![]() |
|
![]()
|
PEJZAŻ
POLSKI Z IRAKIEM W TLE
Myślę,
że każdemu czasami przydarza się taka sytuacja, że nagle, jakby w wyniku
osiągnięcia jakiejś masy krytycznej, zdarzenia albo pojęcia niepowiązane
bezpośrednio łączą się nagle ze sobą, dając nam coś w rodzaju wrażenia
całości - skończonego obrazu. Znajomy malarz niedawno opowiadał mi o
swoim obrazie, z ilu przenikających elementów się składa; mówił też,
że często podchodzi do płótna i nie może "tego" złapać, aż
pewnego dnia nawiedza go wizja, w której wszystkie elementy ukazują
się mu na swoich miejscach. Tego dnia
najpierw usłyszałem w radiu o marszu górników i o tym, ze przestał być
marszem pokojowym. Potem dowiedziałem się, że minister Szmajdziński
wystąpił w Sejmie, gdzie m.in. stwierdził, że Irak to ''niepowtarzalny
poligon, z którym mamy do czynienia''. Słysząc to moja siostra zapytała:
"Poligon? Ale przed czym?" I kiedy już zasypiałem przyszło mi do głowy pytanie: czy komuś z tych Polaków, którzy czcili pamięć tych 3 tysięcy ludzi, którzy nie zginęli z naszej ręki, przyszło do głowy, że od 11 września 2001 stali się współwinnymi śmierci blisko 40 tysięcy? Mniej więcej wtedy, gdy o tym myślałem, jedni Amerykanie zabili 10 irackich policjantów, którzy wcześniej zostali wyszkoleni przez innych Amerykanów i którzy ścigali bandytów. Tragiczne nieporozumienie. Policjanci próbowali je wyjaśnić przez 45 minut, podczas których ginęli jeden po drugim. Sojusz ponad podziałami "Jeśli
oni to robią, to jest to terroryzm. Jeśli my to robimy, to jest to walka
o wolność." Irak to
nie tylko wojna daleko od naszego kraju. Irak stał się dla nas papierkiem
lakmusowym, który umożliwił zdobycie dowodu na to, że nasza prawica
i nasza lewica nie są dwiema częściami sceny politycznej, ale - podobnie
jak to jest w USA - dwoma częściami tej samej partii. Nawet tzw. partie
radykalne tym razem uznały, że nie należy zbytnio "podskakiwać"-
Lepper nie zorganizował blokad lotnisk wojskowych, a LPR nie wezwała
do marszów w obrony niepodległości kraju, jak to czyni wtedy, gdy naszej
niepodległości zagraża Europa. Elity prawicowe i lewicowe nagle odrzuciły
wzajemne animozje i odkryły, jak wiele je łączy - zwarły więc szereg
i przycisnęły swoje medialne guziki. Czasem nie mogłem uwierzyć, gdy
dowiadywałem się, że prawie te same słowa pojawiają się w Trybunie,
Wyborczej, Wprost, Polityce, Nowym Państwie, nawet katolickiej Opoce
(jedynymi wyjątkami wśród poczytniejszych tytułów były NIE i Nasz Dziennik).
Obie strony prześcigały się w uzasadnianiu naszych powinności, zobowiązań
oraz korzyści. Większość
obrońców prawdy zapadła się pod ziemię - cicho siedzieli zarówno odkrywcy
Jedwabnego jak i tropiący zbrodnie komuny, choć przecież rzecz działa
się na ich oczach, nie ileś lat wstecz. Błąd - niektórzy nawet nie siedzieli
cicho, tylko wręcz nawoływali do stanięcia po stronie "cywilizacji".
Postkomuniści z przyległościami nagle uznali, że w przymierzu z Bushem
używającym retoryki chrześcijańskich krucjat nie ma nic złego i na dodatek
wykazali zadziwiającą subordynację w tej kwestii. Prawica nagle zapomniała
o swej ciągle podnoszonej walce o suwerenność uznając, że jednak istnieje
imperator, któremu winni są pokłon; uznała też, że "wartości katolickie"
w tym wypadku nie mają zastosowania. Myślę, że nawet szeregowi zwolennicy
obu nurtów, przyzwyczajeni do walki z komuchem/solidaruchem, nie bardzo
potrafili się odnaleźć w sytuacji tak nagłej zgody. Dzięki
czemu doszło do zgody? Jestem gotów się założyć, że gdyby jakieś biuro badania opinii społecznej zrobiło test polegający na czytaniu fragmentów wypowiedzi elit i pytaniu o to, która strona jest ich autorem, okazałoby się, że my, czyli społeczeństwo, nie umiemy już rozróżnić naszej prawicy od lewicy. Czy gdybyście usłyszeli słowa polityka cytującego Glempa w obronie przed zarzutami o niemoralność, pomyślelibyście, że to Szmajdziński, a nie Kaczyński albo Tusk? Co 4 lata mamy możliwość wyboru, który gang piratów będzie nas okradał. Ale są takie chwile, jak na przykład możliwość abordażu na inny okręt, w których wszystkie grupy piratów jednoczą się pod jednym sztandarem. Czasem można ten moment rozpoznać, bo często wtedy słychać o "podstawowej racji stanu". Język Pani Szymborska
napisała wiersz z okazji drugiej rocznicy 11 września. Okolicznościowy.
W stylu trochę podobny do tego, które pisała dawniej, np.: W innym
ze swych dawnych wierszy, "Pochwała złego o sobie mniemania",
zawarła fragment: Język. Cudowne narzędzie - potencjalnie potrafi doprowadzić do tego, że grupa ludzi porozumie się w skomplikowanej sprawie nawet jeśli jedni mają 30 różnych nazw na różne rodzaje śniegu, a inni w ogóle nie znają słowa "śnieg". Jest też inny język, taki, który rzeczy nieprzyjemne potrafi uczynić atrakcyjnymi albo przynajmniej możliwymi do zniesienia. Taki język unika albo przenosi odpowiedzialność. Ukrywa znaczenie, raczej niż poszerza myśl, ogranicza ją. Niedawno słyszałem, że w wewnętrznym slangu Public Relations powstał niedawno zwrot "atrocities management", który można przetłumaczyć jako "zarządzanie okrucieństwami". Nasze elity polityczne znają siłę tego języka. Mówią na przykład, że ''wzrosła pozycja międzynarodowa naszego kraju'' i niestety nie możemy ich zapytać, czy mają na myśli swoją pozycję w lidze politycznej, czy też może chodzi im o to, że pewna część ludzi, która nie wiedziała o istnieniu naszego kraju (albo gdzie jest on położony), wie teraz gdzie jest Polska i że jest to "kraj do wynajęcia". Mamy naszego profesora Miodka, który w mediach wyjaśnia, jak poprawnie powinniśmy używać naszego języka. Dowiedziałem się niedawno (nie od Miodka), że nieładnie jest mówić "iż", trzeba mówić "że". Rolą profesora Miodka nie jest jednak wystąpienie w radiu czy telewizji i powiedzenie: "Drodzy rodacy, to, co robi nasz rząd i na co my pozwalamy, ma w polskim języku swoją nazwę. Kiedy coś takiego się dzieje, to mówimy: HAŃBA." Czasem myślę, że podczas wyborów zamiast prezydenta powinniśmy wybierać Strażnika Języka, kogoś, kto miałby możliwość zapalania w górnej części ekranu telewizora czerwonej lampki ilekroć osoba wypowiadająca się mówiłaby "środki odstraszania" na pociski nuklearne, "pomyłkowy ostrzał" na amerykański myśliwiec kasujący dżipa z brytyjską załogą; "inteligentne pociski" na bomby niszczące fabryki mleka w proszku, "straty poboczne" na dzieci ginące, tracące kończyny lub napromieniowane zubożonym uranem lub zagłodzone poprzez sankcje. Te wszystkie frazy sprawiają, że między nami a rzeczywistością powstaje miękka warstwa, która pełni rolę zderzaka chroniącego nas przed tym, na co pozwalamy i za co jesteśmy współodpowiedzialni. Geografia Rok temu
na zlecenie National Geographic Society w ośmiu bogatych krajach Zachodu
i Meksyku przeprowadzono badanie mające stwierdzić poziom podstawowej
wiedzy geograficznej wśród młodzieży w wieku lat 18-24. USA były drugie
od końca, przed Meksykiem, a najlepiej wypadła Szwecja. Szwedzi jednak
nie musieli być orłami, biorąc pod uwagę, że: Być może stwierdzenie Ambrose Bierce'a (Amerykanina) dotyczyło kiedyś tylko Amerykanów, ale teraz ta nieznajomość świata chyba się zglobalizowała. Podczas pewnego towarzyskiego spotkania usłyszałem donośny głos wyznawcy polskiej realpolitik i poprosiłem go wymienienie krajów, z którymi graniczy Irak. Po krótkim wahaniu zaczął od Izraela. Media Gdy w tzw.
demokracjach parlamentarnych politycy wchodzą na mównice, oznajmiając
o kolejnej misji wyzwoleńczej "naszego państwa", władze wszystkich
głównych instytucji społecznych ustawiają się gęsiego popierając tę
"trudną decyzję", i naprawdę nie ma znaczenia, jak by była
niemoralna, ponieważ nie znają albo nie chcą znać faktów. Następnie
opinia publiczna ogląda w telewizji gry wojenne opisywane ze znawstwem
przez "ekspertów", a po jakimś czasie - kiedy rzeczywistość
wyziera spoza zasłony stworzonego mitu - zaczynają pojawiać się informacje
niepokojące opinię publiczną. Poparcie dla działań wyzwoleńczych zaczyna
spadać wtedy, kiedy opinia publiczna zaczyna uświadamiać sobie koszty,
które ponosi. Co więcej, przykład amerykański pokazuje, że w społeczeństwach
"wysoko rozwiniętych" - wbrew temu, co te społeczeństwa myślą
o sobie - najgorzej na notowania polityczne wpływają nie koszty ludzkie,
ale finansowe (można było to zobaczyć patrząc na wyniki badań opinii
w USA dzień po ogłoszeniu przez Busha, że na Irak będzie potrzebował
dodatkowych 87 mld dolarów). W naszym parlamencie pytania posłów do
Szmajdzińskiego również dotyczyły "kosztów operacji" oraz
wyrażały obawę, czy wycieczka do Iraku nie osłabi "bezpieczeństwa
Państwa". Kiedy kraj szykuje się do wojny, zgoda lub pasywna niezgoda rządzonych jest smarem, który zwilża tryby maszyny wojennej. System produkcji śmierci w krajach "demokratycznych" nie wymaga całkowitej zgody rządzonych - cisza jest wystarczającą formą kooperacji. Pasywność i przekonanie, że "lepiej się do tego nie mieszać" całkowicie wystarcza do tego, by pociski wystartowały, bomby eksplodowały, a ludzie umierali. Przynajmniej od czasu Goebbelsa sztuka public relations (po polsku propaganda) posiadła bardzo wartościową lekcję - wielkie kłamstwa mogą się udać, mogą długo spełniać swoją rolę, nawet pomimo okazjonalnych wycieków prawdziwych informacji. Wielkie kłamstwo może nie tylko przetrwać pomimo istnienia dowodów, że prawda wygląda zupełnie inaczej, ale co więcej czasem udaje się na długo utrwalić "patriotyczną" kliszę po prostu poprzez ciągły proces powtarzania tych samych słów, zdań, melodii. Bez mediów służących jako instrumenty powiększania echa nie byłoby to tak łatwe. Ale media potrafią robić nawet rzeczy niemożliwe. Jeszcze parę miesięcy temu, kiedy medialne bębny wzywały do wojny, BBC nadawało i nagłaśniało wszystkie informacje wychodzące z Downing Street, a jej komentatorzy "debatowali" nad nimi, legitymizowali działania Blaira i mówili, że będzie miał "łagodzący wpływ" na Busha. To właśnie czołowy komentator polityczny BBC Andrew Marr, rozradowany tryumfem koalicji powiedział, że Blair "deklarował, że wezmą Bagdad bez wielkiego rozlewu krwi i w końcu Irakijczycy będą świętować. I w obu przypadkach ostatecznie dowiódł, że miał rację." Tymczasem ostatnio zorientowałem się ze zdumieniem, że po aferze z doktorem Kelly BBC jest prezentowana w naszych publikatorach jako wróg Blaira, i jednocześnie jako medium prawie antywojenne. Wśród polskich tuzów medialnych krytyka ataku i okupacji Iraku nie osiąga nawet poziomu BBC - najczęściej jest to skarga pt. "uważam, że decyzja była słuszna, ale za mało wytargowaliśmy". I znów, gdyby politycy zamienili się z dziennikarzami, Co więcej, w momencie gdy Bush zmiękł i poprosił świat i ONZ o wojsko i pieniądze na odbudowę Iraku, który sam zbombardował, nagle okazało się, że media jak jeden mąż popierają ten pomysł i twierdzą, że ONZ jest oczywiście najlepiej przygotowana do zapewnienia pokoju w Iraku. Czy ONZ budowała pokój w Iraku przez 12 lat, kiedy działając sprzecznie ze własnym statutem i prawem międzynarodowym utrzymywała sankcje, które po pierwszej wojnie w Iraku doprowadziły do śmierci co najmniej pół miliona ludzi, w większości dzieci? Dennis Halliday, były Asystent Sekretarza Generalnego Narodów Zjednoczonych, wysłannik ONZ do Iraku, który zrezygnował z funkcji w proteście przeciwko blokadzie Iraku w latach 90-tych, nazwał to ludobójstwem. Czy ONZ może posiadać mandat "budowniczego pokoju", jeśli nie potrafi głośno się przyznać i powiedzieć przepraszam? CNN, BBC,
Gazeta Wyborcza czy Rzeczpospolita były nie tyle obserwatorami, co uczestnikami
wojny. Przemoc....
Tego samego
dnia, kiedy nasze władze czciły pamięć ofiar 11 września, polscy górnicy
starli się z polską policją. Starli się, ponieważ nauczeni doświadczeniem
(które zawsze jest najlepszym nauczycielem) jakoś nie wierzą, że pozwalając
zamknąć kopalnie będą mogli spokojnie myśleć o utrzymaniu swoich rodzin.
Przyjechał do nich garnitur z kartką z napisem "brak rentowności".
Nikt nie usiadł z nimi i nie mówił prostymi słowami, że może warto zostawić
trochę węgla dla naszych potomków, że jego spalanie nie robi najlepiej
na nasze zdrowie, bo przecież te argumenty nie mają nic wspólnego z
rentownością. Nikt im próbował ich zapewnić, że wyjeżdżając na powierzchnię
będą mieli szansę na uczciwą pracę, że będą na przykład mogli produkować
czystszą energię albo budować domy, które zużywają jej mniej - nie,
wszystkie takie rzeczy są teraz "nierentowne". Sorry górnicy,
ale garnitury zdecydowały, że rentowność wyprawy do Iraku jest zdecydowanie
wyższa. Że byli
gwałtowni? Nie będę mówił za nich, ale gdybym był górnikiem i miał dzieci
na utrzymaniu i gdybym ciągle słyszał, że "nie ma pieniędzy w budżecie"
i gdybym się dowiedział, że na nasze wojska w Iraku wydamy w tym roku
135 mln zł, a w przyszłym przynajmniej 300, to mój poziom wściekłości
byłby z pewnością podobny. Ale tak
naprawdę nie o to chodzi. Tymczasem
w Iraku... ...
i przemoc masowego rażenia Minister
Szmajdziński podczas wystąpienia w Sejmie powiedział, że ''Irak miał
broń masowego rażenia i nikt w społeczności międzynarodowej tego nie
kwestionuje''. Nie słyszałem, żeby któryś z posłów zapytał ministra,
co rozumie pod pojęciem "społeczność międzynarodowa". Co musiałoby
się stać, żeby nasi politycy stwierdzili, że "społeczność międzynarodowa
zakwestionowała"? Chyba dopiero przesłuchanie przed Międzynarodowym
Trybunałem Karnym. Tak więc
w imię walki o demokrację i zagrożenie ze strony broni masowego rażenia
zamieniono Irak w jedną wielką dyskotekę na Bali, a corpus delicti -
czyli broni masowego rażenia - nie znaleziono. Tymczasem broń mniej
lub bardziej masowego rażenia jest dostępna znacznie bliżej niż w Iraku.
W tym roku
targi też były. Mark Steel z The Independent napisał, że wcześniejsze
reklamówki prezentowały targi w stylu, który kojarzyć się powinien z
Saddamem nadającym reklamy radiowe typu: "Szybko, szybko, pędź
do budynku M25, gdzie mamy dla Ciebie Szalonego Wąglika. Gaz paraliżujący
19.99 funta za kanister; zabójcze grzyby 5.99 funta za litr; programy
broni nuklearnej z łatwymi schematami płatności, nieoprocentowane przez
pierwsze 6 miesięcy." Jedna trzecia
rządów tej planety została zaproszona. Podobno przed targami panowało
duże podniecenie możliwością zawarcia kontraktów z Turcją, Syrią czy
Indonezją. Angola, Zimbabwe, Namibia i Uganda - wszystkie zaangażowane
w wojnę w Kongo - też były. Indie i Pakistan też, a jakże. Myślę, że
wewnątrz tego biznesu musi istnieć jakaś nagroda za sprzedaż tego samego
towaru obu walczącym stronom. Powrót
na nasz grunt. My też walczymy o pokój i demokrację, a nasze oddziały
będą chronić nasze organizacje humanitarne. "Rząd będzie pomagał
w rozwoju Iraku i utrzymaniu stabilności regionu." Oto fragment
stenogramu z tego posiedzenia: To się
zgadza. Broń jest drugim najbardziej zyskownym biznesem na Ziemi (po
narkotykach). Kiedy uzbrojone kraje zaczynają walczyć, można zarobić
jeszcze lepiej. A jak dyplomacja dobrze się sprawuje, to potem nasze
firmy mogą dostać kontrakty na odbudowę. Jeśli działa się w tak rentownym
sektorze jak Szarawarski, to w przeciwieństwie do tych 8 górników używających
przemocy, można liczyć na bezpieczną przyszłość. A nawet na order od
prezydenta. Oczywiście żaden demokratyczny kraj nie sprzedaje swej broni "w celu stosowania represji". Nasze czołgi są zapewne sprzedawane w celu bardziej wydajnego wałkowania ciasta. Kiedy wychodzi na jaw, że czołgi jednak wałkują ludzi, rząd i producenci mówią "ale oni przyrzekli, że nie będą". Tak jakbyśmy sprzedawali zaostrzone pale Jeremiemu Wiśniowieckiemu i Chmielnickiemu, a potem mówili: "ale my nie wiedzieliśmy, że oni będą wsadzać na nich ludzi." Kampania Przeciwko Handlowi Bronią nagłośniła londyńskie targi w tym roku i zapowiedziała dostarczenie kartonowego czołgu, licząc na to, że jeśli etyczni producenci broni są faktycznie etyczni, to złożą zamówienia na kolejne 300 sztuk. Mark Steel napisał, że wyobraża sobie rzecznika prasowego targów wypowiadającego się w ten sposób: "Mam obawy, że ta demonstracja przeciwko używaniu zubożonego uranu może prowadzić do eskalacji przemocy." Zmiana Nasza klasa
polityczna kopie wytrwale dalej, jakby nie widziała, że siedzi już w
głębokiej dziurze. Jeszcze niedawno opierała wszystkie swoje deklaracje
na materiale dowodowym składającym się z plagiatów prac studenckich,
które w sądzie nie wystarczyłyby do skazania za posiadanie paczki skrętów.
Teraz twierdzi, że Irakijczycy jednak nie są gotowi do demokracji, ponieważ
Rumsfeld tak powiedział - czy nikt nie zwrócił uwagi, że Husajn miał
identyczne zdanie w tej kwestii? Pytaniami dnia są teraz wymagania związane
z okupacją, a raczej z rekolonizacją. Mówiąc wprost, "nasi chłopcy"
będą umierać w jednym celu: żeby nie dopuścić za szybko do demokratycznych
wyborów, ponieważ jakikolwiek demokratycznie wybrany rząd wstrzymałby
wyprzedaż irackiej ropy kumplom Cheneya. Ponieważ okazuje się, że plan
realizowany przez Wielką Ropę wymaga większej ilości żołnierzy niż zakładano,
nasi politycy i dziennikarze zastanawiają się nie nad tym, czy wysłać
nowych żołnierzy, ale ilu wysłać. Kolejnym krokiem naszej klasy politycznej,
uczynionym w ramach modernizacji naszych struktur dowódczych, powinno
być nagranie w centralce Ministerstwa Obrony komunikatu powitalnego
takiej mniej więcej treści: "Tutaj Ministerstwo Obrony Narodowej. Jeśli dzwonisz z Pentagonu, wciśnij 1 i podaj tonowo liczbę zamawianych żołnierzy. Jeśli chcesz kupić od nas broń po promocyjnej cenie wciśnij 2. Jeśli jesteś dziennikarzem i chcesz otrzymać oświadczenie w sprawie strat pobocznych w Iraku, naciśnij 3. Jeśli jesteś naszym sojusznikiem i potrzebujesz naszego udziału w tworzonej przez siebie koalicji, naciśnij 0 i poczekaj na zgłoszenie operatora." I stało się to, co się stać musiało - "koalicji" udało się osiągnąć to, czego nie potrafił dokonać żaden Bin Laden ani Husajn. Mieszanka brutalności i głupoty wytworzyła zaczyn, który poza Irakiem jednoczy tych Arabów, którzy jeszcze niedawno byli sobie wrogami, a wewnątrz niego napędza uczucie bezsilności i agresję wszystkich przeciw wszystkim. Im więcej Irakijczycy będą się dowiadywać o skutkach wojny i kradzieży ich dziedzictwa w ramach okupacji, tym bardziej będą przekonani, że zemsta jest tym, co się należy ludziom, którzy zatruwają ich ziemię uranem, używają napalmu oraz strzelają przez pomyłkę do samochodu wiozącego matkę z dziećmi. Zapytajcie sami siebie, ilu z Was nie myślałoby podobnie w tej sytuacji. A jeśli nie potraficie tego poczuć, idźcie do waszych ojców i dziadów, matek i babek, i spytajcie się, jaką siłę może mieć takie uczucie. Niektórzy
dziennikarze i politycy lubią czasem kontratakować pytając: "A
co w takim razie powinniśmy teraz zrobić?", w ten sposób odrzucając
stworzone przez siebie gnijące jajo w stronę tych, którzy wcale go nie
znosili. Skąd takie pytanie? Czyżby żaden strateg i ekspert nie brał
pod uwagę tego, co się teraz wydarza? Czemu nikt nie słuchał takich
ludzi jak Halliday, który mówił, że Irakijczycy nie chcą Saddama, ale
nie chcą też być zabijani i okradani, że to nie jest ich "pierwszy
raz", że są ludźmi dumnymi ze swej historii i że będą walczyć z
każdym okupantem. W głowach elit nie postała myśl, że piękne złote jajo
może zgnić, i to zgnić tak szybko. Uważamy
ten kodeks postępowania za sensowny w przypadku jednostki, ale ci, którzy
rządzą całym społeczeństwem uważają, że ich nie dotyczy, ponieważ oni
są "mężami stanu". Czy potrafimy ich przekonać, że jednak
dotyczy? I drugie proste pytanie - gdyby to Irak był na naszym miejscu,
pomagając USA czy komukolwiek innemu w wyzwalaniu Polski, czy uważalibyśmy,
że należy nam się "pomoc rozwojowa", czy reparacje wojenne?
Oto odpowiedź. 14 lat Jeśli rzeczywiście naszym obowiązkiem jest wyzwalanie u boku Busha i Blaira ludzi uciskanych przez zbrodnicze reżimy, nie ma powodu, żeby zakończyć całą sprawę na Iraku. Czyż mając świadomość tego, jak wygląda sytuacja ludzi w Arabii Saudyjskiej (która pod względem łamania praw człowieka dorównuje Saddamowi), Turcji (która traktuje Kurdów dużo gorzej niż Saddam), Kolumbii (gdzie taktyka wypalonej ziemi oraz działania szwadronów śmierci są obecnie nieporównywalne z niczym na Ziemi) czy Izraelu (który prowadzi polityczną grę dokonując cały czas etnicznej czystki) nie powinniśmy żądać wysłania wojsk i wyzwolenia również tych krajów? Dla czarnoksiężników produkujących zaklęcia i tych, którzy zbierają słowa z ich ust, to pytanie jest "idiotyczne". Ale nie jest "idiotyczne" dlatego, że "nie można grać na wielu frontach" albo dlatego, że "nie mamy na to pieniędzy", bo przecież na okupację Iraku też nie mamy. Jest "idiotyczne" przede wszystkim dlatego, że te kraje znajdują się pod kontrolą Imperatora (czyli po tej samej stronie co my), a wobec tego domaganie się od nich czegokolwiek jest "idiotyczne". I żadne "wyzwolenie" nie grozi tym krajom, choć więzi się tam niewinnych ludzi, dokonują się tam masowe mordy, gwałty, ścina się głowy i rozjeżdża czołgami. Nie grozi im, bo tak naprawdę w "wyzwolenie" nie wierzą nawet ci ludzie, którzy powtarzają stereotypy mediów. "Wyzwolenie i cywilizacja" jest frazą, której powtarzanie sprawia, że możemy mieć w nocy spokojne sny, wierząc, że mamy rację i nam się ten horror na pewno nie przytrafi. 14 lat temu Irakijczycy też myśleli, że są bezpieczni. Ich wódz ściskał się z wysłannikami "ojczyzny demokracji", a "kraje cywilizowane" oferowały im najnowsze "środki odstraszania". W zamian za to ich "chłopcy" od czasu do czasu mordowali trochę irańskich "chłopców", co zapewniało "stabilność w regionie". Myślę, że pomimo tyranii panującej w ich kraju ta sytuacja zapewne dawała im przynajmniej poczucie bezpieczeństwa z zewnątrz. Myślę też, że jacyś iraccy politycy mówili do nich, że "jesteśmy znaczącym partnerem" i że ''wzrasta pozycja międzynarodowa naszego kraju''. 14 lat temu życie Irakijczyków nie było ani łatwe ani wolne, ale większość z nich zasypiała wieczorem nie bojąc się o to, że w nocy ich dom zamieni się w kupę gruzu a ich dzieci będą umierać na ich rękach. 14 lat temu. Spokojnych
snów |
|
tgtgtttttttttttttttzzttt| główna | zapowiedzi | linki | historia | relacje | kontakt | poradnik - pobór stop | |
|