewną sytuacją w Iraku. Jeśli cena za baryłkę utrzyma się przez rok w okolicach 40 dolarów (obecnie wynosi ponad 50 dolarów - przyp. FORUM), produkt krajowy brutto w Stanach Zjednoczonych spadnie o ponad 50 mld. dol.

Ekonomiczne skutki wojny dla rodzin wojskowych: Od początku wojen w Afganistanie i Iraku do armii powołano 364 tys. rezerwistów i żołnierzy Gwardii Narodowej, przy czym okres służby trwa często 20 miesięcy. Badania wykazują, że od 30 do 40 proc. rezerwistów i członków Gwardii Narodowej zarabia w wojsku mniej niż w cywilu. Wojskowy Fundusz Pomocy odnotowuje, że między rokiem 2002 a 2003 liczba wniosków od rodzin wojskowych o bony żywnościowe i subsydiowane posiłki wzrosła o kilkaset procent.

Armia kalek
Cięcia socjalne:
Polityka administracji Busha, łącząca gigantyczne wydatki na wojnę z obniżaniem podatków dla ludzi zamożnych, sprawia, że zaczyna brakować pieniędzy na wydatki socjalne. Sumę 151,1 mld dol., które w bieżącym roku przeznaczono na wojnę, można byłoby wydać na 23 miliony bonów mieszkaniowych; opiekę zdrowotną dla ponad 27 milionów nieubezpieczonych Amerykanów; płace dla niemal trzech milionów nauczycieli w szkołach podstawowych; 678 200 nowych wozów strażackich; program wyrównywania szans pod nazwą Lepszy Start dla ponad 20 milionów dzieci; lub opiekę zdrowotną dla 82 milionów dzieci. Notatka Białego Domu dla różnych agencji krajowych, która przeciekła do prasy, przedstawia w zarysie główne cięcia, jakie zostaną dokonane po wyborach: w wydatkach na edukację, program Lepszy Start, rozwój mieszkalnictwa, szkolenie zawodowe, badania w dziedzinie medycyny i bezpieczeństwo wewnętrzne.

Pomoc dla weteranów: Około 64 proc. z ponad siedmiu tysięcy amerykańskich żołnierzy, którzy zostali ranni w Iraku, nie było w stanie powrócić do służby wojskowej. Zwiększyła się liczba amputacji, ponieważ ulepszone kamizelki kuloodporne chronią tułów, a nie kończyny. Tak jak w poprzednich wojnach, jest prawdopodobne, że wielu żołnierzy nabawiło się dolegliwości, które pozostaną niewykryte przez wiele lat.

Urazy psychiczne: Pismo fachowe "The New England Journal of Medicine" poinformowało w czerwcu br., że co szósty żołnierz powracający z Iraku wykazuje oznaki zaburzeń pourazowych, głębokiej depresji lub poważnych lęków.

IRAK
Giną głównie cywile

Zabici i ranni wśród Irakijczyków: Do 22 września br. w wyniku amerykańskiej inwazji i późniejszej okupacji zginęło od 12 800 do 14 800 irackich osób cywilnych, a około 40 tys. zostało rannych. W trakcie głównych operacji bojowych zginęło od 4895 do 6370 irackich żołnierzy i bojowników.

Kraj bezprawia
Wzrost przestępczości: Liczba gwałtów i porwań wzrosła w zastraszającym tempie od marca 2003 r., przez co wiele irackich dzieci przestało uczęszczać do szkół, a kobiety nie pojawiają się nocą na ulicach. Liczba ludzi, którzy zginęli gwałtowną śmiercią, także dramatycznie wzrosła: w roku 2002 wynosiła 14 osób miesięcznie, w roku 2003 zaś 357.

Skutki psychologiczne: Warunki okupacji niegwarantujące najbardziej elementarnego bezpieczeństwa wywierają katastrofalny wpływ na społeczeństwo Iraku. Według sondażu przeprowadzonego przez irackie Centrum Badań i Studiów Strategicznych w czerwcu br., 80 proc. Irakijczyków uważa, że siły koalicyjne powinny opuścić Irak natychmiast bądź zaraz po wyborach.

Nasilenie irackiego ruchu oporu: Ponieważ amerykańska okupacja wojskowa trwa nadal, przekazanie władzy nie zyskało poparcia Irakijczyków ani nie zmniejszyło irackiego oporu. Według szacunków Pentagonu liczba powstańców wzrosła czterokrotnie (z 5 tys. do 20 tys.) między listopadem 2003 r. a początkiem września 2004 roku. Zastępca dowódcy wojsk koalicyjnych w Iraku, brytyjski generał Andrew Graham, stwierdził w wywiadzie dla magazynu "Time" na początku września br., że szacunkową liczbę 20 tys. uważa za zaniżoną. On sam ocenia, że w Iraku działa od 40 do 50 tys. bojowników. Wzrost ten okaże się jeszcze bardziej dramatyczny, jeśli weźmiemy pod uwagę, jak podaje Brookings Institution, iż między majem 2003 r. a sierpniem 2004 r. zdołano pojmać lub zabić aż 24 tys. członków irackiego ruchu oporu.

Wymiar biedy
Bezrobocie:
Odsetek bezrobotnych wśród Irakijczyków podwoił się, wzrastając z 30 proc. (przed wojną) do poziomu 60 proc. (latem 2003 r.). Wprawdzie administracja Busha twierdzi teraz, że bezrobocie spadło, ale Amerykanie zatrudniają przy odbudowie kraju jedynie 120 tys. Irakijczyków (na siedem milionów zdolnych do pracy).

Korupcja: Przeważającą część prac nad odbudową Iraku zlecono firmom amerykańskim, nie zaś doświadczonym przedsiębiorstwom irackim. Przeciwko głównemu wykonawcy korporacji Halliburton prowadzone jest obecnie śledztwo w sprawie 160 min dol. za posiłki, których żołnierze nigdy nie dostali oraz w sprawie przekroczenia kosztów dostawy paliwa o ii min dolarów. Pracownicy Halliburtona wzięli sześć milionów dolarów łapówki od podwykonawców. Mówi się też o gigantycznym marnotrawstwie tej firmy, m.in. o ciężarówkach za łączną sumę 85 tys. dol. porzucanych tylko dlatego, że złapały gumę.

Niesprawne instalacje naftowe: Walki z siłami okupacyjnymi nie pozwalają Irakowi bogacić się na sprzedaży głównego surowca tego kraju, czyli ropy. Od czerwca 2003 r. przeprowadzono 118 ataków na naftową infrastrukturę Iraku. Do września br. wydobycie nadal nie osiągnęło poziomu sprzed wojny. Gwałtowne ataki w sierpniu br. spowodowały spadek eksportu ropy do poziomu nienotowanego od 10 miesięcy.

Zapaść socjalna
Rozbite szpitale:
Po ponad 10 latach stosowania wobec Iraku drakońskich sankcji system opieki zdrowotnej w tym kraju ucierpiał dodatkowo w wyniku wojny i powojennych grabieży. Irackie szpitale nadal borykają się z niedoborem niezbędnych materiałów i przytłaczającą liczbą pacjentów.

Zrujnowane szkoły: UNICEF ocenia, że podczas konfliktu irackiego zniszczeniu uległo ponad 200 szkół, a tysiące innych zostało splądrowanych w okresie chaosu, jaki nastał tuż po obaleniu Sadda-ma Husajna. Departament Stanu stwierdził 15 września br., że "nadal istnieją poważne trudności z zapewnieniem bezpieczeństwa niezbędnego dla odbudowy szkół oraz dystrybucji wyposażenia, podręczników i żywności.

Zniszczone środowisko naturalne: Atak sił koalicyjnych pod wodzą USA uszkodził system wodociągów i kanalizacji, a także naruszył kruchy ekosystem pustynny w Iraku. Konsekwencją inwazji są także pożary szybów naftowych, którym towarzyszą kłęby czarnego dymu. Należy wspomnieć także o składach niezdetonowanego wyposażenia wojskowego, które nadal stanowi zagrożenie dla Irakijczyków i środowiska naturalnego. Ofiarą min i pozostałej po wojnie amunicji pada miesięcznie około 20 osób.

Utracona suwerenność
Mimo oficjalnego transferu suwerenności, czyli przekazania władzy Irakijczykom, kraj nadal okupowany jest przez wojska Stanów Zjednoczonych i państw koalicyjnych, a jego niezależność - zarówno ekonomiczna jak i polityczna - jest bardzo ograniczona. Rząd tymczasowy nie ma prawa anulowania dekretów (jest ich niemal 100) byłego administratora cywilnego Paula Bremera, które pozwalają na prywatyzację państwowych przedsiębiorstw i zakazują preferencyjnego traktowania irackich firm przy odbudowie kraju.

ŚWIAT
Zapomniany Sudan
Wprawdzie przeważającą część wojskowego i cywilnego personelu w Iraku stanowią Amerykanie, to jednak wojska innych koalicjantów również poniosły straty (135 żołnierzy). Poza tym Irak odwrócił uwagę świata od krwawych konfliktów w takich krajach jak Sudan, pozbawiając je międzynarodowej pomocy.

Pogwałcone konwencje
Jednostronna decyzja USA o rozpoczęciu wojny przeciwko Irakowi pogwałciła Kartę Narodów Zjednoczonych, stwarzając niebezpieczny precedens dla innych krajów, które odtąd mogą chwytać się każdego pretekstu, by reagować prewencyjnym użyciem siły na rozmaite zagrożenia - rzeczywiste bądź urojone. Wojska USA pogwałciły też konwencję genewską, sprawiając, że w przyszłości również inne kraje mogą zignorować jej postanowienia w kwestii traktowania ludności cywilnej oraz jeńców.

Cios w ONZ
Na każdym kroku administracja Busha poddawała w wątpliwość prawomocność i wiarygodność ONZ, obniżając zdolność tej instytucji do pełnienia w przyszłości funkcji głównego instrumentu w dziedzinie globalnego rozbrojenia i rozwiązywania konfliktów.
Wysiłki administracji Busha zmierzające do zaakceptowania irackiego rządu, jak wiadomo niewyłonionego w wyniku wyborów, lecz faktycznie ustanowionego przez siły okupacyjne, podważają całą koncepcję suwerenności narodowej leżącą u podstaw Karty Narodów Zjednoczonych.To właśnie miał na myśli sekretarz generalny Kofi Annan, który w swoim oświadczeniu z września 2004 r. o nielegalności wojny w Iraku powołał się na Kartę Narodów Zjednoczonych.

Wymuszone koalicje
Wobec sprzeciwu ze strony członków Rady Bezpieczeństwa NZ rząd USA starał się stworzyć wrażenie, że wojna cieszy się poparciem międzynarodowym. Wywierał więc naciski na inne rządy, by dołączyły do tak zwanej koalicji chętnych. W ten sposób USA nie tylko zignorowały autorytet ONZ, lecz także naruszyły demokrację w wielu krajach sojuszniczych, w których sprzeciw wobec wojny wyrażało w wielu wypadkach aż 90 proc. ludności.
W dniu 18 marca 2003 r. koalicja pod przewodem USA składała się z 30 krajów, a w początkowej fazie wojny nawet się rozrosła. Potem jednak osiem krajów wycofało swoje wojska, a Kostaryka zażądała, by skreślono ją z listy koalicjantów. Na początku wojny kraje wchodzące w skład koalicji reprezentowały 19,1 proc. ludności świata, natomiast obecnie tylko 13,6 procent.

Miliard dolarów miesięcznie
Suma 151,1 mld dol. wydana przez rząd amerykański na wojnę mogła zmniejszyć o połowę głód na świecie, a także na dwa lata zaspokoić zapotrzebowanie krajów rozwijających się na leki przeciwko AIDS. szczepionki i czystą wodę Przyczyniając się do wzrostu cen ropy naftowej, wojna sprawiła, że pojawiły się obawy przed nawrotem stagflacji z lat 70. Główne linie lotnicze świata przewidują, że ich koszty działalności mogą wzrosnąć o miliard dolarów miesięcznie (lub więcej).

Mobilizacja terrorystów
Wojna prowadzona pod przewodem USA i okupacja Iraku pobudziły do działania międzynarodowe organizacje terrorystyczne, narażając ludzkość na stale rosnące ryzyko ataków.Doroczny raport Departamentu Stanu poświęcony międzynarodowemu terroryzmowi stwierdza, że w 2003 roku liczba incydentów związanych z terroryzmem uznanych za poważne była najwyższa od czasu, kiedy zaczęto prowadzić tę statystykę.

Złamane prawa
Memorandum Departamentu Sprawiedliwości zapewniające Biały Dom o legalności tortur stanowi jaskrawe pogwałcenie międzynarodowej konwencji w sprawie zakazu tortur, której Stany Zjednoczone są sygnatariuszem.
Dokument ten, wraz nagłośnioną sprawą znęcania się nad irackimi więźniami przez wojsko i wywiad USA, daje pozostałym krajom przyzwolenie na znęcanie się nad więźniami.

Foreign Policy in Focus, 2004


RAPORT CIA: IRAK NIE MIAŁ BRONI MASOWEGO RAŻENIA

Saddam Hussain zniszczył ostatnie zapasy broni masowego rażenia (WMD) ponad dekadę temu, i nie miał możliwości odbudowy tego arsenału do czasu inwazji na Irak - takie wnioski zawarto w opublikowanym wczoraj obszernym amerykańskim raporcie podsumowującym 15-miesięczne intensywne poszukiwania irackiej WMD prowadzone przez 1200 inspektorów CIA z tzw. Iraq Survey Group (ISG). W raporcie stwierdzono, że Saddam miał ambicje ponownego uruchomienia programu nuklearnego i chemicznego po zniesieniu sankcji wobec tego kraju. Konkretnych planów zbrojeniowych jednak nie opracowano, a tym bardziej nie rozpoczęto ich wdrażania. Saddam nie wydał również żadnych ustnych poleceń dotyczących rozwoju WMD. W jego otoczeniu, poza nim samym, nie było żadnej grupy mającej zajmować się planami dotyczącymi WMD. Głównymi materiałami dowodowymi potwierdzającymi intencje Hussajna są własne szyfrowane uwagi i notatki dyktatora, sposób ich odczytania przez jego doradców oraz ich zeznania.

Wnioski z raportu ISG przedstawione wczoraj w Kongresie, mogą poważnie zaszkodzić szansom G.W.Busha na reelekcję, gdyż podważają tezy, które głosił zarówno przed napaścią na Irak jak i w trakcie kampanii wyborczej. Jeszcze kilkanaście dni temu prezydent upierał się, że chociaż Irak nie miał żadnych arsenałów WMD w czasie wojny, stanowił "rosnące zagrożenie", któremu należało się przeciwstawić. ISG stwierdziło natomiast ponad wszelka wątpliwość, ze zagrożenie ze strony Saddama po wojnie w Zatoce z upływem lat coraz bardziej malało.

Raport jest podsumowaniem prac inspektorów, nie jest jednak jeszcze traktowany jako końcowy - prace nad tłumaczeniem zdobytych przez Amerykanów dokumentów nadal trwają - przekłada je grupa 900 lingwistów. Szef ISG, Charles Gulfer nie spodziewa się jednak aby ich ukończenie mogło zmienić wyniki dochodzenia i aby jakiekolwiek znaczące pod względem militarnym zapasy WMD mogły nadal być ukryte w Iraku.

ISG nie znalazło również w Iraku potwierdzenia, że po 1996 r. Saddam miał plan rozwoju nowej broni biologicznej, ani też że prowadził badania nad taką bronią dla celów wojskowych. Z zgromadzonych danych wynika, ze na szczeblu prezydenckim można było mówić o absolutnym braku zainteresowania i jakiejkolwiek dyskusji nad takim programem.

Co do programu nuklearnego, Irak był znacznie dalej od celu w r. 2003 niż w 1991. Inspektorom udało się znależć dowody jedynie na to, że Saddam był skłonny wznowić zbrojenia po ewentualnym zniesieniu sankcji przez ONZ. Pochodzą one jednak z ustnych zeznań - między innymi samego dyktatora i nie mają potwierdzenia na papierze. Saddam postrzegał rozwój WMD jako przeciwwagę dla irańskiego programu zbrojeniowego i przeciwstawienie się zagrożeniu ze strony tego kraju. Wierzył również, że zgromadzenie takiej broni po zniesieniu embarga mogłoby skutecznie powstrzymać amerykańską inwazję.

Charles Gulfer utrzymuje, że międzynarodowe embargo nałożone na Irak pozwoliło skutecznie rozbroić ten kraj w ciągu 12 lat między pierwszą i drugą wojną w Zatoce. Przyznaje, ze na dłuższą metę sankcje nie powstrzymałyby planów Saddama, gdyż jego reżim poczynił duże postępy w ich obchodzeniu, jednocześnie przyznaje jednak że ich zacieśnienie pod koniec 2001 r. ograniczyło poważnie możliwości Hussajna i nie stanowił on w tym czasie dla USA żadnego zagrożenia.

W odrębnym raporcie CIA, którego wnioski opublikowano w amerykańskiej prasie w zeszłym tygodniu, stwierdzono brak powiązań między Bagdadem i al.-Kaidą. Nie znaleziono dowodów na to, ze Irak udzielał schronienia jordańskiemu terroryście Abu Musab al.-Zarqawiemu. Doniesienia te podważają roszczenia Busha od kilku lat przekonywującego opinię publiczną o takich powiązaniach.

Inspektorzy ONZ i Stanów Zjednoczonych pracowali w Iraku 2 lata - od listopada 2002 r. do września 2004. Przeszukali ponad 1700 lokalizacji. Koszty inspekcji wyniosły ponad miliard dolarów.

The Guardian (za Indymedia 07.10.2004 r.)


DLACZEGO ICH NIENAWIDZĄ

Nowych dowodów na to, dlaczego "siły stabilizacyjne" są tak mało popularne wśród Irakijczyków dostarcza najnowszy raport irackich władz.

Z danych zebranych przez Irackie Ministerstwo Zdrowia wynika, że wojska amerykańskie zabijają znacznie więcej cywilów niż powstańcy. Wg. opublikowanego niedawno ministerialnego raportu, dwukrotnie więcej Irakijczykow umiera w wyniku działań amerykańskiej armii niż na skutek akcji rebeliantów. Między 5 kwietnia a 19 września ministerstwo zidentyfikowało 3487 zabitych i 13,720 rannych. Wśród zmarłych, 328 stanowią dzieci poniżej 12 roku życia. Badając bliżej przyczyny zgonów z ostatnich trzech miesięcy - między 10 czerwca a 10 września, urzędnicy odkryli, że 2/3 ofiar zostało zabitych przez Amerykanów i ich sojuszników a 1/3 w wyniku ataków powstańców.

Ministerstwo zastrzega, ze całkowita liczba ofiar śmiertelnych może być wyższa, gdyż w raporcie uwzględniono jedynie potwierdzone zgony i ludzi przywiezionych do szpitali. Wielu ciał nie wydobywa się z ruin po bombardowaniach, wiele rodzin chowa swoich zmarłych nie informując o tym władz.

Poproszony o skomentowanie tak ogromnych strat wśród ludności cywilnej rzecznik armii amerykańskiej Steve Boylen stwierdził tylko, że "straty będą miały miejsce" i obarczył powstańców winą za wysoką liczbę zabitych dzieci i cywilów, w związku z tym, że prowadzą oni działania i szukają schronienia w dzielnicach mieszkalnych i domach. "Tak długo jak to robią, tak długo narażają mieszkańców na ryzyko. Będziemy ich ścigać". Nie wspomniał jednak o tym, że do "ścigania" rebeliantów wykorzystuje się półtonowe bomby, pociski rakietowe i czołgowe, które mają niewielka zdolność rozróżniania między bojownikami, cywilami i dziećmi.

Ponura statystyka dot. nagłych zgonów wśród Irakijczyków pokazuje, że znacznie większym zagrożeniem dla życia i zdrowia dla mieszkańców tego kraju jest amerykańskie wojsko niż powstańcy i może tłumaczyć, dlaczego Irakijczycy tak masowo pragną wycofania wojsk okupacyjnych. Pozwala też wyobrazić sobie, co może nastąpić, jeśli Bush wygra wybory i zacznie realizować swoje obietnice odbicia połowy Iraku, głównie miast, znajdującej się obecnie w rękach rebeliantów. Armia amerykańska, w trosce o życie swoich żołnierzy faworyzuje taktykę walki polegającą na ciężkich bombardowaniach i ostrzale altyleryjskim domniemanych miejsc pobytu "terrorystów", w czasie, gdy bohaterskie wojsko przebywa w dobrze strzeżonych bazach, narażone jedynie na sporadyczne ataki moździerzowe. Skutki tej taktyki są zabójcze dla ludności cywilnej.

Zbieranie informacji o stratach wśród cywilów nie leży w interesie Amerykanów. W grudniu 2003 r. Paul Bremer będąc jeszcze głową władz okupacyjnych zakazał Irackiemu Ministerstwu Zdrowia sporządzania statystyk ofiar. Działania takie wznowiono w kwietniu, jednak gromadzone informacje nie trafiają do amerykańskiej opinii publicznej. Irakijczycy wiedzą ze wojska "stabilizacyjne" zabijają, co tydzień kilkanaścioro dzieci, o raporcie Irackiego Ministerstwa Zdrowia milczą jednak gazety.

źródło: Dave Lindorff, "More evidence of why do they hate us: Our heroic baby killers" www.counterpunch.org (za Indymedia 29.09.2004 r.)


ARMIA ZBAWIENIA

Szerzymy demokrację tym samym sposobem, jakim europejscy odkrywcy obdarowali chrześcijaństwem Indian. Ale jacyż oni byli niewdzięczni! I jakże niewdzięczni są mieszkańcy Bagdadu!

Wielki brytyjski historyk Edward Gibbon (1737-1794) wyraził się kiedyś w następujący sposób o dotychczasowych dokonaniach ludzkości: "Historia to w rzeczywistości tylko ciut więcej niż rejestr wszystkich zbrodni, szaleństw i nieszczęść, jakie były dziełem człowieka". To samo można powiedzieć o porannym wydaniu "New York Timesa".
Cała wielka literatura tak naprawdę mówi o tym, jaki to niefart być człowiekiem: "Moby Dick", "Przygody Hucka Finna", "Iliada" i "Odyseja", "Szkarłatne godło odwagi", "Zbrodnia i kara", Biblia czy "Szarża lekkiej brygady".

Niezależnie od epoki, człowiek po prostu musiał dostosować się do czasów, w których żył. I zawsze natrafiał już na jakieś szalone, toczące się wokół gierki, która sprawiają, że zachowujesz się jak wariat, nawet jeśli na początku nie okazywałeś objawów niepoczytalności.

Niektóre z gierek, które toczyły się już na tym świecie, zanim ty się na nim znalazłeś, to była miłość i nienawiść, liberalizm i konserwatyzm, samochody i karty kredytowe, golf i koszykówka kobiet. Jeszcze bardziej niedorzeczna od golfa jest jednak współczesna amerykańska polityka, w której - dzięki telewizji i na jej użytek - możesz być przedstawicielem tylko dwóch gatunków człowieka: liberała albo konserwatysty.
No to na którą opcję się zdecydujesz? Czy nie stanowi to przypadkiem jakiejś życiowej mielizny, że możesz być tylko albo jednym, albo drugim? Jeśli nie jesteś ani tym, ani tym, równie dobrze mógłbyś być gumą do żucia. Jeżeli ktoś z was jeszcze nie podjął ostatecznej decyzji, postaram się ułatwić ten wybór. Jeśli chcesz zabrać mi całą broń palną, jaką posiadam, jesteś za mordowaniem płodów i aż piszczysz z radości, kiedy homoseksualiści biorą ślub, oraz stajesz po stronie biednych - jesteś liberałem. Jeśli jesteś przeciwko wszystkim tym perwersjom i za bogatymi - jesteś konserwatystą. Czyż nie jest to proste?

Mój rząd ruszył w batalię przeciwko narkotykom. Ale czy zdajecie sobie sprawę z tego, że dwie najbardziej nadużywane, wciągające i niszczące substancje są całkowicie legalne?

Jedną z nich jest oczywiście alkohol etylowy. Prezydent George W. Bush, jak sam przyznał, chodził zawiany przez większość czasu między 16 a 41 rokiem życia. Kiedy skończył 41 lat, objawił mu się Jezus i sprawił, że Bush porzucił butelkę, a jego nos utracił purpurową barwę. Inni pijacy widywali różowe słonie. A chcecie poznać moją opinię na temat tego, dlaczego Bush jest taki wkurwiony na Arabów? Bo wymyślili algebrę. To Arabowie wymyślili liczby, którymi my się posługujemy, również zero - symbol niczego, na który nikt przed nimi nie wpadł. Myślicie, że Arabowie są głupi? No to spróbujcie wykonać dzielenie wysokich liczb, korzystając z rzymskich cyfr.
Szerzymy demokrację, prawda? Tym samym sposobem, jakim europejscy odkrywcy obdarowali chrześcijaństwem Indian. Ale jacyż oni byli niewdzięczni! I jakże niewdzięczni są mieszkańcy Bagdadu!

Cóż, wódz i jego kohorty mają równie mało wspólnego z demokracją, co Europejczycy mieli z chrześcijaństwem. My, naród, nie mamy absolutnie żadnego wpływu na to, jaki następny ruch postanowią oni wykonać. Na wszelki wypadek, gdybyście nie zauważyli - już udało im się oczyścić skarbiec, przekazując jego zawartość kumplom na wojnie i facetom od obrony narodowej, zostawiając wasze i następne pokolenia z niewyobrażalnym długiem, za który przyjdzie wam zapłacić.

Nikt nawet nie pisnął, kiedy wam to robili, ponieważ udało im się wyłączyć wszystkie alarmy antywłamaniowe w konstytucji: Kongres, Senat, Sąd Najwyższy, FBI, wolną prasę (ta została zmilitaryzowana, a to oznacza, że wyrzekła się Pierwszej Poprawki), oraz nas - naród. A teraz opowiem wam, jak to było u mnie z używkami. Nie odważyłem się spróbować heroiny, kokainy czy LSD ze strachu, że mogą doprowadzić mnie nad krawędź. Raz zapaliłem jointa z Jerrym Garcią, tylko dla towarzystwa.

Nie zauważyłem u siebie najmniejszego efektu, więc nigdy tego nie powtórzyłem. I dzięki Bogu, czy czemukolwiek innemu, nie jestem uzależniony od alkoholu. Piję od czasu do czasu kilka drinków i na pewno zrobię to też dziś wieczorem. Ale dwa to mój limit. Nie ma problemu.

No, oczywiście mam prawie stale w ustach papierosa. Wciąż mam nadzieję, że kiedyś mnie on zabije. Ogień po jednej stronie - głupek po drugiej... Ale powiem wam jedno: raz doznałem takiego odlotu, jakiego nie może dać ani hera, ani kokaina. To było wtedy, gdy dostałem prawo jazdy. Ten mój pierwszy samochód napędzany był przez najbardziej rozpowszechniony i uzależniający ze wszystkich narkotyków: paliwo kopalne. Nie minie dużo czasu, gdy go po prostu zabraknie. Wszyscy jesteśmy uzależnieni od paliw kopalnych, a niebawem czeka nas odwyk. I jak tylu innych narkomanów, nasi przywódcy dokonują teraz zbrodni tylko po to, żeby wyszarpać ile jeszcze się da tej substancji, od której są uzależnieni.

KURT VONNEGUT "In These Times", 12.05.2004 za tyg. Forum
Kurt Vonnegut [ur. w 1922 roku], wybitny prozaik amerykański, z wykształcenia biochemik. Autor głośnych powieści, m.in.: "Kocia kołyska", "Rzeźnia numer pięć", "Śniadanie mistrzów".


ROZWALMY TEN WEHIKUŁ

George W. Bush uczynił to, co nie udało się największym mędrcom: wystawił na widok publiczny dźwignie, śruby i zapadki apokaliptycznego mechanizmu amerykańskiego imperium - uważa słynna indyjska pisarka Arundhati Roy.

Na stalowych kadłubach rakiet młodociani amerykańscy żołnierze wypisywali kolorowe hasła: "Dla Saddama, od paczki Grubego". Walił się w gruzy budynek, wylatywał w powietrze bazar, dom, ginęła dziewczyna kochająca swojego chłopaka, dziecko, które chciało tylko pograć kulkami starszego brata.

21 marca, w dzień po rozpoczęciu nielegalnej inwazji na Irak, korespondent CNN rozmawiał z amerykańskim żołnierzem. - Chcę się tam dostać i urobić po łokcie - mówił szeregowy AJ. - Chcę się zemścić za 11 września.

Oddajmy honor dziennikarzowi: chociaż należał do tych "zaszeregowanych" w jednostce wojskowej, nieśmiało zwrócił uwagę, iż nie ma solidnych dowodów na to, że władze Iraku miały związek z tamtymi zamachami. Szeregowiec AJ rozdziawił usta: Hmmm... no tak, to są sprawy, którymi zajmują się ci tam, na górze.

Nie sądzę, by amerykańscy i brytyjscy żołnierze walczący na froncie zdawali sobie sprawę z politycznego i finansowego poparcia, jakiego ich rządy udzielały Saddamowi Husajnowi w czasach jego najgorszych zbrodni.

Najpierw przetrącę ci nogi
Ale dlaczego właściwie biedny szeregowy AJ i jego koledzy mają sobie zaprzątać głowę takimi drobiazgami? To już się nie liczy. Liczą się setki tysięcy ludzi, masa czołgów, okrętów, śmigłowców, bomb, masek gazowych, wysokokalorycznych porcji żywnościowych, całe samoloty papieru toaletowego, środków na insekty, witamin i wody mineralnej. Zdumiewająca operacja logistyczna związana z wojną stworzyła swój własny, osobny świat.

Po skorzystaniu z usług ONZ-owskiej dyplomacji (sankcje i inspekcje) aby rzucić Irak na kolana, wygłodzić jego ludność, zabić pół miliona dzieci, nadwyrężyć infrastrukturę i zniszczyć większość irackiego uzbrojenia, tak zwana Koalicja Chętnych (szerzej znana jako Koalicja Zastraszonych i Przekupionych) najechała ten kraj. To akt niezrównanego w dziejach tchórzostwa. Operacja Iracka Wolność? Bynajmniej. Bardziej pasuje formuła: "Pościgajmy się, ale najpierw przetrącę ci nogi".

Stając naprzeciw najlepiej wyposażonych i najbogatszych sił zbrojnych, jakie kiedykolwiek widział świat, Irak wykazywał zadziwiającą odwagę. Opór Irakijczyków natychmiast został okrzyknięty przez tandem Bush-Blair jako "podstępny i tchórzliwy". (Cóż, podstęp to taka nasza stara tradycja. Kiedy nas najeżdżają i kolonizują, odzierają z resztek godności, uciekamy się do chytrego oportunizmu).

Kiedy Saddam Husajn przemówił do Irakijczyków w telewizji, po fiasku najbardziej skomplikowanej próby zabójstwa w historii ("Operacja Ścięcie Głowy"), brytyjski sekretarz obrony Geoff Hoon kpił z irackiego prezydenta, że nie ma dość odwagi, by przestać się ukrywać i dać się zabić; nazwał go tchórzem chowającym się po schronach. Potem zalała nas fala sojuszniczych spekulacji: czy to prawdziwy Saddam, czy też jego sobowtór? A może to Osama po wizycie u golibrody? Czy to była nagrana wcześniej taśma? A może czarna magia?

W Bagdadzie przez pomyłkę wyleciał w powietrze cały bazar, zginęli cywile. Rzecznik armii amerykańskiej dał wówczas do zrozumienia, że to Irakijczycy sami się bombardują. - Mają przestarzałe uzbrojenie. Ich rakiety tracą orientację - przekonywał. Jak to ma się jednak do oskarżeń, że Irak to członek "osi zła", stanowiący wielkie zagrożenie dla światowego pokoju?

Kiedy arabska stacja Al-Dżazira pokazuje ofiary cywilne, nazywa się to propagandowym graniem na emocjach, w celu rozjątrzenia niechęci do koalicjantów. Tak jakby Irakijczycy ginęli tylko po to, żeby stawiać sprzymierzonych w złym świetle. Natomiast zapierające dech w piersiach sekwencje lotniskowców, bombowców i rakiet samosterujących przecinających pustynny nieboskłon puszczane przez stacje anglosaskie budzą tylko skojarzenia z "groźnym pięknem" wojny.

Coraz częściej w naszej telewizji irackich żołnierzy określa się terminem "milicje" czy "oddziały paramilitarne" (czytaj: zbrojna hołota). Korespondent BBC śmiało uznał ich nawet za "półterrorystów". Iracka obrona to najczęściej "ogniska oporu", a strategia sprowadza się do stosowania podstępnych chwytów. Koalicjanci uważają zapewne, że jedyną moralną rzeczą jaką mogłaby zrobić armia Iraku, to wyjść na pustynię i dać się zbombardować przez B52. Każdy inny krok to szwindel.

Lukratywna "odbudowa"
W Basrze półtora miliona ludzi, z czego 40 proc. to dzieci, tkwiło bez czystej wody i z topniejącymi zapasami żywności. Wszyscy czekali na mityczne szyickie "powstanie", na radosne tłumy wylewające się z miasta, obsypujące kwiatami "wyzwoleńcze" wojska. No i gdzie te tłumy? Nie wiedzą, że stacje telewizyjne mają bardzo napięte ramówki?
Nikogo nie powinno to jednak zaskakiwać. To stara taktyka. Amerykanie wprawili się w niej wiele lat temu. Przypomnijmy sobie choćby ten umiarkowany scenariusz, opublikowany podczas wojny wietnamskiej przez Johna McNaughtona w Pentagon Papers: "Uderzenia na ludność cywilną nie tylko mogą wywołać niepożądaną falę protestów, ale zwiększą ryzyko wciągnięcia do wojny Chin i ZSRR. Wielce obiecujące może być za to niszczenie śluz i zapór. Nie powoduje ono bezpośrednio ofiar wśród ludności przez zatopienie, jednak w wyniku zalania pól ryżowych prowadzi po pewnym czasie do powszechnego głodu - chyba że pojawią się dostawy żywności z zewnątrz. Możemy je wykorzystać jako kartę przetargową przy stole rokowań". Do dziś niewiele się zmieniło. Metoda awansowała do rangi doktryny. Nazywają ją doktryną "zdobywania serc i umysłów".

No i jeszcze ta gadka o ponownym wciągnięciu ONZ do całej sprawy. Ale stara oenzetowska dziewka już nie ma tego wzięcia co kiedyś. Zdegradowano ją, choć zachowała wysoką pensję. Teraz ma być światowym cieciem. Filipińską sprzątaczką, żoną ściągniętą w ciemno z Tajlandii, młodą niańką z Jamajki. Ma sprzątać cudze odchody. Można sobie na niej używać do woli.

Pomimo całego płaszczenia się i skamlenia Blaira, Bush dał jasno do zrozumienia, że ONZ nie odegra samodzielnej roli w zarządzaniu powojennym Irakiem. To USA będą decydować, kto dostanie tłuste kontrakty na "odbudowę" tego kraju.
W telewizyjnych programach ekonomicznych słyszymy, że kontrakty te mogą stanowić pozytywny impuls dla całej gospodarki światowej. To zabawne, jak często z rozmysłem i z powodzeniem miesza się interesy amerykańskich korporacji z interesami światowej gospodarki. Amerykanie będą musieli i tak zapłacić rachunki za tę wojnę, ale firmy naftowe, producenci i handlarze broni oraz korporacje zaangażowane w "odbudowę" na niej zarobią.

Tony Blair zapewnia nas, że operacja Iracka Wolność ma na celu oddanie zasobów ropy w ręce Irakijczyków. To znaczy oddanie jej za pośrednictwem ponadnarodowych korporacji takich jak Shell, Chevron, Halliburton. A może coś nam się pomyliło? Może Halliburton jest w istocie firmą iracką? Może wiceprezydent Dick Cheney (niegdyś dyrektor w Halliburtonie) to tak naprawdę ukrywający swoją prawdziwą tożsamość Irakijczyk?

W miarę jak pogłębia się rozdźwięk między Europą a Ameryką, coraz więcej wskazuje na to, że wchodzimy w nową erę gospodarczych bojkotów. CNN pokazała Amerykanów wylewających francuskie wino do rynsztoka, wrzeszczących przy tym: Nie chcemy waszego śmierdzącego wina! Sęk w tym, że jeśli tak dalej pójdzie, to najbardziej ucierpią na tym Amerykanie. Ich ojczyzna może być, owszem, skutecznie chroniona przez patrole przybrzeżne i broń jądrową, ale ich gospodarka rozciąga się na cały glob.

Internet już kipi od apeli, by bojkotować amerykańskie i brytyjskie produkty. Oprócz zwyczajowych celów, takich jak Coca-Cola, Pepsi i McDonald's, na "czarnej liście" znalazły się także amerykańskie instytucje finansowe: Arthur Andersen, Merrill Lynch, American Express, a także firmy: Bechtel, General Electric, Reebok czy Nike.

Silniejsi od Busha
Stało się jasne, że w wojnie z terroryzmem nie chodzi o sam terroryzm, a w wojnie z Irakiem nie chodzi tylko o ropę. U źródeł tych konfliktów leży autodestrukcyjny pęd pewnego supermocarstwa do supremacji, do globalnego panowania. Zdaniem niektórych krytyków społeczeństwa Argentyny i Iraku są dziesiątkowane w ramach tego samego procesu, odmienna jest tylko broń, jaka została przeciwko nim użyta. W tym pierwszym kraju bronią jest Międzynarodowy Fundusz Walutowy. W tym drugim - rakiety.

W większości państw świata inwazję na Irak uważa się za wojnę o podłożu rasistowskim. Prawdziwe niebezpieczeństwo, jakie niesie taki konflikt, polega na tym, że rozbudza on rasizm u wszystkich zaangażowanych stron: u sprawców, ofiar, u widzów. Ustanawia ramy debaty, tworzy siatkę pojęciową dla specyficznego sposobu myślenia. Z dawnej kolebki światowych cywilizacji płynie obecnie wielka fala nienawiści wobec USA.
Jednak ci, którym tak łatwo przychodzi sięganie do kotła z rasistowskimi obelgami, powinni pamiętać o tysiącach obywateli amerykańskich i brytyjskich, protestujących kiedyś przeciwko gromadzeniu przez ich państwa arsenałów jądrowych. O tysiącach amerykańskich działaczy pokojowych, którzy zmusili swój rząd do wycofania się z Wietnamu. Powinni wziąć pod uwagę fakt, że najbardziej przenikliwe i szydercze słowa krytyki władz w Waszyngtonie i amerykańskiego sposobu życia wychodzą spod piór samych Amerykanów. Nikt też równie złośliwie i kpiarsko nie obśmiewa premiera Blaira jak media brytyjskie.

Jedna tylko instytucja jest obecnie potężniejsza od samego rządu Stanów Zjednoczonych: to amerykańskie społeczeństwo obywatelskie. Obywatele USA dźwigają na swoich barkach wielką odpowiedzialność. To nasi sojusznicy i przyjaciele.
Na koniec wreszcie trzeba dodać, że dyktatorzy w rodzaju Saddama Husajna oraz inni bliskowschodni despoci, a także ci z Azji Środkowej, Afryki i Ameryki Łacińśkiej - często wyniesieni do władzy i finansowani przez USA - zagrażają własnym narodom. Ale nie ma żadnego łatwego i czystego sposobu, żeby sobie z nimi poradzić, jak tylko przez wzmocnienie woli społeczeństwa obywatelskiego (a nie osłabienie, jak to się dzieje w przypadku Iraku).

Dajcie mi klucze
Bez względu na to co trąbi machina propagandowa, ci operetkowi dyktatorzy nie stanowią największego zagrożenia dla świata. Prawdziwą groźbą jest siła napędowa rozkręcająca do najwyższych obrotów polityczny i ekonomiczny wehikuł władz w Waszyngtonie, chwilowo pilotowany przez George'a W. Busha. Jest on pilotem niebezpiecznym, niemal samobójczym. Ale ten wehikuł pod jego sterami jest o wiele groźniejszy od samego człowieka.

Pomimo mrocznej atmosfery, jaka nas dziś spowija, chciałabym tu wygłosić ostrożne orędzie nadziei. W czasach wojny każdy życzy sobie, aby siłami wroga dowodził ktoś możliwie najsłabszy. Prezydent George W. Bush spełnia ten warunek. Każdy inny, przeciętnie inteligentny amerykański prezydent, postępowałby zapewne podobnie, ale byłby w stanie zaciemnić obraz swoich czynów i zmylić opozycję. Kto wie, może nawet przekonałby do siebie i swojej ekspedycji ONZ? Bezceremonialność Busha i jego bezczelna wiara, że może rządzić światem z pomocą oddziału pałkarzy, wywołała dokładnie odwrotny skutek. Udało mu się to, co przez dziesiątki lat na próżno próbowali uczynić pisarze, działacze i uczeni. Odsłonił pewne mechanizmy. Wystawił na widok publiczny dźwignie, śruby i zapadki apokaliptycznego aparatu amerykańskiego imperium.
Teraz, kiedy schemat działania przedostał się do publicznej wiadomości, można ten mechanizm rozebrać szybciej, niż przewidywali najwybitniejsi spece.

Dajcie mi tylko klucze.

Arundhati Roy

JAK WOJNA NISZCZY NASZYCH CHŁOPCÓW

Ostatnio ujawniane horrory seksualnego poniżania irackich więźniów przez amerykańskich wojskowych-rezerwistów natychmiast przywołują na myśl smutne skojarzenia z podobnym zachowaniem "strażników" względem "więźniów" w eksperymencie "więziennym" ze Stanford. Kiedy "strażnikom" na nocnej zmianie znudziły się ośmiogodzinne dyżury, zaczęli traktować "więźniów" jak zabawki, w przekonaniu że ich działania nie są nocą nadzorowane (tymczasem byty one potajemnie filmowane przez eksperymentatorów), [w eksperymencie brało udział 24 ochotników - 12 z nich zostało losowo wybranych "strażnikami", a 12 "więźniami" - przyp. red.].

Odkryłem wtedy, że strażnicy, zmuszali więźniów do udawania stosunków homoseksualnych i przejawiali inne zachowania homofobiczne. Poza tym za rozmaite przewinienia rozbierali więźniów do naga, zabierali im pościel i materace, umieszczali ich w izolatkach na nadmiernie długi czas - wszystko to wystąpiło ostatnio w zachowaniach żandarmerii w więzieniu Abu Ghraib pod Bagdadem. Jedynym powodem, dla którego zakończyliśmy tamten eksperyment przed czasem, było właśnie to, że "strażnicy" nadużywali władzy wynikającej z ich ról, i nasz personel już nie był już w stanie sprawować nad nimi kontroli (zob. www.prisonexp.org).

W bieżącej sytuacji nie wolno nam dopuścić, aby politycy i Pentagon zlekceważyli powagę tego, co zaszło, tłumacząc wszystko analizą charakterologiczną kilku "zgniłych jabłek" w zdrowej spiżami. Bush powiedział, że to zdarzenie nie powinno rzucać cienia na dobrą naturę ogółu Amerykanów i naszego wojska. Błąd. Analiza sytuacyjna wykazuje, że wojenna spiżarnia jest beczką pełną octu, który sita rzeczy transformuje dobre ogórki w skwaśniale pikle i zawsze działa tak, że zmienia większość dobrych ludzi w sprawców zła, jeśli wokół panują: anonimowość-bezosobowość, dehumanizacja, tajemnica, rozproszenie odpowiedzialności, społeczne naśladownictwo, wielkie nierówności sił, frustracja, chęć odwetu, posłuszeństwo wobec autorytetu oraz brak nadzoru, który rodzi klimat przyzwolenia.

Przypomnijmy sobie masakrę w My Lai podczas wojny w Wietnamie, gdzie inni dobrzy chłopcy-żołnierze mordowali, gwałcili, skalpowali i palili żywcem setki niewinnych wietnamskich cywilów. Tylko jeden ze sprawców został potem osądzony. Byt to niejaki por. Calley, który zresztą wyszedł niebawem na wolność, by stać się bohaterem w kręgach prawicy.

Prowadziłem w Brazylii badania nad osobami, które stosowały tortury i działały w "szwadronach śmierci". Tamtejsi policjanci i żandarmi dopuszczali się największych potworności wobec swych współobywateli, gdy tylko przylepiono tym ostatnim etykietkę "wrogów" - socjalistów i komunistów - a ideologia "bezpieczeństwa narodowego" uznała ich za zagrożenie dla faszystowskiej junty wojskowej rządzącej tym krajem - przy wsparciu naszego rządu.

W naszej najnowszej książce pokazujemy, że to działanie podstawowych praw psychologii społecznej sprawiało, że zwykli brazylijscy policjanci zmieniali się w brutalnych oprawców i bezdusznych masowych morderców (zob. Huggins, Haritos-Fatouros, Zimbardo, Violence Workers, UC Berkekley Press, 2003).

Wszechobecną siłą sprawczą tego wszystkiego jest zło wojny, zaś pretekst "bezpieczeństwa narodowego", a dziś przesadzone obawy przed terroryzmem, wzbudzone przez dziesięć "wiarygodnych" alarmów bombowych, zmieniają nasz naród w zbiorowość jednostek o mentalności ofiary, a naszych żołnierzy w brutali znęcających się nad innymi ludźmi.

Ten jeden incydent lubieżnego, wielokrotnie powtarzanego, nieludzkiego znęcania się nad niewinnymi zatrzymanymi Irakijczykami-cywilami będzie kłaść się cieniem na dążenia administracji Busha do wprowadzenia na Bliskim Wschodzie czegokolwiek na wzór demokracji w stylu amerykańskim - teraz to się po prostu nie uda.

To nie byt przejaw ciemnej strony naszego, amerykańskiego charakteru; to po prostu natura ludzka ulegająca sitom zła w określonych sytuacjach. Straszne jest to, że naszych żołnierzy spotkało to, do czego nigdy nie powinno było dojść: że narażono ich na śmierć lub kalectwo, a teraz muszą funkcjonować w sytuacjach, które umożliwiły im zachowywanie się w sposób uwłaczający doskonałości człowieka. Pęd do tej wojny "wyprzedzającej" opierał się na kłamstwach, fałszywych przesłankach oraz celach politycznych i ekonomicznych, które nie miały nic wspólnego z bronią masowej zagłady, terroryzmem czy poprawą naszego bezpieczeństwa narodowego.

Wojna naprawdę jest piekłem, a ta agresywna, niepotrzebna wojna jest piekłem na ziemi, które będzie miało długotrwałe negatywne następstwa w kraju i za granicą.

Phil Zimbardo
źródło: www.lepszyswiat.home.pl

GLOBALNY STAN WYJĄTKOWY
Anarchistyczna analiza wojny oraz zatrzymywania imigrantów po 11 września

Wojna z terroryzmem to najnowszy globalny stan wyjątkowy. Dlaczego, tak długo po ataku, po schwytaniu setek podejrzanych o terroryzm, po tym, jak (nie mające związku z terroryzmem) zagrożenia w Iraku, Syrii i Korei Północnej zostały zbombardowane lub uśmierzone, nie możemy powiedzieć, że ponownie osiągnęliśmy normalność? Zagrożenia będą istniały tak długo, jak długo będzie trwać amerykańska hegemonia, zaś dzisiaj groźby takie nie wydają się być bardziej nieuchronne niż w latach 70-tych i 80-tych, pełnych porwań i bomb podkładanych w samochodach. Wojna z terroryzmem nie jest już zmianą polityki zagranicznej, której celem miałaby być walka z domniemanym zagrożeniem. Nie jest ona również zwyczajnie dążeniem do ekonomicznej ekspansji części amerykańskiej elity i jej korporacji. Jest systematycznym wymazywaniem kategorii normalności, pozwalającym na zastąpienie legalności siłą. Pierwszą ofiarą tego rozszerzonego użycia siły jest to, co niegdyś braliśmy za "polityczne". Skrajne zintensyfikowanie kontroli imigrantów, starających się o azyl oraz osób o innym kolorze skóry na całym świecie zyskuje prawne usprawiedliwienie dzięki nowemu rozlokowaniu władzy po 11 września.

Państwo objęło rozległą kontrolą kilka obszarów wcześniej mu niedostępnych lub uważanych za nietykalne według międzynarodowych standardów prawnych. Rząd Busha czynił wszystko, by poszerzyć sobie możliwość nieograniczonego zatrzymywania podejrzanych o terroryzm i imigrantów (wyłącznie na podstawie faktu bycia imigrantami z krajów muzułmańskich). Podjął on środki w celu zbierania informacji bez podania wiarygodnego powodu oraz zawieszenia prawa do prywatności, jak również w celu sądzenia jeńców wojennych przez trybunały wojskowe. Rozszerzył regulację dotyczącą nadzoru w bibliotekach i innych instytucjach. Cele te państwo uprawomocnia udowadniając istnienie stanu wyjątkowego, który usprawiedliwia każde użycie siły. Nieużycie jej byłoby "narażeniem" bezpieczeństwa narodowego. Tę zmianę w sprawowaniu suwerennej władzy Giorgio Agamben opisał jako moment, kiedy "do stanu wyjątkowego przestaje się odnosić jako do zewnętrznego i tymczasowego stanu rzeczywistego zagrożenia, a zaczyna się go mylić z samymi rządami prawa". Ostateczny cel to zamaskować "polityczny" aspekt wojen USA, zmian prawnych i zatrzymań pod pozorem "ochrony". Kwestionowanie politycznych wyborów zaczyna się dla obywateli wiązać z sugestią, że nie cenią sobie "bezpieczeństwa" swojego kraju.

Siła, która jest poza wszelkim prawem, jest jednocześnie podstawą wszelkiego prawa. Można przyjąć założenie, że w swym "normalnym" zastosowaniu, siła ma raczej podtrzymywać prawo niż sama być prawem. Ten rodzaj analizy chybia jednak sedna sprawy. Siła może być stosowana jedynie, gdy prawo ulega zawieszeniu. Gliniarze mogą aresztować i bić ludzi tylko dlatego, że są ponad prawem. Lub jeszcze inaczej - w czasach rewolucyjnych wkracza wojsko pokazując, że władza państwa opiera się na przemocy, która zarówno wykracza poza porządek polityczny, jak i go określa. Tym samym, uprawomocniona siła jest przywilejem państwa. "Uprawomocnione" użycie siły - i to, co ową prawomocność konstytuuje - rozprzestrzenia się na nowe i nie mające precedensu sposoby, infekując coraz więcej, wcześniej niewinnych, obszarów naszej egzystencji.

Pytanie, jakie anarchiści i inni radykałowie powinni zadawać, nie brzmi: "co się dzieje z naszymi swobodami obywatelskimi?". To by implikowało, że je niegdyś mieliśmy i chcemy jedynie milszej administracji, która by je przywróciła. Powinniśmy raczej pytać o to, jak zmonopolizowana przez państwo siła jest rozmieszczana i dla czyjej ochrony. Mówienie "nasze" swobody obywatelskie czy "nasze" prawa człowieka już zakłada, że istnieją tacy, którym ich brakuje, którzy mogą być ich pozbawieni, i którym się je nadaje jedynie poprzez pewien typ rządu. Domagać się przywrócenia swobód obywatelskich i praw człowieka jako takich - to walka nieuchronna, która bez wątpienia przyniesie korzyść najbardziej poszkodowanym przez obecny porządek. Jednak reformizm taki nie czyni nic, by podkopać porządek, który może decydować o tym, czyich swobód obywatelskich bronić. W rzeczywistości trzeba stwierdzić, że jedynie poprzez pozbawienie takich praw dużej liczby ludzi, mogą zostać zagwarantowane polityczne prawa innych (obywateli). Tym samym, operowanie w granicach dyskursu swobód obywatelskich lub praw człowieka jest projektem z konieczności daremnym. Zmiana musi być bardziej wszechogarniająca.

Agamben wprowadza rozróżnienie pomiędzy dwoma starożytnymi greckimi słowami używanymi do określenia życia: bios, oznaczającym czyjąś egzystencję polityczną i prawną, i zoe, czystym istnieniem biologicznym, czy też nagim życiem. Osadzenie setek imigrantów w ośrodkach zatrzymań w całym kraju, więzienie w Guantanomo Bay "wrogich bojowników" i podejrzanych o terroryzm, których status prawny jest niejasny, demonstrują rasowy charakter owego ciała bez swobód obywatelskich i praw politycznych, owego nagiego życia. Agamben stwierdza, iż "obóz jest przestrzenią, która zostaje otwarta, gdy stan wyjątkowy staje się regułą". Obóz, taki jak ten w Guantanomo Bay, może "chronić" społeczeństwo usuwając potencjalne zagrożenia ze sfery społecznej w przestrzeń będącą poza legalnością. Właśnie w tej poza-prawnej przestrzeni operuje suwerenna siła i to właśnie na ciało imigranta ona oddziałuje. 11 września dostarczył państwu wygodnego pretekstu dla udoskonalenia jego kontroli demograficznej i złamania wszelkich wytycznych traktowania uchodźców nakreślonych w Konwencji Genewskiej i w Protokole z 1967 roku w sprawie statusu uchodźców.

Oprócz Giorgio Agambena, pewnych sposobów rozumienia dzisiejszej likwidacji tego, co polityczne, oraz nowego przesunięcia w kierunku ekspansywnej suwerennej siły dostarcza nam Alain Joxe. W Empire of Disorder przewiduje on nowy stan, w którym "wojskowa racjonalność i jej polityczne źródło znikłyby, zastąpione przez coś innego, przez technikę ciągłego zarządzania skalkulowaną masakrą - jako akt bezpośredniej regulacji nie polityki, lecz... demografii i ekonomii". Nowe imperium stawia sobie za cel "regulowanie nieporządku za pomocą norm finansowych oraz wojskowych ekspedycji i nie ma intencji okupowania podbitych terytoriów", odmawiając w ten sposób zapewnienia pewnej "ochrony" przed uzbrojonymi grupami, przestępczością i wojną domową. Powojenny Irak i Afganistan są tego świadkami. Nie chodzi o to, że lepszy jest neokolonializm oparty na okupacji niż panowanie pośrednie. Musimy za to dostrzegać sposoby, w jaki amerykańskie imperium wywołuje erozję ochrony państwowej za granicą, jednocześnie samemu jej odmawiając i zostawiając to zadanie ONZ czy NATO, a często nawet gorzej - lokalnym watażkom i uzbrojonym grupom.

Zauważmy również, że w ujęciu Joxe'a imperium nastawia się przede wszystkim na regulację "demografii i ekonomii". To nam otwiera pole dla połączenia używanego przez Foucaulta i Agambena pojęcia biopolityki, z bardziej tradycyjną marksistowską i anarchistyczną analizą ekonomiczną. Według Foucaulta, biopolityka ma swój początek w XVIII w., kiedy to rozpoczyna się regulacja gatunkowego życia ludzkich istot, ich "rozrodczości, liczby urodzeń i zgonów, zdrowotności i długowieczności". Zauważa on rolę wiedzy demograficznej oraz kontroli populacji jako zasadniczych czynników biopolityki.

Jeśli poważnie potraktujemy twierdzenie Joxe'a o prowadzeniu przez imperium kontroli demograficznej, możemy dziś dostrzec ponowne zastosowanie biopolityki - uprzednio pozostającej w rękach instytucji medycznych i biurokracji - przez samą machinę wojenną. Robienie porządku z przypadkami choroby, nędznych warunków życiowych, naruszeń praw człowieka oraz z "państwami zbójeckimi" staje się sprawą amerykańskiego państwa, ONZ i NATO, jak również organizacji pozarządowych, które podążają zaraz za nimi. Produkowane przez imperium wojny domowe (jak ta w Filipinach), teraz często wrzucane do rubryki "terroryzm", dostarczają w ten sposób Ameryce więcej powodów, dzięki którym może iść na wojnę i regulować przepływy populacji oraz materialne warunki życia, westernizując przy okazji, co tylko można.

Zainteresowanie Agambena zoe (nagim życiem) imigranta i uchodźcy ma podwójne znaczenie. Wojny i globalny kapitał imperium w coraz większym stopniu powodować będą przemieszczenia ludności oraz dostarczać naruszeń tak zwanych "praw człowieka"; z drugiej strony, właśnie takie przemieszczanie staje się zmartwieniem samej machiny wojennej. Ten rodzaj analizy pomaga wyjaśnić interwencje w Iraku i Afganistanie, które - bez wyraźnej krótkoterminowej korzyści ekonomicznej (któż myślał, że Irakiem będzie się dało zarządzać w ciągu kilku miesięcy?) - więcej mają wspólnego ze zwiększaniem zdolności imperium do kontroli biopolitycznej. Gdy organizacje pozarządowe i instytucje humanitarne wkraczają do okupowanych krajów, rozpoczyna się biopolityczna regulacja "liczby narodzin i zgonów, zdrowotności i długowieczności". Wprowadzenie takich pozornie niewinnych organizacji może radykalnie zmienić biurokratyczny - a czasem i kulturowy - organizm danego kraju i należy je postrzegać jako pierwszy krok w neokolonialnych projektach Zachodu. Ten główny fakt rzuca nieco światła na - tajemnicze w innym razie - bombowe zamachy na budynki ONZ oraz ataki na pracowników medycznych w Iraku. Ataki te to wiadomość dla nas, że nie chodzi tu o tego czy innego pana, jakkolwiek życzliwego, lecz o całkowite odrzucenie systemu globalnego neokolonializmu - tak w jego militarnych, jak i biurokratycznych przebraniach. Tym samym, suwerenna potęga, przejawiająca się w ONZ, NATO, wojsku USA oraz kierowana przez NGO's-y, organizacje humanitarne i grupy rozjemcze, zaczyna mieć bezpośredni związek z nagim życiem (zoe) ludności innych narodów, ich standardem życia i zdrowiem. To biologiczna infekcja "zewnętrza" Imperium przez Imperium.

Jeżeli globalizacja wytwarza ruchy populacji i jeżeli takie radykalne przekroczenie granic narodowych jest zagrożeniem dla kapitału (nie zaś działaniem "ofiar", którym nic innego nie pozostało), być może wojny poza granicami USA oraz wojnę przeciw imigrantom w samej Ameryce w polityce pojedenastowrześniowej powinno się postrzegać jako dwa sposoby odmawiania możliwości przemieszczania się tysiącom ludzi uciekającym od śmierci, która czyhała na nich, jeśli nadal prowadziliby osiadły tryb życia. Lecz nomadyzm jest czymś więcej niż tylko logiką zwykłej ucieczki. To blask Paryża, Nowego Jorku, Londynu. To pociągi i upijanie się, wszechobecność śmierci i poddanie się przygodności. To możliwość bycia "gdzie indziej". To coś, o co musimy walczyć w czasach, w których globalizacja zrywa ekonomiczne bariery narodowej suwerenności, lecz nie czyni niczego, by podkopać monopol państw narodowych na usankcjonowane używanie siły.

Pierwsze, co powinniśmy robić, to upierać się przy normalności tego świata. Będzie to zaskoczeniem tak dla lewicy, jak i prawicy. Nie żyjemy w stanie wyjątkowym. Po pierwsze, zawsze miały miejsce ataki na amerykańskie interesy; dziś jest ich nie więcej niż w przeszłości. Po drugie, żyjemy w świecie nieokiełznanej siły i przemocy. Prawo państwa (nie wyłączam tutaj Europy) do monopolizowania siły zawsze działało w ten sposób pod rządami kapitału. Przedstawianie tego jako patologii zakłada potrzebę uzdrowienia sposobu stosowania tego prawa, nie zaś zlikwidowania go.

Drugim naszym wysiłkiem powinna być walka o zniesienie wszelkich barier dla wolnego przemieszczania się. Dziś wydaje się, że jesteśmy od tego celu dalej niż kiedykolwiek. Musimy jednak ponownie nasilić nasze ataki przeciw używaniu siły do zatrzymywania i aresztowania ludzi bez powodu, jako że skala takich aresztowań stała się szczególnie duża w ostatnich dwóch latach. Będzie to punkt wyjścia dla krytyki zaanektowania przez państwo uprawomocnionej przemocy. Będąc tego przywłaszczenia najbardziej szkodliwą i rzucającą się w oczy formą, polityka imigracyjna jest naszym najlepszym celem ataku. Dostarcza ona również możliwości międzynarodowych sojuszy. Takie sojusze ponad narodowymi granicami już istnieją i wkrótce urzeczywistnią się w całej różnorodności form.

Zen Dochterman
tłum. Jakub Maciejczyk
Oryginalny artykuł: An Anarchist Analysis of the Detention of
Immigrants and War, post 9-11, Aporia Journal, Issue #2

źródło: www.recykling.uni.wroc.pl

POLSKA JAK JAJO WĘŻA

To jak z jajem węża. Przez cienkie błony widać idealnie ukształtowanego gada
[Hans Vergérus do Abla Rosenberga w filmie Ingmara Bergmana Jajo węża]


Gdybyśmy w ciągu ostatnich dni byli świadkami radykalnej zmiany obyczajów, nikt, kto ceni jeszcze takie pojęcia jak wolność czy godność człowieka, nie powinien być tym zdziwiony. Ogłuszający i niespokojny krzyk powinien stać się oznaką opanowania i przyzwoitości, a soczyste przekleństwa wyrazem najczystszej cnoty. Bo w obliczu bezwstydnej antydemokratycznej samowolki zaprezentowanej przez funkcjonariuszy rozmaitych służb, zwanych publicznymi, trudno sobie wyobrazić inne reakcje.

Tak właśnie czułem się, słuchając wiadomości na temat prześladowania Ahmada Ammara przez Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Pochodzący z Jemenu imam wielkopolskiej społeczności muzułmańskiej, a na co dzień doktorant Wydziału Prawa Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza, otrzymał ultimatum: jako osoba uznana przez ABW za zagrażającą bezpieczeństwu publicznemu w Polsce, musi opuścić nasz kraj w ciągu kilkudziesięciu godzin. To, czego od dawna obawiało się wielu obserwatorów autorytarnych poczynań polityków i policji - stało się faktem. Po licznych przypadkach inwigilacji, kontroli i zatrzymywania na ulicach polskich miast osób pochodzenia arabskiego lub "wyglądających" na Arabów, nastąpił kolejny krok: czystki etniczne drogą przymusowego wysiedlenia, czy - jeśli ktoś woli eufemizmy - nakaz opuszczenia kraju pod groźbą deportacji. Tym sposobem rasizm w polskim życiu publicznym objawił swoje zinstytucjonalizowane oblicze. To już nie incydentalny obskurancki sentyment wyrastający z zaściankowej polskiej ksenofobii oraz antyislamskiej histerii zręcznie podsycanej przez polityczne i medialne persony po 11 września 2001 r. Tym razem jesteśmy świadkami zaplanowanej i zatwierdzonej administracyjnie decyzji wymierzonej w członka grupy mniejszościowej, tym słabszego, że nie posiadającego polskiego obywatelstwa. Nasuwają mi się skojarzenia z marcem 1968 r., gdy pod płaszczykiem oskarżeń o rzekome zagrożenie dla porządku publicznego, osoby pochodzenia żydowskiego poddawano presji, pod którą opuszczały kraj. I podobnie jak podczas niesławnej nagonki marcowej, dziś również los człowieka leży w rękach macherów od "bezpieczeństwa". Wtedy - gomułkowsko-moczarowska klika postendeckich szowinistów; dziś - strojna w piórka obrończyni demokracji i (rynkowej) wolności - Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego.

Skoro pojawił się argument bezpieczeństwa, może warto przestawić obecny dyskurs z głowy na nogi i spytać otwarcie: kto jest dziś dla bezpieczeństwa publicznego największym zagrożeniem? Czyżby zżyty od 14 lat z naszym krajem i ze społecznością akademicką Poznania młody duchowny islamski, którego prośby o wyjaśnienia bezczelnie zignorowano? Czyżby człowiek, który, korzystając z przestrzeni demokratycznych swobód, podnosi humanitarny głos w obronie uciskanych i gnębionych w Iraku czy Palestynie - będących jego braćmi i siostrami w wierze - stanowił tak wielkie "zagrożenie" w kraju dumnym wszak ze swej błękitno-żółtej europejskości? Trudno oprzeć się wrażeniu, że sprawcy przemiany polskiej demokracji w sadystyczny burdel to jednak kto inny. To raczej pociągający za policyjno-wojskowe sznurki lokalni i ogólnokrajowi faszyści salonowi zasilający szeregi uderzających w tony znanej skądinąd retoryki "armaty zamiast masła" SLD, PO i PiS; propagatorzy awantury w Iraku oraz kilkusetosobowej rozpusty w hotelu Victoria nazwanej Europejskim Forum Gospodarczym, którą umożliwiło im kilkanaście tysięcy członków policyjnego proletariatu oraz kilkadziesiąt milionów złotych z kieszeni podatników. A wraz z nimi - faszyści uliczni: obwołujący się mianem wszechpolaków i "obrońców" polskich rodzin, ramię w ramię z łysogłowymi pogrobowcami Hitlera rozbijający kawiarniane stoliki i nosy homoseksualnej części społeczeństwa. Czyniący to zresztą za przyzwoleniem policji i pod skrzydłami fanatycznych radnych i posłów oraz rzymskokatolickiego kleru modlącego się o nawrócenie "zbłąkanych dewiantów". Jeśli dziś, po tych jawnych gestach arogancji i bezkarności (do których dodać należy bicie i zabijanie niewinnych ludzi przez podobno niedoszkolonych policjantów) tak mało z nas zdobywa się na krzyk "Oto rodzi się potwór!"... to świadczy to, iż albo społeczny rozum uległ zgnuśnieniu w oparach mieszczańskiego sacrum "sfery prywatnej", albo po prostu potwór dawno się wykluł, a rozum sparaliżował strach.

Ohydy sprawie Ahmada Ammara dodaje wypowiedź prezydenckiego zausznika do spraw bezpieczeństwa narodowego, ministra Marka Siwca. Otóż w opinii Siwca zarzuty stawiane poznańskiemu Jemeńczykowi są wprawdzie "bardzo poważne", jednak fakt, iż wstawia się za nim lokalne środowisko akademickie służyć może jako "społeczne poręczenie", mogące przyczynić się do "ponownego zweryfikowania" sprawy. Po raz kolejny okazuje się zatem, iż do establishmentu przemawia jedynie głos innej warstwy establishmentu, a myślenie Siwca naznaczone jest antyegalitaryzmem i logiką hierarchii klasowej. Oczywiście, to szczęśliwa okoliczność, że Ammar jest doktorantem znanego uniwersytetu, jednak nie trzeba dużej wyobraźni socjologicznej by zdać sobie sprawę, że gdyby był robotnikiem budowlanym, szeregowym pracownikiem biurowym lub sprzedawcą w barze arabskim, ani minister Siwiec, ani nikt inny nie raczyłby wspomnieć o jakimkolwiek "poręczeniu". Być może sprawa wcale nie zostałaby nagłośniona w mediach.

Myśląc o tym wszystkim przypomniałem sobie słynny film Ingmara Bergmana "Jajo węża". Swoją wizją szwedzki reżyser obejmuje tam kilka miesięcy z życia Republiki Weimarskiej, na dziesięć lat przed dojściem nazistów do władzy. Jest tam wszystko, co można dziś zaobserwować w Polsce: etniczny "kozioł ofiarny", zjadliwe mass media wszędzie węszące "bolszewicko-semicki" spisek, samowola policji oraz, rosnące na tle podziałów klasowych, społeczny chaos i beznadzieja, na których żerują nacjonalistyczne bojówki, siejąc strach wśród "obcych". Dziś polski rasizm i ksenofobia do Żyda dołączyły Araba i muzułmanina, metodami policyjno-administracyjnymi przypuszczając nagonkę na "obcego", nagonkę, którą od dawna prowadzą wojownicze media, szukające zysku z oglądalności bądź nakładu m.in. w sensacyjnych wiadomościach o nowym światowym wrogu - "terroryzmie" - i jego rzekomych indywidualnych, ciemnowłosych i śniadoskórych wcieleniach. W końcowej scenie filmu Bergmana demoniczny profesor Hans Vergérus przepowiada przerażonemu Ablowi Rosenbergowi nadejście faszystowskiego totalitaryzmu - gada, który choć wciąż wówczas nie wykluty, widoczny już był poprzez cienkie błony jaja kruchej demokracji liberalnej. Dziś takim jajem jest Polska, a wydarzenia ostatnich dni i tygodni pozwalają coraz wyraźniej dostrzec "idealnie ukształtowanego gada". Tego gada hodują nie tylko wielbiciele siły - zarówno ci spod biało-czerwonych sztandarów, jak i ci z bronią gładkolufową - oraz tajni i jawni kapłani religii "bezpieczeństwa narodowego". Hoduje go również wojewoda wielkopolski, który postawił Ahmadowi Ammarowi haniebne ultimatum. Hoduje go także cały szereg polityków, dziennikarzy i intelektualistów, którzy od miesięcy, a może i przez wiele ostatnich lat, lekceważyli, a nieraz sami rozprzestrzeniali w naszym społeczeństwie, tę staro-nową faszystowską truciznę. I jeśli dziś nie podniesiemy histerycznego krzyku, jeśli nie przeklniemy tych trucicieli - nie inaczej, jak w imię etyki wolności i ludzkiego dobra - to spodziewajmy się, że przyjdą po nas tacy, którzy nami wzgardzą i postawią nas w szeregu odpowiedzialnych. Nie tylko w filmie Bergmana, ale i w realnym życiu, większość milczała, chodziła do pracy, robiła zakupy, nie widziała, nie słyszała...

MARCIN STARNAWSKI
socjolog, doktorant Uniwersytetu Wrocławskiego, członek grupy Społeczeństwo Aktywne

źródło: www.recykling.uni.wroc.pl

TORTURY W IRAKU: GENEWA, BAGDAD, ABU GHRAIB

1. Międzynarodowy Czerwony Krzyż: "Zdjęcia z amerykańskich więzień w Iraku są szokujące, ale według naszych raportów jest dużo, dużo gorzej"

Genewa 05/05/2004
Międzynarodowy Komitet Czerwonego Krzyża wie od dawna, że w irackich więzieniach dzieją się rzeczy "dużo gorsze niż to co pokazano na zdjęciach z postępowania wojsk okupacyjnych". Rzeczniczka Międzynarodowego Krzyża w Genewie Antonella Notari odmawia jednak ujawnienia zawartości raportów organizacji, ze względu na niezakończone "procedury rutynowe" jak też obawę, że władze amerykańskie całkiem zabronią inspekcji Czerwonego Krzyża w więzieniach, tak jak "długo odmawiały inspekcji w obozie koncentracyjnym Guantanamo na Kubie, gdzie więźniowie są przetrzymywani bez żadnych podstaw prawnych i wbrew Konwencjom Genewskim".
Pytamy tylko czy to co znajduje się w jeszcze nie ujawnionych raportach wskazuje na systematyczne stosowanie tortur i czy - jak wynika z naszych źródeł - traktowanie więźniów przez wojska okupacyjne jest gorsze od traktowania więźniów za czasów Saddama Husajna. Pada zażenowana odpowiedź "niestety tak".

j.s.a (na podst.RFI)

2. Opowieść mieszkańca Bagdadu: fragment reportażu, autor: Adrian Jaulmes (Le Figaro)

Bagdad 04/05/2004
Starszy człowiek pokazuje swoje świadectwo aresztowania. W rubryce "motyw" amerykański żołnierz napisał "atak i nielegalne noszenie broni".
"To kompletny fałsz!" oburza się Adnan al Dżaberi.
Ten 64-letni nauczyciel gimnastyki, który od początku wojny żywi swoją rodzinę dzięki niewielkiemu sklepikowi z naczyniami kuchennymi do dzisiaj nie wie za co został zatrzymany. "Tego dnia, 2 marca pracowaliśmy w sadzie za miastem razem z moim pomocnikiem Munirem". Nagle od strony oddalonej autostrady słyszą eksplozję, to była bomba, która wybuchła gdy przejeżdżał tam wojskowy konwój.

"Żołnierze zaraz zaczęli przeszukiwać okolice. Zjawili się w sadzie i nas aresztowali, związali ręce do tyłu i zabrali do Jezira al Sihahia" - to jest parku rozrywki nad Tygrysem zbudowanego za Saddama, który teraz służy za bazę wojsk amerykańskich.

Mężczyźni zostają wrzuceni do otoczonego ścianami ogródka. "Zrozumiałem, że chodzi im o zemstę kiedy Munir poprosił ich o pomoc przy wyjściu z samochodu" mówi Adnan. "To duży i gruby mężczyzna ze sztuczną, sztywną nogą, ciężko mu się poruszać. Zamiast mu pomóc żołnierze wyrwali mu nogę i rzucili na ziemię. Miał związane ręce więc upadł prosto na twarz, myślałem, ze nie żyje, bo widziałem jak ciągnęli go gdzieś po ziemi"

Były nauczyciel wstaje, żeby pokazać co było potem. "Potem żołnierze mnie rzucili na ziemię i złapali za stopy żeby rozstawić nogi. Kopali mnie w krocze i w głowę, straciłem przytomność" - tłumaczy. Pokazuje dziury po wybitych zębach, i ciągle jeszcze spuchnięty dół brzucha. W kącie lichego salonu ich malutkiego mieszkania jego żona w milczeniu słucha opowieści.

"Było ich sześciu. Włączali bardzo głośną, dudniącą muzykę i zmieniali się co jakiś czas żeby bić. To nie było przesłuchanie, oni się wyżywali" mówi Adnan. Potem kazali stanąć pod murem, nie dawałem rady stać, oni siedzieli, pili piwo i rzucali we mnie pomarańczami i butelkami, na koniec obsikali mnie choć krwawiłem. Jeszcze tylko porobili sobie zdjęcia jak przystawiają mi pistolety do głowy, ale dzięki Bogu nie zabili"

Adnan został przewieziony do wojskowego wiezienia gdzie został przesłuchany, siedział jeszcze 27 dni zanim go wypuszczono jako niewinnego. W tym czasie jego żona biegała od bazy wojskowej po różne więzienia żeby go odszukać. "Amerykanie mówili mi za każdym razem, żeby szukać gdzie indziej, albo żeby czekać wiele miesięcy na informację" - mówi. "Nawet to gorzej niż za Saddama. Wtedy jak ktoś był uwięziony bardzo szybko było wiadomo gdzie jest, no i nie bili tak".

Adrian Jaulmes
tłum: j.s.a

3. Manifestacja pod więzieniem Abu Ghraib na zachód od Badgadu
Fragment depeszy AFP

Abu Ghraib, 05/05/2004
Tłum manifestantów pod więzieniem domaga się zapewnienia praw z czasów Saddama Husajna, kiedy rodziny mogły odwiedzać więźniów i dostarczać im paczki. "Czemu nie możemy dać im nawet bandaży czy lekarstw, oni tam umierają!" krzyczy jakaś kobieta. Na jednym z transparentów po arabsku: "Abu Ghraib - świadek amerykańskiego zdziczenia", na innym po angielsku: "Amerykańscy żołnierze, prosimy wracajcie do domów, do rodzin, Irak nie należy do was!" na jeszcze innym "Czy tacy są Amerykanie i chrześcijanie?"
Ludzie wykrzykują antyamerykańskie hasła, niektórzy skandują "Uwolnijcie kobiety, bo ogłosimy dżihad!"
Przez głośnik do tłumu i więziennego muru przemawia sunnicki duchowny "Żołnierze winni bestialstwa powinni być ukarani, dopuście do więzienia adwokatów, pozwólcie wreszcie rodzinom zobaczyć bliskich, pozwólcie tam wejść organizacjom praw człowieka!" Nikt do manifestantów nie wychodzi, po chwili wojsko zmusza tłum do rozejścia się. Ktoś zostawia swój transparent "Boże broń nas przed demokracją i cywilizacją"

W więzieniu Abu Ghraib większość więźniów to byli żołnierze, reszta jest osadzona z różnych motywów, najczęściej jako podejrzani o branie udziału w ruchu oporu.

AFP Abu Ghraib
oprac: j.s.a

www.irak.pl

IRAK: W ROK PO WOJNIE SYTUACJA PRAW CZŁOWIEKA JEST CIĄGLE KRYTYCZNA.
Komunikat prasowy Amnesty International 18 marca 2004

Nowy raport Amnesty International donosi, że w rok po ataku na Irak, obietnica poprawy w przestrzeganiu praw człowieka jest daleka od spełnienia.

Po 12 miesiącach od inwazji koalicji USA na Irak, Irakijczycy wciąż cierpią z powodu naruszania praw człowieka. W zeszłym roku dziesiątki nieuzbrojonych ludzi zostało zabitych w wyniku nadmiernego i niepotrzebnego użycia śmiercionośnej siły przez wojska koalicji, podczas publicznych demonstracji, w punktach kontroli granicznej oraz w czasie napadów na domy. Aresztowano tysiące ludzi. Trzymano ich w ciężkich warunkach oraz narażano na przedłużone i często nieuzasadnione zatrzymania. Wielu z nich torturowano i maltretowano, niektórzy zmarli w niewoli.

W raporcie "Irak: w ciągu ubiegłego roku", Amnesty International zgromadziła informacje dotyczące Iraku, podczas wielu wizyt zaraz po wybuchu konfliktu, jak i w ciągu następnego roku. Raport podkreśla, że przemoc i brak poczucia bezpieczeństwa są zjawiskami, z którymi Irakijczycy stykają się każdego dnia.

"Przemoc jest powszechna, czy to w postaci ataków uzbrojonych grup, czy też nadużyć wojsk okupacyjnych. Miliony ludzi cierpi z powodu masowego bezrobocia, zniszczonej i splądrowanej infrastruktury i niepewności o przyszłość. Nie ma prawie żadnej pewności, że ci, którzy są odpowiedzialni za nadużycia praw człowieka, w przeszłości i przyszłości, będą oddani w ręce sprawiedliwości."

"Po roku wojny, bezprawia, gwałtownie wzrastającej przemocy i trudnościach ekonomicznych, Irakijczycy z niepokojem patrzą w przyszłość. Aby przyszły rok był lepszy, siły okupacyjne, iraccy przywódcy polityczni i religijni, jak i społeczność międzynarodowa muszą zaangażować się w ochronę i rozpowszechnianie praw człowieka w Iraku" - oświadczyła Amnesty International.

W rok po wybuchu wojny, iraccy cywile są wciąż zabijani każdego dnia. Szacuje się, że od 18 marca 2003 roku zabito ponad 10.000 cywilów w wyniku bezpośredniej interwencji zbrojnej w Iraku, zarówno podczas wojny, jak i w czasie późniejszej okupacji. Liczba ta jest podana szacunkowo, gdyż władze są niechętne i nie są w stanie odnotowywać wszystkich zbrodni. "Nie mamy możliwości wykrycia wszystkich ofiar ludności cywilnej" - powiedział amerykański generał brygady, Mark Kimmitt, Agencji Reutera, w lutym bieżącego roku.

Dziesiątki cywilów zostało zabitych najwyraźniej w wyniku nadmiernego użycia siły przez żołnierzy amerykańskich, lub zostali oni zastrzeleni w niejasnych okolicznościach. Na przykład, amerykańscy żołnierze postrzelili i zabili dziesiątki irackich demonstrantów w kilku zajściach, w tym: siedem ofiar w Mosulu, 15 kwietnia 2003 r., przynajmniej piętnaście w Falludży, 29 kwietnia i dwie poza Pałacem Republikańskim, 18 czerwca w Bagdadzie.

W listopadzie 2003 roku, armia USA oświadczyła, iż wypłaciła irackim cywilom 1,5 miliona dolarów, w celu zaspokojenia roszczeń osób będących ofiarami obrażeń ciała, śmierci i szkód majątkowych i ich krewnych. Niektóre spośród 10.402 wniesionych roszczeń prawdopodobnie dotyczyły incydentów, w których amerykańscy żołnierze zastrzelili lub ciężko ranili irackich cywilów bez wyraźnego powodu. Jednak poza tak wysokimi wypłatami, rodziny ofiar i rannych nie zyskały nic innego. Żaden z amerykańskich żołnierzy nie był pociągnięty do odpowiedzialności za nielegalne zabicie irackich cywilów. Z powodu porządku wprowadzonego przez władze amerykańskie w Bagdadzie w czerwcu 2003 roku, sądy w Iraku mają zakaz prowadzenia spraw skierowanych przeciwko żołnierzom USA lub innych wojsk zagranicznych czy urzędników z zagranicy przebywających w Iraku. W efekcie, amerykańscy żołnierze są całkowicie bezkarni.
Amnesty International kilkakrotnie nawoływała, aby wszystkie zbrodnie sił koalicji dokonane na cywilach, były szczegółowo, niezależnie i bezstronnie zbadane, aby ci, którzy popełnili przestępstwo byli osądzeni. Do chwili obecnej żadne z niezależnych dochodzeń prawdopodobnie nie zostało przeprowadzone.

Iraccy cywile muszą również radzić sobie z atakami uzbrojonych grup, które od początku okupacji stały się nieodłączną częścią życia w Iraku. Ataki te były wymierzone w wojska USA, służby bezpieczeństwa Iraku, posterunki policji kontrolowane przez Irak, przywódców religijnych i ich siedziby, przedstawicieli mediów, organizacje pozarządowe, jak i agencje Organizacji Narodów Zjednoczonych. Ataki te spowodowały śmierć przynajmniej tysiąca cywilów. Bombardowania te mogą być postrzegane jako zbrodnia przeciwko ludzkości, ponieważ były częścią rozległego i systematycznego planu ataku na ludność cywilną.

Amnesty International nawołuje uzbrojone grupy do zaprzestania ataków na cywilów i członków międzynarodowych organizacji humanitarnych, jak również o osądzenie i skazanie wszystkich odpowiedzialnych za popełnione zbrodnie, zgodnie z międzynarodowymi standardami dotyczącymi ochrony praw człowieka.

Od początku wojny, Amnesty International otrzymuje raporty o Irakijczykach, których zatrzymały wojska koalicji, i których prawa były naruszane. Niektórzy byli przetrzymywani przez kilka miesięcy bez postawienia im zarzutów. Wielu aresztowanych torturowano i maltretowano. Praktycznie żaden z nich nie miał dostępu do adwokata, rodziny, czy pomocy prawnej.

Tymczasowe Władze Koalicyjne informują o około 8.500 zatrzymanych. Jednak jedna z organizacji zajmujących się ochroną praw człowieka szacuje liczbę aresztowanych na około 15.000. Większość zatrzymanych aresztowano ze względów bezpieczeństwa, gdyż byli podejrzani o współpracę z organizacjami antykoalicyjnymi.

Wielu aresztowanych utrzymuje, że podczas przesłuchań przedstawiciele wojsk brytyjskich i amerykańskich, torturowali ich i znęcali się nad nimi. Metody tortur często obejmują pobicia, pozbawienie snu przez dłuższy czas, zmuszanie do przebywania w sprawiających ból pozycjach. Czasem są one połączone z przymusem słuchania bardzo głośnej muzyki, nakładanie worków na głowę przez dłuższy czas oraz wystawienie na działanie rażącego światła. Praktycznie żadne z tych zarzutów torturowania i znęcania się nie były właściwie zbadane.

Brak prawa i porządku ciągle niepokoi mieszkańców wielu części Iraku. Delegaci Amnesty International byli naocznymi świadkami niszczącego wpływu bezprawia na życie przeciętnych Irakijczyków w czasie plądrowania ich domów, morderstw z zemsty, porwań czy przemocy wobec kobiet.

"Zagwarantowanie sprawiedliwości jest podstawowym celem w walce z naruszeniami praw człowieka w Iraku. Przez dziesiątki lat Irakijczycy cierpieli z powodu poważnych naruszeń ich praw przez rząd, jak również w wyniku nadużyć popełnionych podczas kilku konfliktów, łącznie z obecną wojną i jej następstwami."

Amnesty International twierdzi, iż "zmiany w irackim systemach karnym, prawa i sprawiedliwości są niezbędne. Prawa człowieka muszą znaleźć się w centrum zainteresowania, aby odbudowanie Iraku było możliwe. Irakijczycy wycierpieli już tak dużo, że nie udzielenie im pomocy w procesie zmian dotyczących ochrony praw człowieka, byłoby zdradą ich narodu."


Więcej informacji: Rzeczniczka prasowa AI - Mirella Panek, tel. 691-35-79-35, email: rzecznik@amnesty.org.pl
Tłumaczenie: Aleksandra Ludwig

www.amnesty.org.pl

NIE CHCĄ UMIERAĆ ZA ROPĘ

Rezerwista Stephen Funk wolał więzienie od misji w Iraku. Kapral Jeremy Hinzman wraz z rodziną uciekł do Kanady. Sierżant Camilo Mejia nie wrócił z urlopu i ukrywał się przez sześć miesięcy. Kiedy 15 marca br. oddał się w ręce władz wojskowych, wygłosił płomienne przemówienie:

- "Wojna w Iraku jest niemoralna, niesprawiedliwa i niezgodna z prawem. To wszystko jest oparte na kłamstwach. Nie ma żadnej broni masowego rażenia i nie ma związków z terroryzmem. Celem tej wojny są ropa, kontrakty na odbudowę Iraku i kontrola nad Bliskim Wschodem. Młodzi Amerykanie nie powinni umierać w konflikcie, którego motorem jest nafta".

Mejia zapowiedział, że raczej pozwoli się deportować do ojczystej Nikaragui, niż wróci do trójkąta sunnickiego, aby walczyć w niesprawiedliwej wojnie.
To żołnierze Stanów Zjednoczonych, którzy odmówili służby w Iraku ze względu na swe przekonania (ang. conscientious objector - CO). Sierżant Mejia oficjalnie wystąpił do Pentagonu o przyznanie mu statusu CO i honorowe zwolnienie z sił zbrojnych. Tylko kilka takich przypadków zostało nagłośnionych przez media. Mająca siedzibę w Nowym Jorku organizacja antywojenna Citizen Soldiers twierdzi, że z oddziałów "stabilizujących" Irak zdezerterowało 600 żołnierzy USA.
Skala zjawiska jest więc niewielka i na razie generałowie Pentagonu nie mają powodów do obaw Dla porównania według oficjalnych danych Departamentu Obrony podczas konfliktu wietnamskiego z szeregów zbiegło lub na długi czas porzuciło swe oddziały aż półtora miliona amerykańskich żołnierzy, z czego do 90 tys. znalazło schronienie w Kanadzie. Ale aktywiści organizacji pacyfistycznych twierdzą, że jeżeli niesprawiedliwa operacja militarna w Iraku będzie się przedłużać, sytuacja może się zmienić. Pisarz i scenarzysta z Los Angeles. Clancy Sigal, który przed laty pomagał w Londynie amerykańskim chłopcom ukrywającym się przed służbą w Wietnamie, napisał na łamach lewicującego brytyjskiego dziennika "The Guardian":

- "Być może sierżant Mejia i jego 600 dezerterów są zwiastunami nowego ruchu wśród amerykańskich żołnierzy Amerykańskie media zaczęły już się otrząsać z autocenzury. pokazują okaleczonych, pozbawionych rąk czy nóg rannych w wojskowych szpitalach. Rekrutacja do armii napotyka coraz większe trudności".
Kiedy 21-letni Stephen Funk wrócił z więzienia do San Francisco, kalifornijskie organizacje pacyfistyczne przyjęły go jak bohatera. Na jego cześć urządzono przyjęcie: "Witaj w domu". Ten rezerwista słynnej formacji piechoty morskiej został powołany w lutym do służby w Iraku, ale nie zgłosił się do jednostki, powołując się na swe przekonania.

Przełożeni zareagowali z furią. Funk został osadzony na więziennym statku sił zbrojnych i przez sześć miesięcy męczył się w ciasnej celi. Potem niehonorowo wyrzucono go z wojska, co oznacza utratę praw emerytalnych i wszelkich przywilejów weterana.

Chłopak nie czuje się szermierzem walki o pokój:
- "Nie chciałem nikogo zabijać. Po prostu podjąłem osobistą decyzję, lecz nie chcę się stać przykładem dla innych".

Stephen był, jak to się mówi w USA, drifterem, czyli dryfującym - młodym człowiekiem poszukującym swego miejsca w życiu. Spodziewał się, że wśród marines odnajdzie dyscyplinę i poczucie wspólnoty. Ale już podczas pierwszych treningów w bazie Camp Pendelton zrozumiał, że popełnił błąd. Walka wręcz napawała go przerażeniem. Zamiast wrzeszczeć: Kill! Kill! (zabij), krzyczał: Jill! Jill! Stephen Funk nie zostanie jednak ikoną ruchu antywojennego, chce bowiem uniknąć medialnego rozgłosu. Za to chętnie udziela wywiadów 25-letni Jeremy Hinzman, dezerter ze słynnej 82. Dywizji Spadochronowej, pierwszy amerykański żołnierz, który podczas wojny w Iraku uciekł do Kanady. Sympatycy założyli dla niego nawet stronę internetową. Kapral Hinzman dobrze się czuł w siłach zbrojnych. Był jednak człowiekiem głęboko religijnym, najpierw szukał odpowiedzi w naukach buddyzmu, potem wstąpił do Kościoła kwakrów Doszedł do wniosku, że sumienie nie pozwala mu służyć z bronią w ręku. Był wraz ze swym oddziałem w Afganistanie, gdzie zajmował się głównie robotą w kuchni. Zgodnie z regulaminem nosił jednak karabin i przyznał w rozmowie z oficerami, że użyje broni, jeśli baza zostanie zaatakowana przez talibów Przełożeni uznali więc, że Hinzman wcale nie ma tak wrażliwego sumienia i będzie walczył, jeśli zajdzie potrzeba. Zapadła decyzja o wysłaniu spadochroniarza-kwakra do Iraku. Jeremy nie czekał na wyjazd. 1 stycznia br. wsadził żonę i dziecko do swego chevroleta i ruszył ku granicy. W Kanadzie złożył wniosek o azyl, który najpewniej zostanie odrzucony. Ale Hinzman może liczyć na pomoc wielu Amerykanów, dezerterów z wojny wietnamskiej, którzy dobrze się urządzili w nowej ojczyźnie.

W wypowiedziach prasowych tak przedstawia swoje motywy:
- "Jako żołnierz zobowiązałem się do obrony konstytucji, a nie do agresji na inny kraj".

Największy oddźwięk w środkach masowego przekazu miał przypadek sierżanta Camila Mejii z kompanii Charlie 1. Batalionu 124. Pułku Piechoty. Od kwietnia do października 2003 r. podoficer ten znosił niebezpieczeństwa wojny w osławionym trójkącie sunnickim, w którym opór Irakijczyków przeciwko okupacji jest największy. 16 października nie powrócił z dwutygodniowego urlopu w ojczyźnie i ukrywał się przez sześć miesięcy; nie korzystał z telefonu komórkowego czy Internetu. Być może, była to zbędna przezorność. Armia Stanów Zjednoczonych w zasadzie nie ściga dezerterów. Zbiegły żołnierz musi liczyć się z represjami, zazwyczaj niezbyt surowymi, tylko wtedy gdy przypadkowo zostanie zatrzymany przez policję, np. podczas kontroli drogowej. Ale sierżant demonstracyjnie oddał się w ręce władz wojskowych w Bostonie. Towarzyszył mu kolega z jednostki, Oliver Perez, który zaświadczył, że Mejia był dobrym dowódcą, a nie tchórzem. Kilka godzin wcześniej sierżant urządził konferencję prasową, podczas której oświadczył:

- "Mówię tej wojnie nie. W Iraku byłem narzędziem przemocy, lecz teraz podjąłem decyzję, że zostanę narzędziem pokoju. Sumienie nie pozwala mi dłużej na robienie takich rzeczy".

Konserwatywne media natychmiast oskarżyły sierżanta pacyfistę o te że szuka tylko medialnej sław i tak naprawdę stał się narzędziem liberałów i fanatycznych przeciwników prezydenta Busha. Wstąpił przecież do wojsk z własnej woli, a jeśli w końcu dc szedł do wniosku, że służba w Iraku nie daje się pogodzić z sumieniem. mógł bardziej dyskretnie załatwić tę sprawę. Uzyskanie statusu conscientious objector w siłach zbrojnych Stanów Zjednoczonych nie jest przecież trudne. W 2003 z wnioskiem w tej sprawie wystąpiło 23 rezerwistów piechoty morskiej, 17 spośród nich zostało oficjalnie uznanych za CO.
Camilo Mejia budzi niechęć prawicowych publicystów także dlatego, że jest Nikaraguańczykiem synem znanego rewolucyjnego pieśniarza, Carlosa Mejii Godoya dawniej ministra w lewicowym rządzie sandinistów. Camilo wyemigrował do USA w wieku 18 lat, trzy lata służył w Armii Stanów Zjednoczonych, pięć lat w Gwardii Narodowej stanu Floryda. Pragnął w ten sposób zintegrować się z amerykańskim społeczeństwem i zdobyć pieniądze na wykształcenie. Studiował psychologię na Uniwersytecie w Miami i bliski był zdobycia dyplomu, gdy otrzymał powołanie do służby w Iraku. Obecnie przysięga, że poniesie najsurowsze konsekwencje, ale nie złamie nakazu sumienia i do trójkąta sunnickiego nie wróci. Pod koniec marca przełożeni zadecydowali, że krnąbrny sierżant stanie przed specjalnym sądem wojskowym.

Mejia może zostać skazany na rok więzienia i zwolnienie z sił zbrojnych "z powodu złego postępowania", co nie jest najostrzejszym rodzajem dymisji.
Liberalni publicyści przypuszczają, że za nawróconym na pacyfizm podoficerem pójdą inni Clancy Sigal przypomina, że podczas wojny w Wietnamie rodziny często zamykały przed dezerterami drzwi lub nawet wydawały ich policji. Sierżant Mejia ma jedna poparcie bliskich, najbliższego kolegi z jednostki oraz ruchu pacyfistycznego, wywodzącego się z doświadczeń wietnamskich. Amerykańska opinia publiczna jest coraz bardziej podzielona w sprawie operacji w Iraku. Jeśli obecne trendy utrzymają się, dezercje i protesty rodzin wojskowych staną się wyraźnym sygnałem dla Waszyngtonu, że amerykańska inwazja na iracką pustynię była chybionym przedsięwzięciem.

Krzysztof Kęciek

PONURE OBLICZE WOJNY
Sierżant Camilo Mejia kreśli ponury obraz służby w Iraku. Do Mezopotamii zostali wysłani nawet artylerzyści z wadami słuchu i żołnierze, którzy nie zaliczyli ćwiczeń strzeleckich. W trójkącie sunnickim oficerowie niepotrzebnie narażają podwładnych na ryzyko, chcą bowiem za wszelką cenę zdobyć odznakę Za Walkę Piechoty.

- "Oficer, który przez 20 lat służy w piechocie, a nie ma takiego odznaczenia, to jak strażak, który nie gasił pożaru. Ci faceci byli naprawdę spragnieni boju, a my byliśmy przynętą", mówi oskarżony o dezercję podoficer.
Wojna ma okrutne oblicze:

- "Widziałem młodego Irakijczyka czołgającego się w kałuży własnej krwi i człowieka, którego seria z naszego karabinu maszynowego pozbawiła głowy. Pamiętam chwilę, gdy mój przyjaciel strzelił dziecku w pierś".

Pewnego razu jeden z sierżantów otworzył ogień do małego chłopca niosącego karabin. Dwoje towarzyszących mu dzieci uciekło.

- "Ranny dzieciak pełzał, aby ocalić życie. Zatrzymał go kolejny strzał, ale wciąż żył. Irakijczyk chciał zabrać go do cywilnego szpitala, lecz nasi sanitariusze przeszkodzili mu i zabrali rannego do naszej jednostki militarnej. Tam nie otrzymał pomocy lekarskiej, ponieważ udzielenie jej leżało w kompetencji innego oddziału. Kiedy i ta jednostka odmówiła zajęcia się rannym, dzieciak umarł".
Sierżant Mejia pełnił także służbę w obozie dla irackich więźniów, których maltretowano bezlitośnie, przetrzymywano związanych, urządzano pozorowane egzekucje, aby wymusić zeznania.

- "Jeden z tych facetów prawie oszalał. Trzymaliśmy go w metalowej skrzyni, w którą co pięć minut waliliśmy młotem kowalskim, aby nie zasnął. W końcu zaczął płakać i błagać, żebyśmy przestali".

Sierżant Mejia głosi, że sumienie nie pozwala mu uczestniczyć w takich praktykach. Jego przełożeni twierdzą, że po prostu stchórzył.

Artykuł opublikowany na łamach tygodnika "Przegląd" 25 kwietnia 2004 r. www.przegląd-tygodnik.pl

BÓJ SIĘ USA

Niedawno Prezydent USA zażądał ok. 400 miliardów dolarów na tzw. cele "obronne", czyli wojenne. Jest to 45 miliardów dolarów więcej niż aktualny amerykański budżet wojskowy. Jak zawrotna jest ta ilość pieniędzy niech świadczy fakt, że Pentagon wydaje prawie połowę (45%) sumy, którą na zbrojenia wydaje cały świat. Łączny budżet dziesięciu następnych po USA potęg ekonomicznych i militarnych świata to zaledwie 310 miliardów dolarów. Rosja, na przykład, wydaje ok. 60 miliardów, a Chiny tylko 40.
Te dane wskazują na oczywisty cel administracji USA: kontrola militarno-ekonomiczna całego świata. Jak powiedział niedawno w Parlamencie brytyjskim słynny angielski poeta, działacz polityczny, dramaturg i reżyser Harold Pinter: "Bush i jego klika szykują się po prostu do tego, aby kontrolować cały świat i jego bogactwa naturalne. I mają gdzieś to ilu trzeba będzie zamordować ludzi, aby ten cel osiągnąć."

Przed atakiem na World Trade Center i Pentagon we wrześniu 2001, USA miały bazy wojskowe w 56 krajach świata. Teraz mają je już w 63. Wojska amerykańskie stacjonują obecnie w 156 krajach (w tym w Polsce, oczywiście). Tylko 46 krajom - takim jak Mongolia, Libia, czy Korea Północna - udało się zachować suwerenność przed militaryzmem amerykańskim.

Około ćwierć miliona żołnierzy amerykańskich przebywa na stałe poza granicami USA. W razie potrzeby, Pentagon jest w stanie przerzucić w szybkim czasie 2 lub 3 razy więcej żołnierzy w jakikolwiek rejon kolejnej interwencji militarnej. Dla przykładu: w wojnie przeciwko Irakowi w 1991 r. brało udział prawie 700.000 żołnierzy amerykańskich.
Na szyi świata powoli zaciska się militarna pętla mocarstwa amerykańskiego, najpotężniejszej machiny wojennej w historii świata.

Już od początku swego istnienia USA prowadziły bezpardonową politykę imperialistyczną, najpierw wobec Indian amerykańskich a później Meksyku, Hawajów i krajów Ameryki Łacińskiej i innych. Od czasu II Wojny Światowej amerykański imperializm stał się szczególnie okrutny w związku z zastosowaniem nowych środków masowego rażenia takich jak bomba atomowa, jak i nowoczesnych bombowców dalekiego zasięgu B-52, myśliwców F-16, helikopterów Apache, a ostatnio, pocisków i rakiet zaopatrzonych w głowice z uranem-238, super twardym, radioaktywnym metalem o olbrzymiej sile przebicia.

USA są jedynym krajem, który użył broni atomowej w atakach na ludność cywilną: w Hiroszymie i Nagasaki, gdzie zginęło w ułamku sekundy łącznie ok. 150.000 ludzi. W Kosowie i Iraku, USA ponownie użyły broni radioaktywnej, uranu-238, z tragicznymi dla ludności cywilnej skutkami, szczególnie w południowym Iraku gdzie setki dzieci, kobiet i mężczyzn zmarło i umiera na raka i inne choroby spowodowane przez kontakt z pyłem uranowym. (W szpitalu Basra, w roku 1989 urodziło się z wadami wrodzonymi tylko 11 dzieci; w 2001 - 116. W tym samym czasie liczba zachorowań na raka wzrosła z 34 do 603.

Używając broni radioaktywnej lub grożąc jej użyciem (jak np. w Chinach w 1958 lub na Kubie w 1962), Stany Zjednoczone nie liczą się czasami w ogóle z prawem i opinią międzynarodową.

Podobnie wygląda sprawa użycia przez USA innego środka masowego rażenia jakim jest broń chemiczna. W Wietnamie, Amerykanie masowo spryskiwali dżunglę wietnamską niezwykle toksycznymi substancjami w absurdalnym, maniakalnym zamiarze zniszczenia lasów gdzie ukrywali się żołnierze Wietkongu jak i również w celu zniszczenia pól uprawnych ludności podejrzanej o wspieranie Wietkongu. Do tej ludobójczo-kryminalnej akcji, USA użyły między innymi ok. 40 milionów litrów tzw. Agent Orange, który zawiera dioksynę, jedną z najbardziej trujących substancji jakie kiedykolwiek wynaleziono. USA nie liczyły się z tragicznymi konsekwencjami nie tylko dla środowiska i ludności cywilnej (z której ok. miliona zostało zakażonych), ale również dla żołnierzy amerykańskich, z których wielu, ok. 100.000, następnie ubiegało się od odszkodowania ze względu na choroby i inwalidztwo spowodowane kontaktem z Agent Orange.

Trudno jest dokładnie nawet ustalić ile razy i gdzie USA interweniowały militarnie. Oblicza się jednak, że w krótkim czasie swego istnienia jako niepodległe państwo od 1776, USA przeprowadziły ok. 400 akcji militarnych i ok. 6000 ukrytych interwencji w ponad 100 krajach.

Tylko od czasu II Wojny Światowej, USA zbombardowały aż 19 krajów, w tym tak małe i biedne jak Guatemala i Grenada, nie mówiąc o zmasakrowaniu Wietnamu, Iraku, czy ostatnio Afganistanu. Według wielu przedstawicieli rządu amerykańskiego, takie interwencje mają jednak "sens". ("Sądzimy, że cena jest warta tego", jak powiedziała kiedyś Sekretarz Stanu Madeleine Albright, zapytana w 1996 przez redaktorkę amerykańskiej stacji CBS co sądzi o sankcjach ekonomicznych USA wobec Iraku, w wyniku których zmarło ok. pół miliona dzieci irackich.)

Nikt też nie wie - i chyba nigdy nie będzie dokładnie wiedział - ile milionów ludzi straciło życie w wyniku zbrojnych interwencji USA. W Kambodży, gdzie w latach 1969-1973 lotnictwo amerykańskie zrzuciło na ten biedny kraj ponad pół miliona ton bomb, zginęło prawdopodobnie ok. 600.000 ludzi. W Laosie, ok. pół miliona. Na Filipinach, ponad ćwierć miliona. W wojnie koreańskiej ponad milion. W Wietnamie, dotychczas największym horrorze "made in USA", Amerykanie zabili prawdopodobnie ponad 2 miliony Wietnamczyków, z tego ok. jeden miliona cywili.

W tym okrutnym szaleństwie dominacji i kontroli świata, USA są gotowe narazić na ogromne straty swoich własnych obywateli. W bezsensownej wojnie w Wietnamie, zginęło prawie 60.000 żołnierzy amerykańskich. W podobno "spektakularnie zwycięskiej" wojnie z Irakiem, którą zachwycały się media amerykańskie i inne, zginęło łącznie z różnych przyczyn "tylko" 760 Amerykanów, przy czym straty irackie sięgały prawdopodobnie ponad 200.000 żołnierzy i cywili. Ale nie mówi się o tym , że na skutek między innymi zetknięcia z radioaktywnym pyłem uranowym, dotychczas zmarło już ok. 8000 amerykańskich weteranów wojny "Desert Storm" i aż 200.000 ubiega się o odszkodowanie z powodu inwalidztwa.

W swej książce "Derailing Democracy" (dosł. "Wykolejając demokrację"), David McGowan pisze: "Od Drugiej Wojny Światowej, akcje militarne Ameryki w takiej czy innej formie spowodowały więcej śmierci i zniszczenia na całym świecie niż podobne akcje jakichkolwiek innych krajów." Jeden z najbardziej cenionych na świecie mężów stanu, Nelson Mandela, potępił politykę zagraniczną USA nazywając ją "zagrożeniem dla pokoju na świecie."

Nie bój się przeciętnych Amerykanów czy Irakijczyków, którzy jak Ty kochają dzieci i próbują związać koniec z końcem i w miarę dobrze żyć. Ale bój się Prezydenta George'a Busha, Sekretarza Obrony Donalda Rumsfelda, jego zastępcy Paula Wolfowitza, Doradczyni Prezydenta do Spraw Bezpieczeństwa, Condoleezzy Rice, Dicka Cheney, wiceprezydenta USA, i innych nieubłagalnych jastrzębi wojny w Białym Domu.
Bój się CIA i Pentagonu i Białego Domu, które teraz są o krok od rozpoczęcia kolejnej wojny przeciwko Irakowi. Celem tej interwencji USA jest nie tylko ropa naftowa, której na swoje nieszczęście Irak ma olbrzymie złoża, mniejsze tylko od Arabii Saudyjskiej, ropy, której imperium amerykańskie potrzebuje coraz więcej za wszelką cenę. Celem tej nowej interwencji jest uzyskanie większych wpływów na Bliskim Wschodzie, czyli rozciągnięcie kontroli militarno-ekonomicznej mocarstwa Amerykańskiego.
Bój się USA. Bój się bardzo USA.

Kaz Dziamka, redaktor The American Rationalist, USA

P.S. Artykuł powyższy napisałem w grudniu 2003 roku, starając się go opublikować jak najszybciej w polskiej prasie, aby zwrócić uwagę polskiej opinii publicznej na zbliżające się kolejne niebezpieczeństwo ze strony militaryzmu amerykańskiego. Niestety, żadne polskie pismo do którego się skierowałem - Wprost, Rzeczypospolita, Gazeta Wyborcza, Polityka, Rzeczpospolita, itd. - nie tylko nie zgodziło się na jego choćby fragmentaryczne opublikowanie ale nawet nie pokwapiło się potwierdzić otrzymania mojego listu i artykułu. Dopiero po kolejnych próbach, otrzymałem notkę, że mój artykuł nie będzie opublikowany. Dokładny powód nie został ujawniony.
Tygodnik NIE, Polityka i prywatna stacja telewizyjna TVN 24 w ogóle nie zechciały nawet potwierdzić otrzymania mojego artykułu. Po prostu zostałem całkowicie i konsekwentnie zignorowany.

Jedynie Redaktor Faktów i Mitów, Roman Kotliński, postanowił go opublikować, ale pod warunkiem skrócenia tekstu o ok. 50 % i zmiany tytułu. Na ten drugi warunek nie chciałem się zgodzić. Mimo tego, mój artykuł w formie tak zmienionej, wręcz okaleczonej, ukazał się w Faktach w styczniu.

W oryginalnej, nieocenzurowanej formie mój artykuł ukazuje się dopiero teraz, po raz pierwszy, w Racjonaliście, dzięki odwadze cywilnej i profesjonalizmowi jego Redaktora, Mariusza Agnosiewicza. Przekazuję mu z tej okazji, serdeczne podziękowania i życzenia sukcesów w propagowaniu wolności intelektualnej w kraju, który chyba za wcześnie gratuluje sobie demokracji i wolności słowa.
Kaz Dziamka

ZMYŚLONA WOJNA

Biuro Zadań Specjalnych fabrykowało propagandowe informacje na temat związków Saddama Husajna z Al-Kaidą i kupowaniem przez Irak uranu w Afryce. Prezydent Bush powtarzał te bzdury, prowadząc USA na wojnę bez powodu. Teraz prawda wychodzi na jaw.

W maju 2002 roku Karen Kwiatkowski zajmuje swoje nowe biurko w Departamencie Obrony. Nic nie wskazuje na to, że znalazła się w najbardziej tajemniczej części Pentagonu. Zajmuje niewielki boks na uboczu, tuż obok lodówki, czwarte piętro, siódmy korytarz, budynek D. Kwiatkowski staje się trybikiem w potężnej machinie. 20 lat służyła w lotnictwie, ostatnio w stopniu podpułkownika. Teraz jej miejscem pracy jest Wydział ds. Bliskiego Wschodu i Azji Południowej. Przydzielono ją do Zespołu ds. Afryki Północnej. Pisze analizy o sytuacji w różnych krajach dla szych Pentagonu. Ciekawe zajęcie.
W wielkim gabinecie szefa regularnie odbywają się zebrania pracowników wydziału. Każdy zespół zdaje raport, tylko grupa ds. Iraku zawsze siedzi cicho. - Dziwne - myśli Karen - właśnie teraz, kiedy Irak jest tak ważny. Latem następuje ożywienie. Grupa ds. Iraku powiększa się do 20 osób, a w sierpniu szef oznajmia, że od tej chwili będzie się nazywać Office of Special Plans (Biuro Zadań Specjalnych). Nazwa i zakres obowiązków są ściśle tajne.

Dla Kwiatkowski sprawa staje się jasna. Wojna wisi w powietrzu i niezbędna jest odrobina konspiracji. Jednak koledzy ze Special Plans zachowują się dziwacznie. W rozmowach wyrażają się nonszalancko o CIA, a nawet o DIA (wywiadzie wojskowym). Nie uczestniczą w spotkaniach towarzyskich. O Departamencie Obrony mówią z lekceważeniem. Kiedy ktoś stwierdza, że nie może oddać jakiegoś dokumentu, bo czeka na komentarz z góry, pracownik Special Plans odpowiada: Co znowu, wcale nie potrzebujemy tutaj tych z Departamentu Obrony. Poradzimy sobie sami.

Zgodna prawicowa rodzinka
W Karen Kwiatkowski narasta ciekawość. Siada więc przy komputerze i szuka w Internecie informacji na temat swojego szefa. To William Luti, były doradca wiceprezydenta Dicka Cheneya i zwolennik neokonserwatyzmu. Potem sprawdza pozostałych kolegów. Za każdym razem trafia na związki danej osoby z neokonserwatystami. Dochodzi więc do wniosku, że "wszyscy oni tworzą szczęśliwą ideologiczną rodzinkę". Jej pracodawca Donald Rumsfeld też do niej należy.
We wrześniu Special Plans niespodziewanie ingeruje w obowiązki pani podpułkownik. Ma ona zaprze- ,\ stać samodzielnego pisania na temat Iraku. Tradycyjne tajne służby zostają wykluczone z codziennych V działań operacyjnych, które od tej chwili przechodzą pod kontrolę ludzi ze Special Plans. Kwiatkowski dostaje gotowe frazy dotyczące Iraku. Ma je wprowadzać do swoich raportów bez jakichkolwiek zmian: "Saddam Husajn wspiera przygotowania terrorystów z Al-Kaidy. Saddam Husajn próbuje zdobyć uran w Afryce. Tajne służby Saddama Husajna miały kontakt z zamachowcami z 11 września. Saddam Husajn współpracuje z Osamą ben Ladenem". - To już nie były informacje, tylko propaganda.

Kwiatkowski orientuje się, że to, co produkuje jej wydział, dociera bezpośrednio do prezydenta Busha, omijając rzekomo powolną CIA i miłujący pokój Departament Stanu.
Domaga się ona wyjaśnień od jednego z kolegów ze Special Plans: Niech mi pan powie, kto właściwie opowiada prezydentowi te wszystkie bzdety? Na co ten odpowiada: Źle to pani interpretuje. Dysponujemy źródłami, do których pani nie ma dostępu. Dopiero po obaleniu Saddama przekona się pani, że mieliśmy rację.

Szaleńcy i metoda
W wieku 42 lat Karen Kwiatkowski zaczyna nowe życie. Opowiada swoją historię, siedząc w kuchni domu na farmie w dolinie Shenandoah w stanie Wirginia, gdzie mieszka z mężem i czwórką dzieci, ma trzy konie i 15 krów. Dlaczego zdecydowała się mówić o tym publicznie? Nie dlatego, że po 20 latach służby w wojsku stała się nagle pacyfistką. I nie dlatego, że jako zwolenniczka lewicy występuje przeciwko Gcor-ge'owi Bushowi. Przeciwnie - uważa się za konserwatystkę. Chce natomiast, żeby ludzie zrozumieli, jak krucha staje się demokracja, kiedy mała grupa zdominuje otwarte społeczeństwo.
Karen Kwiatkowski jest pierwszym oficerem z Pentagonu, który znalazł w sobie odwagę, by publicznie uderzyć na alarm. Przełożeni nie lubią takich ludzi, za to amerykańskie społeczeństwo ich uwielbia. Symbolizują bowiem siłę demokracji i wolę samooczyszczenia. Liczba tych, którzy decydują się opowiedzieć, co przed wybuchem wojny działo się w korytarzach władzy, rośnie z każdym dniem. Są to urzędnicy ministerialni i agenci służb specjalnych. Z ich opowiadań wyłania się obraz metod, jakimi twardogłowi politycy starali się przeforsować swój plan wojenny.

Historia Office of Special Plans zaczyna się 11 września 2001 roku. Kilka godzin po atakach terrorystycznych na Nowy Jork i Waszyngton sekretarz obrony Donald Rumsfeld wydaje brzemienne w skutki polecenie. Żąda dowodów na istnienie powiązań między Osamą ben Ladenem a Saddamem Husajnem. Od pierwszej chwili wydaje się przekonany, że to właśnie iracki dyktator stoi za krwawymi zamachami. Ta hipoteza staje się zarzewiem wszystkich kolejnych dramatów.

Rumsfeld nie zleca jednak inwigilacji służbom specjalnym. Na akcję wysyła zaufanego jastrzębia, który wraca niebawem z oczekiwanym wynikiem: Saddam rzeczywiście ma powiązania z siatką terrorystów. Wywiad przeprowadza wnikliwą analizę raportu - i odrzuca go jako niewiarygodny. Tyle że Rumsfeld się nie zniechęca. Taki obrót sprawy utwierdza go tylko w negatywnej opinii o służbach specjalnych. Zwłaszcza CIA wydaje się jastrzębiom bandą mięczaków. W swoich publikacjach narzekają na "ciągłe niedoinformowanie" aparatu, "obstrukcję" poleceń składanych przez polityków prawicy i - to nie żart - "ciasny realizm" agentów. - Cały ten kram to tępa biurokracja, dławiąca każdy przejaw fantazji - skarży się Reuel Marc Gerecht. były agent, który pracuje obecnie w American Enterprise Institute (Amerykańskim Instytucie Przedsiębiorczości), uchodzącym za "trust mózgów" neokonserwatystów. Ich awangarda chce się odsunąć od "mordowni CIA" (określenie Gerechla) - poprzez utworzenie małej i elastycznej grupy dochodzeniowej. W rezultacie w wewnętrznym dokumencie Office of Special Plans pojawia się notatka z uwagą, że rządowi specjaliści od terroryzmu "są uprzedzeni". Dlatego pracownicy Special Plans chcą dostawać wszystkie analizy CIA. Szukają w nich strzępków informacji, które zignorowali ogarnięci pacyfistycznym szałem analitycy z CIA.
Judith Yaphe obserwuje pracę wydziału do zadań specjalnych z pewnego oddalenia - za to z rosnącą konsternacją. Jej zwierzchnikiem jest Donald Rumsfeld, miejscem pracy National Defense University, położony na wprost Departamentu Obrony, na przeciwległym brzegu Potomacu, gdzie pani profesor przygotowuje analizy strategiczne dla Pentagonu. W każdym razie teoretycznie, bo nie wiadomo, czy władze departamentu w ogóle brały pod uwagę jej ekspertyzy. Dziś Yaphe raczej w to wątpi. - Mają własnych specjalistów - stwierdza cierpko. Przyczyną lekceważenia nie może być brak kompetencji, bo jest ona specjalistką w kwestiach irackich. Przepracowała 24 lata w CIA, głównie w wydziale ds. Iraku. Przed wojną należała do tych, którzy ostrzegali przed konfliktem zbrojnym.

Wojna żółtodziobów
O tym, w jaki sposób Special Plans weryfikowało "wątpliwe źródła", Yaphe dowiedziała się dzięki swoim kontaktom w aparacie. Domniemane powiązania zamachowców z 11 września z irackimi służbami specjalnymi, rzekomy obóz treningowy Al-Kaidy na południe od Bagdadu albo zakup uranu w Afryce: Wszystko to bujda i w kręgach związanych z wywiadem wiedzieliśmy o tym od dawna. A jednak w Pentagonie ożywiono nieaktualne od dawna poszlaki. Special Plans robi bowiem więcej, niż gotów jest dziś przyznać Donald Rumsfeld. Jak wynika z ustaleń komisji śledczej Izby Reprezentantów, przekonywanie, że wydział dokonuje tylko wtórnej oceny starych wniosków - to "taktyka zasłony dymnej". W rzeczywistości zajmuje się on również "operacjami związanymi z pozyskiwaniem informacji". I to przy pomocy agencyjnych żółtodziobów, jak zapewnia Judith Yaphe.

Podczas gdy wywiad ma trudności ze zdobyciem nowych informacji na temat Iraku, Special Plans dociera do własnych źródeł: dezerterów, których podsuwa ich ulubiony iracki opozycjonista Ahmed Szalabi. Yaphe mówi, że CIA sceptycznie podchodziła do tych doniesień, bo Szalabi kierował się własnym interesem: Chciał przekonać USA do obalenia Saddama Husajna. Mimo to opowieści naocznych świadków o saddamowskim zagrożeniu przedostają się wprost do Białego Domu. Pułkownik Karen Kwiatkowski wielokrotnie słyszy, jak dyrektor wydziału mówi: Robimy to dla Scootera. Tak brzmi ksywka Lewisa Libby'ego, dawnego członka Team B, a dziś szefa sztabu Dicka Cheneya. Filtr, który zabezpieczał Biały Dom przed nieprawdziwymi informacjami, został usunięty.
Relacjom uciekinierów przyjrzała się jeszcze raz DIA, oficjalny organ wywiadowczy Pentagonu. Raport prasowy dotyczący wyników kontroli stwierdza, że z dzisiejszej perspektywy informacje te są "mało- lub zgoła bezwartościowe". W Iraku okazało się, że większość dostarczonych przez nich informacji jest "nieprawdziwa".

Do decydującego starcia między jastrzębiami a grupą umiarkowanych polityków dochodzi tuż przed wystąpieniem sekretarza stanu Colina Powella na forum Rady Bezpieczeństwa ONZ. 25 stycznia 2003 roku w zatłoczonym centrum strategicznym Białego Domu zjawia się Lewis Libby ze stertą notatek, w których odsyłacze do źródeł mają kolorowe oznaczenia. Wyłuszcza, co Powell powinien jego zdaniem zaprezentować światu. O tym, co nastąpiło potem, opowiedzieli niedawno na łamach "The Washington Post" urzędnicy z Departamentu Stanu. Libby chciał wrzucić do przemówienia Powella wszystkie dawno zdementowane rewelacje o powiązaniach zamachowców z 11 września z irackimi służbami specjalnymi. Dopiero po kontroli agentów większość propozycji Libby'ego usunięto. Mimo to wystąpienie Powella i tak przejaskrawiło zagrożenie ze strony Iraku - nawet bez pogłosek z Pentagonu. I miało to swoje przyczyny.

Wierni jak psy
Oficer CIA Larry Johnson w ostatnich wyborach głosował na George'a W. Busha, przekazał nawet pieniądze na jego kampanię. Dziś jest zdania, że rządzący żyją w jakimś "urojonym świecie": Słyszą tylko to, co chcą usłyszeć. Johnson zamyśla się i głaszcze psa. - Służby wywiadowcze są jak rottweilery: czujne, ale przede wszystkim lojalne. Próbują przypodobać się swojemu panu - stwierdza były agent. Co to znaczy w przypadku CIA? - Że analizy, które odbiegały od przyjętego kursu, w ogóle nie przedostawały się na zewnątrz. Johnson potwierdza to, co podejrzewa wielu znawców CIA: najpierw była decyzja o rozpoczęciu wojny, a dopiero potem produkcja dossier służb specjalnych. Informacja została podporządkowana misji, a nie na odwrót.
Jako pierwszy o oczekiwaniach wobec wywiadu dowiaduje się jego szef i to zaraz po 11 września. Po atakach terrorystycznych George Tenet codziennie spotyka się z Georgem W. Bushem w Gabinecie Owalnym. Już sześć dni po zamachach Bush mówi na jednym z posiedzeń: Uważam, że Irak maczał w tym palce, ale teraz go nie zaatakuję. Na razie brak mi dowodów.

W końcu polityka sama toruje sobie drogę do Langley. Wymowa nagłego pojawienia się wiceprezydenta Dicka Cheneya u wjazdu do kwatery głównej CIA nie pozostawia żadnych wątpliwości. Wspólnie z dyrektorami poszczególnych działów wiceprezydent wertuje dzień w dzień dokumenty dotyczące Iraku. Czy temu człowiekowi brakuje informacji? Podobnie jak prezydent, Cheney sześć razy w tygodniu dostaje poufne raporty z CIA. Jeśli ma jakieś pytania, odpowiedź przychodzi najpóźniej następnego dnia. Jeden z pracowników agencji mówi, że wyprawy wiceprezydenta w świat agentów były sygnałem, że oczekiwano od nas określonych informacji.

Pracując w Biurze Informacji i Badań Departamentu Stanu, Greg Thielmann był świadkiem, jak pluralizm coraz bardziej tracił na znaczeniu. Opisuje on swoją instytucję jako wyspę uczciwości, wolną od politycznych nacisków. Biuro koncentruje się na tym co prawdopodobne, a nie co możliwe w najgorszym wypadku. Ceną takiej postawy bywa czasem marginalizacja. Tak wyglądała sytuacja ludzi Powella krótko przed przejściem Thielmanna w stan spoczynku jesienią 2002 roku, kiedy trwały prace nad analizą stopnia zagrożenia bezpieczeństwa narodowego ze strony Iraku.

Wydział Grega Thielmanna w roku 2001 dostał informacje, z których wynikało, że Irak próbował kupić aluminiowe rury do wirówek, służących do wzbogacania uranu. Jego współpracownicy wspólnie ze specjalistami od spraw zagranicznych natychmiast weryfikują te dokumenty. Wszyscy zgodnie odwołują alarm: rury nie nadawały się do zastosowania w programie atomowym, za to idealnie pasowały do irackich rakiet włoskiej konstrukcji. Rok później dołączają te wnioski do ogólnej analizy, stwierdzając min., że dowody na istnienie w Iraku zaawansowanego programu nuklearnego są "mało przekonujące". Informacja ta pojawia się w ostatecznej wersji analizy tylko jako przypis. Zdanie umieszczone na początku dokumentu brzmi następująco: "Jeśli nikt nie powstrzyma Iraku, prawdopodobnie jeszcze w tym stuleciu wejdzie on w posiadanie bomby atomowej".

Watergate nie będzie
Również sekretarz stanu Powell w przemówieniu, wygłoszonym 5 lutego 2003 roku przed ONZ, stwierdza, że Saddam Husąjn próbował pozyskać rury aluminiowe dla swojego programu atomowego. Napomyka wprawdzie, że informacja ta budzi pewne wątpliwości, nie wspomina natomiast, że jego własny departament jest odmiennego zdania i od czterech dni naciskał na wykreślenie tego fragmentu. Nie trafiają do niego żadne ostrzeżenia, nawet ze strony Hansa Bliksa i jego inspektorów. Greg Thielmann określa to jako najgorszy moment w wielkiej karierze Colina Powella.

Ostatecznie cała sprawa zakończyła się wielkim blamażem polityki zagranicznej USA. Amerykańska opinia publiczna domaga się dziś wyjaśnień i wyciągnięcia konsekwencji. Jednak nie jest to aż takie proste. Na pewno nie będzie drugiej afery Watergate. Wygląda bowiem na to, że nie doszło do naruszenia prawa. Powołanie Office of Special Plans z pewnością nie było sprzeczne z przepisami. Trudno ustalić, czy ktoś kłamał, czy tylko przekroczył swoje kompetencje. W każdym razie w końcu się okazało, że rząd przyjął wiele informacji na ślepo, opierał się na założeniach, w które bardzo chciał wierzyć. Niebawem senacka komisja ds. służb specjalnych przedstawi swój raport, w którym ma wskazać winnych. Jest dwóch kandydatów - obaj noszą imię George. Bush i Tenet. Ale ponieważ republikanie mają w Senacie większość, a ponadto zbliżają się kolejne wybory, sprawa wydaje się przesądzona. Jednak zrzucić całą odpowiedzialność na George'a Teneta, to jakby obarczyć czajnik winą za wygotowaną wodę, zapominając o ludziach, którzy włączyli palnik.

Jochen Bittner, Thomas Kleine-Brockhoff
Die Zeit, 30.10.2003

 

tgtgtttttttttttttttzzttt| główna | zapowiedzi | linki | historia | relacje | kontakt | poradnik - pobór stop |