PEJZAŻ POLSKI Z IRAKIEM W TLE

Myślę, że każdemu czasami przydarza się taka sytuacja, że nagle, jakby w wyniku osiągnięcia jakiejś masy krytycznej, zdarzenia albo pojęcia niepowiązane bezpośrednio łączą się nagle ze sobą, dając nam coś w rodzaju wrażenia całości - skończonego obrazu. Znajomy malarz niedawno opowiadał mi o swoim obrazie, z ilu przenikających elementów się składa; mówił też, że często podchodzi do płótna i nie może "tego" złapać, aż pewnego dnia nawiedza go wizja, w której wszystkie elementy ukazują się mu na swoich miejscach.
Chyba coś podobnego przytrafiło się i mnie, a katalizatorem były wydarzenia ostatniej rocznicy zamachu 11 września.

Tego dnia najpierw usłyszałem w radiu o marszu górników i o tym, ze przestał być marszem pokojowym. Potem dowiedziałem się, że minister Szmajdziński wystąpił w Sejmie, gdzie m.in. stwierdził, że Irak to ''niepowtarzalny poligon, z którym mamy do czynienia''. Słysząc to moja siostra zapytała: "Poligon? Ale przed czym?"
Wieczorem przy kolacji żona powiedziała mi, że w mieście Gdyni odbyła się ceremonia będąca protestem "przeciwko nietolerancji, przemocy i ogólnoświatowemu terroryzmowi", przy tablicy pamiątkowej wbudowanej z okazji pierwszej rocznicy ataku na WTC. Potem usłyszałem chyba w radiu, że Sejm RP również uczcił kolejną rocznicę specjalnym oświadczeniem. Pobiegłem szybko do komputera chcąc przekonać się jakie rozmiary i jaki charakter przybrał obchody tego dnia i dowiedziałem się, że praktycznie w każdym większym mieście coś się działo, a noblistka Szymborska napisała nawet wiersz z tej okazji.

I kiedy już zasypiałem przyszło mi do głowy pytanie: czy komuś z tych Polaków, którzy czcili pamięć tych 3 tysięcy ludzi, którzy nie zginęli z naszej ręki, przyszło do głowy, że od 11 września 2001 stali się współwinnymi śmierci blisko 40 tysięcy?

Mniej więcej wtedy, gdy o tym myślałem, jedni Amerykanie zabili 10 irackich policjantów, którzy wcześniej zostali wyszkoleni przez innych Amerykanów i którzy ścigali bandytów. Tragiczne nieporozumienie. Policjanci próbowali je wyjaśnić przez 45 minut, podczas których ginęli jeden po drugim.

Sojusz ponad podziałami

"Jeśli oni to robią, to jest to terroryzm. Jeśli my to robimy, to jest to walka o wolność."
- Anthony Quainton, amerykański ambasador w Nikaragui, zapytany poza protokołem przez 11 obywateli amerykańskich o wyjaśnienie różnicy pomiędzy działaniami USA w Nikaragui i przemocą potępianą przez rząd USA jako terroryzm

Irak to nie tylko wojna daleko od naszego kraju. Irak stał się dla nas papierkiem lakmusowym, który umożliwił zdobycie dowodu na to, że nasza prawica i nasza lewica nie są dwiema częściami sceny politycznej, ale - podobnie jak to jest w USA - dwoma częściami tej samej partii. Nawet tzw. partie radykalne tym razem uznały, że nie należy zbytnio "podskakiwać"- Lepper nie zorganizował blokad lotnisk wojskowych, a LPR nie wezwała do marszów w obrony niepodległości kraju, jak to czyni wtedy, gdy naszej niepodległości zagraża Europa. Elity prawicowe i lewicowe nagle odrzuciły wzajemne animozje i odkryły, jak wiele je łączy - zwarły więc szereg i przycisnęły swoje medialne guziki. Czasem nie mogłem uwierzyć, gdy dowiadywałem się, że prawie te same słowa pojawiają się w Trybunie, Wyborczej, Wprost, Polityce, Nowym Państwie, nawet katolickiej Opoce (jedynymi wyjątkami wśród poczytniejszych tytułów były NIE i Nasz Dziennik). Obie strony prześcigały się w uzasadnianiu naszych powinności, zobowiązań oraz korzyści.

Większość obrońców prawdy zapadła się pod ziemię - cicho siedzieli zarówno odkrywcy Jedwabnego jak i tropiący zbrodnie komuny, choć przecież rzecz działa się na ich oczach, nie ileś lat wstecz. Błąd - niektórzy nawet nie siedzieli cicho, tylko wręcz nawoływali do stanięcia po stronie "cywilizacji". Postkomuniści z przyległościami nagle uznali, że w przymierzu z Bushem używającym retoryki chrześcijańskich krucjat nie ma nic złego i na dodatek wykazali zadziwiającą subordynację w tej kwestii. Prawica nagle zapomniała o swej ciągle podnoszonej walce o suwerenność uznając, że jednak istnieje imperator, któremu winni są pokłon; uznała też, że "wartości katolickie" w tym wypadku nie mają zastosowania. Myślę, że nawet szeregowi zwolennicy obu nurtów, przyzwyczajeni do walki z komuchem/solidaruchem, nie bardzo potrafili się odnaleźć w sytuacji tak nagłej zgody.

Dzięki czemu doszło do zgody?
Pytanie trochę retoryczne, bo przecież w głębi serca i umysłu większość ludzi zamieszkujących ten kraj zawsze była przekonana, że interesy obu stron są u swych podstaw identyczne, podobnie jak ich ideologie, niezależnie od całej warstwy symbolicznej i ideologicznej. Tą wspólną cechą jest podziw dla nagiej siły. Ale mimo wszystko jest różnica pomiędzy przekonaniem, a patrzeniem na wyraźny dowód. Co więcej, zapewne ku zaskoczeniu postmodernistów, amerykańskim neokonserwatystom udało się osiągnąć postmodernistyczną mieszankę, która jest atrakcyjna dla obu stron. Marks powiedział, że religia to opium dla ludu, a Leo Strauss, ojciec duchowy neokonserwatywnej formacji, przekonał swoich uczniów, że ludzie potrzebują tego opium (podobnie jak potrzebują zagrożenia zewnętrznego, żeby mogli być rządzeni). Dzisiejsza tzw. amerykańska skrajna prawica to w dużej części potomkowie intelektualistów żydowskich, którzy w latach 20tych i 30tych byli trockistami, a następnie "dojrzeli", najpierw wspierając McCarthy'ego, a później Reagana. Każdy może więc znaleźć w najnowszym programie Waszyngtonu coś dla siebie - z jednej strony jest "wolny rynek" i "wartości chrześcijańskie", a drugiej militarny interwencjonizm i dotacje dla każdego, kto jest w stanie dokonać odpowiedniej wpłaty na kampanię wyborczą. A wszystko razem przypomina nie tyle wojnę z wrogiem, co raczej wyprawę ewangelizacyjną. Jak napisała Simone Weil - "kiedy zło ma nas w swojej mocy, nie odczuwamy go jako zła, ale jako konieczność, nawet obowiązek".

Jestem gotów się założyć, że gdyby jakieś biuro badania opinii społecznej zrobiło test polegający na czytaniu fragmentów wypowiedzi elit i pytaniu o to, która strona jest ich autorem, okazałoby się, że my, czyli społeczeństwo, nie umiemy już rozróżnić naszej prawicy od lewicy. Czy gdybyście usłyszeli słowa polityka cytującego Glempa w obronie przed zarzutami o niemoralność, pomyślelibyście, że to Szmajdziński, a nie Kaczyński albo Tusk?

Co 4 lata mamy możliwość wyboru, który gang piratów będzie nas okradał. Ale są takie chwile, jak na przykład możliwość abordażu na inny okręt, w których wszystkie grupy piratów jednoczą się pod jednym sztandarem. Czasem można ten moment rozpoznać, bo często wtedy słychać o "podstawowej racji stanu".

Język
Trenujemy młodych mężczyzn, aby zrzucali na ludzi ogień. Ale ich dowódcy nie zezwolą im napisać "fuck" na swoich samolotach, ponieważ to jest obsceniczne!
Pułkownik Kurtz, Czas Apokalipsy

Pani Szymborska napisała wiersz z okazji drugiej rocznicy 11 września. Okolicznościowy. W stylu trochę podobny do tego, które pisała dawniej, np.:
"Nie znam mowy ludu Turkmenii
myślę tylko, że słowo Październik
znaczy tyle co woda źródlana
pragnącemu z miłością podana".

W innym ze swych dawnych wierszy, "Pochwała złego o sobie mniemania", zawarła fragment:
"Nic bardziej zwierzęcego
niż czyste sumienie".
Czyż Cheney i Rumsfeld nie powinni każdego wieczoru powtarzać tego jako koanu na dobry sen? Na niektórych zawsze można liczyć.

Język. Cudowne narzędzie - potencjalnie potrafi doprowadzić do tego, że grupa ludzi porozumie się w skomplikowanej sprawie nawet jeśli jedni mają 30 różnych nazw na różne rodzaje śniegu, a inni w ogóle nie znają słowa "śnieg". Jest też inny język, taki, który rzeczy nieprzyjemne potrafi uczynić atrakcyjnymi albo przynajmniej możliwymi do zniesienia. Taki język unika albo przenosi odpowiedzialność. Ukrywa znaczenie, raczej niż poszerza myśl, ogranicza ją. Niedawno słyszałem, że w wewnętrznym slangu Public Relations powstał niedawno zwrot "atrocities management", który można przetłumaczyć jako "zarządzanie okrucieństwami".

Nasze elity polityczne znają siłę tego języka. Mówią na przykład, że ''wzrosła pozycja międzynarodowa naszego kraju'' i niestety nie możemy ich zapytać, czy mają na myśli swoją pozycję w lidze politycznej, czy też może chodzi im o to, że pewna część ludzi, która nie wiedziała o istnieniu naszego kraju (albo gdzie jest on położony), wie teraz gdzie jest Polska i że jest to "kraj do wynajęcia".

Mamy naszego profesora Miodka, który w mediach wyjaśnia, jak poprawnie powinniśmy używać naszego języka. Dowiedziałem się niedawno (nie od Miodka), że nieładnie jest mówić "iż", trzeba mówić "że". Rolą profesora Miodka nie jest jednak wystąpienie w radiu czy telewizji i powiedzenie: "Drodzy rodacy, to, co robi nasz rząd i na co my pozwalamy, ma w polskim języku swoją nazwę. Kiedy coś takiego się dzieje, to mówimy: HAŃBA." Czasem myślę, że podczas wyborów zamiast prezydenta powinniśmy wybierać Strażnika Języka, kogoś, kto miałby możliwość zapalania w górnej części ekranu telewizora czerwonej lampki ilekroć osoba wypowiadająca się mówiłaby "środki odstraszania" na pociski nuklearne, "pomyłkowy ostrzał" na amerykański myśliwiec kasujący dżipa z brytyjską załogą; "inteligentne pociski" na bomby niszczące fabryki mleka w proszku, "straty poboczne" na dzieci ginące, tracące kończyny lub napromieniowane zubożonym uranem lub zagłodzone poprzez sankcje. Te wszystkie frazy sprawiają, że między nami a rzeczywistością powstaje miękka warstwa, która pełni rolę zderzaka chroniącego nas przed tym, na co pozwalamy i za co jesteśmy współodpowiedzialni.

Geografia
Wojna jest sposobem Boga na nauczenie Amerykanów geografii
- Ambrose Bierce

Rok temu na zlecenie National Geographic Society w ośmiu bogatych krajach Zachodu i Meksyku przeprowadzono badanie mające stwierdzić poziom podstawowej wiedzy geograficznej wśród młodzieży w wieku lat 18-24. USA były drugie od końca, przed Meksykiem, a najlepiej wypadła Szwecja. Szwedzi jednak nie musieli być orłami, biorąc pod uwagę, że:
- 11% młodych mieszkańców USA nie potrafiło pokazać swego kraju na mapie świata
- położenie Pacyfiku było tajemnicą dla 29% młodych Amerykanów, Japonii dla 58%, Francji dla 65%, a Wielkiej Brytanii dla 69%
- pomimo tego, że media prawie codzienne donosiły o zagrożeniu ze strony Iraku oraz zamachach bombowych w Izraelu, mniej niż 15% potrafiło odnaleźć na mapie którykolwiek z tych krajów

Być może stwierdzenie Ambrose Bierce'a (Amerykanina) dotyczyło kiedyś tylko Amerykanów, ale teraz ta nieznajomość świata chyba się zglobalizowała. Podczas pewnego towarzyskiego spotkania usłyszałem donośny głos wyznawcy polskiej realpolitik i poprosiłem go wymienienie krajów, z którymi graniczy Irak. Po krótkim wahaniu zaczął od Izraela.

Media
Kiedy massmedia w innych krajach służba jako megafony dla retoryki ich rządów, rezultatem jest śmiechu warta propaganda. Kiedy massmedia w naszym kraju służą jako megafony dla retoryki rządu amerykańskiego, rezultatem jest odpowiedzialne dziennikarstwo.
- Norman Solomon


Pamiętam, jak jeszcze przed wojną w Iraku oglądałem film pokazujący historię wydarzeń prowadzących do ostatniego zniszczenia Afganistanu. Pewien brytyjski dziennikarz zwrócił uwagę, że nie można powiedzieć, że media zawsze milczą zawsze na temat prawdziwych przyczyn i skutków wojny. Mówią o nich, tyle że dopiero wtedy gdy inwazja została dokonana, ludzie zginęli, nowe bazy wojskowe zbudowane i "pozycje zabezpieczone". Z punktu widzenia interesu mediów taka sytuacja jest nawet lepsza - najpierw mają "telegeniczną" wojnę, następnie okazuje się, że ktoś sfałszował jakiś raport, komuś zamknięto usta - czyli kolejna sensacja, choć tym razem mniejszego kalibru, a przez następne lata można powoli produkować materiały odsłaniające kulisy całego oszustwa.

Gdy w tzw. demokracjach parlamentarnych politycy wchodzą na mównice, oznajmiając o kolejnej misji wyzwoleńczej "naszego państwa", władze wszystkich głównych instytucji społecznych ustawiają się gęsiego popierając tę "trudną decyzję", i naprawdę nie ma znaczenia, jak by była niemoralna, ponieważ nie znają albo nie chcą znać faktów. Następnie opinia publiczna ogląda w telewizji gry wojenne opisywane ze znawstwem przez "ekspertów", a po jakimś czasie - kiedy rzeczywistość wyziera spoza zasłony stworzonego mitu - zaczynają pojawiać się informacje niepokojące opinię publiczną. Poparcie dla działań wyzwoleńczych zaczyna spadać wtedy, kiedy opinia publiczna zaczyna uświadamiać sobie koszty, które ponosi. Co więcej, przykład amerykański pokazuje, że w społeczeństwach "wysoko rozwiniętych" - wbrew temu, co te społeczeństwa myślą o sobie - najgorzej na notowania polityczne wpływają nie koszty ludzkie, ale finansowe (można było to zobaczyć patrząc na wyniki badań opinii w USA dzień po ogłoszeniu przez Busha, że na Irak będzie potrzebował dodatkowych 87 mld dolarów). W naszym parlamencie pytania posłów do Szmajdzińskiego również dotyczyły "kosztów operacji" oraz wyrażały obawę, czy wycieczka do Iraku nie osłabi "bezpieczeństwa Państwa".

Kiedy kraj szykuje się do wojny, zgoda lub pasywna niezgoda rządzonych jest smarem, który zwilża tryby maszyny wojennej. System produkcji śmierci w krajach "demokratycznych" nie wymaga całkowitej zgody rządzonych - cisza jest wystarczającą formą kooperacji. Pasywność i przekonanie, że "lepiej się do tego nie mieszać" całkowicie wystarcza do tego, by pociski wystartowały, bomby eksplodowały, a ludzie umierali. Przynajmniej od czasu Goebbelsa sztuka public relations (po polsku propaganda) posiadła bardzo wartościową lekcję - wielkie kłamstwa mogą się udać, mogą długo spełniać swoją rolę, nawet pomimo okazjonalnych wycieków prawdziwych informacji. Wielkie kłamstwo może nie tylko przetrwać pomimo istnienia dowodów, że prawda wygląda zupełnie inaczej, ale co więcej czasem udaje się na długo utrwalić "patriotyczną" kliszę po prostu poprzez ciągły proces powtarzania tych samych słów, zdań, melodii. Bez mediów służących jako instrumenty powiększania echa nie byłoby to tak łatwe.

Ale media potrafią robić nawet rzeczy niemożliwe. Jeszcze parę miesięcy temu, kiedy medialne bębny wzywały do wojny, BBC nadawało i nagłaśniało wszystkie informacje wychodzące z Downing Street, a jej komentatorzy "debatowali" nad nimi, legitymizowali działania Blaira i mówili, że będzie miał "łagodzący wpływ" na Busha. To właśnie czołowy komentator polityczny BBC Andrew Marr, rozradowany tryumfem koalicji powiedział, że Blair "deklarował, że wezmą Bagdad bez wielkiego rozlewu krwi i w końcu Irakijczycy będą świętować. I w obu przypadkach ostatecznie dowiódł, że miał rację." Tymczasem ostatnio zorientowałem się ze zdumieniem, że po aferze z doktorem Kelly BBC jest prezentowana w naszych publikatorach jako wróg Blaira, i jednocześnie jako medium prawie antywojenne. Wśród polskich tuzów medialnych krytyka ataku i okupacji Iraku nie osiąga nawet poziomu BBC - najczęściej jest to skarga pt. "uważam, że decyzja była słuszna, ale za mało wytargowaliśmy". I znów, gdyby politycy zamienili się z dziennikarzami,

Co więcej, w momencie gdy Bush zmiękł i poprosił świat i ONZ o wojsko i pieniądze na odbudowę Iraku, który sam zbombardował, nagle okazało się, że media jak jeden mąż popierają ten pomysł i twierdzą, że ONZ jest oczywiście najlepiej przygotowana do zapewnienia pokoju w Iraku. Czy ONZ budowała pokój w Iraku przez 12 lat, kiedy działając sprzecznie ze własnym statutem i prawem międzynarodowym utrzymywała sankcje, które po pierwszej wojnie w Iraku doprowadziły do śmierci co najmniej pół miliona ludzi, w większości dzieci? Dennis Halliday, były Asystent Sekretarza Generalnego Narodów Zjednoczonych, wysłannik ONZ do Iraku, który zrezygnował z funkcji w proteście przeciwko blokadzie Iraku w latach 90-tych, nazwał to ludobójstwem. Czy ONZ może posiadać mandat "budowniczego pokoju", jeśli nie potrafi głośno się przyznać i powiedzieć przepraszam?

CNN, BBC, Gazeta Wyborcza czy Rzeczpospolita były nie tyle obserwatorami, co uczestnikami wojny.
Niedawno miałem taką fantazję, że Adam Michnik jest wybrany na prezydenta, ale odmawia przyjęcia tej funkcji, ponieważ nie chce zrezygnować z władzy.

Przemoc....
Od czasu, gdy Kissinger dostał nagrodę Nobla, satyra polityczna straciła rację bytu.
- zasłyszane

Tego samego dnia, kiedy nasze władze czciły pamięć ofiar 11 września, polscy górnicy starli się z polską policją. Starli się, ponieważ nauczeni doświadczeniem (które zawsze jest najlepszym nauczycielem) jakoś nie wierzą, że pozwalając zamknąć kopalnie będą mogli spokojnie myśleć o utrzymaniu swoich rodzin. Przyjechał do nich garnitur z kartką z napisem "brak rentowności". Nikt nie usiadł z nimi i nie mówił prostymi słowami, że może warto zostawić trochę węgla dla naszych potomków, że jego spalanie nie robi najlepiej na nasze zdrowie, bo przecież te argumenty nie mają nic wspólnego z rentownością. Nikt im próbował ich zapewnić, że wyjeżdżając na powierzchnię będą mieli szansę na uczciwą pracę, że będą na przykład mogli produkować czystszą energię albo budować domy, które zużywają jej mniej - nie, wszystkie takie rzeczy są teraz "nierentowne". Sorry górnicy, ale garnitury zdecydowały, że rentowność wyprawy do Iraku jest zdecydowanie wyższa.

Że byli gwałtowni? Nie będę mówił za nich, ale gdybym był górnikiem i miał dzieci na utrzymaniu i gdybym ciągle słyszał, że "nie ma pieniędzy w budżecie" i gdybym się dowiedział, że na nasze wojska w Iraku wydamy w tym roku 135 mln zł, a w przyszłym przynajmniej 300, to mój poziom wściekłości byłby z pewnością podobny.

Ale tak naprawdę nie o to chodzi.
"Rzecznik podał, że zarzuty otrzymało ośmiu zatrzymanych w czwartek manifestantów. (...)Podejrzanym o czynną napaść na funkcjonariuszy grozi nawet 10 lat więzienia." "Zniszczenie mienia" i "czynna napaść na funkcjonariusza" = 10 lat.

Tymczasem w Iraku...
Zniszczono lub rozkradziono mienie znaczące początki tej cywilizacji, której my teraz podobno bronimy. Zginęło około 8 tysięcy cywili i 30 tysięcy irackich żołnierzy, w większości młodzież z poboru. Największa machina wojenna na świecie, wydająca miesięcznie 5 mld dolarów, nie jest w stanie zapewnić dostaw prądu, ale za to zapewnia stały wzrost przemocy. Nie chodzi o zamachy ani nawet o bardziej zorganizowany opór przeciwko siłom okupacyjnym, czyli to wszystko, co trafia do serwisów informacyjnych, ale o to, co znika z tej narracji, czyli około 20 niewinnych Irakijczyków ginących dziennie w morderstwach rabunkowych, aktach zemsty, na punktach kontrolnych, zastrzelonych przez Amerykanów podczas demonstracji albo przez pomyłkę w drodze do domu. Nic dziwnego, że dziennikarze muszą mieć teraz specjalne pozwolenie od władz okupacyjnych, żeby dostać się do bagdadzkich szpitali - kto wie, co mogliby tam znaleźć?. Jaka jest odpowiedź wyzwolicieli na wzrost uruchomionej przez nich przemocy? Jest nią na przykład ponowne zatrudnienie przez rządzącego w Iraku Bremera nie-ludzi, którzy pracowali w Saddamowskich centrach tortur. Czy profesor Belka, będący jednym z najbliższych współpracowników Bremera, był w komitecie rekrutacyjnym?
Jeśli amerykańscy neokonserwatyści zrealizowaliby swoje fantazje samodzielnie, cały ciężar odpowiedzialności spocząłby na nich. Ale nie zrobili tego sami. Każdy polityk, który czynem lub zaniechaniem był współtwórcą takiej sytuacji, jest za nią odpowiedzialny. Również w tym kraju. Czy jeśli karta się odwróci, ktoś odpowie za to, co się stało? Jaki wyrok musiałby dostać, jeśli górnik może dostać 10 lat?

... i przemoc masowego rażenia
Z punktu widzenia gospodarki sprzedaż broni jest nieodróżnialna od sprzedaży żywności. Kiedy zawala się budynek albo rozbija się samolot, to jest to raczej niekorzystne z punktu widzenia tych, którzy znajdują się w środku, ale za to całkowicie korzystne z punktu widzenia wzrostu produktu narodowego brutto, który czasami powinien być nazywany "produkt kryminalny brutto".
- Eduardo Galeano

Minister Szmajdziński podczas wystąpienia w Sejmie powiedział, że ''Irak miał broń masowego rażenia i nikt w społeczności międzynarodowej tego nie kwestionuje''. Nie słyszałem, żeby któryś z posłów zapytał ministra, co rozumie pod pojęciem "społeczność międzynarodowa". Co musiałoby się stać, żeby nasi politycy stwierdzili, że "społeczność międzynarodowa zakwestionowała"? Chyba dopiero przesłuchanie przed Międzynarodowym Trybunałem Karnym.

Tak więc w imię walki o demokrację i zagrożenie ze strony broni masowego rażenia zamieniono Irak w jedną wielką dyskotekę na Bali, a corpus delicti - czyli broni masowego rażenia - nie znaleziono. Tymczasem broń mniej lub bardziej masowego rażenia jest dostępna znacznie bliżej niż w Iraku.
Szkoda, że noblistka nie napisała wiersza o tym, że kiedy 11 września 2001 ludzie w Nowym Jorku skakali z okien, w Londynie, jak co roku, odbywały się międzynarodowe targi broni. Nowojorski "incydent" nie zakłócił ich przebiegu, w końcu w tym biznesie 3000 to żadna liczba. Nadal kupowano, sprzedawano i reklamowano produkty naszej najlepszej myśli technicznej.

W tym roku targi też były. Mark Steel z The Independent napisał, że wcześniejsze reklamówki prezentowały targi w stylu, który kojarzyć się powinien z Saddamem nadającym reklamy radiowe typu: "Szybko, szybko, pędź do budynku M25, gdzie mamy dla Ciebie Szalonego Wąglika. Gaz paraliżujący 19.99 funta za kanister; zabójcze grzyby 5.99 funta za litr; programy broni nuklearnej z łatwymi schematami płatności, nieoprocentowane przez pierwsze 6 miesięcy."

Jedna trzecia rządów tej planety została zaproszona. Podobno przed targami panowało duże podniecenie możliwością zawarcia kontraktów z Turcją, Syrią czy Indonezją. Angola, Zimbabwe, Namibia i Uganda - wszystkie zaangażowane w wojnę w Kongo - też były. Indie i Pakistan też, a jakże. Myślę, że wewnątrz tego biznesu musi istnieć jakaś nagroda za sprzedaż tego samego towaru obu walczącym stronom.
Wiecie, jaka jest standardowa odpowiedź na zarzut handlu bronią: "jak byśmy nie produkowali i nie sprzedawali tej broni, robiliby to inni". Gdyby któryś z zamachowców z 11 września wyskoczyłby ze spadochronem i zostałby złapany, mógłby powiedzieć: "Przesadzacie, gdybyśmy to nie my porwali te samoloty i nie wbili ich w WTC, zrobiłby to ktoś inny".

Powrót na nasz grunt. My też walczymy o pokój i demokrację, a nasze oddziały będą chronić nasze organizacje humanitarne. "Rząd będzie pomagał w rozwoju Iraku i utrzymaniu stabilności regionu."
12 marca 2002 odbyło się posiedzenie połączonej Komisji Obrony Narodowej i Komisji Gospodarki.

Oto fragment stenogramu z tego posiedzenia:
"Sekretarz stanu Andrzej Szarawarski: Mamy sporo wyrobów konkurencyjnych i dla wielu krajów świata jesteśmy atrakcyjnym partnerem. Nasza wizyta w Indiach i Indonezji pokazała, że jest duże zapotrzebowanie na naszą broń i możliwości rozszerzenia eksportu. To samo dotyczy krajów arabskich. Na samym sprzęcie poradzieckim, który w wielu krajach świata jest i będzie jeszcze długo eksploatowany możemy całkiem dobrze zarobić."

To się zgadza. Broń jest drugim najbardziej zyskownym biznesem na Ziemi (po narkotykach). Kiedy uzbrojone kraje zaczynają walczyć, można zarobić jeszcze lepiej. A jak dyplomacja dobrze się sprawuje, to potem nasze firmy mogą dostać kontrakty na odbudowę. Jeśli działa się w tak rentownym sektorze jak Szarawarski, to w przeciwieństwie do tych 8 górników używających przemocy, można liczyć na bezpieczną przyszłość. A nawet na order od prezydenta.

Oczywiście żaden demokratyczny kraj nie sprzedaje swej broni "w celu stosowania represji". Nasze czołgi są zapewne sprzedawane w celu bardziej wydajnego wałkowania ciasta. Kiedy wychodzi na jaw, że czołgi jednak wałkują ludzi, rząd i producenci mówią "ale oni przyrzekli, że nie będą". Tak jakbyśmy sprzedawali zaostrzone pale Jeremiemu Wiśniowieckiemu i Chmielnickiemu, a potem mówili: "ale my nie wiedzieliśmy, że oni będą wsadzać na nich ludzi."

Kampania Przeciwko Handlowi Bronią nagłośniła londyńskie targi w tym roku i zapowiedziała dostarczenie kartonowego czołgu, licząc na to, że jeśli etyczni producenci broni są faktycznie etyczni, to złożą zamówienia na kolejne 300 sztuk. Mark Steel napisał, że wyobraża sobie rzecznika prasowego targów wypowiadającego się w ten sposób: "Mam obawy, że ta demonstracja przeciwko używaniu zubożonego uranu może prowadzić do eskalacji przemocy."

Zmiana
Jesteśmy ludźmi. Czas tego dowieść.
- napis na plakacie antywojennym

Nasza klasa polityczna kopie wytrwale dalej, jakby nie widziała, że siedzi już w głębokiej dziurze. Jeszcze niedawno opierała wszystkie swoje deklaracje na materiale dowodowym składającym się z plagiatów prac studenckich, które w sądzie nie wystarczyłyby do skazania za posiadanie paczki skrętów. Teraz twierdzi, że Irakijczycy jednak nie są gotowi do demokracji, ponieważ Rumsfeld tak powiedział - czy nikt nie zwrócił uwagi, że Husajn miał identyczne zdanie w tej kwestii? Pytaniami dnia są teraz wymagania związane z okupacją, a raczej z rekolonizacją. Mówiąc wprost, "nasi chłopcy" będą umierać w jednym celu: żeby nie dopuścić za szybko do demokratycznych wyborów, ponieważ jakikolwiek demokratycznie wybrany rząd wstrzymałby wyprzedaż irackiej ropy kumplom Cheneya. Ponieważ okazuje się, że plan realizowany przez Wielką Ropę wymaga większej ilości żołnierzy niż zakładano, nasi politycy i dziennikarze zastanawiają się nie nad tym, czy wysłać nowych żołnierzy, ale ilu wysłać. Kolejnym krokiem naszej klasy politycznej, uczynionym w ramach modernizacji naszych struktur dowódczych, powinno być nagranie w centralce Ministerstwa Obrony komunikatu powitalnego takiej mniej więcej treści:

"Tutaj Ministerstwo Obrony Narodowej. Jeśli dzwonisz z Pentagonu, wciśnij 1 i podaj tonowo liczbę zamawianych żołnierzy. Jeśli chcesz kupić od nas broń po promocyjnej cenie wciśnij 2. Jeśli jesteś dziennikarzem i chcesz otrzymać oświadczenie w sprawie strat pobocznych w Iraku, naciśnij 3. Jeśli jesteś naszym sojusznikiem i potrzebujesz naszego udziału w tworzonej przez siebie koalicji, naciśnij 0 i poczekaj na zgłoszenie operatora."

I stało się to, co się stać musiało - "koalicji" udało się osiągnąć to, czego nie potrafił dokonać żaden Bin Laden ani Husajn. Mieszanka brutalności i głupoty wytworzyła zaczyn, który poza Irakiem jednoczy tych Arabów, którzy jeszcze niedawno byli sobie wrogami, a wewnątrz niego napędza uczucie bezsilności i agresję wszystkich przeciw wszystkim. Im więcej Irakijczycy będą się dowiadywać o skutkach wojny i kradzieży ich dziedzictwa w ramach okupacji, tym bardziej będą przekonani, że zemsta jest tym, co się należy ludziom, którzy zatruwają ich ziemię uranem, używają napalmu oraz strzelają przez pomyłkę do samochodu wiozącego matkę z dziećmi. Zapytajcie sami siebie, ilu z Was nie myślałoby podobnie w tej sytuacji. A jeśli nie potraficie tego poczuć, idźcie do waszych ojców i dziadów, matek i babek, i spytajcie się, jaką siłę może mieć takie uczucie.

Niektórzy dziennikarze i politycy lubią czasem kontratakować pytając: "A co w takim razie powinniśmy teraz zrobić?", w ten sposób odrzucając stworzone przez siebie gnijące jajo w stronę tych, którzy wcale go nie znosili. Skąd takie pytanie? Czyżby żaden strateg i ekspert nie brał pod uwagę tego, co się teraz wydarza? Czemu nikt nie słuchał takich ludzi jak Halliday, który mówił, że Irakijczycy nie chcą Saddama, ale nie chcą też być zabijani i okradani, że to nie jest ich "pierwszy raz", że są ludźmi dumnymi ze swej historii i że będą walczyć z każdym okupantem. W głowach elit nie postała myśl, że piękne złote jajo może zgnić, i to zgnić tak szybko.
Zazwyczaj rodzice uczą nas w dzieciństwie, że jeśli zrobi się coś niezbyt dobrego, to najlepszym wyjściem jest:
1. dostrzec błąd
2. przyznać się do winy
3. przeprosić
4. zadośćuczynić

Uważamy ten kodeks postępowania za sensowny w przypadku jednostki, ale ci, którzy rządzą całym społeczeństwem uważają, że ich nie dotyczy, ponieważ oni są "mężami stanu". Czy potrafimy ich przekonać, że jednak dotyczy? I drugie proste pytanie - gdyby to Irak był na naszym miejscu, pomagając USA czy komukolwiek innemu w wyzwalaniu Polski, czy uważalibyśmy, że należy nam się "pomoc rozwojowa", czy reparacje wojenne? Oto odpowiedź.
Nasz rząd podjął decyzję niezgodną z naszą wolą, ale my mu na to pozwoliliśmy, więc powinniśmy ponieść tego konsekwencje, choć dla polskiej psyche, karmionej doniesieniami o kontraktach dla polskich firm w Iraku, takie stwierdzenie jest bluźnierstwem i szokiem. Ale czy jest lepszy sposób, jeśli chcemy przestać się wstydzić i odzyskać "pozycję międzynarodową"?

14 lat
Szanse, że tak się stanie, są obecne bliskie zeru. Dysonans poznawczy, przybierający postać wydłużającego się cienia, kłuje w oczy, lecz większość stara się zapewniać siebie i innych, że to tylko przywidzenie, które zniknie, jeśli będziemy powtarzać wszystkie znane nam zaklęcia wystarczająco szybko.

Jeśli rzeczywiście naszym obowiązkiem jest wyzwalanie u boku Busha i Blaira ludzi uciskanych przez zbrodnicze reżimy, nie ma powodu, żeby zakończyć całą sprawę na Iraku. Czyż mając świadomość tego, jak wygląda sytuacja ludzi w Arabii Saudyjskiej (która pod względem łamania praw człowieka dorównuje Saddamowi), Turcji (która traktuje Kurdów dużo gorzej niż Saddam), Kolumbii (gdzie taktyka wypalonej ziemi oraz działania szwadronów śmierci są obecnie nieporównywalne z niczym na Ziemi) czy Izraelu (który prowadzi polityczną grę dokonując cały czas etnicznej czystki) nie powinniśmy żądać wysłania wojsk i wyzwolenia również tych krajów? Dla czarnoksiężników produkujących zaklęcia i tych, którzy zbierają słowa z ich ust, to pytanie jest "idiotyczne". Ale nie jest "idiotyczne" dlatego, że "nie można grać na wielu frontach" albo dlatego, że "nie mamy na to pieniędzy", bo przecież na okupację Iraku też nie mamy. Jest "idiotyczne" przede wszystkim dlatego, że te kraje znajdują się pod kontrolą Imperatora (czyli po tej samej stronie co my), a wobec tego domaganie się od nich czegokolwiek jest "idiotyczne". I żadne "wyzwolenie" nie grozi tym krajom, choć więzi się tam niewinnych ludzi, dokonują się tam masowe mordy, gwałty, ścina się głowy i rozjeżdża czołgami. Nie grozi im, bo tak naprawdę w "wyzwolenie" nie wierzą nawet ci ludzie, którzy powtarzają stereotypy mediów. "Wyzwolenie i cywilizacja" jest frazą, której powtarzanie sprawia, że możemy mieć w nocy spokojne sny, wierząc, że mamy rację i nam się ten horror na pewno nie przytrafi.

14 lat temu Irakijczycy też myśleli, że są bezpieczni. Ich wódz ściskał się z wysłannikami "ojczyzny demokracji", a "kraje cywilizowane" oferowały im najnowsze "środki odstraszania". W zamian za to ich "chłopcy" od czasu do czasu mordowali trochę irańskich "chłopców", co zapewniało "stabilność w regionie". Myślę, że pomimo tyranii panującej w ich kraju ta sytuacja zapewne dawała im przynajmniej poczucie bezpieczeństwa z zewnątrz. Myślę też, że jacyś iraccy politycy mówili do nich, że "jesteśmy znaczącym partnerem" i że ''wzrasta pozycja międzynarodowa naszego kraju''. 14 lat temu życie Irakijczyków nie było ani łatwe ani wolne, ale większość z nich zasypiała wieczorem nie bojąc się o to, że w nocy ich dom zamieni się w kupę gruzu a ich dzieci będą umierać na ich rękach. 14 lat temu.

Spokojnych snów
Maciej Muskat

 

tgtgtttttttttttttttzzttt| główna | zapowiedzi | linki | historia | relacje | kontakt | poradnik - pobór stop |