![]() |
|||
![]()
|
WIELKIE
FAŁSZERSTWO AMERYKI?
Coraz więcej ekspertów wątpi w irackie arsenały broni masowego rażenia. Słowa
Paula Wolfowitza dla wielu były prawdziwym szokiem. Ten zastępca sekretarza
obrony USA ujawnił, iż zagrożenie iracką bronią masowego rażenia zostało
wybrane spośród innych argumentów za wojną tylko dlatego, iż było
najprostsze do "sprzedania" opinii publicznej. Czysto retorycznym jest więc pytanie, komu zależało na tym, aby raporty CIA fałszowały informacje dotyczące Iraku. Carl Lewin, demokratyczny senator i członek komisji ds. służb specjalnych powiedział ostatnio: - Jeśli analitycy wywiadu zostali poddani jakimkolwiek naciskom politycznym, USA znajdą się w poważnych opałach. Trudno będzie znaleźć sojuszników w dalszej wojnie z terroryzmem. PIOTR
GROCHMALSKI
Gdy
chodzi o liczbę ofiar po stronie amerykańskiej w II wojnie w Zatoce,
urzędnicy Pentagonu są dosyć precyzyjni. W ciągu pierwszych trzech
tygodni walk zginęło 110 żołnierzy armii USA. Wielkość strat irackich
jest zagadką. Po wkroczeniu
sił amerykańskich do Bagdadu mówiło się o zabiciu 3000 bojowników
Saddama. Ujawnienie tej liczby miało jednak bardziej służyć osłabieniu
morale przeciwnika. Szacunki opierały się bowiem na liczbach wziętych
z sufitu. W niewiele lepszej sytuacji są jednak i sami Irakijczycy.
Nie ma bowiem żadnych władz, które śledziłyby liczbę ofiar. A samo
takie zadanie byłoby herkulesowe. W świecie muzułmańskim bowiem zmarli
chowani są tak szybko. jak to tylko możliwe. Stąd niemożność odnotowania
liczby zgonów związanych z działaniami wojennymi. W wojnie tej praktycznie
niemożliwe jest ocenienie liczby ofiar. Nie zawsze
tak było. Przez cały wiek XIX armie używały broni, których zasięg
miał ledwie kilkaset metrów i umożliwiał w miarę precyzyjne określenie
skutków rzezi. Tak jednak nie jest w przypadku tej wojny. w której
bardzo trudno ocenić choćby liczbę żołnierzy irackich poległych w
rezultacie bombardowań z powietrza. Nawet gdyby możliwe było przeprowadzenie
takich szacunków, wysoce wątpliwe jest ich przeprowadzenie przez Amerykanów.
Władze wojskowe USA zaprzestały bowiem kalkulacji strat przeciwnika
już po wojnie wietnamskiej. Wówczas sposób obliczania ofiar po stronie
Wietkongu i Wietnamu Północnego, równający liczbę rannych z liczbą
zabitych, poważnie nadszarpnął wiarygodność USA. Pentagon nigdy nie
ujawnił oficjalnej liczby ofiar po stronie irackiej w pierwszej wojnie
w Zatoce w roku 1991. Podczas
wojny w Afganistanie dowódca kampanii generał Tommy Franks oświadczył
wprost, że nie liczy się ofiar. Przynajmniej oficjalnie. Niektórzy
bowiem urzędnicy Pentagonu, całkowicie prywatnie oceniają, iż jak
dotąd, zginęło 10 000 żołnierzy oraz 2 000 cywilów irackich. Szacunki
czynione są na terenach zajętych przez koalicję podczas pospiesznych
oględzin pola bitwy. Przybliżone wielkości uzyskuje się, mnożąc liczbę
zniszczonych pojazdów przez liczbę ich załóg. Tak więc ogólne dane
pozostają nieznane. Część ekspertów sądzi, że mogą stanowić przykrą
niespodziankę. William Arkin, były oficer wywiadu i doradca wojskowy
organizacji Human Rights Watch, mówi: - Myślę, że możemy być zaskoczeni
oraz porażeni rozmiarami ofiar tej wojny. Zwłaszcza liczba ofiar cywilnych
może okazać się szokująca. W przypadku Iraku trudno bowiem odróżnić
żołnierzy od cywilów. Ponadto, tzw. inteligentne bronie okazały się
mniej inteligentne aniżeli ich reklama. Oto Nisko tysiąckilogramowa
bomba sterowana systemem JDAM wprawdzie trafia w cel z dokładnością
do 5 metrów, jednakże rozrzuca szrapnele na przestrzeni blisko 2 kilometrów.
Odłamki mogą sięgnąć tysięcy niewinnych ludzi. I
w związku z tą wojną pojawiły się doniesienia o chorobach, gwałtach,
przemocy. Choć z drugiej strony niewątpliwie obalenie Saddama zaoszczędzi
wielu Irakijczykom tortur oraz śmierci w następstwie sankcji ONZ,
skierowanych wprawdzie przeciwko reżimowi, jednakże skutkującymi brakami
żywności i leków, i te wielkości są niezwykle trudne do oszacowania... (jg)
JEFFREY KLUGER, MARK THOMPSON
W
Iraku trwają ciężkie walki. Wojska amerykańskie zajmują Bagdad, w
którym panuje nieopisany chaos. Codziennie słyszymy, że tak szczupłe
siły nie są w stanie spacyfikować wielkiego miasta, tymczasem nie
widać, aby Waszyngton w pośpiechu mobilizował jakiekolwiek większe
siły z zamiarem zaprowadzenia porządku. Nasuwa to podejrzenie, że
komuś może zależeć na destabilizacji... Koalicjanci myślą raczej o
formach okupacji Iraku i jego odbudowie. Nie wiadomo jednak, jak USA
wyobrażają sobie kontrolowanie kraju, ani nie widać starań, aby zapobiec
rozprzestrzenieniu się konfliktu na cały region. Wszystkie
proamerykańskie twory państwowe na Bliskim Wschodzie są niedemokratycznymi
reżimami, utrzymującymi się na powierzchni dzięki dobrze zorganizowanym
siłom policyjnym (w Egipcie znów po aresztowaniach wielu uczestników
manifestacji antywojennych znikło bez śladu). Groźba
rozszerzenia konfliktu Część
Kurdów współpracuje z siłami koalicji. Ich życzliwość ma jednak swoją
określoną cenę - szeroką autonomię, a najlepiej niepodległość irackiego
Kurdystanu. Podobnie jak w 1991 roku obietnice Waszyngtonu pozostają
w sferze półsłówek i niedopowiedzeń. Były prezydent George Bush senior
już raz wezwał Irakijczyków do buntu przeciw Saddamowi, po czym obojętnie
wydał ich na pastwę żądnego zemsty dyktatora. Sukcesy
kurdyjskie wywołały natychmiastową reakcję Turcji, dla której niepodległy
Kurdystan iracki - w dodatku zasobny w ropę naftową - jest nie do
przyjęcia. Ankara postawiła koalicji antyirackiej ultimatum, w wyniku
którego jednostki kurdyjskie wycofały się ze zdobytego ich rękami
Kirkuku. Tak więc pierwszy akt "kurdyjskiej Jałty" mamy
już za sobą... Ostrożnie
z Iranem... Co prawda
wciągnięcie Teheranu w konflikt wymagałoby aktu wyjątkowej bezmyślności
ze strony prezydenta Busha, bowiem liberalizujący się Iran dawno już
odszedł od retoryki antyamerykańskiej (mit wrogości podtrzymywany
jest jednostronnie przez administrację waszyngtońską) i obecnie skupia
się na kwestiach gospodarczych, mozolnie odbudowując gospodarkę, zrujnowaną
latami wojny z Irakiem. Irańczycy
ponieśli w tej wojnie ogromne straty w ludziach i obecnie nie chcą
kolejnej wojny. Marzą o polepszeniu poziomu życia. Warto dodać, że
zaliczony do "osi zła" Iran stanowi jedyną oprócz Turcji
i Izraela w ogóle funkcjonującą demokrację na Bliskim Wschodzie... Reakcja
Damaszku na zbombardowanie przez Amerykanów autobusu wiozącego syryjskich
robotników była ostra i po części wymuszona nastrojami społecznymi.
Baszar al-Asad otworzył granice kraju dla ochotników pragnących walczyć
przeciw agresorom, co pociągnęło za sobą wojownicze ostrzeżenie Donalda
Rumsfelda skierowane pod adresem Syrii. Ciekawe, że to nikt inny,
tylko właśnie Rumsfeld ściskał ongiś rękę Saddama Husajna, wiernego
sprzymierzeńca Waszyngtonu w dziele zwalczania rewolucji w Iranie...
Ostatnio ten sam polityk wyjaśnił, że zapowiedź reperkusji wobec Syrii
nie oznacza wojny. Świeżo rozbudzone poczucie wrogości pozostanie
jednak na długo. Trzy lata temu trudno było spotkać Syryjczyka, który
osobiście nienawidziłby Amerykanów, ale to już przeszłość. Irakijczycy
nie chcą Amerykanów Dodajmy,
że oprócz ogromnych wydatków wojskowych oznacza to stałe straty w
ludziach, na które amerykańska opinia publiczna nie jest przygotowana.
Od północnego zachodu, a częściowo także północy i wschodu, Irak graniczy
z Syrią i Iranem, które nie są zainteresowane w najmniejszym nawet
stopniu uszczelnianiem granic. Tak więc na długości kilku tysięcy
km partyzanci iraccy będą mogli swobodnie przemieszczać się i przerzucać
zaopatrzenie. Rzeczywiste stanowisko Arabii Saudyjskiej, Jordanii
i Turcji stanowi wciąż wielką niewiadomą. Kto
przejmie władzę? Zasoby
ropy znajdują się na kurdyjskiej północy i szyickim południu, natomiast
władzę w kraju od 1921 roku (od momentu osadzenia emira Fajsala na
tronie irackim po sfałszowanym referendum) sprawują arabscy sunnici
z centrum kraju, stanowiący około jednej czwartej jego ludności. Iraku
nie łączą żadne klasyczne czynniki państwotwórcze - łącznie z religią
i językiem. Kurdowie nie wyobrażają sobie życia pod jednym dachem
z poplecznikami Saddama Husajna, czemu trudno się dziwić. Ewentualny
"nowy" Irak mógłby składać się z południa i środkowej części
kraju, ale wtedy - jeżeli okupanci rzeczywiście wierzą w demokrację
(w co szczerze wątpię, sadząc po przykładzie licznych "republik
bananowych" w Ameryce Łacińskiej) - ster rządów musieliby przejąć
dwukrotnie liczniejsi szyici, posiadający na swoim terytorium bogate
złoża ropy naftowej. Na to nie zgodzi się jednak ani Waszyngton, uczulony
na dźwięk słów "szyici" i "Iran", ani też tradycyjnie
rządzący mieszkańcy centrum kraju, w większości sunnici. Kurdowie
sięgają po niepodległość Niepotwierdzone
dotąd doniesienia mówią o tajemniczym mordzie na jednym z ajatollahów
w południowym Iraku. Jednocześnie oddziały amerykańskie nie kiwnęły
palcem, by zapobiec dokonującym się w Bagdadzie grabieżom. Jeszcze
bardziej zadziwiające jest, że ofiarą szabrowników w pierwszym rzędzie
padły placówki niemieckie i francuskie - państw najostrzej sprzeciwiających
się wojnie. Tymczasem pieczołowicie ochraniano samochody inspektorów
ONZ. Powszechne
ubóstwo Irakijczyków na pewno przyczyniło się do obserwowanych zajść,
choć nie zapominajmy, że dwóm uwięzionym dziennikarzom polskim ubogi
nauczyciel bez widocznego żalu zwrócił kluczyki do ich samochodu -
niewątpliwego rarytasu, łatwego do ukrycia w ogarniętym chaosem kraju... Powróćmy
jednak do kwestii przyszłości Iraku. USA zastanawiają się, jak sprawić,
żeby nieznana i nieakceptowana przez nikogo grupa czterdziestu kilku
"opozycjonistów" (nasuwa się analogia z rządem lubelskim)
z nominacji Waszyngtonu mogła rządzić bez wolnych wyborów, które nieuchronnie
oddałyby władzę w ręce szyitów? Administracja USA będzie próbowała
przekonać społeczność międzynarodową (a przynajmniej amerykańskiego
wyborcę), że w obliczu powszechnej anarchii, grabieży oraz mordów
tylko dłuższa okupacja kraju przez siły USA - ze szczególnym uwzględnieniem
pól naftowych - przyniesie trwały pokój. Firmy, które będą spijały
iracką śmietankę, zostały już dawno wyznaczone, a ostatnio propozycję
przyjęcia "zaszczytnej roli pasera" Amerykanie złożyli Rafinerii
Gdańskiej. dr
Adam Bieniek.
PYTANIA O IRAK - ROZMOWA Z NOAMEM CHOMSKY Michael
Albert: Czy Saddam Husajn jest aż takim złem w swoich działaniach
wewnętrznych oraz międzynarodowych jak twierdzą mainstreamowe media? Jeśli
chodzi o kwestie międzynarodowe, Saddam zaatakował Iran (z poparciem
Zachodu), a kiedy wojna szła nienajlepiej, uciekł się do użycia broni
chemicznej (również z poparciem Zachodu). Najechał na Kuwejt i szybko
został wypędzony. Największą obawą Waszyngtonu zaraz po inwazji była
możliwość, że Saddam szybko się wycofa, zostawiając u władzy "swoją
marionetkę i cały świat arabski będzie zadowolony" (Colin Powell,
ówczesny szef sztabu). Prezydent Bush był zaniepokojony, że Arabia
Saudyjska mogłaby "zmięknąć w ostatniej chwili i uznać marionetkowy
rząd w Kuwejcie," o ile USA nie zapobiegną wycofaniu się Iraku.
W skrócie, obawa była taka, że Saddam powieliłby to, co Stany Zjednoczone
zrobiły wtedy właśnie w Panamie (z wyjątkiem tego, że Ameryka Łacińska
była jak najdalsza od zadowolenia). Od samego początku USA szukało
sposobów, by uniknąć tego "koszmarnego scenariusza". Największe
dotychczas swoje zbrodnie Saddam popełnił we własnym kraju, włączając
w to użycie broni chemicznej przeciw Kurdom i ogromną rzeź Kurdów
w późnych latach 80-tych, barbarzyńskie tortury i wszelkie inne okropieństwa,
jakie można sobie wyobrazić. Warto jednak zapytać, jak często namiętnym
potępieniom i wyrazom oburzenia towarzyszą trzy małe słówka: "z
naszą pomocą." Zbrodnie
te były od początku dobrze znane, ale nie stanowiły szczególnego zmartwienia
dla Zachodu. Saddam otrzymywał pewne łagodne upomnienia; ostre potępienie
przez Kongres było uważane za zbyt ekstremalne przez prominentnych
komentatorów. Przez Reaganistów i Busha potwór ten był w dalszym ciągu
w czasie swoich najgorszych okrucieństw i długo po nich - mile widziany
jako sojusznik i cenny partner handlowy. Bush autoryzował gwarancje
pożyczkowe i upoważniał do sprzedaży zaawansowanych technologii z
oczywistym zastosowaniem dla broni masowej zagłady, aż do samego dnia
inwazji na Kuwejt, czasem unieważniając wysiłki podejmowane przez
Kongres, by zapobiec temu co robił. Kilka dni po inwazji Wielka Brytania
wciąż autoryzowała eksport wyposażenia wojskowego i materiałów radioaktywnych.
Kiedy korespondent ABC, a obecnie komentator dla ZNet, Carles Glass,
odkrył urządzenia do produkcji broni biologicznej w Iraku, Pentagon
natychmiast zaprzeczył jego rewelacjom i sprawa ucichła. Została wznowiona,
gdy Saddam popełnił swoją pierwszą prawdziwą zbrodnię - nieposłuszeństwa
wobec rozkazów USA (lub być może ich złej interpretacji), atakując
Kuwejt. Zmienił się wtedy nagle z przyjaciela we wcielenie Huna Attyli.
Te same urządzenia były teraz wykorzystywane, by zademonstrować jego
wrodzoną złą naturę. Kiedy Bush zaanonsował nowe podarunki dla swego
przyjaciela w grudniu 1989 (również podarunki dla amerykańskiego agrobiznesu
i przemysłu), uważano to za zbyt mało znaczące, żeby w ogóle tę sprawę
relacjonować, chociaż można było wtedy o tym przeczytać w Z Magazine,
być może nigdzie indziej. W szacunku dla Saddama, Departament Stanu
zabronił wszelkich kontaktów z iracką opozycją demokratyczną, utrzymując
tę politykę nawet po wojnie w Zatoce, podczas gdy Waszyngton przyzwolił
Saddamowi na zmiażdżenie szyickiego powstania, które mogłoby go obalić
- w imię "stabilności", jak potakiwała prasa. Co do
tego, że Husajn jest poważnym przestępcą, nie ma wątpliwości. Nie
zmienia tego fakt, że przed wojną w Zatoce i nawet po niej USA i Wielka
Brytania uważały jego okrucieństwa za nieznaczące w świetle wyższej
"racji stanu" - fakt łatwo zapominany. Wojna
z 1991 roku była wyjątkowo niszcząca, a od tamtego czasu Irak został
zdewastowany przez dekadę sankcji, które prawdopodobnie wzmocniły
samego Saddama (poprzez osłabienie oporu wyczerpanego społeczeństwa),
lecz z pewnością bardzo znacząco obniżyły jego możliwość prowadzenia
wojny czy wspierania terroryzmu. Co więcej, od 91 roku jego reżim
został ograniczony przez "strefy zakazu lotów", regularne
naloty i bombardowania oraz ścisłą inwigilację. Niewykluczone, że
wydarzenia 11 września osłabiły go jeszcze bardziej. Jeśli istnieją
jakiekolwiek powiązania Saddama i al Kaidy, byłyby one teraz dużo
trudniejsze do utrzymania z powodu gwałtownie zintensyfikowanej inwigilacji
i kontroli. Zostawiając to na boku, takie powiązania nie są zbyt prawdopodobne.
Pomimo olbrzymich wysiłków, by związać Saddama z atakami 11 września,
niczego nie znaleziono, co nie jest zaskakujące. Saddam i bin Laden
zawsze byli zaciekłymi wrogami i nie ma szczególnego powodu przypuszczać,
że nastąpiły jakieś zmiany w tym względzie. Racjonalny
wniosek jest taki, że Saddam jest przypuszczalnie mniejszym niebezpieczeństwem
teraz, niż przed 11 września, a z pewnością o wiele mniejszym, niż
kiedy cieszył się dużym poparciem USA i Wielkiej Brytanii (oraz wielu
innych). To stwarza kilka pytań. Jeśli Saddam jest takim zagrożeniem
dla przetrwania cywilizacji dziś, że światowy ochroniarz musi uciekać
się do wojny, dlaczego nie było to prawdą rok temu? I o wiele bardziej
dramatyczne - dlaczego nie na początku lat 90-tych? - Powinno
się ją oczywiście wyeliminować. Traktat o nierozprzestrzenianiu zobowiązuje
państwa posiadające broń nuklearną do podjęcia kroków w celu jej wyeliminowania.
Traktaty dotyczące broni chemicznej i biologicznej mają takie same
cele. Najważniejsza rezolucja Rady Bezpieczeństwa w sprawie Iraku
(nr. 687 z 1991 roku) wzywa do eliminacji broni masowej zagłady i
systemów dostaw ze Środkowego Wschodu oraz do działania w kierunku
globalnego zakazu broni chemicznej. Słuszna rada. Irak
nie zbliża się nawet do czołówki jeśli chodzi o broń masowej zagłady.
Moglibyśmy przypomnieć ostrzeżenie generała Lee Butlera, szefa Dowództwa
Strategicznego we wczesnych latach 90, iż "jest skrajnie niebezpiecznym
to, że w tym kotle animozji, który nazywamy Bliskim Wschodem, jeden
naród uzbroił się ostentacyjnie stosami broni nuklearnej (...) co
inspiruje inne nacje do tego samego." Mówi oczywiście o Izraelu.
Izraelskie władze wojskowe twierdzą, iż posiadają siły powietrzne
i opancerzone większe i bardziej zaawansowane od sił jakiegokolwiek
europejskiego kraju NATO (Yitzhak ben Israel, Ha'aretz, 16 kwietnia
2002). Oświadczają również, że 12% ich bombowców i myśliwców stale
stacjonuje w zachodniej Turcji, obok porównywalnych tureckich sił
morskich, podwodnych i opancerzonych, na wypadek gdyby były po raz
kolejny potrzebne do okiełznania ludności kurdyjskiej w Turcji. Wg
izraelskich analityków, wspólne amerykańsko-izraelsko-tureckie ćwiczenia
powietrzne są pomyślane jako groźba i ostrzeżenie dla Iranu. I oczywiście
dla Iraku (Robert Olson, Middle East Policy, czerwiec 2002). Izrael
bez wątpienia wykorzystuje olbrzymie amerykańskie bazy powietrzne
we wschoniej Turcji, gdzie amerykańskie bombowce są prawdopodobnie
uzbrojone w broń atomową. W tej chwili Izrael jest praktycznie przybrzeżną
bazą militarną USA. Będzie
to trwało dopóki nie będzie generalnej redukcji zbrojeń w regionie.
Czy Saddam by się na to zgodził? Tego tak naprawdę nie wiemy. Na początku
stycznia 1991 roku, Irak najwyraźniej zaoferował wycofanie się z Kuwejtu
w kontekście regionalnych negocjacji w sprawie redukcji zbrojeń, którą
to ofertę przedstawiciele Departamentu Stanu opisali jako poważną
i możliwą do wynegocjowania. Jednak nic więcej o tym nie wiemy, ponieważ
USA odrzuciły ją bez odpowiedzi, a prasa nie napisała o tym praktycznie
nic. Przemilczanie faktów było ważną przysługą przyczyniającą się
do rozpoczęcia przemocy państwowej. Czy negocjacje zaprowadziłyby
gdzieś? Tylko fanatyczni ideolodzy mogą być pewni. Czy można wrócić
do takich pomysłów? Ta sama odpowiedź. Jedyny sposób, aby się dowiedzieć,
to spróbować. Inspekcje
rozbrojeniowe wydają się być wysoce skuteczne, nawet jeśli niedoskonałe.
Świadectwo Scotta Rittera na ten temat jest nie do odparcia i nie
spotkałem się z żadnym poważnym jego podważeniem. (1) Ci, którzy chcą
zmniejszyć zagrożenie bronią masowej zagłady, będą w takim razie próbować
stworzyć warunki dla skutecznych inspekcji. Przez lata Stany Zjednoczone
szukały każdego sposobu, by zablokować takie możliwości. Inspekcje
były wykorzystane jako przykrywka dla szpiegowania Iraku, z jawną
intencją obalenia reżimu i prawdopodobnie zamachu na przywódcę. Jest
oczywiste, że praktyki te miały za zadanie podminować reżim kontrolny
i obniżyć szansę akceptacji inspekcji przez Irak. Czy Izrael zgodziłby
się na inspekcję swoich urządzeń militarnych przez szpiegów Hamasu?
W 98 roku Clinton wycofał inspektorów przygotowując bombardowania,
działanie to zostało później zrekonstruowane przez propagandę, jako
wydalenie inspektorów przez Irak. A bombardowanie było następnym ciosem
w możliwość wznowienia inspekcji. Od tamtego czasu, Waszyngton powtarzał,
że nawet jeśli Irak zaakceptuje najdalej idące inspekcje dokonywane
przez amerykańskich szpiegów, nie będzie to stanowić żadnej różnicy.
W ostatniej wersji Cheney'a, "powrót inspektorów nie dawałby
jakiejkolwiek pewności zastosowania się Saddama do rezolucji ONZ."
To stwierdzenie równa się błaganiu Iraku, by nie przyjął inspektorów.
Hipokryzja była wyjątkowo zadziwiająca, jak wskazywali komentatorzy
po tym, jak administracja Busha podminowała konwencje o broni biologicznej
i chemicznej odmawiając w ostatniej chwili podpisania protokołów wykonawczych.
Podsumowując,
problemem broni masowej zagłady powinniśmy się zająć w taki sposób,
by uczynić świat bezpieczniejszym. Najlepsze byłoby podejście globalne:
traktaty z sensownymi zabezpieczeniami oraz uniwersalne inspekcje
weryfikujące stosowanie się do nich. Następną rzeczą byłoby coś podobnego
na poziomie regionalnym. Oba podejścia wymagałyby przystania na nie
Stanów Zjednoczonych. Kolejne najlepsze podejście to przywrócić inspektorów
do samego Iraku. Najgorszym sposobem byłyby próby zapobieżenia powrotu
inspektorów. A to jest właśnie wciąż polityka USA, w celu przygotowania
gruntu pod inwazję na Irak. (2) Atak ten zada kolejny cios strukturze
międzynarodowego prawa i traktatów, pracochłonnie konstruowanych przez
lata. Oprócz innych konsekwencji, jest prawdopodobne, że inwazja zachęci
inne kraje do rozbudowy broni masowej zagłady, łącznie z nowym rządem
irackim, a także obniży bariery przeciwko użyciu przemocy przez inne
państwa dla osiągnięcia swoich celów, włączając w to Rosję, Indie
i Chiny. tłum. (jama) Przyp.
tłum.: 2) Na
temat manipulowania procesem obecnych inspekcji rozbrojeniowych przez
administrację Busha, patrz: Jest to fragment korespondencyjnego wywiadu przeprowadzonego 29.VIII 2002 przez Micheala Alberta dla serwisu internetowego ZNet (www.zmag.org). NOAM CHOMSKY jest znanym amerykańskim komentatorem politycznym, profesorem lingwistyki Massachusetts Institute of Technology, twórcą generatywnej gramatyki transformacyjnej, autorem ponad 30 książek m.in. dot. polityki zagranicznej USA czy roli propagandy w korporacyjnych mediach. W Polsce ukazały się "Rok 501. Podbój trwa" (PWN 1999 r.) oraz "Zysk ponad ludzi" (Wydawnictwo Dolnośląskie, 2000 r.) Tłumaczenie pochodzi ze strony www.zielona.uni.wroc.pl/recykling
PIOTR KWIATKIEWICZ - CUI BONO?
Poruszając problem terroryzmu w kontekście islamu, trudno nie wspomnieć o zamachach, które wstrząsnęły światową opinią publiczną. Mimowolnie przed oczami przesuwają się nam sceny z ataków przeprowadzonych 11 września 2001 roku. (...) Dla wielu przeciwników polityki zagranicznej Stanów Zjednoczonych, szczególnie na Bliskim i Środkowym Wschodzie, wydarzenia z 11 września 2001 roku stanowiły prawdziwy cios. Nie mieli wątpliwości, iż Stany Zjednoczone właśnie wśród nich będą szukały sprawców zamachu. Wyrazy solidarności z cierpieniem narodu amerykańskiego przesłał Castro, Kadafi, Arafat, Husajn. Ten ostatni potępił inicjatorów zamachu, bardzo wyraźnie odcinając się od nich. Nie powstrzymał się jednak od udzielenia Amerykanom rady. Delikatnie napomknął o nadziei, jaką niesie tragedia z 11 września na zmianę bliskowschodniej polityki Białego Domu. Według irackiego prezydenta przysparzała ona Stanom Zjednoczonym wielu wrogów. Rządzący w Afganistanie Talibowie odżegnali się od jakichkolwiek związków z aktem terroru. W wydanym oświadczeniu znacznie dobitniej, niż to zrobił Saddam, podkreślili odpowiedzialność władz amerykańskich za zaistniałą sytuację. Okrutnie brzmiące "sami są winni za los jaki ich spotkał" obiło się głośnym echem. Jasir Arafat wyraził żal i smutek, w jakim pogrążyli się Palestyńczycy w poczuciu solidarności z rodzinami ofiar. Stało to w jaskrawym kontraście z tym, co działo się na ulicach miast Autonomii Palestyńskiej. Telewizja pokazywała ogarnięty szałem radości tłum Palestyńczyków wznoszący antyamerykańskie hasła. Poproszony o komentarz dla polskiego radia i telewizji znany publicysta - Eli Barbur natychmiast zakwestionował szczerość wypowiedzi przywódcy Autonomii Palestyńskiej i trudno było nie przyznać mu racji. Podobnie jak premier Sharon, dał do zrozumienia, iż nikt inny nie może lepiej zrozumieć nieszczęścia, jakie spadło na Amerykanów, niż Żydzi w Izraelu, których podobne cierpienia spotykają na co dzień. Niemal identycznej treści przesłanie przekazał Putin w przemówieniu transmitowanym przez rosyjską telewizję. Bezpardonowo nawiązał do problemu czeczeńskiego terroryzmu. Prezydent Bush obiecał Amerykanom przykładnie ukarać winnych zbrodni. Tu pojawił się problem: kto jest sprawcą? Okazała się nim organizacja Al-Kaida kierowana przez Osamę bin Ladena. Służby specjalne posiadały informacje, które mogły udaremnić zamach. Ogłoszona Człowiekiem Roku 2002 przez amerykański tygodnik "Time" Coleen Rowley, agentka biura FBI w Minneapolis, apelowała do swych przełożonych o zainteresowanie się działalnością Zacariasa Moussaouiego kilka miesięcy przed 11 września. Podejrzewała go o udział w przygotowaniach do większego spisku terrorystycznego. Przełożeni zlekceważyli jej raporty. Moussaoui był na pokładzie jednego z porwanych samolotów. Przypadek pani Rowley nie jest odosobniony. Historycy, podobnie jak prokuratorzy, analizując zdarzenie, zobowiązani są zadać pytanie o motyw, cui bono? (czyli komu to miało przynieść pożytek?) Zastanówmy się, kto odniósł korzyść. Na pewno nie talibski reżim w Afganistanie, gdyż interwencja zbrojna Stanów Zjednoczonych odsunęła talibów od władzy. Al-Kaida została zdziesiątkowana i pozbawiona pomocy finansowej. Ucierpiał wizerunek wyznawców islamu. Natomiast FBI i CIA wzmocniły swoją pozycję, która podupadła po zakończeniu "zimnej wojny". Kongres wyraźnie zwiększył ich budżety. Mossad, który zwykle potrafi określić, co jadł na kolację ostatniego wieczoru dowolny ekstremista islamski, tym razem wykazał się zaskakującą wręcz nieznajomością tematu lub po prostu nie był zainteresowany przekazaniem informacji. Inne interpretacje: izraelski wywiad nie dostarczył wiadomości, bo Amerykanie je posiadali, albo dostarczył je wcześniej i amerykańskie służby specjalne wykorzystały je dla swoich celów. W każdym bądź razie Izrael mógł dzięki wydarzeniom z 11 września w ramach "działań antyterrorystycznych" bez przeszkód tłumić rozpoczętą na początku tego miesiąca II Intifadę. Nie wiele różniło się podejście do ataku na World Trade Center rosyjskich agencji wywiadowczych. Jeszcze w czasach Związku Radzieckiego GRU szkoliło wszelkiej maści bojowników arabskich. Mając doskonałe kontakty z Libią, Syrią Irakiem, Iranem i Jemenem Pn., czyli głównymi mecenasami islamskiego terroryzmu, Moskwa nie tylko inwigilowała środowiska ekstremistów, ale i wywierała wpływ na ich działania. Zamach w Stanach Zjednoczonych dał prezydentowi Putinowi podobne korzyści, jakie odniósł Izrael. Teraz, nie oglądając się na głosy sprzeciwu opinii publicznej na Zachodzie, topi czeczeńską rebelię we krwi. Już wcześniej kierowano pod adresem mieszkańców "zbuntowanej prowincji" oskarżenia o terroryzm. Rozgłosu nabrało jeszcze w 1999 roku wysadzenie w powietrze budynków w Moskwie i Wołgodońsku. Pojawiły się wtedy pierwsze przypuszczenia, iż wspomniane akty terroru, w których śmierć poniosło ponad trzysta osób, sprowokowane zostały przez FSB. Zdaniem jednej z najbardziej znanych i niegdyś wpływowych osobistości rosyjskiej sceny politycznej, Borysa Bieriezowskiego: "...wysadzenie w powietrze domów w Moskwie i Wołgodońsku jest dziełem rąk rosyjskich służb specjalnych. Jestem tego pewien, ponieważ to, co zaszło w Riazaniu, jest dokładnym schematem wydarzeń w Moskwie i Wołgodońsku. Schematem, którego nie udało się zrealizować". Wypowiedź odnosi się do sytuacji, gdy w rosyjskim mieście Riazań odnaleziono ładunki wybuchowe. Władze ogłosiły udaremnienie kolejnego aktu terroru. Do podłożenia materiałów przyznało się FSB, tłumacząc incydent szkoleniem. W dniu 12 października 2002 roku świat przeraził kolejny zamach. Wybuch na wyspie Bali zdewastował dwa znajdujące się naprzeciwko siebie kluby nocne "Padi Bar" i "Sari Club". Druga bomba wybuchła w pobliżu konsulatu amerykańskiego. W zamachach zginęło ponad czterysta osób, a niemniej niż trzystu zostało rannych. Ofiary pochodziły z dziewiętnastu krajów. Ta ostatnia informacja każe wątpić, aby sprawcą zbrodni była Al-Kaida, jak sugeruje to CIA. Organizacja bin Ladena, od momentu interwencji amerykańskiej w Afganistanie, stara się nie przypominać o swoim istnieniu. Krótko przed zamachem na Bali prezydent Bush zapowiedział działania zbrojne przeciw państwom wspierającym terror. Adresatem tej groźby był Saddam. Biały Dom miał poważne trudności ze skonsolidowaniem nowej antyirackiej koalicji. Zawiedli go nawet sojusznicy znad Tamizy. Tony Blair musiał liczyć się z niechęcią społeczeństwa swego kraju do awanturniczego przedsięwzięcia w Zatoce Perskiej. Wiadomość o śmierci obywateli brytyjskich na Bali zniosła tę przeszkodę. Przed 12 października tylko trzydzieści sześć procent poddanych Jej Królewskiej Mości dopuszczało możliwość czynnego zaangażowania się Wielkiej Brytanii w amerykańską akcję przeciw Irakowi. Pokazany przez stacje telewizyjne obraz z płyty lotniska, na którym wylądował samolot z ciałami ofiar, niósł ze sobą ogromny ładunek emocjonalny. Wnikał w niezwykle wrażliwą sferę brytyjskiej mentalności - w głęboko zakorzenioną w tutejszej świadomości społecznej dumę z potęgi ich państwa. Co gorsza, naruszał ją i wprowadzał element niepewności. Konwój samochodów do transportu zwłok w asyście wojskowych i policyjnych pojazdów sprawiał wrażenie jakby przywieziono poległych żołnierzy, którzy oddali swe życie bohatersko broniąc ojczyzny. Sceneria nieodparcie przywodziła wspomnienia sprzed dwudziestu lat, gdy sprowadzano trumny z zabitymi w wojnie o Falklandy. Podobnie jak wtedy obiektywy kamer zarejestrowały łzy i rozpacz rodzin zamordowanych, a fragmenty pogrzebów z kroczącymi w żałobnym kondukcie przedstawicielami władz państwowych emitowały główne serwisy informacyjne. Nagłówki gazet nawołując do działań odwetowych doskonale odzwierciedlały nastroje panujące na wyspie. Dziesięć dni po krwawym zamachu na Bali liczba Brytyjczyków popierających uczestnictwo swej armii w działaniach przeciw Irakowi uległa niemal podwojeniu. Według sondaży, aż pięćdziesiąt siedem procent społeczeństwa postrzegało udział własnych żołnierzy w bliskowschodniej akcji inicjowanej przez Biały Dom za nieodzowny. (...) Rzucane przez przywódców mocarstw hasła nawołujące do zaprowadzenia zachodniego porządku na Bliskim Wschodzie nasuwają nieodparte skojarzenia z żałosnym dla Europejczyków epizodem średniowiecznych wypraw krzyżowych. W 1095 roku papież Urban II na Synodzie w Clermont zaapelował o obronę Grobu Świętego przed niewiernymi. Skierowanie rzesz do walki z wyznawcami islamu miało pozwolić mu na realizację jeszcze jednego celu - wzmocnienia pozycji Stolicy Apostolskiej w sporze z Cesarstwem i zjednoczenia wokół niej społeczeństwa europejskiego w obliczu wyimaginowanego zagrożenia. Dziś Grobem Świętym stały się roponośne pola Bliskiego Wschodu. Hegemonię Stanów Zjednoczonych na arenie międzynarodowej przypieczętowuje krucjata przeciw fundamentalizmowi islamskiemu. Przypuszczalnie krzyżowcy skierują się po Bagdadzie do Teheranu. Powyższy tekst pochodzi z bardzo ciekawej książki poznańskiego historyka Piotra Kwiatkiewicza "Amerykańska krucjata - konflikt w Zatoce Perskiej", która ukazała się właśnie w księgarniach. Fragment publikujemy za zgodą autora.
USA
- ŚWIATOWY TERRORYSTA Nikaragua:
1981 - 1990 Irak:
od 1991 r. do dziś Indonezja,
Timor Wschodni, 1957- 8, 1965, 1975 - 99
Zamachy
i próby zamachów: Zbrojne
agresje: Na podstawie William Blum "Rogue State, A Guide to the World's Only Superpower" Zed Books, London 2002. Więcej po angielsku: www.AmericanStateTerrorism.com |
||
|
tgtgtttttttttttttttzzttt| główna | zapowiedzi | linki | historia | relacje | kontakt | poradnik - pobór stop | |
|||